Szczęsny Wroński – PLACKI ZIEMNIACZANE

0
427
Zdjęcie: Zbigniew Stefański. Allen Ginsberg w Pałacyku T. Zielińskiego w Kielcach, 6 września 1986, Pierwszy z prawej: autor artykułu
Zdjęcie: Zbigniew Stefański. Allen Ginsberg w Pałacyku T. Zielińskiego w Kielcach, 6 września 1986, Pierwszy z prawej: autor artykułu

Czyli potato pancekas in Kielce

ALLEN GINSBERG (1926–1997) … Ten amerykański gigant światowej poezji, aktor, performer, twórca światowego ruchu hipisów,  przyjaciel Paula McCartney`a, żarliwy działacz  społeczny, zdeklarowany gej i  buntownik z krwi i kości, stał się moim idolem z początkiem lat 70., kiedy porzuciłem prawnicze studia i „zapisałem się” do hipisów. My, barwna awangarda, wysiadująca na placach socjalistycznej ojczyzny,  bawiliśmy się setnie, gdy z rumieńcem skrywanej nieśmiałości, podchodziły do nas jakaś podekscytowane panienki z zapytaniem jak można się do nas zapisać. I „zapisywało się” ich coraz więcej, również chłopaków. Może była to potrzeba ucieczki od szarej rzeczywistości tamtych czasów, pragnienie przeżycia pięknego snu, perspektywa „wolnej miłości, czy nadzieja na zakosztowanie prawie nieosiągalnych u nas narkotyków.

Spotykaliśmy się pod „Bunkrem” przy krakowskich plantach. Tu nasza niesforna ferajna prześcigała się w prowokacjach, happeningach, wywołując z jednej strony śmiech i życzliwość, z drugiej obelgi, a nawet fizyczną agresję. Swobodny, kolorowy ubiór i odbiegający od schematów sposób zachowania, wyrażał hipisowski bunt przeciw nienawiści, wołanie o miłość (osławione Love not War) oraz pogardę dla drobnomieszczańskich „ideałów”. Czasem przybierało to groteskową formę. Pamiętam jak moja ówczesna dziewczyna, „Sara”, ubrana w długą  kwiecistą suknię, padała na kolana przed przechodzącymi ludźmi, wyłuskiwała zza dekoltu pokaźną pierś i eksponując ją na dłoni wykrzykiwała: Czyż ja nie jestem piękna?…

Naszym krakowskim guru był „Pies”, czyli znany dzisiaj skądinąd Ryszard Terlecki. Przy jego boku królowała ekscentryczna i żywiołowa Kora, której pełno było wszędzie… „Pies” był wtedy niezwykle charyzmatyczny młodzieńcem, o kruczych, falujących, opadających na ramiona włosach. Jego łagodne, tajemnicze spojrzenie i opowieści nasączone filozofią Wschodu zjednywały mu wielu „wyznawców”… A pomiędzy nami On, sam Allen Ginsberg, pojawiał się jak niemal mityczna postać, ze swoim rozedrganym buntem wyartykułowanym do bólu w poemacie „Skowyt”. Ten tekst, w poszarganych odpisach, w podaniach z ust do ust, krążył między nami jako wstrząsający manifest pokolenia…

A teraz przenieśmy się do teatru STU – jest piąty dzień września 1986 r. Promocja dwujęzycznego wydania księgi: „Allen Ginberg. Utwory poetyckie”… Na temat tego wydarzenia,  dodam tylko, że symultanicznie z Ginsbergiem, w języku polskim czytał wiersze Jerzy Trela. Ginsberg przygrywał na starej fisharmonii i śpiewał tak porywające i energetyczne bluesy, że ludzie wstawali z miejsc i tańczyli. Na gitarze przygrywał jeden ze znanych wówczas amerykańskich gitarzystów, którego nazwiska nie pamiętam. Allen swoją recytacją i muzyką potrafił sprawić, że czuliśmy się jak na solidnym haju i spotkanie przedłużyło się o wiele godzin… Pod koniec podszedłem do niego i ni z gruchy, ni z pietruchy zaprosiłem do Kielc obiecując spotkanie autorskie w Pałacyku Zielińskich. Ginsberg po krótkiej konsultacji ze swoim gitarzystą, zgodził się z nutą ekscytacji w spojrzeniu i nazajutrz  wystartowaliśmy do Krakowa upakowani w „Maluchu” mojego przyjaciela z Teatru STU, Wojtka Graniczewskiego,  który służył nam również jako tłumacz.

Spotkanie zostało zorganizowane z dnia na dzień przez moich kieleckich przyjaciół, m.in. Stanisława Nyczaja i Henryka Jachimowskiego, ale to, jak również noc spędzona na gorączkowych dyskusjach na seminarium literackim młodych w Cedzynie –  mogłoby  być tematem na odrębną opowieść…

Przed spotkaniem gościliśmy Ginsberga na obiedzie w domu mojej teściowej przy ul. Mąchockiej 27 w Kielcach. Czasem myślę, że powinna widnieć tutaj tablica pamiątkowa, bo to był przecież jeden z najwybitniejszych twórców XX wieku, a jego wpływ na polską i światową kulturę odzwierciedla pomnikowe dzieło dr Andrzeja Pietrasza  pt. „Allen Ginsberg w Polsce” . Oto fragment wstępu: „Poezja Allena Ginsberga w przekładach dotarła do Polski dość późno, bo po około dziesięciu latach od ukazania się tomu Skowyt w Stanach Zjednoczonych, później też niż legenda beatnika‐buntownika, jaka powstała w Ameryce już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ginsberg zresztą tę legendę podtrzymywał, a jego zdolności autokreacji były na tyle silne, że potrafił wpływać na swój wizerunek oraz obraz całej formacji Beat Generation właściwie przez cały okres swojej działalności literacko‐społecznej. Podobna legenda, potem wielokrotnie modyfikowana, ale czyniąca z amerykańskiego beatnika postać prawie mityczną, wytworzyła się również w Polsce. Pierwsze wzmianki o grupie niepokornych amerykańskich poetów, która później znana będzie jako Beat Generation, pojawiły się w Polsce pod koniec lat pięćdziesiątych. […]

Oprócz działalności literackiej był Allen Ginsberg również działaczem społecznym, angażującym się w różne przedsięwzięcia mające pomóc wykluczonym grupom społecznym w uzyskaniu pełni praw obywatelskich, a więc mniejszościom etnicznym (Murzyni, Indianie), niższym klasom społecznym amerykańskiego tygla, mniejszościom seksualnym będącym na marginesie, wreszcie młodzieży, która – nie godząc się na taki obraz Ameryki – postanowiła walczyć, najpierw kontestując tę rzeczywistość, a potem coraz donioślej domagać się zmian. Adresatami żądań byli amerykańscy politycy i uprzywilejowane warstwy społeczne, dostrzegający wreszcie, że obok nich żyją też inni ludzie, którzy powinni mieć takie same prawa. Po stronie tych wykluczonych stawał Allen Ginsberg jako ich nieformalny rzecznik, swoją poezją walcząc o zmiany, które powinny zostać wprowadzone dla lepszego i sprawiedliwszego funkcjonowania amerykańskiej demokracji. Będąc najbardziej znanym beatnikiem, korzystał z koniunktury, która przyczyniła się do wzrostu zainteresowania awangardową poezją amerykańską, również w Polsce.”

To wydarzyło się ósmego września 1986 roku. Trudno się dziwić, że byłem wzruszony goszcząc idola mojej młodości. W pewnym sensie spełniał się mój, wydawałoby się nierealny,  sen. Wiedzieliśmy, że jest buddystą, wegetarianinem i  moje panie (żona Basia i jej mama Jadzia) przygotowały dla niego naleśniki i placki ziemniaczane. Gdy Basia wniosła na półmisku parujące placki, Allen niespodziewanie wstał z miejsca i z oczu pociekły mu łzy … Okazało się,  że placki jadł ostatnio czterdzieści lat temu i zrobiła mu je jego matka Noemi, rosyjska Żydówka, która zmarła w szpitalu psychiatrycznym na schizofrenię. Jej tragiczny los i rozpad osobowości opisał później we wstrząsającym poemacie „Kaddysz”, który wykorzystałem we fragmentach 25 lat później, w muzycznym, hipsterskim spektaklu pt. „Skowyt i inne frazy Allena Ginsberga”…

Po obiedzie zmęczony Allen położył się na tapczanie i zasnął. Podszedłem i delikatnie przykryłem go kocem. Otworzył na chwilę oczy i wyszeptał: Thank you…

Gdy żegnaliśmy się przed domem na ulicy, podszedł i pocałował mnie w usta…

Potem spotkaliśmy się jeszcze raz w Krakowie w 1993 r., gdy podpisywał w księgarni wydany w Bibliotece „Nagłosu” tom „Znajomi z tego świata”. Wymieniliśmy kilka zdań. Spojrzał na mnie i powiedział:

Thank you for your potato pancakes in Kielce…


Allen Ginsberg

SKOWYT (dla Carla Solomona)

(fragmenty, tłum. Bogdan Baran)

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne nagie,

włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu,

anielogłowych hipstersów spragnionych niebiańskiego podłą­czenia do gwiezdnej prądnicy maszynerii nocy,

którzy w nędzy łachmanach z zapadniętymi oczyma w transie czuwali, płynąc poprzez dachy miast, kontemplując jazz,

(…)

którzy w ekstazie i nienasyceniu kopulowali z butelką piwa, z kochanką, pudełkiem po papierosach, ze świecą, wypadali z łóżka, robili to na podłodze i w przedpokoju i kończyli omdlewając na ścianie,

którzy dogadzali milionom dziewcząt roztrzęsieni o zachodzie a rano mieli czerwone oczy lecz byli gotowi dogadzać wschodzącemu słońcu, błyskając przy stodołach pośladkami i nagością w jeziorze,

(…)

którzy skowyczeli klęcząc w metrze i których zwlekano z dachu powiewają­cych genitaliami i rękopisami,

którzy bazgrali całą noc tańcząc wokół wzniosłych zaklęć,   które   żółtym

          rankiem stawały się strofami bełkotu,

którzy pletli trzy po trzy, wrzeszcząc wymiotując szepcząc fakty, wspomnie­nia i anegdoty, oczy wylazłe z orbit, szok szpitali, więzień i wojen,

którzy wypalali sobie papierosami dziury w ramionach w proteście przeciw narkotyczno-nikotynowemu otumanieniu Kapitalizmu,

którzy spłonęli żywcem, wśród sztucznego szczęku regimentów mody, wrzasku peda­łów od reklamy i musztardowego gazu złowrogich przebiegłych wydaw­ców lub wpadali pod pijane taksówki Absolutnej Rzeczywistości,

którzy padali na kolana w katedrach beznadziei modląc się o zbawienie innych, o światło i o piersi, aż dusza na moment  rozświetlała włosy,

którzy zjawiali się na granitowych schodach domu wariatów z wygolonymi głowami

      żądając natych­miastowej lobotomii,

którzy powstawali odrodzeni w widmowych szatach jazzu w cieniu złotego rogu jazzbandu wdmuchując miłosne cierpienie nagiego umysłu Ameryki w krzyk saksofonu

eli eli lamma lamma sabachthani, który zatrząsł miastami aż po ostatnie radio

(…)

Jaki sfinks z cementu i aluminium rozbił im czaszki i wyjadł mózg i wyobraźnię?

Moloch! Samotność! Brud! Brzydota! Kubły na śmieci i do­lary!

Dzieci wrzeszczące pod schodami! Chłopcy łkający w koszarach! Starcy płaczący w parkach!

Bez miłości! Moloch mentalny! Moloch surowy sędzia ludzi!

Moloch nie niepojęte więzienie! Karcer skrzyżowanych piszczeli i ściana płaczu! Którego budowle są wyrokiem! Moloch wielki kamień wojny! Moloch ogłuszonych rządów!

Moloch o umyśle czystej maszynerii! Moloch którego krew to krążący pie­niądz! Moloch którego palce to dziesięć armii! Moloch którego piersi to ludożercza prądnica! Moloch którego ucho to dymiący grób!

Moloch którego oczy to tysiąc ślepych okien! Moloch którego wieżowce stoją przy długich ulicach jak bezkresne Jehowy! Moloch którego fabryki kraczą we mgle! Moloch którego anteny aureola miasta! Moloch którego miłość jest naftą i kamieniem! Moloch którego dusza to elektryczność i banki!

(…)

Moloch w którym siedzę samotnie! W którym śnię o Aniołach! Wariat w Molochu! Jebaka w Molochu! W Molochu bez miłości i czło­wieka!

Moloch który tak wcześnie wszedł w moją duszę! Moloch, który mnie wypłoszył z naturalnej ekstazy! Moloch którego opuszczam! Przebudzenie w Molochu! Światło płynące z nieba!

Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbce szkieletów! ślepe metropolie! upiorne narody! domy wariatów! monstrualne  bomby! granitowe chuje!

Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! / Bruki, drzewa, radia, tony!

podnosząc do Niebios miasto które istnieje, Wizje! halucynacje! cuda! ekstazy!

spłynęły rzeką Ameryki!

Sny! adoracje! olśnienia! religie! okręty wrażliwego łajna!

Przełomy! rzeczne! uniesienia i ukrzyżowania! zmyte powodzią! Odurzenia!

          Święta Trzech Króli! Rozpacze! Dziesięcioletnie zwierzęce wrzaski i samobójstwa! Umysły! Nowe miłości! Pokolenie szaleńców osiadłe na skałach czasu!

Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! dzikie oczy! święte wycia!

Żegnali! Skakali z dachu! w samotność! powiewając! niosąc kwiaty! Do rzeki! na ulicę!

(…)

PRZYPIS DO „SKOWYTU”

Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty!

Świat jest święty! Dusza jest święta! Skóra jest święta! Nos jest święty! Ję­zyk i chuj i ręka i otwór w dupie są święte!

Wszystko jest święte! każdy jest święty! każde miejsce jest święte! każdy dzień jest wiecznością! każdy jest aniołem!

Włóczęga jest równie święty jak serafin! szaleniec jest święty jak święta jes­teś ty moja duszo!  

Maszyna do pisania jest święta wiersz jest święty głos jest święty słuchacze są święci ekstaza jest święta!

Święty Piotr święty Allen święty Solomon święty Lucien święty Kerouac święty Huncke święty Burroughs święty Cassady Tekla święci nieznani pedałowaci i cierpiący żebracy święci szkaradni ludzcy aniołowie!

Święta moja matka w domu wariatów! Święte chuje dziadków z Kansas!

Święta jęczący saksofon! Święta apokalipsa bopu! Święty jazz marihua­na hipstersi pokój hasz i bębny!

Święta samotność wieżowców i bruków! Święte kafejki wypełnione tłumami! Święte tajemnicze rzeki łez pod ulicami!

Święty samotny argonauta więzień! Święte wielkie jagnię warstwy średniej! Święci szaleni pasterze rebelii! Kto wyczuwa Los Angeles ten JEST nim!

Święty New York Święte San Francisco Święta Peoria i Seatle Święty Paryż Święty Tanger Święta Moskwa Święty Istambuł!

Święty czas w wieczności święta wieczność w czasie święte zegary w prze­strzeni święty czwarty wymiar święta piąta Międzynarodówka święty Anioł w Molochu!

Święte morze, święta pustynia, święta święty kolejowy szlak święta lokomotywa, święte wizje, święte halucynacje, święte cuda święta gałka oczna święta otchłań!

Święte wybaczenie! łaska! miłosierdzie! wiara! Święte! Nasze! ciała! cier­pienie! wielkoduszność!

Święta nadnaturalna niezrównanie jaśniejąca rozumna dobroć duszy!


AMERYKO

(fragmenty, tłum. Bogdan Baran)

Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim.

Ameryko, dwa dolary dwadzieścia siedem centów 17 stycznia 1956.

Nie mogę znieść samego siebie.

Ameryko, kiedy skończymy wojnę ludzi?

Pieprz się sama swoją bombą atomową.

Nędznie się czuję, daj mi spokój.

Nie zacznę mego poematu dopóki nie będę przy zdrowych zmysłach.

Ameryko, kiedy staniesz się anielska?

Kiedy się rozbierzesz?

Kiedy spojrzysz na siebie poprzez grób?

Kiedy staniesz się warta miliona swych trockistów?

Ameryko, czemu twe biblioteki są pełne łez?

Ameryko, kiedy wyślesz swe jajka do Indii ?

Niedobrze mi od twych obłąkanych potrzeb.

Kiedy będę mógł dostać w supermarkecie to co potrzebuję tylko za piękne oczy?

Ameryko, w końcu to ty i ja jesteśmy doskonali a nie przyszły świat.

Twa maszyneria to dla mnie zbyt wiele.

Sprawiłaś, że chcę zostać świętym.

(…)

Mówię do ciebie.

Czy pozwolisz, by twoim życiem emocjonalnym rządził Time Magazine?

Mam obsesję na punkcie Time Magazine.

Czytam go co tydzień.

Jego okładka gapi się we mnie gdy przemykam się obok narożnego sklepiku.

Czytam go w suterenie biblioteki publicznej w Berkeley.

Poucza mnie stale o odpowiedzialności. Ludzie interesu są bardzo serio.

Producenci filmowi są bardzo serio.  Wszyscy oprócz mnie są bardzo

serio.

Wydaje mi się, że jestem Ameryką.

Znów mówię do siebie.


Azja powstaje przeciwko mnie.

Nie mam szansy Chińczyka.

Lepiej rozważę me narodowe zasoby.

Me narodowe zasoby składają się z dwóch jointów marihuany, milionów genitalii, nie nadającej się do druku prywatnej literatury, która pędzi 1400 mil na godzinę oraz dwudziestu pięciu tysięcy szpitali wariatów.

Pomijam moje więzienia i miliony pokrzywdzonych, co żyją w moich doniczkach oświeconych pięcioma setkami słońc.

Zniosłem domy publiczne we Francji, teraz trzeba wziąć się za Tanger.

Moją ambicją jest zostać prezydentem, choć jestem katolikiem.


Ameryko, jak mogę pisać świętą litanię wobec twego głupiego nastroju?

(…)

Ameryko, tak naprawdę to nie chcesz iść na wojnę.

Ameryko, to ci źli Rosjanie,

Ci Rosjanie ci Rosjanie i ci Chińczycy. I ci Rosjanie.

Rosja chce nas pożreć żywcem. Rosja szaleje za władzą. Chce nam za­brać auta

z garaży.

Chce pogrzebać Chicago. Potrzeba jej Red Readers Digest. Ona chce naszych fabryk aut na Syberii. Jej wielka biurokracja chce przejąć na­sze stacje benzynowe.

To źle. Ona uczy Indian czytać. Potrzebuje jej wielkie czarne murzyny.

Ha. Każe nam pracować szesnaście godzin na dobę. Ratunku!

Ameryko, to całkiem poważne.

Ameryko, takie mam wrażenie patrząc w telewizor.

Ameryko, czy to w porządku?

Lepiej zabiorę się do pracy.

To prawda nie chcę służyć w armii ani pracować przy tokarce w fabryce części precyzyjnych. I tak jestem krótkowidzem oraz psychopatą.

Ameryko, zakasuję me pedalskie rękawy.


KADDYSZ

(fragmenty, tłum. Bogdan Baran)

Dziwnie myśleć teraz o tobie, gdy odeszłaś bez gorsetów i oczu, a ja idę sło­necznym trotuarem Greenwich Village.

po centrum Manhattanu w jasne zimowe południe, całą noc nie spałem gadając, gadając, czytając Kaddysz na głos, słuchając przy gramofo­nie ślepego wrzasku bluesa Ray Charlesa


Pewnej nocy Orlovsky u mnie po powrocie z San Francisco — telegram od Gienka, Naomi nie żyje —

Za domem oparłem głowę na ziemi w krzakach przy garażu — sądziłem że było z nią lepiej —

nareszcie — nie będzie samotnie oglądać Ziemi — 2 lata samotności — była nikim, dochodząc sześćdziesiątki — stara kobieta wśród czaszek — nie­gdyś długowłosa Naomi z Biblii —

2 dni po jej śmierci dostałem list —

Znów Dziwne Proroctwa! Pisała — „Klucz jest w oknie, klucz jest w blasku słońca za oknem — Mam ten klucz — Ożeń się Allen, rzuć narko­tyki — klucz jest w ryglach, w blasku słońca w oknie. Klucz jest w blasku słońca

oby tylko na czas wrócić do ciemnej nocy żelaznego łóżka, gdy słońce za­chodzi za Long Island

i bezkresny Atlantyk wyrykuje ku swym bliskim wielkie wezwanie Bytu…

Ale klucz trzeba zostawić za sobą — w oknie — klucz w blasku słońca — dla
żywych — którzy mogą ująć                                                             

w dłoń ten plaster światła — i otworzyć drzwi —\ spojrzeć w tył by ujrzeć

Stworzenie wszelkie zapadające z błyskiem w ten sam grób, wielki jak wszech­świat,

wielki jak tykanie szpitalnego zegara nad białymi drzwiami —

Błogosławiona bądź Naomi w szpitalach! Błogosławiona bądź Naomi w sa­motności! Blogosławion twój triumf niech będzie! Błogosławione twe rygle niech będą! Błogosławiona niech będzie samotność twych ostat­nich lat!

Blogosławion niech będzie twój upadek I Blogosławion niech będzie twój atak! Błogosławione niech będzie zamknięcie twych oczu! Błogosławio­na niech będzie chudość twych policzków! Błogosławione niech będą twe uwiędłe uda!

Błogosławiona bądź Ty, Naomi, w Śmierci! Błogosławiona Śmierć niech będzie! Błogosławiona Śmierć niech będzie!

Błogosławion niech będzie Ten, który bierze smutek do Nieba! Błogosławion niech będzie

w kresie!

Błogosławion niech będzie, który buduje Niebiosa w Ciemności! Błogo­sławion sławion sławion niech będzie! Błogosławion niech będzie! Bło­gosławiona niech będzie śmierć nas Wszystkich!

O

matko co pominąłem

O matko

czego    zapomniałem

O matko                                 

żegnaj

w długim czarnym bucie żegnaj

z Partią Komunistyczną i podartą pończochą żegnaj

z sześcioma ciemnymi włoskami na brodawce piersi żegnaj

w starej sukni i z długą czarną brodą wokół pochwy żegnaj

żegnam ciebie 

twój miękki brzuch

twój strach przed Hitlerem

twe usta pełne nieprzystojnych anegdot

twoje oczy

twoje oczy Rosji

twoje oczy braku forsy,

twoje oczy błędnych Chin

twoje oczy Ciotki Elanor

twoje oczy głodujących Indii

twoje oczy upadającej Ameryki

twoje oczy upadku przy pianinie

twoje oczy biegnące nago z mieszkania wrzeszczące w hallu

twoje oczy odprowadzane przez policję do ambulansu

twoje o czy przywiązane do stołu operacyjnego

twoje oczy z usuniętą trzustką

twoje oczy operacji wyrostka

twoje oczy poronienia

twoje oczy usuniętych jajników

twoje oczy szoku

twoje oczy lobotomii

twoje oczy rozwodu

twoje oczy ataku serca

twoje oczy samotne

twoje oczy

twoje oczy

twoją śmierć wśród kwiatów


W ŚMIERCI, NIE SPOSÓB DOTKNĄĆ
TEGO CO NAJBLIŻEJ

tłum. Piotr Sommer

z tomu „Empty Mirror: Gates of Wrath (1947-1952)

Wiemy o śmierci wszystko    

co tylko można wiedzieć bo

wszyscy doświadczyliśmy

stanu przed narodzeniem.

Życie to jakby przejście od

jednych drzwi do drugich w ciemność.

Jedne i drugie są takie same i

naprawdę wieczne, i może da

się powiedzieć że spotykamy się                                                                                                

w ciemności. Istotę czasu                                                                                                            

wyjaśnia to spotkanie                                                                                                                  

wiecznych końców.                                                                                                                      

To niesłychane uprzytomnić sobie                                                                                               

że myśl i osobowość

zostają utrwalone w czasie

po przejściu człowieka do                                                                                

wieczności. A jedna chwila                                                                                                   

to cały Czas jeśli popatrzeć                                                                                                  

na to z grobu.


METAFIZYKA

tłum. Piotr Sommer

z tomu „Empty Mirror: Gates of Wrath (1947-1952)


To jest jeden jedyny

firmament; dlatego

jest to świat absolutny.

Nie ma innego świata.

Koło się zamknęło.

Żyję w Wieczności.

Zwyczaje tego świata

są zwyczajami Nieba.


Aktorstwo Ginsberga miało niezwykłą, udzielającą się energię. W kontakcie bezpośrednim doprowadzało wręcz widzów do euforii. Allen często występował wobec tysięcy widzów na kampusach i wielkich scenach świata. Zachęcam,  by kliknąć w ten link.


The Ballad of Skeletons, Allen Goinsberg and Paul McCartney

Royal Albert Hall, Londyn, 16.10. 1995 r.

https://youtu.be/8B_qIwJcIvg

Autor artykułu: Szczęsny Wroński

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko