Eugeniusz Koźmiński – wiersze

0
197
Maria Wollenberg-Kluza


Nokturn
                                     
 1.                
Samotność zamyka się wokół, podaje śliską łapę
 i tak jest od wczoraj;  chcę już tylko zasnąć,
a przecież gdy  szedłem przykryty zasłoną tej  nocy,
słyszałem krzyki złamanych gałęzi i głosy,
ktoś stąpał po falach , cierpliwie ścierał im z ust pianę,
jakaś kobieta w szczelinach mroku,  jego zimnych kraterach,
jaśniała białym ciałem, chłodnym, jakby już nieżywym ;
(kobieta cień ryby niosła, jej szkielet wpięty we włosy,
w smugach smagłych ramion ptaki wytyczały loty)
bo czym jest samotność  jak nie przystanią  znużonych,
zanurzeniem głowy w jej przepastnym gardle, konstelacjach
gwiazd rozpaczliwie bezwładnych, wychodzących z orbit,
posuwających się powoli w równoległych liniach,
zapalających się  coraz – ich lot  kończy się upadkiem
i śpiew dotąd triumfalny nagle kamienieje,
zostaje miedziany skrzek ptaka, wschodzący półksiężyc;
(kobieta grzebień wpięła we włosy, cała odziana w czerń
przypatruje się morzu,  jego  białej sierści)


2.                                
Czas obchodzi się z nami dyskretnie, zjadając plastrami, w milczeniu
i bez powrotu; tylko dni i lata, spadając za horyzont, zgrzytają zębami
ale i to cichnie;  odchodzenie jest już bezszelestnym
brzękiem, pływającym welonem ocierającym się o dno akwarium
dopiero niepamięć jest okrutna            
           (noc powozi  na niebie gwiazdami, kobieta przysiadła na piasku
            jej czarne pończochy na bieli ud tworzą zapis partytury )
dzika róża i ciernie zarastają klifowe brzegi, wszystko odchodzi
krokiem starego dokera – bez nagrody i okupu;  spluwa na ziemię
pękniętą do kości, zamiast hymnów i fanfar niesie stek przekleństw
a słowo, co miało być ciałem, stało się ochłapem, a co dniem
tylko szarzy się i czerni, cierpkie, przyszpilone do dna


3.
Czasem dopada nas cisza, żyjemy w jej gardle, w żyłach i tętnicach
ryby wychodzą z głębin, odziane w czerń łusek, one sobie i ja sam
sosny na wydmie ciągle w sporze, która z nich piękniej ożywia krajobraz
rano jednak odejdą pojednane. Ich korzenie wychynęły z ziemi
z czułością objęły kolana drzew, szczęśliwe drżą. A przed nimi morze –
ogrom przestrzeni i lustro obłoków. Godziny odziane w czerń
              (kobieta usypała kopczyk z piasku, odcisnęła znak stopy
               potem weszła w wodę, w korzenie powietrza, w nic)         
ostre trawy, pochylone, splątane jak linie papilarne dłoni,
trudne do odczytania. Na piasku gruz, kamienie i szkło, rano znalazłem
ślady psa, którego zapach był tu przed chwilą, pióra przesycone wiatrem,
rozczochrane ; chusteczkę nocnej kobiety, zostawioną  na piasku
zabiorę do domu, by położyć  obok siebie  i nareszcie zasnąć


W głębi


1.
pod wodą wszystko jest inne: żywe i martwe, suche
jak piasek na plaży i mokre niczym pot
jest blask unoszący się nad dnem, jest cień który na mnie patrzy
są gwiazdy – przy nich księżyc gotów kołysać je każdej nocy
wydmy przykryte mgłą, milczące

sen jak wieczność, dławi się oddechem
widzę w nim twoją twarz, jasną, falującą
płynie między wodorostami, odchodzi to znów wraca
więc idę do ciebie pomiędzy morszczyny
w mokry świat wody,  gdzie kiedyś spoczniemy

rozczesując cienie tych, co przed nami


2.
pod wodą jest cisza, ryby w srebrnych łuskach podchodzą do brzegu
wypatrując świata, ich małe wspinają się matkom na plecy
ale to co widzą nie jest światem i rybom nagle brak tchu
to jest ludzkie niebo, tam drzewo którego korzenie sięgają  dna
piasek do przesypywania z ręki do ręki (mamo, ale my nie mamy rąk!)
to jest ziemia, do której wszyscy  na końcu wracają, co mnie najbardziej
zdumiewa –
na chwilę zamknęła  usta,  w pleśni wodorostów  zatrzymała się
w skupieniu; wiedziała :  tu można być, poruszać płetwami do woli
ławicami chodzić na wyprawy, po których śnią się krainy nigdy nieistniejące 
oddychać powietrzem, które nas rodzi,  morzem o zapachu  rajskiej jabłoni
z Wody Obiecanej                                                             
a kiedy trafi się ścierwo  patroszonych  dorszy – mówić : samo życie
choć to przecież śmierć
 
szron dryfujący na gałązce wodorostu, bezradny


3.
obłoki wargami dotykają wody
w jej lustrze oczy wodorostów, drobne stopy sinic
algi wpół śpiące z otwartymi ustami
przez które woda wędruje tam i z powrotem

na płyciźnie małe srebrzaki ze smoczkami w pyszczkach
patrzą z zachwytem
stary dorsz wyszedł na piasek oddać mocz

niech patrzą; za rok będziemy je patroszyć
kroić ich mięso, palić ogniska, tańczyć
poleje się wino, aż zmęczeni zaśniemy na piasku
na skrawku plaży
na który nocą wychodzą na ląd stare dorsze


4
słucham głosów wody, zapachów
 –  ich krwiobieg to opis materii, wspinanie się
na powierzchnię jak po stopniach gamy, by zapamiętać
(a tu  my jesteśmy, srebrzaki, odłamki gwiezdnego pyłu! )

na fali strzępek mewy, jej krzyk niby kula przeźroczysta toczy się po morzu
nawołuje; patrzę jak życie sączy się wolno, ryby grają ze sobą o fanty, suszy się
porzucona koszula z napisem : Konstytucja, lato odchodzi
ze spuszczoną głową


5
Wody – strumienie, cieki, wody płodowe przemykające chyłkiem
pomiędzy udami, wody mórz i oceanów ciężkie jak mazut
bez kształtu, bo w każdej formie są tymczasem, żeby kiedyś minąć

Wody falujące, wygładzające pianą to co się powtarza
to co spadło, utonęło, przepłynęło, czyjeś nagie ciała
ich zapach, chichot dziewczęcego grzechu na wydmie głuchej jak pień

Wody- w nich  ziarno, które tkwi jak drzazga,
jego dotyk, zapach, czas co idzie,  ginie
i słowa wiersza występują z brzegów

gdy mewy przynoszą w dziobach kryształki słońca

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko