ELŻBIETA MUSIAŁ – cichy krzyk Andrzeja Waltera

0
187

         Wewnętrzna strona bytu

Obcując z poetyckim światem Andrzeja Waltera zaprezentowanym w tomiku „Korozja” (2020), zastanawiam się, skąd wzięło się w nim tyle cienia i poruszania się we własnym cieniu, „beznamiętnego nieistnienia”, bezsilności uśmierzanej bezsilnością i ciężaru właściwego życia. Jest tu wiele „niepokojących odpowiedzi” i pytań bez znaków zapytania. Niekiedy pojawia się nikły ślad nadziei. Owe nastroje są wynikiem poważnie prowadzonych rozważań i poetyckich rachub. Przejmującej wymowie towarzyszy wnikliwa optyka. Jest więc wszystko, co nadaje sens poezji.

         oto dzieje się donikąd
         od prognozy przelotnych opadów
         od stopniowego ochłodzenia
         które z wiekiem
         staje się przekleństwem

         krzyk nie pachnie krzykiem
         podporządkował się teorii przemijania
                  (korozja, s. 9)

To zaledwie fragment tytułowego wiersza „korozja”, który nadaje ton wypowiedzi w całym tomie, a już mamy pewność, że korozja to drugie imię czasu. A ten jest prymarną przyczyną przemijania. Lecz wg diagnozy autora nie jedyną.

         Wzruszenia zapisuje się
         szkieletami
         a szlaki zapełnia się złudzeniami
                  (imiona bez znaczenia, s. 11)

Na przemijanie skazana jest nie tylko fizyczność świata wraz z jego powłokami tak naocznie korodującymi. Nietrwała jest również ich cała psychiczność. Wewnętrzne struktury, sprawy i emocje wyrosłe z zależności międzyludzkich też podlegają przewartościowaniom. Bo nietrwałe jest wszystko, co dotyczy człowieka i wszelkiego życia. Uświadomienie sobie owej prawdy nigdy nie należy do zadań łatwych, ba, już świadomość sama w sobie jest cechą egzystencji. Co by nie powiedzieć, stawanie na własnych gruzach musi boleć i mieć posmak goryczy. I tym właśnie przesiąknięte są wiersze.

         kondensacja istnienia
         a może raczej
         chłodna wiara
         w moje miarowe
         i beznamiętne
         nieistnienie
                  (czym jest prawda, s. 32)

Podmiot liryczny owładnięty trzeźwym oglądem rzeczy dostrzega rysy i pęknięcia w zmaterializowanym współczesnym świecie, którego jest częścią.

         kupujesz wszystko za wszystko i nic za nic
         Nic jest jednak tu wiele warte”
                  (na dnie, s. 38).

Rzeczywistość, której zawierzył, zawodzi; „szlaki zapełnia się złudzeniami”. Oddala od odpowiedzi na fundamentalne pytania i nie doprowadza tam, gdzie miała doprowadzić, czyli do źródeł i spełnienia; „paroksyzm zmultiplikowanych zdarzeń nawarstwia się / w świadomości i wchłania mnie” (popielec, s. 56). Czym więc jest nasza rzeczywistość? Złudną gonitwą za niemożliwym? I w dodatku bez „patentu na wieczność”. Pora więc zajrzeć w przeciwną i zarazem dopełniającą stronę świata. W jego duchowość (może tam znajdzie się więcej trwałości). Podmiot liryczny robi to i doświadcza dziwnego stanu spowolnienia, jakby zawieszenia w bezwolnej mgle, w której paradoksalnie zyskuje ostrość widzenia. Prowadzi rozrachunek z rzeczywistością.

         Na końcu pojawia się apatia
         siostra letargu
         gorsza niż tłumiony jęk
bomby wodorowej

         Ten świat to udoskonalił
         Rozsadził lęki rozproszył słowa przygarnął klaunów obnażył
         stańczyka
                  (rozmyślania na szczycie góry, s. 21)

Już wiemy, że Walterowa korozja nie jest wyłącznie biologiczną zagładą czasu. Do destrukcji  swoją rękę przykłada jeszcze człowiek, który nadrzędnym wartościom odejmuje ich wymiar, a środowisko naturalne zamienia w nienaturalne; „Tyle że nie ma już żadnych czystych wód Po horyzont ciągną / się oceany / ścieków / Duszny fetor zlepia nam oczy zatyka nos i uszy unicestwia / wyobraźnię / nie ma już źródeł strumieni i rzek / a z nieba leci kwaśny deszcz / a z kranu trująca wodoodporna ciecz / której celem jest zwielokrotnienie / kopulacji” (rozważania o duszy, s. 35).

         A na wysypisku dni i wspomnień, pośród unicestwień wielu „z oddali ktoś nuci
kołysankę pustki
” (cisza, s. 50). Wraz z lirycznym „ja” zaczynamy powątpiewać, czy coś nam jeszcze pozostało na końcu „wieku rozpusty / na początku wieku / wątpliwości” (kapitulacja, s. 31). Lecz tylko od czasu do czasu pojawia się krztyna nadziei; „być może wierzę jeszcze / w tę / czystą kartkę / w niektóre sny i namiastkę sensu / łączności ze światem / pozbawionego jednak // wyobraźni jutra” (kilka słów o poezji, s. 54).

         przynoszę wam tylko ciszę a pod nią
         radioaktywny śnieg
                  (cisza, s. 50)

A pod ciszą radioaktywny śnieg…  Żaden opis nie odda lepiej temperatury wierszy Andrzeja Waltera i jego poetyckiego temperamentu jak te właśnie słowa.  

         Pokuszę się jeszcze o wypisanie kilku słów z wierszy, które hipotetycznie przyjmę za ekwiwalent stanu emocjonalnego bohatera, jego „wewnętrznej strony bytu”. Bezsilność, ból, lęk, bezradność, apatia, zwątpienie. I natychmiast zadaję sobie pytanie, co się tak naprawdę kryje w ich cieniu?

         w czasach zarazy
         liczy się martwe gwiazdy i
         podchodzi się nieśmiało
         do bram hadesu
         i nachalnie stuka się
         w spróchniałe wrota
                  (wiórus, s. 57)

Ale na końcu tomu są też dwa wiersze poświęcone „kochanej Mamie”: „wenflon” i „pożegnanie. Gliwice 22–05–2020”. Przy drugim tytule widnieje data, jedyna taka w tomie. Niepodobna, by była bez znaczenia dla autora. Więc to jest ten trop i to graniczne, wstrząsowe doświadczenie, które otwiera najciemniejszą czeluść w duszy człowieka i wierszy; „lustro gaśnie / stoję tam / sam stoję kostnieję / kamień posąg martwy bóg / to chwila przerwy / chwila intymna / ślepnę od świateł / w których rodzi się ból / poezja / i blask twoich oczu // odcinają wenflon” („wenflon”, s. 59). Nie ma cenniejszej sztuki od tej wyrosłej z bólu, jest świadectwem przeżyć i prawdziwości uczuć.

Elżbieta Musiał

Andrzej Walter: Korozja, MARSZAŁEK DEWELOPMENT & PRESS, Toruń 2020, s. 64.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko