Sylwia Kanicka – czy współczesna poezja może pozwolić sobie na prostotę?

0
345

           „Literatura
           musi być
           niczym kobieta do ślubu

           Słowa winna mieć
           jak błyski oczu panny młodej
           zdania – jak welon
           rozdziały –
           jak uroczyste z nią chwile
           zaś finał –
           jak poślubna noc” (LITERATURA PIĘKNA, s. 54)

            Trafił w moje ręce zbiór wierszy Marka Wołyńskiego „Pod ciężarem skrzydeł”, który, po wielu książkach poetyckich, nakazał wręcz zatrzymanie się przy sobie. Po przeczytaniu zastanawiałam się, co w nim jest takiego, w jaki sposób jest pisany, jakich słów poeta używa, że tak się stało i to w pierwszym zetknięciu. Zawsze wychodzę z założenia, że czytelnika w książce coś zatrzymać musi. „Pod ciężarem skrzydeł” to zestaw wierszy podzielony na trzy części. Każda trzymająca ten sam klimat, jednak różniące się pod względem emocji. Wiersze czyta się po prostu, dla nich samych i nie potrzebują reklamy. Gdyby chcieć mówić o nich bezpośrednio, zatraciłoby się w nich już na samym początku.

           Dla mnie problemem do rozważenia jest przede wszystkim to, w jaki sposób wiersze Wołyńskiego wpisują się w obecnie panującą modę, takie odnoszę wrażenie, na zaznaczanie swojego nowego sposobu pisania, na wyniosłe metafory połączone z wyszukanymi znaczeniami słów, czasami tak bardzo najeżone trudnościami w odbiorze, że wręcz niedostępnymi dla czytelnika. Być może słowo „moda” jest zbyt dosadne, ale obserwuje się obecnie taką właśnie dosadność, szczególnie w poezji. Oczywiście, to nie jedyna rzecz, którą zaobserwować można, to po pierwsze. Po drugie, nie mówię, że jest to złe, bo tak absolutnie nie jest. Ma to swoją siłę istnienia i przyciąga do siebie. Natomiast wiersze w prezentowanym zbiorze są całkowitą przeciwnością tych wspomnianych powyżej cech. Mogłabym powiedzieć, że są gładkie, płynne, a jedyne co czuje się, po ich czytaniu, to emocje, których ilość pozwala na spokojne przejścia pomiędzy kolejnymi utworami, gdyż nie są nimi naszprycowane. Przywołują w czytelniku jego własne doświadczenia, bo „poeta / nawet kamień ugotuje / powoła do życia / oddając mu / część duszy” (POETA I KAMIEŃ, s. 56), a to sprawia, że czytając, można wejść w wiersz. Wołyński nie ukrywa przed czytelnikiem uczuć i przeżyć podmiotu lirycznego, a jednocześnie nie chce, by odbiorca całkowicie je przejął, dając mu czas na zastanowienie, spojrzenie w siebie. Nie rozgrywa też w wersach wielkich przedstawień, wręcz przeciwnie, wszystko jest oszczędne w słowach, a zarazem bardzo mocno dopowiedziane i „może to jest właśnie / ta droga” (Z LEKARSKIEGO WYWIADU, s. 71), by, we współczesnej literaturze, znaleźć to chwilowe panaceum na przemijający czas. Wspominając o uczuciach muszę zaznaczyć, że Wołyński nie obawia się przedstawiania bezpośrednio swoich, są one częścią zbioru, o czym świadczą dedykacje w książce. To powoduje, że wiersze jeszcze mocnej wpisują się w życiowe sytuacje, są bardziej realistyczne, a jednocześnie nie jest to płaczliwe wołanie o zauważenie. Autor raczej przywołuje w pamięci obrazy, które nie pozwalają na zatarcie, nawet, gdy minie wiele czasu. Zastanawiałam się, skąd taka forma, taka potrzeba zapisu? Wołyński sam odpowiedział na moje pytanie w jednym z utworów, w dosadny sposób:

           „Mijam ludzi
           których za rękę prowadzi
           mały ekran
           wirtualnego świata” (DROGA, s. 15).

Ma rację. Wiele więzi rozmywa się i ginie w świecie realnym, bo zabiera go świat wirtualny. Zapominamy o prostocie, by dopasować się do tego, co poza autentycznym wizerunkiem. Co smutniejsze, często, na siłę, dążymy, by podporządkować się panującym trendom. Być może jest to sposób na nieokazywanie własnego „JA”, bo przecież krąży przekonanie, że rozpamiętywanie nie jest dobrze widziane. Należy twardo iść przez życie. Wołyński stawia swoje wiersze przeciw temu wszystkiemu, pisze wręcz:

            „Gdy zbyt długo milczę
           wtedy ze słów
           powstają zaspy” (***GDY ZBYT DŁUGO, s. 38)

więc ktoś musi mówić o rzeczach prostych, ale jakże ważnych. Autor nie ma z tym żadnego problemu i pisze zamieniając „kartkę / na grudkę ziemi / w dłoni” (DEPRESJA METAFOR, s. 57), by dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Co więcej, robi to w bardzo przemyślany sposób, którym mnie osobiście ujął. Nie potrzebuje władać słowami niczym sztyletem. Potrafi przekonać do swoich wierszy w sposób niezwykle charyzmatyczny, który cenię.

            Co więc jest takiego niezwykłego w całym zbiorze? Właśnie ta prostota niewymuszająca domyślania i wyciąganie głęboko ukrytych wniosków, bo czasami „…przez lata / czekamy na ten jeden / jedyny wiersz” (*** BYWA, s. 73). Wracając do początkowego cytatu, nie mogłam się powstrzymać, by właśnie nim nie rozpocząć. Te słowa są wizytówką całego zbioru, które, po przeczytaniu, pozostały w pamięci i raczej nie szybko zostaną z niej usunięte. Niezależnie, co czytamy, czy to zawiłe czy proste wersy, poezja powinna pozwolić wypocząć. Czasami złapać oddech, zezwolić na chwile uniesienia. Wiersze w zbiorze dostarczają takich doznań, jest w nich indywidualne i niepowtarzalne podejście. Myślę, że zrozumie to każdy, kto zetknie się z twórczością Marka Wołyńskiego, nawet, jeżeli na co dzień jest zwolennikiem zdecydowanie innej formy pisanej.


Pod ciężarem skrzydeł, Marek Wołyński (Wydawnictwo ANAGRAM, Warszawa 2020)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko