Krystyna Konecka – LAPOŃSKIE SNY MARII MAGDALENY

0
505

     Hej, konformiści! Hedoniści i sybaryci! Chyba nie dla was lektura tej książki. I dla was także nie – komercyjni uczestnicy tłumnych wycieczek do śródziemnomorskich kurortów pod palmami, gdzie w nowy dzień wchodzi się podczas wrzaskliwych dyskotek… Nic w tym złego, ale, kto wie… Może gdybyście sięgnęli po „Mój lapoński sen” Marii Magdaleny Pocgaj, moglibyście odkryć świat, który stanowi przeciwieństwo waszych oczekiwań od życia, i zapragnąć zagłębić się w tym świecie, żeby spotkać się z samym sobą… Kto wie…

     Wydaną w 2017 roku przez poznański Oddział ZLP w serii LIBRA książkę, opatrzoną rok później dedykacją autorki („Są miejsca, których zapomnieć nie sposób”)  przeczytałam wtedy jednym tchem, odnajdując w niej – zbliżone w dużym stopniu – zjawiskowe znaki fascynujących nordyckich krajobrazów, nieskażonych komercją, które nieco wcześnie miałam szczęście zaledwie dotknąć na odległej Islandii.
     Kiedy teraz wróciłam do tej poetyckiej opowieści, mogę tylko podziwiać autorkę „Mojego lapońskiego snu” za umiejętność symultanicznego przekazu tych nadzwyczajnych doświadczeń, jakie podarował jej los: książka jest świadomym, i w jakimś sensie natchnionym opowiadaniem nordyckiej przygody językiem dynamicznego reportażu, prozy poetyckiej, poezji, fotografii i rysunku oraz dygresji muzycznych – żeby w żaden sposób nie uronić zapamiętanych przeżyć, które zapadły głęboko w serce.

    O tym, jak szeroki wachlarz zainteresowań bliski jest Marii Magdalenie Pocgaj, mówi twórcza biografia poznanianki rodem, w rodzinnym mieście zdobywającej szlify plastyczki, autorki kilkunastu zbiorków (nie akceptuję słowa: tomiki) wierszy – od takich jak „Na ganeczku ciszy” z 2001 roku (i to drugie słowo, wielokrotnie wyartykułowane, odnajdziemy na kartach „Mojego…snu”) poprzez cykl wizerunków kobiecych postaci biblijnych w książce z 2006, opatrzonej własnoręcznymi rysunkami, pt. „A włosy im czesał biblijny wiatr” (stąd akcenty duchowe, metafizyczne powróciły także we frazach i refleksjach w tej ostatniej) aż po „Apokryfy uliczne”, wydane w roku 2019, portretujące osoby bezdomne, o której to książce Andrzej Walter napisał, iż autorka „…pokazała ten świat nowatorsko, odważnie, ale z dystansem, intymnie, subtelnie, z ogromną kulturą…” – i takie też słowa przystają do opisów północnych pejzaży oraz żyjących tam ludzi.

     Pojemny biogram poetki obejmuje też m.in.  szereg działań animatorskich, współpracy twórczej (jak cykl wierszy w albumie fotograficznym Antoniego Ruta pt. „Wierzby wielkopolskie”) oraz licznych pieśni i hymnów kościelnych. Poza wieloma nagrodami twórczymi, działalność Marii Magdaleny Pocgaj ukierunkowana religijnie została uhonorowana w roku 2019 Medalem Sanctus Petrus et Sanctus Paulus przez Arcybiskupa Poznańskiego. Jak podkreślał w laudacji Roman Bąk, że jakkolwiek nie w każdym ze zbiorów poezji „…Transcendentny Adresat jest nazwany i przywoływany jawnie. Każdy wers przecież jest śpiewem na cześć Pana – chwałą Jego stworzenia – Jego dzieła…” i jest to odniesienie wprost do fraz, które odnajdujemy na stronach książki „Mój lapoński sen”.

     Warto też zajrzeć do refleksji Andrzeja Haegenbartha w jego wstępie do zbioru wierszy „Herbata z gwiazdek” (2013), zatytułowanego „Niezwykła zwyczajność, pokrewieństwo sztuk i dusz”, a zapowiadającego uważnemu czytelnikowi poezji Magdy otwarcie na tajemniczą przygodę jej życia i twórczości. Owo pokrewieństwo dusz  występuje „między autorką większości wierszy a Andrzejem Szmalem (miłośnikiem Laponii, przyrody nieskażonej cywilizacją, poetą, fotografikiem, cenionym autorem diaporam), najchętniej przebywającym za kołem podbiegunowym wśród rdzennych mieszkańców północnej Szwecji” – i niech ten wizerunkowy komunikat wystarczy za tzw. „okoliczności” kilku wypraw Marii Magdaleny Pocgaj (właśnie w ostatniej rozmowie dowiedziałam się, że dotąd było ich sześć) do Laponii.
     „Herbata z gwiazdek” jest nie tylko, ale – także lirycznym zapisem doświadczanych tam emocji w spotkaniach z naturą i ludźmi oraz  zwierzeniem z przyjacielskiego dialogu na, jakże trudną do przebycia, odległość, więc wyrażonego w poetyckich esm-ach obojga przyjaciół. I tym intrygującym wierszem bez tytułu, który sprawił, że na otrzymany cztery lata później „…sen” nie mogłam się doczekać.

*  * *
Wrzucam do imbryka
kilka płatków zmierzchu
parę zamyśleń
i rozkruszony zapach
tamtej chwili

a ty prosto z lasu
do chatki Arvidssona
wnosisz garnek
świeżego śniegu
na herbatę
z roztopionych gwiazdek

     Otwierając swój „Mój lapoński sen” odautorskim wprowadzeniem Magda nie ukrywa wzruszeń, które towarzyszyły jej nieustająco podczas każdej wyprawy. Zdawać by się mogło, że twarda z niej osoba, o czym zaświadcza wieloletnie członkostwo w tak zmaskulinizowanych środowiskach jak Polski Związek Tatrzański czy Wielkopolskie Stowarzyszenie Marynistów Polskich (a nawet tamże uzyskana odznaka… Zasłużonego Pracownika Morza). A jednak – zwierza się – „Płacząc, bez słowa patrzyłam na Sampi przez szybę samochodu Violi, i myślałam sobie, że tak zapewne musiał wyglądać biblijny Eden”.
     Wiele jeszcze razy na kartkach książki odnajdziemy ślady podobnych wzruszeń, ale też wyrazów wdzięczności dla przyjaciela – opiekuna „…dzięki któremu miałam tam gdzie mieszkać i co jeść, więc mogłam prowadzić proste życie bez wygód, jakie sam wiedzie”. Bez wygód, czyli od strony reportersko – poetyckiej „…Notatki prowadziłam na gorąco, zarówno latem, za dnia oraz jasnej nocy, jak i zimą w rękawiczkach, przy świecy i czołówce w kuchni”. Czołówka, czyli lampka na pasku uczepionym czoła. Rękawiczki… przy kilku stopniach powyżej zera w lapońskiej kuchni Andrzeja na pewno wystarczały. Gorzej bywało podczas styczniowej wyprawy w 2015 roku, kiedy autorka – narratorka odsłaniała ręce w temperaturze poniżej minus dwadzieścia stopni, żeby zrobić zdjęcie urokliwego pejzażu, tylko na moment, co wystarczyło aby je odmrozić. A potem w wielkim bólu ratować…
 
     W granicznych sytuacjach przychodził z pomocą Andrzej, którego imię „przybrało lapońską formę Anta, bo i przedstawione w książce realia są lapońskie” objaśniła Magda. I tak pozostało. Zatem Anta – z kartki na kartkę – wychodził cało ze wszystkich problemów i opresji. Coś się jednak przytrafiło dzielnemu polskiemu Wikingowi – poecie, że w 2017 roku, podczas 40. Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu pojawił się o kulach, a w Muzeum Rolnictwa w Szreniawie na wieczorze literackim musiał odpoczywać w pozycji horyzontalnej (co uwieczniłam na fotografii…). Odpowiedzi brak…

     …Jest zatem rok 2018 i „Mój lapoński sen”, i dedykacja: „Andrzejowi, w podziękowaniu za to, że pokazał mi swoją prawdziwą miłość, Laponię”. I pierwszej przygody opisanie „Zapiski z lata 2013”. Wyczynowe przemierzanie cudownie zjawiskowego „królestwa przyrody” w warunkach – może nie survivalowych, ale przecież wymagających od mieszczki, co tu ukrywać, heroizmu. Trzeba wytrzymać to zderzenie się z nieznanym, konfrontację zurbanizowanych obyczajów z odwieczną tutaj świętością natury i zaskoczeniami klimatycznymi, kiedy najwięcej uczuć okazują intruzowi (intruzce) nieustająco ekspansywne miliony komarów. Ale wszystko jest do zniesienia wobec możliwości doświadczania Absolutu w kapliczkach natury… I autorka książki wyraża swoje emocje już to w formie dynamicznego zapisu reporterskiego („Przed nami bystrze, pełne drobniutkich fal. Będzie kołysać. Trzeba zgrać machanie wiosłami”), już to frazą prozy poetyckiej („I znów wpływamy na rozlaną szeroko powierzchnię odbitego w wodzie, cichego nieba…”).
    
     Każdą spośród trzech części książki – trzech wypraw – ilustrują fascynujące fotografie. Gdyby ich nie było, pięknym językiem opisane pejzaże zapewne by wystarczyły, ale dobrze, że są, bo w sposób artystyczny wspierają nie zawsze gotową wyobraźnię czytelnika, oddając barwą, światłem, kadrowaniem bogactwo tutejszej natury, jakże odmiennej od naszych swojskich pejzaży… Tylko pierwsza eskapada miała miejsce latem. Dwie kolejne zimą – w grudniu tego samego, 2013 roku, i w styczniu 2015. Zatem i przestrzenie w przeróżnych odcieniach tej pory roku wokół miejscowości za kołem podbiegunowym, i niebo, i wszechobecna mistyczna cisza, i niepokalany śnieg – nieustający powód zachwytu Marii Magdaleny, wszystko to zostało utrwalone aparatem, kiedy tylko miał on kaprys funkcjonować w skrajnych temperaturach. A kiedy nie, lub gdy moment światła nie wystarczał na pstryknięcie fotografii – autorka książki wyręczała obiektyw zatrzymując wrażenia chwili w syntetycznej notce lub wierszach, których jest niemało, chociaż – jak sama zaznaczyła – „niejako mimochodem” rodziły się nocą, zainspirowane zjawiskowymi widokami, w zimnej kuchni lapońskiej pod ciepłym śpiworem. Jak ten:

^^^

Wchodzę do leśnej filharmonii
wszystkie miejsca zajęte
sarny na mój widok
błyskawicznie znikają
w niewidzialnych kuluarach
jest tak śnieżnie
że kruki wygładzają fałdki
na białych frakach

batuta uniesiona
nie drgnie nawet powieka szronu
tylko mój parujący oddech
kłębi się w powietrzu
zima wodzi smyczkiem
po napiętych strunach pejzażu
a w mojej duszy
święto

     W języku szwedzkim ten finał wiersza brzmi:

och i mi sjal
en helg

     Bo każdy wiersz w książce ma swoją translację w tym języku, autorstwa Andrzeja Szmala. Anta jest niezawodny. Na każdy problem znajdzie jakiś sposób. Jeżeli trasa wyjazdowa do przyjaciół na kilka dni (gdzie można odpocząć po skautowskich lub wręcz spartańskich warunkach) nie wymaga samochodu, Anta ma pod ręką zmyślny środek transportu na ciężkie plecaki. Jeżeli zabraknie herbaty, on wyczaruje ją z dostępnych roślin. Jeżeli poznańska poetka uwielbiająca samotne wędrówki na nartach, gubi się wśród drzew pod zimową nocą, Anta nagle wyjeżdża na swoich z lasu. Tylko nie trzeba się bać. Maria Magdalena nie boi się. Może zna też Twainowską sentencję, iż „odwaga to panowanie nad strachem, a nie brak strachu”. Chcę pamiętać, że mnóstwo miejsca poświęciła autorka wytrwałym, cudownie gościnnym, mądrym mieszkańcom odwiedzanych okolic. Którzy, poza ciepłymi skarpetami i lokalnymi przysmakami obdarowywali gościa z Polski opowieściami o miejscowych obyczajach i tajemnicach przeszłości. Zwierzętom o magicznych imionach jak reny, którymi opiekował się Anta, i które – na pewno, absolutnie – gdy już dołączyły do stada, przywołane po imieniu mogły zbliżyć się, chociaż niewidoczne, do przyjaciela.

     Jest 6 stycznia 2021 roku. Domykam ten tekst o lapońskich snach (przecież tyle ich było) Marii Magdaleny Pocgaj. 6 stycznia 2015 roku Magda zapisuje:
     „Zwykle po przebudzeniu widzę tu las stojący po kolana w śniegu, z latarniami wiewiórek i gilów. W śpiworze ciepło, ale gdy tylko wysunie się dłoń, natychmiast ziębnie.
     Dziś Święto Objawienia Pańskiego. Słuchamy mszy luterańskiej i kazania o Trzech Mędrcach ze Wschodu. Nie przeszkadza mi  to, że nie rozumiem po szwedzku…”.
     Jest i wiersz:

^^^
W Święto Trzech Króli
w kierunku porjuskich bagien
krok za krokiem
myśl za myślą
idzie ze mną moje życie
bez planu
zbędnego balastu
oglądania się za siebie
w kieszeni niesie chwilę
tę która właśnie trwa
to cały ekwipunek
dziś wiem że mimo zakrętów
i ślepych ścieżek
droga jest jedna
to ta którą idę
to ona doprowadziła mnie aż tutaj
w kierunku porjuskich bagien
w Święto Trzech Króli

Anta w końcówce przekładu napisze:

till myrarna vid Porjus
pa trettondedag jul

Zapamiętam…

Krystyna Konecka

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko