ELŻBIETA MUSIAŁ – próba odczytania „Widzieć wszystko” Juliana Przybosia

0
225

Widzieć wszystko

Być wszechobecnym! To znaczy przywołać pamięcią wszystko, co widziałem, co czułem!

Ale wtedy – czy musiałbym uciekać się do poezji? Gdybym mógł przywołać wszystko równie żywe jak wtedy, gdy nim żyłem – poezja byłaby rzeczą, a rzecz – poezją. A poezja pochodzi albo z nadmiaru doświadczanej chwili, albo jest rekompensatą niedosytu: tego, że się nie wchłonęło wszystkiego, co daje teraźniejszość.

Czyżby artysta u końca swego doświadczenia dotykał tej równości: sztuka = to, co jest widziane, słyszane, dotykane, zupełnie, całkowicie? Czy nie dlatego zamilkło wielu gwałtowników Piękna?

                                                               (Julian Przyboś, Widzieć wszystko)


Przybosiowa „Wszystkość”

„Widzieć wszystko” pochodzi z późnego zbioru Juliana Przybosia „Narzędzie ze światła” datowanego na 1958 rok. W przytoczonej refleksji autor otwarcie wyraża pragnienie objęcia świata całościowo, czyli zarówno doświadczeniem wzrokowym, jak i mocą poetyckiej wizji. Zapis jest głęboką zadumą nad sensami samej poezji i nad możliwościami kreacyjnymi poety, który jest wyrazicielem doznań. Utwór gromadzi więc tematy typowo Przybosiowe.

A poezja pochodzi albo z nadmiaru doświadczanej chwili, albo jest rekompensatą niedosytu: tego, że się nie wchłonęło wszystkiego, co daje teraźniejszość.

„Chwila” nie jest tym samym, co mierzalne jednostki czasu. „Chwila” jest zjednaniem tego, co naoczne i zobaczone z przeżytym, jest skonsumowaniem jednego i drugiego jednocześnie. „Chwila” szuka swojego gniazda, znajduje go zwykle w pamięci, czasem w poezji. Zapłonem dla objawionej chwili lub dla zatrzymania powidoków pod powiekami bywa ludzkie wzruszenie. Poruszenie. Patrzenie na wskroś, pod światło? To ono przywołuje ów błysk wyobraźni i chcenia i zaprzęga do pracy kognitywne uzdolnienia poety, które prą do zapisu sytuacji lirycznej. Niektórzy na ten stan mówią „inspiracja”. Ale Przyboś nazywał go „zaczątem”[i]. Czy zaspokajało to potrzebę jego słowotwórstwa?

W postawach i twórczości Przybosia dopatrzeć się można ciekawych antynomii, które w konsekwencji prowadziły do mistrzowskiej poezji. Z jednej strony postrzegał poetę (siebie) jako „rzemieślnika słowa”, a z drugiej – wybrańca, który widzi i czuje więcej, więc mocą „pięknych zdań” kreuje światy. Zatem jest demiurgiem, a ten z precyzją poetyckich technik wyzwala mgnienie światła i świata. Intelektualną grę i rygor wiersza zestraja z metaforą, elipsą i międzysłowiem, które doskonale przylegają do pozajęzykowej świadomości, a więc zsyłają epifaniczne podniety.  

Przyboś wyznawał kreacjonizm, jak się zdaje, leżał on w jego twórczej naturze. Poetycki zapis wg mistrza awangardy miał w czytelniku rodzić przeświadczenie, że to wiersz wprawia w ruch świat, a nie odwrotnie (za B. Łazińska*).

Gdybym mógł przywołać wszystko równie żywe jak wtedy, gdy nim żyłem – poezja byłaby rzeczą, a rzecz – poezją.

Poezja Przybosia nie relacjonowała tego, co zobaczone, miała wywoływać efekt chwili. Istotą jej wszak jest poznanie, sięganie po głębię. Miała być miejscem styku jaźni z pełnią bytu (za E. Kraskowska*). Niebotyczne to założenia, ale tylko wtedy mogła zacierać czy znosić granice między rzeczą a słowem je nazywającym. Metapoezja brała się wprost z metafizycznego horyzontu (za Z. Zarębianka*).
U zarania wiersza stało więc zjednanie świata zewnętrznego z wewnętrznym przy udziale wzroku – nadrzędnego narządu (narzędzia) w akcie percepcji. Dla Przybosia widzenie było czynnością psychiczną, uruchamiającą myślowe uniwersum. „Poetyka spojrzenia” urastała do rozmiarów „spojrzenia na patrzenie” (za D. Kaja*).

Być wszechobecnym! To znaczy przywołać pamięcią wszystko, co widziałem, co czułem!

Czy da się „widzieć wszystko” i być wszechobecnym? Tak zupełnie, jakby się posiadło rozumienie całkowite i czucie całościowe? Przypuszczalnie tylko w „chwili”, która potrafi doświadczanie danego momentu zsynchronizować z doświadczeniem życia, czyli niejako nałożyć na siebie kolejne przeźroczyste warstwy i przepuścić przez nie jak przez pryzmat promień światła. Tak odczytuję poniższe równanie Przybosia.

Czyżby artysta u końca swego doświadczenia dotykał tej równości: sztuka = to, co jest widziane, słyszane, dotykane, zupełnie, całkowicie?

Alejuż następujące po tym zdanie, zamykające prowadzoną dywagację, nie jest oznajmujące. Jest pytaniem, być może bez odpowiedzi. Albo też otwiera przestrzeń do domysłów lub obserwacji, które to  – o dziwo – mogą prowadzić do przeciwstawnych wniosków. Przyboś rozstrzyganie powierzył jednak czytelnikowi, aby i w nim uruchomić czujność i chęć dociekań (Poezja spełnia się wtedy, gdy staje się powołaniem / innych / do stanu wynalazców; J. Przyboś).

Czy nie dlatego zamilkło wielu gwałtowników Piękna?

Jeśli mowa nie wystarcza, by ująć „Wszystkość”, bo ta ociera się o poznanie pozajęzykowe – pozostaje zamilknąć i patrzeć, patrzeć… Tak skapitulowało i skapituluje „wielu gwałtowników Piękna”, ale nie wszyscy. Pozostaną niezłomni i będą doskonalić się w sztuce, dopóki jej nie przemienią w „narzędzie ze światła”, które jest źródłem iluminacyjnych przeżyć. O tym mówi też inny wiersz Przybosia.

[…]  A jednak napisałem ten poemat – o czym? znowu,
nieskończenie znowu o poezji? a więc
o niczym, a raczej: o wszystkim które
prawie że dotyka niczego, czyli:
o nieskończonych moich zamachach na Wszystkość!
Dopóki jednak nie odłożę pióra, aby jej nie – skończyć,
ale zacząć na nowo:
orać… nawlekać nić … ogłaszać manifest…
Ogłaszam.

(J. Przyboś, Więcej o manifest)

Rozmyślania nad niewystarczalnością słowa bądź dla odmiany nad ikonicznością poezji wpisują się w Przybosiowy autotematyzm. Koncepcja poety i poezji stale jest akcentowana w wierszach autora „Narzędzia ze światła”. Zaś powracającym motywem – wręcz obsesyjnym – stało się właśnie światło, jako ten wyraz poszukiwania przez Poetę własnego Absolutu.

ELŻBIETA MUSIAŁ


[i] Stanisław Nyczaj, Metafizyka tworzenia. Na kanwie zwierzeń polskich poetów współczesnych, Kielce 2007, OW „STON 2”, s. 95-96. Poniżej cyt. za: J. Przyboś, Jak powstaje wiersz, „Okolica Poetów” 1936, nr 7, s. 3-4:

«Zacząt» – to albo jakaś przygoda wzruszeniowa, widzenie tego wzruszającego zdarzenia, albo klimat uczuciowy towarzyszący szeregowi faktów, który dopiero później kojarzy się z odpowiednią wizją – i wtedy dopiero staje się właściwym «zaczęciem»”.

*Głosy krytyczne wygłoszone podczas konferencji związanej z setną rocznicą urodzin Juliana Przybosia (Poznań, 12-14 marca 2001 r.) zebrane w tomie „Stulecie Przybosia” pod red. S. Balbusa i E. Balcerzana, Poznań 2002, s, 432.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko