Krystyna Habrat – SYLWESTROWA RADOŚĆ – OBOWIĄZUJE!

0
187

  Jakże się dziś ucieszyłam, gdy w samo południe, gotując obiad, zajrzałam na chwilę do komputera i zobaczyłam zaproszenie do napisania tekstu na czas sylwestrowy. Myślałam, że jest więcej czasu do kolejnego numeru Pisarzy.pl.

  A więc doceniają mnie! Tylko ja, bacząc już bardziej na towarzystwo ze Stopki Redakcyjnej, nabieram coraz większej tremy. 10 lat temu, gdy wkroczyłam tu, nie chcąc nawet sprawdzać, kto tu publikuje, żeby się nie speszyć, poczynałam sobie dość beztrosko i pisało mi się wprost samo. “Najwyżej mi odrzucą” – myślałam. Przyjęli. I pierwszy tekst i zamawiali następne. Więc jestem.

  Teraz zabrzmiało to coś, jak z Kartezjusza, ale u mnie podobnie: piszę, więc jestem.

Muszę więc szybko napisać coś w nastroju Sylwestra. Koniecznie radosnego!

  Nie wolno przecież myśleć ciągle o koronawirusie. Ten przebrzydły nadal nam nie odpuszcza. Po świętach wchodzą kolejne obostrzenia kwarantanny narodowej. Trudno.  Trzeba dalej nosić na twarzy maseczki, dezynfekować co się da i jak najmniej wychodzić z domu. A nasze pozytywne nastawienie do ludzi, świata i siebie, poprawia odporność organizmu na zachorowanie. Cieszmy się zatem i w Święta i w Sylwestra.

  Ja piernik świąteczny już upiekłam, a moja kochana synowa (mam dwie kochane, ale ta bliżej mieszka), szykuje Święta u siebie dla nas wszystkich, no na 5 osób. Mogę spokojnie zasiąść do felietonu sylwestrowego. Poczułam się doceniona, to od razu mam pomysł o czym pisać i zaczyna mi się posuwać całkiem żwawo.

  Tak to jest, widzimy to nieraz, a nauka to potwierdza, że najlepsze pomysły twórcze, takie na wiersz, powieść czy odkrycie naukowe, przychodzą do głowy w atmosferze pogodnego nastroju, zadowolenia, zabawy. Pisałam o tym w cyklu esejów na temat genezy pomysłów twórczych, również na stronach Pisarzy.pl.

  Jak ważna jest  i potrzebna do życia aprobata otoczenia zauważyłam ostatnio, czytając po raz drugi “Staroświecką historię”  znanej węgierskiej autorki Magdy Szabo’. Opowiada w niej zagmatwaną historię swojej rodziny, a szczególnie swojej matki. Miała ona ciężkie dzieciństwo, a najbardziej się nacierpiała w domu surowej babki, która jej nie akceptowała, nawet ignorowała jej istnienie, a biły ją nawet służące. Pozbawiona miłości dziewczynka, ciągle tylko karana za byle co, rosła zastraszona, nieśmiała, anemiczna. Bardzo się starała postępować  jak trzeba, ale nie znała reguł panujących w tym domu i wciąż robiła coś nie tak. Dopiero odrobina zainteresowania i aprobaty ze strony obcej rodziny obudziła w niej to, co najlepsze. Rozkwitła zdrowiem, urodą i wieloma talentami. W atmosferze akceptacji i nawet zachwytu stała się zupełnie kimś innym.

 Coś podobnego zaobserwowałam, gdy do naszej szóstej klasy  przyszła nowa koleżanka, ładna i bardzo miła. Tylko twarz szpeciła jej wielka, sina plama. O dziwo, owo oszpecenie wkrótce znikło. Ale pozostawała nieśmiała i cichutka. Ledwo ją było słychać, jak odpowiadała. Łatwo się peszyła i gubiła przy odpowiedzi. W rozmowie potakiwała potulnie. Uczyła się tak dostatecznie, jak to wtedy, a może zawsze ocenia się uczniów nie rzucających się w oczy. Lubiłam ją. Wiedziałam, że mieszka tylko z matką, a ta była już niemłoda.

  Na początku klasy siódmej, gdy nasza wychowawczyni pytała nas po kolei jakie mamy warunki rodzinne i bytowe, Janka podeszła do pani i długo jej coś szeptała. Od tego momentu  pani – ta wiecznie z nas niezadowolona i nadąsana – ożywiała się na widok Janki, a Janka nie była już taka sama. Odżyła. Pytana – mówiła całkiem głośno. Często się śmiała na cały głos. Miała jakieś piękne notesy do notatek, jak żadna z nas. Już nie potakiwała wszystkim, a narzucała swoje zdanie. Poprawiły się jej oceny aż tak, że została nagradzana, trochę nawet na wyrost.

  Tak, akceptacja  wyzwala w każdym zupełnie innego człowieka – silnego i zdolnego, który potrafi wszystko.

  Nieważne, jak to się dalej potoczyło. Najważniejsza ta jej metamorfoza pod wpływem  aprobaty wychowawczyni,  wiecznie skrzywionej starej panny, też chyba niekochanej. Może trochę  jestem niesprawiedliwa, ale tak to moja pamięć zatrzymała.  Ileż ona mi nadokuczała, bo byłam przewodniczącą klasy i gdy tylko chłopcy coś narozrabiali, ta nasza pani nie ich karała, a pretensje miała do mnie. No to broniłam chłopaków jej na złość. Jednak w liceum już mocno zniechęcona nie chciałam kandydować na przewodniczącą klasy. I to był błąd. Nie tylko dlatego, że wcześniej wojownicza popadłam w nieśmiałość. No, ale już za dużo o mnie.

  Kończąc ten wątek, dodam, że trzeba robić wszystko, aby być akceptowanym, lubianym i lubić jak najwięcej: ludzi, książki, i co się da.

  Prosta do tego droga teraz, gdy wszyscy życzliwie rozsyłamy wszystkim płynące z serca życzenia świąteczne.  Zaraz robi się na duszy lżej, jak w jakiejś przedwojennej piosence, gdy mozolimy się nad takimi życzeniami, żeby były piękne i niespotykane, i potem, gdy sami takie życzenia dostajemy ze wszystkich stron od wszystkich miłych ludzi. Wszyscy wtedy jesteśmy mili i gotowi przychylić każdemu nieba.

  Chyba spośród ludzi życzliwych wyłączyć należy hejterów, którzy skwapliwie wchodzą  na strony tych, których uważają za swych przeciwników politycznych, i obelżywie ich komentują. Nie dbają o prawdę ani o dobre wychowanie, bo muszą dokuczyć. Mają przyjemność, gdy komuś dołożą.  Ciekawe, czy  chłopak, który w biały dzień rzuca kamieniem w kościół, co zarejestrowały kamery, jest szczęśliwy z tym złem, które w sobie dźwiga? Ulżyło mu, jak rzucił, czy odwrotnie?

  Może warto, może nie warto omawiać ten problem szerzej, ale nie chcę nim zatruwać  sylwestrowego felietonu. Napisałam jednak dwie strony w tonie pozytywnym, to kompozycja wymaga zmiany nastroju. Musi być coś negatywnego.  Opowiem więc o nienawiści bezmózgich kotów.

  Wyczytałam niedawno, a felieton nie lubi skrupulatności w podawaniu szczegółów, że pewien uczony badał reakcje emocjonalne kotów, wycinając im kolejne fragmenty mózgu. One żyły nadal, ale zmieniały się ich reakcje, często stroszyły sierść, wysuwały kły, gryzły, drapały, okazywały wrogość, wpadały w szał. Stawały się agresywne z byle powodu i niepohamowane. Jakby nienawidziły. I to koty z częściowo wyciętym mózgiem.

  To bardzo ciekawe, coś nawet przypomina. Ale pointy tu nie będzie. Każdy ją może sam sobie dośpiewać.

   Nie warto o tak trudnych sprawach w felietonie z założenia radosnym. Przecież my już tęsknimy za naszą zwyczaj, w pandemii zatraconą, codziennością. Tęsknimy nawet za przyziemnością.

  To lepiej już pisać o dawnych balach, książkach i bigosie.

  Czy w dobie koronowirusa pamiętamy jeszcze, że Sylwester rozpoczyna czas zabaw i uciech? Kiedyś były to bale, kuligi, maskarady.  W tym roku posiedzimy w domu. Wychodząc pamiętajmy o maseczkach i dezynfekcji rąk. A w domu też dobrze. Nie myślmy za dużo o pandemii. Wkrótce będziemy się szczepić i będzie lepiej.   Zresztą sylwestrowa radość obowiązuje.

  Można więcej rozmawiać z domownikami, czytać książki, a nawet ucztować.

  O książce Magdy Szabo’ – “Staroświecka historia” już wspomniałam. Dodam, że  polecam tę wartościową i mądrą książkę. Czytałam po raz drugi z zainteresowaniem, tak kawałeczek po kawałeczku. Pięknie tu oddany świat bogatych Węgrów z przełomu XIX i XX wieku. Najciekawsze, jak wtedy wychowywano dziewczęta, jak surowe zasady je obowiązywały, jakie były zwyczaje, tradycje i znaczenie wiary. Opisane barwnie w oparciu o konkretne biografie z rodziny autorki i dokumenty, ale podbudowane   tłem historycznym, chwilami aż do znużenia. Warto poszukać tej książki i przeżywać losy ówczesnych panien, kawalerów. Zamyślić się, co zmieniło się w zasadach wychowania i co jest niezmienne, choć niby staroświeckie:  jak dobra opinia dziewczyny, przestrzeganie norm społecznych i rola rodziny we wprowadzeniu w świat  chłopca czy dziewczyny, aby byli szczęśliwi, co i tak nie zawsze wystarcza, ale bez tego ani rusz.

  I w tej biograficznej powieści są pokazane ówczesne bale, jak się na nie strojono, co tańczono, jak rodziły się na nich pierwsze miłości.

  Na marginesie tej książki, gdzie tak surowo wychowywano dziewczęta, dodam inną refleksję. Czytam w Internecie co tydzień bogato ilustrowane teksty Elżbiety Szczupak o mitologii greckiej i rzymskiej. Przy micie o Niobe  uświadomiłam sobie, dlaczego do niedawna panowało i u nas  przekonanie, że matkom nie wolno chwalić własnych córek, szczególnie za urodę. To pewnie brało się z tego mitu, gdzie Nobie chełpiła się, że ma ładniejsze dzieci niż bogini Artemida. Ta z zemsty uśmierciła je szybko wszystkie strzałami z łuku. Może to stąd wywodził się zakaz chwalenia córek?  One nigdy potem nie uwierzyły, że są naprawdę ładne i mądre. Miały być tylko dobre. Teraz, gdy mniej opieramy się na starożytnej kulturze łacińskiej i greckiej, wyrabiamy w dzieciach poczucie własnej wartości poprzez ich chwalenie. To dobrze, ale i tamtych wzorców  żal.

  A druga ciekawa książka, którą akurat kończę, to: Emma Donoghue “Pokój”.  Oparta na pewnych faktach, ale niezupełnie, powieść – o dziewczynie i jej synku, więzionych kilka lat przez porywacza. Pisana z punktu wiedzenia 5-letniego chłopca. Pasjonujące, jak on   stopniowo uzyskuje wiedzę o świecie poza zamkniętym pokojem. Tu się urodził i nigdy go nie widział, bo nawet okno tam jest tylko dachowe, ukazujące mały kawałek nieba. Jack powoli  nabywa pojęć tego, co na zewnątrz. Matka dawkuje mu tę świadomość ostrożnie, aby oszczędzić mu frustracji, że to jeszcze niedostępne, bo może nigdy stąd nie wyjdą. Opis ich codzienności z dłużyznami nieważnych fakcików oddaje celnie tamtejszą monotonię i nudę, gdy ciągle nic się nie dzieje, a każdy strąk fasolki, zjadany przez chłopca raz tak, raz inaczej i znowu odmiennie, urasta do miary wydarzenia.

  Dodałam więc do sylwestrowego felietonu coś o książkach, o balach. Ale o bigosie, powiem mniej, bo już jestem zmęczona i natchnienie mi umyka.  Powiem tylko, że od lat muszę mieć bigos na taki okres świąteczny, żeby go w każdej chwili wyciągnąć, podgrzać część i zajadać z pieczenią i wędliną. Wtedy nie trzeba każdego dnia gotować starannego obiadu, jak przez cały rok, a można oddać się świętowaniu i lekturze.

Na naszym osiedlu już jarzą się w oknach kolorowe światełka. Ludzie chcą się wspólnie cieszyć. Co roku ktoś obwiesza jodełkę na ustroniu kilkoma bombkami, czasem jedna wisi całą zimę w parku. To akcja nieoficjalna, wyraźnie z dobrego serca. Patrząc, od razu odzyskuje się wiarę, że są jeszcze dobrzy ludzie, że coś nas wszystkich łączy, i że to jest radosne.

  Przez cały styczeń  stoją  w naszych domach kolorowo ubrane i oświetlone choinki. Przy nich śpiewamy nasze przepiękne kolędy: Bóg się rodzi; Wśród nocnej ciszy; Lulajże Jezuniu i inne. Kiedyś mówiono, że mamy ich w Polsce przeszło 600. Pewnie pieśni bożonarodzeniowych przybyło dużo więcej. Znamy je w większości i lubimy śpiewać.

  A ja dam tu za zgodą autorki jej wiersz, znaleziony dziś w Internecie:

 Emilia Korzeniewska
“Jezu Ufam Tobie..”
Przychodzisz
w ciele bezbronnego dziecka,
kwilisz,
a Twój płacz bezsilności wzrusza.
***
To dla nas
stałeś się człowiekiem słabym
otwierając
umysły na Bożą prawdę,
serca na cudzą krzywdę,
na miłość bez warunków,
oczy
na cudowność
danego nam świata.
***
Napełniłeś
radością i ufnością
do ludzi.
Zesłałeś
uśmiech otwierając
słabe ramiona.
Dałeś
wiarę w bezpieczną
przystań zagubionym.
Zmusiłeś,
byśmy stanęli
na drodze do wolności,
którą wyznacza wiara
w Twojego Ojca.
***
W małym, bezbronnym
ciele małego dziecka
rodzi się
potężna siła
budząca ludzkie sumienia.
***
“Jezu Ufam Tobie”
Emi

  Teraz życzę wszystkim zdrowia i szczęścia na Nowy rok 2021.

Krystyna Habrat

18.12.2020 r.  

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko