KATARZYNA BRUS-SAWCZUK – Stany (pod)świadomości (fragment)

2
1085
Maria Wollenberg-Kluza

    3. Dzień, w którym zakończyło się życie

Szedł po dolnym Manhattanie, rozglądając się za swoim ulubionym pięć minut w Le Pain Quotidien[1]. Ach, ci Europejczycy… Z pajdki chleba, z każdego okruszka potrafią zrobić niebo w gębie. No jednak co jak co, ale Julian był pewny: wiedzą, co robią. W którym momencie to się zdarzyło? Czy najpierw był odgłos, czy najpierw była szczególna cisza? Czy potem był krzyk i chaos, czy najpierw był chaos? Instynktownie spojrzał na ekran telewizora – kurwa, zróbcie to głośniej!

Z a a t a k o w a n o Amerykę. Państwo ze swoim Independence Day, nienaruszalną konstytucją, ze Statuą – ich Statuą Wolności w tle. Najmocniejszy kraj na świecie. Nie… to nie może być prawda… Samolot leci prosto na południową wieżę… Nie! To jest film! Nie… przeczy temu odgłos, który się wydarzył. Dopiero teraz dociera do niego, co mogło się stać. Krzyki. Sygnały karetek, straży i policji. Jego pager. Zaczyna przychodzić milion sygnałów. W przytulnej knajpce nagle zapanowuje cisza. Znów retrospekcja. Samolot uderza w północną wieżę World Trade. To dzieje się naprawdę. Zanim zostaną zablokowane wszystkie telefony oprócz stacjonarnych i zanim Manhattan zostanie odciętą od świata wyspą, Julian dzwoni do rodziny. Przerażeni. Córka płacze. Mówi, że to koniec świata.

 – Tato, jak dobrze, że jesteś, że odezwałeś się… Zobacz, następna wieża została trafiona… Czy to dzieje się naprawdę? Tato, jestem przerażona…

Pager Juliana daje sygnał tysięczny raz. Do bazy! Natychmiast. Jest rano, Julian dopiero był w drodze do pracy. Jest na służbie, mimo że przed. Nieznoszącym sprzeciwu głosem rzuca w stronę przechodniów, którzy biegają dookoła jak przerażone mrówki: SCHODŹCIE NATYCHMIAST DO METRA! Panika. On nie opanuje już tego. Musi przemieścić się bliżej miejsca zdarzenia i czekać na rozkazy. Nic nie widać. Pomiędzy obu wieżami zawiesiła się w powietrzu ciemna chmura pyłowa, prawie nieprzenikniona. Julian ma przed oczami wnuczkę, z którą dwa dni temu szedł do portu. Jakieś 20 metrów stąd. Jest 10:31, kiedy włącza się do akcji. To jest ten moment, kiedy staje serce. Wraz z każdym kawałkiem betonu, szkła i tysięcy ludzi skazanych na absurdalną śmierć.

Z nieba leci człowiek. Wybrał wolność. Julian ma sekundę do namysłu. Plastikowy pojemnik na śmieci wypełniony po brzegi. Ułamek sekundy. Zamiast krwawej miazgi na betonowym podłożu – góra śmieci, w którą wpada bezimienny. Żadnego odgłosu ani jęku. „Mam rannego” myśli Julian, odkopując delikatnie papiery i oblepiające palce jakieś resztki wyrzucone z pobliskich barów i restauracji. Nie ma czym oddychać, naokoło panika, wrzaski, wszyscy uciekają. Biją się o życie.

Julian wyciąga gościa. Ma rozszerzone źrenice. Nie wierzy, że jeszcze nie umarł. I’ve got you, brother. Pozycja bezpieczna, drogi oddechowe drożne. Masaż niepotrzebny. Facet zaczyna sikać ze strachu. Stay cool, man, we’re here for you. Trzeba przykryć, uświadomić, że ma się nie ruszać, dać służbom ratowniczym znać pagerem. Za godzinę nie ma już pagera. Za dwie nie istnieją telefony komórkowe. Ile wyniósł tych ludzi? Jedni żywi, drudzy już nie, tym zamykał oczy i robił nad nimi szybki znak krzyża. Ile rąk, nóg, korpusów rozczłonkowanych wśród gruzów.

Julian namierza dowódcę. Chociaż zostały zmobilizowane wszystkie siły wojska i policji, tu od tej strony jest ich niewielka grupka. Żaden z nich nie spodziewał się nigdy takiej… jak to nazwać. Katastrofy? Tragedii? Wojny?

Podobno II wojna światowa była największą ludobójczą katastrofą ludzkości. Od tego dnia, 11 września 2001 roku, wszystko ma się zmienić. Globalna wojna, która od tego momentu – godziny 08:46 – nadeszła, przestała być policzalna w ofiarach. Ameryka, Liban, Biesłan, Syria, Nicea – z pewnością dojdą kolejne miejsca bezsensownych zbrodni wymierzonych w ludność cywilną, bo tak jest najłatwiej.

Podobno islam jest religią miłości. Podobno Bóg jest jeden dla wszystkich i potrafimy wybaczać. Podobno na świecie w tej samej chwili pojawiła się tęcza. Podobno świat jest dobry. Nic jednak nie zmieni biegu rzeczy od tego momentu.

Spalony, wyjący z bólu pies stracił właścicieli, stracił nogę. Julian wyciąga broń. Obok kobieta w ciąży. Zanosi się od płaczu. Jak mogłeś zabić tego psa?

  – Żyjesz? Jak twoje dziecko? Jest z tobą ok? To uciekaj, kurwa!

Doprowadza ją do metra. W zasadzie w ostatniej chwili wlecze, dopiero teraz widzi krew. Jesus Christ Superstar, kurwa. Tuż przed wejściem ona osuwa się, łapie go za rękę. Próbuje masować jej serce: 30/2 30/2. 4 minuty. Nic. Normalnie mógłby wezwać karetkę. Albo przynajmniej tych z pożarnej. Zamyka jej powieki. Głaszcze po brzuchu. Ty jeszcze chwilę pożyjesz maluszku, zanim się zadusisz. Nikt dzisiaj nie będzie ci w stanie pomóc. Nikt na całym świecie nie będzie ci dziś w stanie pomóc.

W 44 roku heroiczna grupa młodych ludzi broniła honoru Warszawy. Wtedy nikt nie wiedział, że mimo pokoju wojna nadal będzie trwała. Że następne 40 lat nie zmieni niczego. Jeden z żołnierzy AK, pseudonim „Stareńki”, w ostatnim dniu powstania nadal wyciągał spod gruzu żyjących, bo na tym polegała jego służba. Nieżyjących też. I czasem psy. Tym, które nie przeżyłyby, strzelał w głowę. Dziś odwiedza w małej podwarszawskiej miejscowości grób. Osobiście pilnuje, aby zawsze był na nim palący się znicz. Tamtą kobietę wyciągnął spod gruzu, Krzyczała, że rodzi. Przestała oddychać. Dziecko po chwili również. Jeszcze nieodłączone z pępowiny. Joanna Jakimczyk i jej narodzone dziecko.

Na Manhattanie po upadku dwóch wież zapada grobowa cisza. Przez trzy dni miasto jest odcięte. Nie ma samochodów. Nie można nigdzie uciec. Nie ma też już łez.

Miejsca, gdzie stały wieże, tchną dziś ogromnym spokojem. Mimo tysięcy języków i setek kręcących się wokół nich ludzi. W tym miejscu jest żałoba. Gdyby przejść się wokół, dotykając zimnego kamienia, to pojawią się litery szorstkie w dotyku Hellen Crossin Kitle and her unborn child. Było ich więcej. Dłużej umierały. Potem dzieci umierały wielokrotnie. Przedtem dzieci umierały wielokrotnie. Ale szczególnie okrutnym ludobójstwem zostało to nazwane dopiero w XXI wieku.

Julian chodzi raz w miesiącu na dolny Manhattan. Od 17 lat. Pilnuje, aby w miejscu szorstkiego napisu był zawsze różowy kwiat. Stareńki podlewa lilie na grobie w małym miasteczku. Wczoraj zdarzyło się to po raz ostatni.

Umarł.

Julian jest na emeryturze.

Pamięć jest nieśmiertelna.


4. Jonatan i Helga. DOLNY MANHATTAN

Na Manhattanie jest przestronny pusty apartament. Na sprzedaż.

 – Nie ufam ci. Teraz będę spotykał się z innymi kobietami. To twoja wina – mówi do mnie.

Wina. Nieodgadniona. Wpędzanie w winę. Patrzę mu w oczy.

  – Kocham cię. Nie widzisz tego.

On patrzy gdzieś w bok.

 – Idź lepiej do tego twojego faceta, niech cię weźmie…

Nie rozumiem, dlaczego on to robi? Nie, nie uderzył mnie, ale na każdym kroku jest to samo. Wmawianie mi win niepopełnionych. Pretensje.

 – Kochanie… – łapię go za ręce… przytulam go… pytam, co jest nie tak… dopominam się miłości.

Odpycha mnie.

Czym jest miłość? Wolnym ptakiem. Wolnym w samym sobie. Nigdy niezapominającym gniazda. Miłość nie jest ulotna. Miłość potrafi być wieczna. Miłość ma znaczenie. A jeśli chodzi o zaufanie, to ono w danym człowieku jest. Albo go nie ma. Nie da się go nauczyć lub zastąpić winą. Zaufanie to problem zazdrosnych. Nie potrafią zrozumieć, że nie da się go wyegzekwować. Zaufanie to wnętrze. To twoje ja. Nie można zaufania odrzucić lub przerzucić na drugą osobę.

Miłość ma skrzydła. Najukochańszy człowiek jest w stanie je odciąć. Głowę też. Kochacie się, kochacie, ale ona chce być sobą. A on nie potrafi tego zrozumieć. Najlepiej, żeby była całkowicie podporządkowana. Jednak też niedobrze. Będzie lalką. A on przecież chce kobiety niezależnej… zależnej… Lalki nie. 

Ona intelektualistka, wiecznie nieosiągająca celu, chciałaby być dopieszczona. Chciałaby być lalką. Ale nie lalką z pochwą-masturbatorem. Jego głos nie pozostawia jednak wątpliwości, że jej rola ma się do tego sprowadzać.

  – Jesteśmy kumplami. Miło jest, jak się kochamy, ale naszego związku już nie ma.

Czekałam dzisiaj na niego. Ugotowałam mu obiad. Byłam czuła. Chciałam spędzić z nim czas.

 – Myślisz, że jesteś kimś lepszym?

 – Kurwa, jestem. Jestem lepsza. Z kim mnie porównujesz? Po co ci to potrzebne? Kurwa, jak kocha się, to kocha się za nic. Trzynaście lat.

 – To twoja wina. Ty jesteś winna za to, co się stało.

  – Winna czemu?. Nie czaj się, kurwa. Wykrztuś to wreszcie!

 – Zawsze podrywałem kobiety. Helga, teraz też już mam coś na oku. Nie myślałem o tym w chwili, gdy związałem się z tobą, chciałem być tylko z tobą. To twoja wina, to ty spowodowałaś, że tak się zachowuję.

 – Nic nie spowodowałam. Po prostu chciałam być sobą. I tylko tyle. Traciłam siebie przy tobie. A byłam zawsze, czy przed tobą, czy po tobie sobą. Nie potrafisz zrozumieć, że cię kocham?

Pamiętam tamte lata. Przeszliśmy przez rozwód z jego żoną, przez jego chorobę i brak zatrudnienia. Przez niebyt. Przez moją ciężką pracę. Przez wypadek. Przez wybory, które postawiło przed nami życie.

  – Przestałeś mnie kochać?

 – Ko… cham, ale mniej. Nie widzisz tego? To twoja wina.

Palec skierowany w moją stronę.

  – To ty mi to zrobiłaś.

 – Na miłość boską, mój mężczyzno. Najmocniej na świecie ciebie kocham. Nie widzisz tego?

Ale po raz kolejny mówienie, że nic mu nie zrobiłam, nie ma sensu.

 – Weź sobie tego starego dupka, mnie stać na piękną młodą laskę.

Skurcz. Zapadam się. Dla niego zrobiłam tak wiele. Wspierałam go z całych sił. Zobaczyłam w nim człowieka. Ze zwierzęcia, z którym wtedy przyszło mi żyć, przemienił się w istotę niby ludzką. Teraz proponuje wyrzucenie zabawki. Zabawki bywają winne. Są w jakiś sposób wierne. Nie mają własnego zdania. Kobiety w cieniu zabawek zdradzają. Kobiety z gruntu są złe. Przecież mężczyźni znają kobiety. Zwłaszcza ci, którzy sami zdradzają bez opamiętania. Kobiety są winne.

Patrzę w lustro. Nie potrafię odnaleźć w sobie winy. Widzę kobietę, która ma emocje. Widzę oczy.

 – Nie manipuluj mnie oczami. Wiele razy dałem się na to nabrać, już nie chcę

Wiele razy patrzyłam w jego oczy. Wydawały mi szczere. Choć bałam się. Wiele razy wydawało mi się, że oczy potrafią zmylić.

Zielone oczy. Zakochałam się w jego oczach. „Jesteś inteligenta. Helga oznacza szczęśliwa. Powiedz, że jesteś szczęśliwa ze mną”. Mówił. Tańczył ze mną rano. Przytulał mnie. Podskubywał po tyłku.

– Jonatan, kocham cię – mówiłam.

– Kocham cię – mówił.

Lata świetlne. Trzynaście lat.

Patrzę na niego. On nie patrzy na mnie. Patrzę mu w oczy. On patrzy gdzieś w bok. Obecny nieobecny.

Miłość jest wieczna, miłość jest nadzieją. Bez miłości nie ma życia. Powiedz to bezgłośnie, bo on i tak już tego nie usłyszy.

[Zaprezentowaliśmy dwa opowiadania – w sumie jest ich dziesięć – z debiutanckiego zbioru Autorki, która z wykształcenia jest lekarzem stomatologiem, specjalistą w zakresie endodoncji mikroskopowej oraz wykładowcą w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, posiada doktorat i prowadzi liczne kursy i wykłady dla studentów i lekarzy w Polsce i zagranicą. Jest autorem i współautorem wielu publikacji naukowych. Wiersze i krótkie formy prozy pisze od 16 roku życia. Do tej pory wydała trzy tomiki poetyckie. Jest członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich.  Ściśle współpracuje też z „Post Scriptum” (nowym niezależnym kwartalnikiem literacko-artystycznym, ukazującym się również  “na papierze”)].


[1] Europejska sieć restauracyjna obecna w 2018 w NYC.

Reklama

2 KOMENTARZE

Skomentuj Katarzyna Brus- Sawczuk Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko