Jacek Bocheński – Ocalenie

0
117

Umówili się. Wydadzą wspólnie wiersze ojca. Stowarzyszenie Żywych Poetów i Muzeum Czechowicza w Lublinie. Gotowych skanów muzeum nie ma, mówi mi przez telefon Adam Boberski. Mogą zrobić. Ta praca pewnie trochę potrwa. Na razie sfotografują manuskrypt stronica za stronicą  i przyślą mejlem fotografie, obiecał dyrektor Wójtowicz. To jest prostsze. Ale obiecał coś jeszcze. Napisze do tego wydania przedmowę albo posłowie, jakiś taki niezbędny komentarz, bo trzeba czytelnikom wyjaśnić, co to za wiersze i skąd się wziął oprawny manuskrypt w muzeum. 

– Jeśli przygotowanie skanów zaciągnie się na dłużej – dodaje Adam Boberski – poradzę sobie inaczej. W razie potrzeby ja sam z fotografii przepiszę ręcznie te wiersze. Po skanerze trzeba i tak wszystko sprawdzać, bo on się myli, według swojego rozumu poprawia słowa, robi różne dziwne rzeczy.

Bądź co bądź, myślę, zmartwychwstały ojciec rośnie. Osiągnął już więcej niż kiedykolwiek za swoich czasów, a będzie jeszcze opisany przez badacza awangardy. Awangardowości ojca w lubelskim okresie życia nie potrafię dostrzec absolutnie. Co innego w późniejszym krakowskim, kiedy poznał Tadeusza Peipera i niewątpliwie znalazł się mniej lub bardziej trwale pod jego wpływem. Nawet ja, mając prawdopodobnie osiem lat, zostałem w kawiarni „Esplanada”  przedstawiony autorowi „Tędy”. Był on też  autorem powieści „Ma lat 22″, co chyba wtedy po raz pierwszy obiło mi się o uszy. Ale nie będę mędrkował na temat awangardy. Znawcą kompetentnym w tej  materii jest profesor Aleksander Wójtowicz. Niech napisze o poezji Tadeusza Bocheńskiego, być może w aspekcie oddziaływania awangardy.

Rzec ciekawa: ojciec przestał mi się ostatnio śnić. Od kiedy zmartwychwstał i rośnie, już nocami nie przychodzi. Nie leży obok, nie ma do mnie żadnych spraw, niczego nie chce, nie wymaga, jak dawniej. Nie ma dla mnie żadnych niemych poleceń ani upomnień i w przelotnym błysku oka nie ma grożącej irytacji, której w dzieciństwie nie tyle się bałem, ile bardzo nie lubiłem.  Bo ona bolała mnie boląc jak gdyby ojca, jego bólem, i to było najprzykrzejsze. Teraz jednak ojciec przestał mi się pokazywać, choć od chwili śmierci robił to co pewien czas przez wiele lat. Dlaczego przestał? Nie potrzebuje? To możliwe.

Był przecież artystą. Twórcą. Z właściwymi twórcom, przepalającymi ich jaźnie namiętnościami. Namiętność miłosna pali, ale ostyga i przemija. Szczególna, samozachowawcza namiętność twórcza, najważniejsza u artystów, nabiera wyjątkowego dramatyzmu w zetknięciu ze śmiercią. Stworzyć dzieło, zdążyć, skończyć, skończone poklepać! Wiem coś o tym. Tak, stworzyć, stworzyć, ale to mało. Objawić ludziom, utwierdzić fizycznie, ocalić, zachować, żeby przetrwało. Ta gromadzona przez całe życie pasja samozachowawcza nie opuszcza zmarłych. Dusze mają o co kołatać.  

Dusze zawsze dopraszały się czegoś u żyjących, różnie w zależności od potrzeb. Polskie dusze potrzebowały na ogół modlitwy i ona je zaspokajała. W innych kulturach, niekoniecznie dalekich od Polski, bo na przykład w białoruskiej, dusze łakną jedzenia z napitkiem i do dziś otrzymują poczęstunek przy grobach. Nie o takie rzeczy upominać się przychodził do mnie zmarły ojciec.

Był człowiekiem niewierzącym. Z  pewnością nie odczuwał braku modlitw. Przychodził z nieukojoną namiętnością samozachowawczą artysty upominać się o pozostawione po sobie dzieło. „Synku mój mały”, zapisał w nim kiedyś.

– Synku mój stary, a co z jedyną ważną sprawą na świecie, z moim dziełem ? – nalegał po nocach niemą obecnością, powtarzaną przez lata. – Synku, co zrobiłeś z moim dziełem? Nic nie zrobiłeś! Ty się starzejesz, synku? I ośmielasz się tak nic nie zrobiwszy ujść?

Sam ojciec zrobił wszystko, co mógł, jak świadczą o tym przygotowane starannie i umieszczone w rozmaitych miejscach manuskrypty, które się teraz odnajdują, poczynając od „Gnom staroindyjskich”, znalezionych w mieszkaniu pani Święcickiej-Misiurewicz.

Z tego manuskryptu powstała pierwsza książka w wydawnictwie Adama Boberskiego i powstał z martwych ojciec. Na to czekał. Na materialną książkę. A początkowo nie dowierzał chyba, że będzie. Ja też nie dowierzałem. Ale wyszła, nad podziw zgrabna, wypielęgnowana, piękna w tej nadzwyczajnej szacie. Ojciec miał ją wreszcie i zarazem sam nią był, umartwieniec, doczekał się pierwszej satysfakcji po sześćdziesięciu latach palącego pożądania w grobie. Od tego momentu  przestał mi się śnić. Mną nie był już zainteresowany, a jeśli,  to tylko niewiele.

BLOG III

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko