Wiersze tygodnia – Adam Marian Jałocha

0
138
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Obcy

wyglądał jak
zbity pies
liczył puste butelki
zbierał złom
był jednym z tych
samotnych jeźdźców apokalipsy
których twarze odbijały się
w oknach wystawowych
potem widziałem go
po raz ostatni
doczekał się końca
wyreżyserowanego przez czas
leżał przykryty brezentowym całunem
nieprzemakalną warstwą samotności
tej przed i po


Listopad

zostawiłem w tobie
znak pokoju
realną rzeczywistość
coś w rodzaju
zadumy i refleksji
mglista i wietrzna noc-
znowu oglądam The Reptile
(młody Beksiński uwielbiał Jacqueline Pearce)
na ulicach nocny
damsko-męski savoir vivre
panie puszczane są przodem


Trędowaci

niczym trędowaci
na czworakach
zdobywają supermarkety
pałają platoniczną miłością
do kasjerek
a potem
przymierzają
pakują
i krążą bez powodu
jak ten neurotyczny facet
w taniej starej tancbudzie
między drzwiami skrzypiącymi
niczym kolana stuletniego staruszka
a ubikacją
płaczącą ze starości
i wśród tego wszystkiego
moje tańczące myśli
przy smętnej muzyce retro
wokół nadmuchanego świata
wypełnionego brudnymi ulicami
z niebieskimi ptakami
(nie mylić z aniołami)
trzymającymi kurczowo w kieszeniach
comiesięczną rekompensatę
za picie używek
wash and go
i smutnymi starcami
siedzącymi na ławkach
wpatrzonymi w czubki swoich butów
jakby szukali oznak życia
pod wiekiem trumny


Hikikomori

między dwoma brzegami nie ma pomostu
są tylko zimne klamki
zakłócające odbiór
zewnętrznych bodźców
podobno w życiu człowieka
nie ma przypadków
istnieje nieuchronność i nieodwracalność
ktoś stojący w kolejce powiedział
że ostatni będą pierwszymi
a ty
że jutro też jest dzień


Czułość

odmierzam dystans
dzielący nasze kruche spojrzenia
dosłowność zaburza proporcje
świata żywych i tych którzy
nie muszą już nikomu przysięgać
w kieszeniach starego płaszcza
znalazłem imiona naszych dzieci
zagubione między
godzinami i datami seansów
już wiem
tam po drugiej stronie
nie ma nocy-
sny nie kradną miłości
głaszczę psa
puszczam go wolno
biegniemy razem
znikając w oparach porannej mgły


Kondukt

wziąłem kilka tabletek
na uspokojenie
całkowite zaćmienie neuronów

niedopowiedziane spojrzenie

ulica patrzy na mnie
zza brudnych firanek
a pies obszczymur
polubił moje spodnie

dzisiaj czarny kolor
jest na topie
a mowa ciała
niedostatecznie przejrzysta

zakamuflowane intencje

cisza i maksymalne skupienie
kilka orzeźwiających kałuż
i pies obszczymur
daje głos


Wolny przekład

biegnę w stronę światła
ostrożnie zygzakiem
tak jakby za plecami
czaiło się
ostateczne rozwiązanie

nasze matki mawiały
że światło to życie
i że każdy z nas ma
swojego boga


Tętno

pamięć o cierpieniu
nie przemija
nie kończy się
z nastaniem pory deszczowej

nieodwracalność zdarzeń

odkąd moje dłonie
nie czują ciepła
zaciskam palce w pięść
walczę
bronię się przed
skowytem wygłodniałych wilków
i dotykiem potulnych baranków

żyję w pogardzie
dla nieistnienia


Ballada o nieznajomych z baru bistro

patrzyłem na ich twarze
szorstkie niczym styczniowy wiatr
widziałem w nich wolność
ale nie taką jak nasza
gasnącą za parawanem złudzeń
lecz bezpruderyjną
bez zbędnych słów i gestów
z nagimi piersiami kobiety
falującymi w rytm-
Somebody to love
widziałem jak odchodzą i wracają
ciągle żyją
a my umieramy
w towarzystwie czterech ścian
lub jak Hrabal
skaczemy z piątego piętra


Kolor nieba

była gra w dmuchanego
na pieniądze
i ksiądz który
linijką prostował palce
kolejka po cukier
na tyle długa
że mogłem obszczać
wszystkie przyległe
do sklepu drzewa
była pierwsza kobieta
i pierwsza setka
Teresa Orlowski
i Toshiro Mifune
pierwszy oddech
i śmierć

kochałem kolor nieba


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko