Wiersze tygodnia – Grzegorz Walczak

0
303
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 
Chwila przemienienia

                                                        Franciszkowi

Jest taki pastuszek, co został Pasterzem,
kwietne kielichy z łąk zamienił w kielich Pański.
Z chlebem żywota w tłum maluczkich poszedł.

Świat cały oniemiał,
gdy dzwony Piotrowe zabrzmiały tak szczerze
jak jego serce niewinne.

Grube swe karki od pychy nabrzmiałe
schylili przed nim purpuraci. Pawie ogony sukien 
alabaster podłóg polerowały.

A teraz tylko czekają, kiedy się domknie
wieko nad nim
i wróci ich sen o potędze, tak nagle przerwany.

O, jakie święto, święto radosne,
byłoby, gdyby i on mógł  przepędzić
przekupni ze swojej świątyni.


Cierniowa korona                                                                                               
(Nagroda Parafii Karczew w XXXI Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. J. Krzewniaka)


W Karczewie wiosna już zakwitła,
zielony założyła żakiet,
lecz jakoś tak tu pusto dzisiaj.
Mało kto chodzi głównym placem.

Tylko gołębie sobie gwarzą,
że gdzieś się zapodziały dzieci.
Wszyscy się kryją w swoich domach,
choć słońce już od rana świeci.

Z balkonu śpiewał ktoś nad ranem.
A potem nagle taka cisza,
że miasto jakby zatrzymane
w pół kroku. Tylko zegar słychać.

I czas się snuje jakiś gęsty,
i Matka Boska Smutna* płacze,
jak niegdyś w chwilach naszej klęski.
A cóż to dzisiaj może znaczyć?

„Króluj nam i błogosław Chryste” **
i przyjmij w swoje nas ramiona.
Klęczymy dziś pod Twym pomnikiem.
Cierniowa zbliża się k o r o n a.

                                   napisane w marcu 2020 r.


* Matka Boska Smutna – obraz Michała Elwiro Andriollego (1836-1893) – obecnie w Kaplicy Pamięci Narodowej przy kościele św. Wita w Karczewie.
* * Napis na pomniku Chrystusa Króla (w parku przed kościołem parafialnym św. Wita w Karczewie), ufundowanym w 1932 r. przez kupców karczewskich na pamiątkę odzyskania niepodległości  Polski.


 Czego się bać

Mam się bać,
że dzień wzejdzie beze mnie?…
że w pewien pochmurny poranek
podobny do mnie przechodzień
nie pozdrowi jak zwykle Króla Zygmunta,
a gdy braciszkowie będą przemykać w cieniu Świętej Anny,
nikt już z naprzeciwka nie policzy ich aureoli?

Bardziej się boję,
że jedna starsza pani,
czesząc przed lustrem swoje włosy,
nie rozpozna siebie
lub nie domknie gazu nazbyt drżącą ręką
i zaraz potem biały posłaniec
wyfrunie oknem z naszego domu,
wysoko, wysoko.


Dzieciństwo

 I nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Gustawa Herlinga Grudzińskiego
4.04. 2019 r. (Nagroda Marszałka Województwa Mazowieckiego)

Trawa liże moje stopy.
Z nieba spadają drzewa.
Klucz dzikich gęsi wystrzelił.
Znieruchomiał pejzaż.

Stanął przede mną listonosz
z twarzą niby zagadka.
Telegram sprzed wojny – której?
Dlaczego tak długo nadchodził?

Do moich rodzinnych Puław
aż tyle przekroczyć granic
trzeba, aż tyle piekieł
pamięci nieustępliwej?

I jeszcze te lody z piasku!
Nic tak nie było wyborne.
Życie się mi zapowiada
jak fantastyczny poemat.

Ile uniesień na sianie,
ile marzeń, przyjaźni,
które Kirke złośliwa
szybko w świnie zamieni!

Rozdarte niebo wystrzałem.
Ojciec w nim niby w ołtarzu
błogosławi kołyskę
i matkę, co ze mną ucieka.

Ruscy dali mi zupy,
dobrzy to przyjaciele.
Ojca nie muszą zabijać
bo już go Niemcy zabili.

Las mój pocięły transzeje.
Mam cztery lata i szarpię
deski z płotu na opał
bo przyszła ostra zima.

Ruska doktorka przeklina,
że ją ubiegłem w tym szabrze,
ale mnie leczy do końca,
gdy na dyfteryt mam skonać.

W pokrzywach ścigam zaskrońca
mego dzieciństwa daremnie.
Zamiast niego unoszę
minę, co huknie na starość.

Potem się toczą jak tanki
dni okupacji tej drugiej.
W chruśniaku szukam zbawienia
od kiełkującej już żądzy.

Dziewczynka puls mi bada
w miejscu najbardziej wstydliwym.
Płoną sztandary majowe,
stonkę rozsiewa podżegacz.

I nie wiem, czy mam wierzyć
Pismu Świętemu i Prawu,
czy temu, który powiedział
że umarł nasz dobry Pan Bóg.

W piersiach mych dzwon się rozdzwonił
śmiercią mej matki rażony.
Potem już tylko liczyłem
coroczny wyrok kukułki.

Ile lat do miłości,
ile wiosen do śmierci,
ile żon, ile dzieci,
ile tańców z Cecylią?

A kiedy obcy ją skrycie
w noc studniówkową roztwierał,
obudziłem poezję
z chłopięcego cierpienia.

Baju, baju – młodości,
poro ty nieulękła,
ziemio ty obiecana,
patetyczna i święta.

W ciebie mnie wiedli bogowie
na czele z Apollinem,
w biało mleczne bezdroża
pogubione o świcie.


Gór cisza

Zaczajony o świcie
na swojego Boga,
przystajesz zziajany
wśród garbów skalistych
wielbłądów w obłokach,
z litanią próśb swoich,
z bezradną nadzieją.

I nagle rozumiesz,
wpół myśli przyklękasz,
w tej ciszy, gór ciszy,                        
w poszeptne kryształy
potoku wpatrzony.

W lustrze horyzontu,
gdzie rzeczywistość
się w swój cień przełamuje,
widzisz nikły punkt – siebie.
I choć jesteś taką kruszyną,
tak wiele ci dano,
tylko spójrz dookoła.


Jakżeś ty piękna, przyjaciółko moja

                                    Na motywach „Pieśni nad Pieśniami”

Jakżeś ty piękna, przyjaciółko moja!
Jak gołębice – ciche twoje oczy.
Włosy twe jak stado kóz, co z gór Galaad
schodzą pod zasłoną nieskalanej nocy.
Zęby jak stado ostrzyżonych owiec,
karmazynowym sznurem wargi twoje,
szyja podobna wieży Dawidowej,
a twoje piersi niby sarniąt dwoje.

            Cała jesteś piękna.
            Nie ma w tobie skazy.
            O ileś ty lepsza nad wino!
            Wszystkie twe miłości,
            którymi mnie darzysz,
            to Pieśń nad pieśniami, to żywot.

Powieje chłodem i gdzieś umkną cienie.
Na górę myrry pójdę i kadzidła.
Przyjdziesz z Libanu, z tobą oblubieniec,
samaś jak balsam, szafran, wonna myrra.
Źródłem ty jesteś zapieczętowanym
i plastrem miodu pod twoim językiem.
Niech przyjdzie Miły, by się owocami
swego ogrodu do woli nasycić.

            Cała jesteś piękna.
            Nie ma w tobie skazy.
            O ileś ty lepsza nad wino!
            Wszystkie twe miłości,
            którymi mnie darzysz,
            to Pieśń nad pieśniami, to żywot.

                                                                                             
Krajobraz po bitwie

Jak wściekłe psy
opadły mnie domy,
osaczyły opustoszałe ulice,
zdradziło własne serce,
ciągle jeszcze trwam,
nie wywieszam białej flagi.
Czasem zza muru Żyrafa
Salwadora szyję swoją wyciąga,
by zobaczyć, czy jeszcze żyję.
Czasem do mych drzwi stuka
Godot, by się upewnić,
czy na niego czekam.
Bywa, że Pan Cogito zaczepia mnie
w bramie, chce coś powiedzieć,
ale widząc obłęd w moich oczach,
odwraca się z odrazą.
Przepraszam – szepcę – przepraszam,
że zamieszkałem w pana domu,
na Promenady, no, wie pan…
ten park…
ktoś musi karmić ptactwo.
Panu sroki przeszkadzały rano,
ich głos nieestetyczny.
Pewnie to sprawa gustu.
Ziarno jednak Pan zasiał.
Nawet wrony cytują Pana.
Ale zwykli ludzie… robią głównie selfie,
w przerwach hejtują,
suweren pławi się w disco-polo.


Pożar

żagle ognia
wiatr
ludzie biel chcą ocalić
nieskazitelną biel
jednak muzyka
już się czerwieni
uklękli
bo obok  w kościele
podniesienie
trysnął już w niebo dach
jak płonąca hostia
więc chwytają  w małostkowe piąstki
co się da
zapomnieli tylko o starcu
wbił się niewidomym spojrzeniem
w  horyzont
i nie chce się oderwać
plastry ognia go tulą
pszczoły iskier go żądlą
niosą mu wybawienie
wieczne spopielenie
wychodzą po mszy ludzie
podnieceni żarem
jeszcze dymią im głowy
jeszcze tlą im się serca
ktoś nadepnął
na rozanielony uśmiech starca

           
                                                                                 
Zosi – żonie mojej

Przepaść
 
Ja  z  aniołami  nie  mam  żadnych  spraw.
Tylko  czasami,  kiedy  idę  w  góry,
gdy  wznoszę  się  już ponad  Czarny  Staw,
gdy  dalej  windą  wiozą  mnie  przez  chmury,
coś  się  ociera  o  mnie  pierzastego
i  zerka  na  mnie  rozchełstana  przepaść.
Przez  chwilę  wciąga  mnie  jak  wpół  otwarte  niebo,
lecz  wracam,  bo  na  dole  ktoś  z  kolacją  na mnie czeka.


starzec

starzec
choć tyle wie
nie wyje z przerażenia
spokojnie dzieli się z ptactwem
okruchami
nad fotografią z dzieciństwa
łzę otrze ukradkiem
czasem tylko zwymyśla
swojego anioła stróża
co łazi za nim jako cień garbaty
stary człowiek jest już bardziej w swym cieniu
niż w sobie


W łaskawej niełasce

I stworzył Bóg ryby i ptaki, i grzywiaste morza,
i piękno stworzył znużony samotnością,
i nazwał je Ewą,
by latem ją pieścić, a zimą przytulać – jak głosił
pewien przewrotny francuski reżyser.
Plecy jej subtelne i żłobione uda,
brzuch gładki, pępek jak rodzynek
zachwycały Pana, bo uczynił ją dla zachwytu.
Ciało miała jak czółno, na którym
się unosił słynny duch nad wodami.
By pogłębić czułość, spłodził z nią Adama,
a on wyrósł jak cyprys w oliwkowym gaju.
Dał Bóg stworzeniu raj i wszystko, co z niego.
Mogli zażywać słońca, daktyli i morza.
Zabronił tylko kazirodczych figli,
lecz wąż Adamowy zauroczył Ewę.
Zmuszała młodzieńca, by w tańcu ją wabił,
aż w końcu posiadła ziarno z jego siewu.
Taki był grzech pierworodny wygnańców z Edenu.
A zatem się mnożyli, lecz bez łaski Pana,
okryci od tej pory wstydem i skórami zwierząt.
Stworzyciel się odwrócił od bezwolnych w wolności,
bo gardził słabością, łatwizną, banałem.


Zadanie człowiecze

Czcigodny Abrahamie Joshua, *
poszukujesz dowodu
na istnienie człowieka.
Czy ja nim jestem?
W jakim procencie?
Czym to mierzyć
– bezwzględną etyką
czy również słabościami?
Nie wystarczy człowieka
okrasić wielką literą
i postawić przed nim
zadanie, które go przerasta.
Cóż z tego, Adonai JHWH**,
że jestem gotowy do wiary
w swoim pragnieniu,
ale nie w swej możliwości,
nie w konstrukcji mojego umysłu?
Cóż z tego, że się buntuję przeciw tyranii
rzeczy, kiedy nie potrafię
spełniać tego, czego ode mnie żądasz?
A tak, bo już jestem oderwany od Ciebie,
bo już jestem sam ze sobą w swojej
przeklętej, wspaniałej wolności,
którą mi ofiarowałeś.
A tak, bo już tylko siłą możesz mnie
przywlec do siebie.
Nie chcę się rozpuścić w Tobie,
nie chcę być atomem
nawet najbardziej wysublimowanego Nieba.

* Abraham Joshua Heschel – wybitny filozof i teolog żydowski.
**  Adonai JHWH –  Adonai i tetragram z czterech hebrajskich liter: jod, he, waw, he; według Biblii Tysiąclecia: ”Panie mój, Boże”.


zegarek ciszej

minął rok
czy coś się zmieniło
w moim bucie
w moim mieście
w rzece z kranu
do której po raz drugi nie wstąpisz
może tylko w przymulonym spojrzeniu
czai się większa niepewność
paznokcie bardziej łamliwe
zegarek ciszej
kobieta tak samo coś sobie
jak przed rokiem
jak wczoraj
może tylko litery tego wiersza
jakby mniej wyraźne
ugrzęzły w niegdysiejszej bieli.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko