Igor Gorzkowski: Mamy swoją publiczność

0
422

Dyrektor artystyczny Studia Teatralnego Koło odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego:

– Jakie intencje towarzyszyły panu i gronu założycielskiemu Studia Teatralnego KOŁO, kiedy  się  formowaliście. Dlaczego postanowiliście stworzyć własną, niezależną grupę?

To zaczęło się jeszcze na studiach w Akademii Teatralnej. Działaliśmy w ramach koła naukowego. My, czyli studenci Wiedzy o Teatrze i wydziału Aktorskiego. Już pierwszy nasz spektakl, Rosyjski Dramat, bardzo mocno nas związał. Występowali w nim Ola Bożek, Ania Sroka, Daria Widawska, Łukasz Simlat i Wiktor Korzeniewski. Przedstawienie produkowała Marta Wójcicka. Przyjaźniliśmy się. Interesowaliśmy się sobą. Chcieliśmy dalej razem pracować. Wtedy tego nie formułowaliśmy, ale z perspektywy czasu można chyba dookreślić obszar naszych poszukiwań i zainteresowań. Pogłębiona praca nad postacią. Improwizacja jako sposób pracy nad tekstem. Poszukiwanie inspiracji poza tekstami dramatycznymi.

– Czy te oczekiwania udało się ucieleśnić? Co do doświadczenia osób skupionych wokół Studia wniosły jego dokonania?

Wszyscy zajmujemy się teatrem. Skład aktorski się zmieniał. Trudno mi mówić za innych, ale dla mnie doświadczenia artystyczne zebrane w Kole są decydujące. To dla mnie fundament zarówno, jeśli chodzi o zagadnienia warsztatowe, jak i artystyczne czy etykę pracy. Dziś reżyseruję sporo poza Kołem, ale staram się pracować w zgodzie z wypracowaną podstawą. Koło pozostaje miejscem, gdzie czuję się najlepiej. 

– W projektach Studia uczestniczą aktorzy związani z czołowymi polskimi scenami, często tzw. aktorzy renomowani, by wspomnieć tylko Iwonę Bielską czy Henryka Talara. To chyba znaczy, że obcy jest panu ideał „zamkniętego koła” wtajemniczonych, a bliski raczej „dom otwarty” dla projektów nowatorskich?

Ma pan rację. Od początku dbaliśmy o to, by zachować otwartą formułę teatru. By zapraszać do wspólnej pracy artystów z rożnych środowisk, z bardzo różnym doświadczeniem. Sporo aktorów u nas debiutowało. Wielu tych doświadczonych i zdawać by się mogło przywiązanych do instytucjonalnej formuły teatru świetnie się odnalazło w naszym teatrze. Każdy kolejny spektakl jest całkiem nowym projektem teatralnym. Tworzymy wokół niego odrębny zespół. Wszyscy biorą w nim udział wyłącznie dlatego, że tego chcą. Angażują się już na etapie pracy nad scenariuszem. Mają wpływ na każdy element przedstawienia. Przez to identyfikują się z nim. Ze spektaklem jako całością, a nie własną w tym przedstawieniu rolą.

– Studio Teatralne Koło rozmnożyło się przez lata – najpierw weszło w pewną symbiozę z Teatrem Ochoty. Potem zaczęło występować jako Teatr Soho. Jak odróżnić te byty/podmioty artystyczne – czy może odróżniać nie warto?

Teatr Ochoty i Studio Teatralne Koło łączy w tej chwili tylko to, że w obydwu tych teatrach pełnię role szefa artystycznego. Te teatry to całkowicie osobne byty. Przez pewien czas braliśmy udział w ciekawym eksperymencie Biura Kultury [warszawskiego ratusza – przyp. TM], w ramach którego mieliśmy jako organizacja pozarządowa objąć szefowanie teatru instytucjonalnego. Z powodów legislacyjnych eksperyment się niestety nie do końca zrealizował, ale to, co zostało, to parę koprodukcji teatralnych zrealizowanych wraz z Teatrem Ochoty. W tym samym czasie dostaliśmy fantastyczną przestrzeń od prywatnego dewelopera w Soho Factory i tak powstał Teatr Soho, który trwa do dziś. Stowarzyszenie Studio Teatralne Koło prowadzi tę scenę. Teatr Ochoty to miejsce otwarte dla twórców stawiających pierwsze dorosłe kroki w zawodowym teatrze. Sezony organizowane są wokół kolejnych odsłon konkursów, w których dajemy szansę profesjonalnej realizacji  aktorom, reżyserom, dramaturgom.

Teatr Soho to studyjny teatr repertuarowy. Tu regularnie gramy nasze produkcje, udostępniamy też przestrzeń innym teatrom, działamy lokalnie, projektowo, zależnie od zdobytych dotacji.

– Jakie wartości ale i praktyczne efekty przyniósł związek Studia z Teatrem Ochoty – był to (i nadal jest pionierski (i bodaj jedyny) związek sceny niezależnej i publicznej?

Moim zdaniem dzięki temu mariażowi przetrwaliśmy. Kiedy Joanna Nawrocka została Dyrektorką Teatru Ochoty, Koło nie miało siedziby. Nie mieliśmy gdzie grać. Dało nam to drugi oddech. Wkrótce potem dzięki staraniom Marty Wójcickiej, Studio uzyskało własną przestrzeń na terenie Soho. Salę wyremontowaliśmy i zaadaptowaliśmy specjalnie na nasze potrzeby. Wszystko w tej przestrzeni jest przez nas wymyślone.

Rok później sytuacja się odwróciła. Teatr Ochoty poszedł do remontu i gościł przez trzy sezony w Soho. Teraz każdy z tych bytów ma swoje miejsce i tożsamość.

Co zyskaliśmy? Stabilizację. Na przykład jeżeli chodzi o ekipę techniczną. Wiadomo jak trudno jest utrzymać stałą ekipę specjalistów nie będąc instytucją. A bez tego nie da się robić profesjonalnego teatru. Udało się to tak zorganizować, że ci sami ludzie obsługują obydwie sceny.

– Jaki wpływ miały zmiany siedziby Studia na jego aktywność i kształt programu? Od razu przychodzą na myśl różnice przestrzeni – na przykład wykorzystanie możliwości jej plastycznego rozbudowania jak w przypadku inscenizacji „Idioty” wg Dostojewskiego.

Ważny był dla nas okres, w którym nie mając własnego miejsca, własnej sceny kojarzyliśmy nasze spektakle z konkretnymi przestrzeniami. Nie miały one teatralnego charakteru. Premiery Absolutnie off show i Taksówki odbyły się w nieistniejącym już dziś warszawskim klubie Pruderia, który działał w przestrzeni dawnych koszarów na Mokotowie. Przedstawienia te były bardzo mocno wpisane w miejsce, w którym graliśmy pod względem tematu, sposobu grania, jak również wykorzystania konkretnej przestrzeni.

Naszą pierwszą siedzibą były Polskie Zakłady Optyczne na Pradze, kolejnymi były Basen YMCA i wreszcie Soho. Przestrzeń poindustrialna ogranicza możliwości inscenizacyjne, ale daje olbrzymią wolność konfigurowania przestrzeni. Ustalania za każdym razem na nowo relacji przestrzennych między widzem a widowiskiem.

– Które z dotychczasowych przedstawień Koła w pańskiej opinii wyrażają najpełniej odrębny styl czy też ambicje artystyczne STK?

Cieszę się że Studio na tyle okrzepło pod względem organizacji i produkcji, że mogliśmy w ostatnich dwóch latach zaprosić do współpracy reżyserów,  których bardzo sobie cenię, Janusza Opryńskiego i Pawła Miśkiewicza. Tym samym przełamana została moja wyłączność reżyserska. To bardzo ożywia formułę naszego teatru.

Jeżeli chodzi o konkretne tytuły to wymienię te w mojej opinii najważniejsze: Taksówkę zagraliśmy przez ostatnie siedemnaście lat ponad 150 razy.  Ukryj mnie w gałęziach drzew to mój ulubiony tekst autorski, który w całości powstał w procesie improwizacyjnym. Kalino, malino, czerwona jagodo jest wynikiem podróży czterech młodych aktorek na Kurpie. Spotkań z rzeczywistymi ludźmi. Jest więcej niż teatrem. Naszą tożsamość repertuarową zbudowały SpacerowiczŻółta strzała, Starucha, Burza, Idiota, Kyś.

– Czy STK ma swoją publiczność? A jeśli tak, czym różni się od publiczności innych teatrów niezależnych?

Na pożegnalnym spektaklu Taksówki okazało się, że są na nim widzowie, którzy widzieli ten spektakl kilkanaście razy. Mamy swoją publiczność. Tylko to nas trzyma przy życiu. Inaczej już dawno rozeszlibyśmy się każdy w inna stronę. Mamy publiczność, która gotowa jest na spotkanie. Bycie twórczym. Jako widz. Nie możemy publiczności niczego wytłumaczyć czy objaśnić. Możemy tylko inspirować. Czym się wyróżnia nasz widz? Nie boi się późnym wieczorem wracać z praskiego Kamionka do domu.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko