Marek Wołyński – wiersze

0
257


/Najnowsze z przygotowywanego zbioru do druku/

WIDOK Z OKNA

Wczesnym rankiem
gdy przez chmury
prześwituje słońce
nad horyzontem widać
sylwetki impresjonistów
na plenerze w rajskim ogrodzie
jak prowadzą pędzle
po płótnach nieba

Gdyby tak jeszcze dzień
spóźnił się choć chwilę

zanim opadną
ostatnie
drobinki snu…

UCIECZKA Z ALBUMU

Uciekłem
z rodzinnego albumu

Nikt nawet
nie zadzwonił
nie spytał gdzie jestem
co robię…

Od rodziny
najlepiej uciekać
z albumu

Nawet jak wrócisz
po latach –

zauważą tylko
że odstajesz

BYĆ WRÓBELKIEM

Słuchaliśmy z siostrą
jak w szpitalnym parku
śpiewają kosy

Po chwili
siostra powiedziała
że jednak najbardziej
lubi wróble

– Są takie małe
szare
bezbronne
lecz ile w nich radości
i rozlatania

– Kiedy już umrę –
dodała –
chciałabym
żeby moją duszę
przygarnął jakiś wróbelek…

Wracając ze spaceru
często podglądam
jak wróble
harcują
w koronie drzewa

Temu najradośniejszemu
mówię –
do jutra siostrzyczko

*   *   *

Przełamałem na pół
kromkę chleba

A kiedy się nią dzieliłem 
z samym sobą
smuga porannego światła
sprowadziła na ziemię
drobinki okruchów –

Te najmniejsze
uciekły przez szparę w drzwiach

Zawsze biegną
do śpiewu ptaków

SERCE

Pochylam się nad wodą
i głęboko
zanurzam w niej ręce

Trzymam
moje odbicie –
jest ciężkie

Jak lekarz
na operacyjnym stole
szukam serca

Jest!
Bije jak oszalałe –
ma płetwy
i ogon

Zamykam je w dłoniach
wynoszę na słońce
uspokajam
każdą kolejną
odrobiną powietrza

ŁZY PANA BOGA

Mówią
że deszcz
to łzy Pana Boga

A to przecież banał –
zwykła woda

Łzy Pana Boga
mamy w oczach
kiedy nasze dziecko
robi pierwszy krok
dotykając ziemi

i kiedy widzimy
jak ta sama ziemia
staje się dla bliskich
wieczności
dachem

NOWORODEK

Wiersz po urodzeniu
nic jeszcze nie mówi
a już się wydziera –
pomarszczony
robi kwaśne miny

My zamiast poczekać
dać mu chwilę
żeby sobie poleżał
dopracował uśmiech –
podajemy go bliskim

Jaki śliczny
podobny do taty
a może do mamy –
słyszymy

A wiersz tymczasem
zaledwie zezuje
stęka
i ma czkawkę

PROSTYM SŁOWEM

Zawsze nad ranem
przybiegają do mnie
zwykłe proste słowa

Mogę nimi
czytać gazetę
odwrócić kota ogonem
lub mówić
do psa

Mogę je też zamienić
na słoneczne promienie
które się przebiją
przez skamieniałą noc
aż do samego świtu
i uwolnią źródło

Wszystko
mogę

ŹRÓDŁO

Gdy przychodzi strach –
szelest liści
zamienia się w burzę
szum strumienia –  
w lawinę
a śpiew ptaków
w jazgot

Wtedy trzeba
poszukać źródła

Nawet to które ma
serce z kamienia
ale duszę
z odrobiny słońca
a krew z wody –

może ugasić
lęk


/Ze zbioru „Mój labirynt”/

Genesis

Lepiłem człowieka z piasku
co chwilę podnosiłem
w obu dłoniach sypką substancję

Na porywistym wietrze
drobne kamienne nasiona
nie wiązały się w całość

Nie pomogła nawet woda
z pobliskiego źródła

Człowiek którego stworzyłem
nie posiada stałego ciała
jest podobny
do burzy piaskowej
widma karawany

1982

Wzgórze

Na wzgórzu
porośniętym suchą trawą
gdzie kamienie
budują lawiny
a woda ze strumienia
przedziera się przez
ostre skaliste zbocze
i w pełnym słońcu
usycha w połowie
drogi

gdzie od wieków
nic nie urosło

ucztują pioruny
i wiatr nawet
wieje tutaj
do ziemi

Na wzgórzu
gdzie kierunki
świata
nad urwiskiem
szarpią się
i popychają
w odwrotną stronę

pasterz
szuka
zbłąkanej owcy

Stado
pod wzgórzem
cierpliwie
czeka

W MOJEJ GALERII

Końcami palców zawiązuję
dwie skrzyżowane gałązki
na obrazie jeszcze nie opisanym
puste białe tło
wielka wnęka
w środku czerń
na obrazie moje dłonie
i odbicie twarzy
zachłanne oczy wpatrzone w środek

Końce palców
szarpią
powiększają wnękę

Na twarzy
osadza się zwątpienie


/Ze zbioru „Moje legendy”/

ŚWIAT JAKI ZNAMY

Świat jaki znamy już nie istnieje –
skończył się
ułamek sekundy temu

Tyle wystarczy
by się zmieniły miliony rzeczy
urodziły młode drzewa
i umarły stare –
pochowane pod dachami
nowych domów
 
Świat jaki znamy już nie istnieje –
zachował się tylko w pamięci
na kartkach książek
fotografiach
filmach i obrazach

Jest blizną
złamanym paznokciem
owadem schowanym w bursztynie

Jego smutne historie
ciągnie za sobą
kulawą nogą
bezdomny pies

a wesołe –
rozdziela echo
kiedy niesie ze sobą
radosny śmiech

UCIECZKA

Światło ucieka
przez rozbitą
szybę okna

Razem ze światłem –
matową smugą
ucieka
roztańczony kurz

i dzisiejsze
wspomnienie
chłodnego dnia

I kolejne
niespełnione marzenia
które wyłażą
z szuflad
szafy
z książek
a nawet
ze starego albumu
na strychu

Ucieka
swąd przypalonego obiadu
i para z czajnika
a przed nią
lecą
wystraszone muchy

leci też komar
a biedronka biegnie
bo ma złamane skrzydło

Za oknem harmider
gwar –
bo ze światłem uciekają
kolory jesiennych liści
blask wody w pobliskim strumieniu
i zieleń trawy przed domem
obok którego wyje
wystraszony pies –
ale on wierny
nie ucieka

tylko stoi
i patrzy
jak za horyzontem
znika
kolejny
dzień

STARUSZEK

Kochał śpiew ptaków
lecz kiedy do nich podchodził –
one odlatywały

W końcu
kupił ptaka w klatce

Każdego dnia
skrzydlaty przyjaciel
witał go śpiewająco
i rozweselał jego samotność

Często
wystawiał łepek zza krat
dając się pogłaskać

Aż kiedyś
ptak mu zaśpiewał
piosenkę o miłości
a stary człowiek
wzruszony do łez
otworzył drzwiczki

Ptak
pofrunął
w kierunku okna
i uderzył w szybę

Szyba pękła

Pękło też
serce ptaka

W sercu staruszka
wyrosła
klatka

WODOSPAD

Powiedział jej:
zgubiłem w sobie
drogę…

Odpowiedziała:
w takim razie
bądź rzeką

Zapytał:
a jeśli rzeka
będzie miała
wartki nurt
będzie mętna
i pełna śmieci

Odpowiedziała:
ty jednak płyń

Zapytał znowu:
a jak w korycie rzeki
jest skała
i ogromny wodospad

Odrzekła:
wtedy skocz 
 
On do niej:
lecz spadając
mogę się zabić…

Ona:
a teraz żyjesz? 


/Ze zbioru „Miłosne abecadło”/

*  *  *

Mówiłaś –
jesteś kochany

Kładłaś głowę
na moje kolana
i szeptałaś –
pocałuj …

Nawet nie wiem kiedy
zakrzyczeliśmy
ten szept

OBCY

Samotność we dwoje –
czy to możliwe

Kiedy w głębi duszy
czujesz się obcy
przyklejony do ściany
ukochanego domu —
słyszysz bicie serca
po drugiej stronie

zakończenia

JEJ DEKADENCJA

Mówiła –
to taka moja dekadencja

I w samym środku nocy
pośrodku miłości
w połowie drogi
zakładała płaszcz
pod którym nie miała
nic więcej

a drzwi
zostawiała otwarte
żebym słyszał
to okrutne
skrzypienie schodów
którymi
zapadała się
pod ziemię

FEMME FATALE

Pokazuje mi album
i siebie w szkolnym fartuszku

Na zdjęciu obok niej
chłopiec ze zwieszoną głową
– powiedziałam mu
że już mi się nie podoba
i na drugi dzień
miał zabandażowane przedramiona

Tutaj byłam na wakacjach –
ten po prawej
jak przestał mi się podobać
miał wypadek
jechał po alkoholu…

A to ślub – byłam taka głupia
nawet nie wiem
co on teraz robi

A drugi mąż – wskazała palcem
na kolejne zdjęcie – płakał
i chciał skakać z wieżowca

A ten…

długą chwilę milczała –
tego kochałam naprawdę
zabiję go jak spotkam…

Wiersze najnowsze oraz wybrane ze zbiorów: „Mój labirynt”, „Miłosne abecadło”,  „Moje legendy”


Marek Wołyński,  biogram

Marek Wołyński urodził się w 1960 r. Jest absolwentem Studium Kulturalno-Oświatowego w specjalizacji teatralnej we Wrocławiu oraz Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Debiutował w 1981 r. w prasie studenckiej. W latach 80. publikował m.in. w Szpilkach, Radarze, Integracjach i miesięczniku Opole. W 1986 r. został laureatem ogólnopolskiego konkursu Młodzieżowej Agencji Wydawniczej na książkowy debiut poetycki (zbiór Ściszonym głosem). W 1992 r. wydał w opolskim Wydawnictwie WERS zbiór wierszy Arena, a w 1999 r. ukazało się bibliofilskie, pierwsze wydanie Miłosnego abecadła.

W 1993 roku został członkiem Związku Literatów Polskich.

Kilka lat temu – po blisko 20-letniej przerwie – wrócił do pisania, wydając nakładem Wydawnictwa ANAGRAM zbiory wierszy: Mój labirynt (2017), Miłosne abecadło (2018) i Moje legendy (2019). Pisze również miniatury prozą – niektóre publikuje (od 2017 roku) na blogu: www.marekwolynski.pl

W tym roku zaplanowane do wydania są kolejne jego książki: najnowszy zbiór wierszy oraz proza (zbiór miniatur)

Okazjonalnie zajmował się i zajmuje także działalnością wydawniczą. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. był m.in. wydawcą i redaktorem wydawniczego bestsellera „Stachura – biografia i legenda” autorstwa Mariana Buchowskiego oraz – wspólnie z opolską Rodziną Katyńską, jak też Reginą Podkówką-Bochnią, Aurelią i Tadeuszem Podkówkami – wydawcą książki „Szlakiem zbrodni. Ostaszków, Twer, Miednoje” autorstwa Harry’ego Dudy (1994). Natomiast w grudniu 2017 r. wydał książkę Harry’ego Dudy pt. „Nosił eter razy kilka, groteski muzyczne 1977 — 12.12.1981”, a w 2019 jego poemat „Pościg zaduszny” nakładem Wydawnictwa Anagram.

Od 1989 r. jest mikro-przedsiębiorcą (zajmuje się szeroko rozumianą działalnością reklamowo-marketingową oraz doradztwem gospodarczym), pełni też (od r. 2001) funkcję dyrektora Loży Opolskiej Business Centre Club. Jest również członkiem BCC i m.in. pomysłodawcą nagrody „Przedsiębiorca – dzieciom” oraz organizatorem dwudziestu Koncertów Dobroczynnych pod tą nazwą, w efekcie których przekazano na pomoc dzieciom chorym, biednym i opuszczonym ponad 1.5 mln. złotych.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko