DARIUSZ PAWLICKI – POD NIEBEM NAMYSŁOWA

0
468
Ryszard Sawicki; Namysłów, wieża obronna; pastel.

      Ta podróż, która odbędzie się pociągiem, nie potrwa długo: około godziny i kwadransa. Na tyle jednak długo, aby poczuć narastające zadowolenie, że zmierza się ku miejscu, gdzie wydarzy się coś przyjemnego. I nie będzie to chwilowa, choćby powtarzająca się wielokrotnie, przyjemność. Lecz rozciągnięte w czasie przyjemne zdarzenie. Mające jednak swe kulminacje.

      Do pociągu wsiadam na stacji Wrocław Mikołajów. Jadę na północny-wschód. W Oleśnicy kierunek zmienia się na południowo-wschodni. Krajobraz staje się zdecydowanie rolniczy. Choć lasów, lecz nie w bezpośredniej bliskości torów, nie brakuje. To one, wraz z rozległymi polami, sprzyjają obecności licznych saren. Niekiedy udaje się wypatrzyć zająca bądź lisa.

      Wysiadam w Namysłowie. Znalazłszy się przed dworcem, decyduję się na przejście nieco dłuższą trasą; skręcam więc na lewo. Idę wzdłuż średniowiecznych murów miejskich. Następnie zmieniam kierunek – idę na prawo: przechodzę obok browaru (na jego terenie, co niewątpliwie jest ciekawostką, wznosi się niewielki zamek), przecinam rynek, mijam niewielu przechodniów, zatrzymuję się, aby spojrzeć na ratusz; po czym przechodzę nieopodal kościoła farnego i opuszczam centrum Namysłowa wyznaczone przez zachowane w znacznym stopniu wspomniane średniowieczne mury miejskie.

      Jako że jest koniec września, a na dodatek przedzmierzch, znad łąk rozpościerających się po obu stronach Widawy zaczynają podnosić się mgły. Przechodząc mostem czuję chłód ciągnący od rzeki i pobliskiego stawu usytuowanego w parku.

      Znajduję się już prawie u celu. Jeszcze kilka minut i zatrzymuję się przed furtką. Cis w postaci krzewiastej oddziela mnie od parterowego domu z mieszkalnym poddaszem.

      Otwierają się drzwi i z wnętrza domu wypływa struga światła.

   *

      Z gospodarzem, Ryszardem Sawickim siedzę przy okazałym okrągłym stole, w salonie. Na ścianach tego pokoju, jak i wszystkich innych oraz na schodach, wiszą prace tego namysłowianina od trzech lat. Są nimi rysunki, gwasze, pastele, akwarele, oleje, heliograwiury. Ale przez uchylone drzwi wiodące do sąsiedniego pokoju, widać duży drewniany regał szczelnie zapełniony książkami. I o nich, sprowokowany przeze mnie, zaczyna mówić ich posiadacz:

Nie jestem w stanie podać trzech książek, które zabrałbym na Oddaloną Planetę. Dziesięciu zresztą również. Ale gdybym miał wymienić te, które przychodzą mi  teraz na myśl, to w grę wchodziłyby książki o książkach, np. Paleografia łacińska Semkowicza, Historia książki Dahla; pozycje filozoficzne, choćby cały Platon, średniowieczni filozofowie chrześcijańscy. Jeśli chodzi o poezję, wiele wymienić by można, ale na pewno wszystkie dzieła Norwida. Zabrałbym Nowy Testament… Ze Starego wybrałbym…Księgę Koheleta i niektóre Psalmy. A do tego biografie, chociażby Jadwigę i Jagiełłę Szajnochy, Nad Prypecią dawno temu Kieniewicza… To by było na tyle. Ale na wszelki wypadek waliza niech pozostanie otwarta.

 *

      Jesteśmy po kolacji. Ryszard pije jakieś ziółka, ja czarną herbatę. Rozmawiamy na temat obrazu olejnego, nad którym pracuje od kilku dni w pracowni mieszczącej się na poddaszu. Jest to portret kogoś z jego rodziny. Ale tak naprawdę, stanowi on pretekst…

Nie dostrzegam niczyich wpływów na to, co i jak robię. Bo nie widzę tego, co by wpływało na moje np. obrazy bez mojej „wiedzy”. Odnośnie wpływów, to  przytoczę zdanie z Kasprowicza: „Najwięcej zawdzięczam tym, których nie poznałem”. To tak żartem, ale i na poważnie. Przyznaję się jednak, i to bez bicia, do, jak najbardziej świadomego, podpatrywania i naśladowania… Ale oczywiście w pewnym stopniu, nie dosłownie. I wymieniłbym w związku z tym, Stanisławskiego, Whistlera i Seurata. Ale jeśli chodzi o tego trzeciego, to w mniejszym stopniu. Nie wykluczam, że kogoś pominąłem. A jeśli chodzi o ulubionych malarzy, to oprócz trzech wspomnianych, wymieniłbym Rembrandta,  de la Toura, wielu ze Średniowiecza i Renesansu; trudno byłoby ich wymienić. Z  polskich dodałbym jeszcze Dobrowolskiego, Wyspiańskiego… Muszę  zaznaczyć, że w przypadku każdego ze wspomnianych malarzy, to moje ,,lubienie” dotyczy tylko części ich dzieł. Nie przyciąga mojej uwagi np. wyjątkowo wiele obrazów młodego Rembrandta. Ale to jest też tak, że lista ulubieńców zmienia się. Tak jak ja się zmieniam. Stałe punkty najpewniej jednak  są.

Ryszard Sawicki; Wenecja, Pensione Doni; olej.

      Kiedy wychodzimy na spacer, na zewnątrz jest zupełnie ciemno. Oczywiście latarnie uliczne są włączone. Ale znaczna część domów pogrążona jest w mroku. A w równie licznych rozświetlone jest, co najwyżej, jedno pomieszczenie. Przechodniów widać bardzo niewielu. I są to prawie wyłącznie wyprowadzacze psów.

      Wchodzimy w obręb murów miejskich. W kościele farnym odbywa się wieczorne nabożeństwo. Omijamy rynek. Przemierzamy raźnym krokiem uliczki rozpościerające się pomiędzy nim, a murami. Przechodząc wzdłuż nich słyszymy plusk wody w Młynówce (dawnej miejskiej fosie). Już od dłuższego czasu daje się wyczuć, stopniowo intensywniejący, charakterystyczny zapach słodu browarnego (jak dla mnie, bardzo przyjemny). Gdy znajdujemy się na wysokości browaru jest on już bardzo intensywny. Potem przystajemy przed pomnikiem króla Stefana Batorego. Tym razem nie zastanawiamy się już nad jego związkami z dolnośląskim Namysłowem; wiemy, że ich nie było.

      W trakcie tej przebieżki niewiele widzę nieznanych mi dotąd fragmentów miasteczka, w którym zdecydował się zamieszkać Ryszard Sawicki. Ale nie chodzi o poznawanie „nowości”. Rzecz bowiem polega przede wszystkim na zażywaniu pokolacyjnego ruchu, a tym samym na kontynuowaniu tradycji (tak, ma to już znamiona tradycji) naszych namysłowskich spacerów o zmroku. Każdorazowo towarzyszą temu rozmowy. Tematów do nich nigdy nie brakuje. Są nimi, choćby, napotkane budynki. Często rozmawiamy o książkach. Dziś np. o Mitycznych drzewach, które przywiozłem Ryszardowi w prezencie poprzednim razem. A drzewa obaj lubimy i to bardzo; książki o nich również. Choć wolimy te pierwsze.

      Przechadzka jest bardzo przyjemna, ale robi się coraz zimniej. A to w znacznym stopniu za sprawą wiatru. Decydujemy się więc nieco skrócić spacer.

      Gdy wchodzimy na teren Ryszardowej posesji, kroki kierujemy najpierw do ogrodu. Księżyc w pierwszej kwadrze, który akurat wychynął spośród chmur, oświetla drzewa i krzewy owocowe, jałowce, jodły kalifornijskie (nie wierzę w przypadki: On, przez wiele lat mieszkaniec Kalifornii, ma w swym ogrodzie drzewa pochodzące stamtąd).

      Jest bardzo cicho. Tylko od czasu do czasu słychać szczekanie. Zupełnie, jakby to był środek nocy, a nie, jak wkrótce miało się okazać, nieco po 22.oo.  

      Kiedy zasiadamy w kuchni przy niedużym stole, w kieliszkach mamy bardzo ciemne, półsłodkie wino domowej, czyli Ryszardowej roboty. A do niego jabłecznik, jaki przywiozłem (nie jest to jednak wypiek domowy).

      Zaczynam wypytywać o początki współpracy mego gospodarza z szacownym miesięcznikiem ,,Twórczość”. Okazuje się, że eseje i szkice zamieszcza on w tym czasopiśmie od 2000 r. I do tej pory na jego łamach ukazało się kilkadziesiąt utworów jego autorstwa.

      Rozmawia się nam coraz lepiej. Wpływ na to ma i to, że wino jest bardzo smaczne (stwierdzam to ja, który do miłośników wina nie należę). Butla z ciemnozielonego szkła zawiera go jeszcze około 1,5 litra. A my na spoczynek nie zamierzamy się jeszcze udawać.

      Tym co charakteryzuje pisarstwo Ryszarda Sawickiego jest pielęgnowanie pamięci o czasie minionym. Z jednej strony, czasie dotyczącej ludzkości, jako takiej, z drugiej zaś, jego rodziny, jego przodków. Stąd uwaga poświęcana kresom południowo-wschodnim dawnej Rzeczypospolitej, ale nie tylko im, a szczególnym uwzględnieniem Lwowa i Buczacza (o obu miastach będzie jeszcze mowa).  

      Owa świadomość, że licznym pokoleniom nas poprzedzającym zawdzięczamy w znacznym stopniu (trudno jednak określić, w jakim konkretnie), to czym jesteśmy i co (dosłownie) posiadamy. I mylą się ci, którzy uważają, że wszystko, co mają i to kim są, zawdzięczają, tylko i wyłącznie, sobie. Ma to niekiedy wręcz znamiona twierdzenia, że samego się siebie stworzyło. A przecież zawsze jesteśmy sumą innych, także ich dokonań. I rzecz polega na tym, aby do owej sumy dołożyć coś własnego, najlepiej twórczego.

 Ważne dla mnie miejsca to Buczacz i Lwów; to miejsca-symbole. Ten pierwszy jest miejscem urodzenia mojej Matki; Czekanowscy mieszkali w Buczaczu od wieków. Do Lwowa rodzina Ojca, który tam się urodził, dotarła kończąc wędrówkę po miasteczkach Podola. Sawiccy stali się wędrowcami po powstaniach. Ale szczególnie zaważyła na tym rzeź humańska. Pacific Grove w Kalifornii, to miejsce, w którym mieszkałem najdłużej poza  Polską od 1983 do 1991. Bardzo dobrze mi się tam mieszkało. Ale to przede wszystkim ze względu na bardzo ciekawą okolicę.

 Ryszard Sawicki, Lwów, heliograwiura.

      Mając na uwadze i artystyczną, i pisarską działalność Ryszarda Sawickiego należy stwierdzić, że niewątpliwie wzbogaca on świat, na który przyszedł w 1948 r. w Kamiennej Górze na Dolnym Śląsku.

      Ogromna większość namysłowian znajduje się już od dawna w łóżkach, kiedy opuszczamy miejsca przy stole.

      Nie, nie wstaję skoro świt (zresztą niewiele do niego brakowało, gdy kładłem się spać). Za drzwiami sypialni mego gościnnego gospodarza cisza panuje jeszcze dłużej. Przyglądam się więc kolejny raz pracom wyeksponowanym na ścianach. Ich powierzchnia była brana pod uwagę przy zakupie domu przez Ryszarda Sawickiego. Oczywiście nie był to czynnik decydujący. Ale chęć posiadania indywidualnej domowej powierzchni wystawienniczej była dla niego ważna. Należy on bowiem do tych twórców, którzy są pracowici i twórczy, ale nie zabiegają o uznanie. I z tego, chociażby, powodu nie nachodzą szefów galerii czy innych placówek działających na rzecz kultury.

 *

     Późnym przedpołudniem udajemy się w stronę namysłowskiego dworca: ja wracam do Wrocławia, Ryszard mnie odprowadza. Tym razem przecinamy rynek. Po drodze dowiaduję się o wydaniu, i to w najbliższych miesiącach, zbioru jego utworów poetyckich. Ryszard Sawicki, o czym zapomniałem wspomnieć, jest również poetą.

      Pociąg wjeżdża na peron niedługo po naszym zjawieniu się na nim.

      W drodze powrotnej obserwuję niezwykle wiele saren. Dostrzegam także dwa zające.

______________

maj – lipiec 2020 r.

Reklama