Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
184

Trójksiąg o 1905 -1907

Trójksiąg „Pogrom” (1905, 1906, 1907) Wacława Holewińskiego czyta się znakomicie. To jest przede wszystkim naprawdę wyborna literatura, nawet dla czytelnika doświadczonego, a przy tym takiego, który po kilku dziesięcioleciach romansu z gatunkiem, jakim jest proza powieściowa, od dość już dawna rzadko (poza powrotami do wielkiej klasyki) i znacznie wybredniej niż kiedyś, sięga po ten gatunek w wydaniu współczesnym.

O tym jednak nieco później, bo w pierwszym rzędzie wypada zaakcentować unikalność i rozległość niemal panoramiczną obrazu epoki. Rewolucja 1905 roku w Królestwie Polskim, jak zwykło się ją określać w publikacjach historycznych, choć przeciągnęła się do roku 1907, nie została dotąd tak komplementarnie, bogato, skrupulatnie i celnie opisana. Można co prawda znaleźć jej impresyjne refleksy w prozie Stefana Żeromskiego, pozostał jednostronny i niesprawiedliwy jej wizerunek w „Wirach” Henryka Sienkiewicza, obszerne fragmenty jej obrazu w cyklu Andrzeja Struga o „Ludziach podziemnych” (m.in. „Dzieje jednego pocisku”) i w prozie pomniejszych pisarzy, ale ten pisany był przez uczestnika, z bliskiej, niemal współczesnej perspektywy czasowej. Pozostała też dość obfita okolicznościowa spuścizna poetycka (na ogół niewielkiej wartości artystycznej) oraz publicystyczna ( na ogół niewielkiej wartości dokumentalnej).  Poza wszystkim, pisarzom tamtych czasów brak było, co oczywiste, dystansu czasowego na tyle odległego, by którykolwiek z nich mógł zdobyć się na mniej czy bardziej panoramiczną syntezę zdarzeń. Wacław Holewiński (ur. 1956) miał ten luksus, że mógł spojrzeć na wydarzenia 1905-1907 z perspektywy ponad stu lat. Jako główną motywację, która nim powodowała przy pisaniu trójksiągu autor wskazał, w deklaracji końcowej, opatrzonej fotografią Bramy Straceń Cytadeli Warszawskiej, imperatyw ocalenia pamięci o ludziach, o których „większości Polska zapomniała”. Tu zgoda, ale warto jednak dopowiedzieć, dlaczego ludzie walki rewolucyjnej 1905 roku, w tym odważni, straceńczy bojowcy PPS z browningami w dłoniach, zostali zapomniani, dlaczego przegrali pojedynek o pamięć z powstańcami styczniowymi czy pokoleniem legionowego czynu niepodległościowego lat 1914-1918. Otóż stało się tak także dlatego, że ich czyn był nie tylko narodowy, lecz także społeczny, dokonywany pod czerwonymi sztandarami, pod hasłami walki klasowej i – bywało – przy akompaniamencie dwóch pieśni. Nieprzypadkowo „hymnami” bojowców tych lat były: „Na  barykady” i „Czerwony sztandar”. Pierwsza z nich zaczyna się od słów: „Na barykady, ludu roboczy, czerwony sztandar do góry wznieś…”, a druga od zwrotki: „Krew naszą długo leją katy/Wciąż płyną ludu gorzkie łzy/Nadejdzie jednak dzień zapłaty/Sędziami wówczas będziem my”. Czyż tradycja ideowa, z którą związane są te pieśni mogła i może liczyć na przychylność i pamięć polskiej, nacjonalistycznej na ogół pamięci? Pytanie jest retoryczne. 

O dwóch pierwszych tomach trójksiągu („Pogrom 1905”, „Pogrom 1906”) już pisałem. Zauważyłem wtedy, że  „Pogrom 1906” jest lepszy od poprzedniego tomu („Pogrom 1905”), dojrzalszy, kunsztowniejszy stylistycznie. Znów, tyle że rok później, jesteśmy w Warszawie, nędznej stolicy „prywislanskiego kraju”, wynędzniałej i znikczemniałej zachodniej prowincji Cesarstwa Rosyjskiego (choć są też w powieści epizody petersburski i kijowski). Jest już po apogeum rewolucji 1905 roku, to moment historyczny, w którym po czterdziestu latach kompletnej depresji i zgnojenia, na zaśmiardłej tkance polskiej pojawiają się swędzące, czerwone bąble, zwiastujące ożywienie, budzenie się ze śmiertelnego prawie letargu. Te bąble to głównie działalność „eksów”, bojowców PPS, dokonujących napadów i zamachów na carskich czynowników, szpiclów, na carskie kasy. Budzą szok w „kompletnie zgangrenowanym społeczeństwie, które wydało Pochroniów i Spławskich”, jak pisał pewien krytyk, nawiązując do „Dziejów grzechu” Żeromskiego, powieści opowiadającej o tym samym czasie i portretującej ówczesny stan „ducha polskiego”. Szok, o którym mowa, brał się nie tylko z trwania społeczności (bo społeczeństwem nazwać tę miazgę trudno) polskiej w głębokim letargu, ale także dlatego, że było ono wtedy także do szpiku kości zruszczone i zendeczone, a zendeczenie dużej części Polaków oznaczało ich znikczemnienie, bowiem endeczyzna to synonim nikczemności. To zendeczenie trwało długo, bo także jeszcze osiem lat później, latem 1914, gdy roku polscy mieszkańcy Warszawy masowo wylegli na ulice, by ze łzami w oczach i kwiatami żegnać rosyjskie wojsko odchodzące na front. To nie był tylko „płacz matek” po Polakach wcielonych do armii rosyjskiej, to był entuzjazm dla „naszych wojaków”, dla naszego „cara batiuszki”. Zatem znów, jak w „Pogromie 1905”, spotykamy w „Pogromie 1906” urzędników rosyjskich, żandarmów, szpicli, prostytutek, Żydów, dziwne damy i dziwnych kawalerów, zachodzimy do brudnych szynki, cuchnących odchodami bram nędzarskich kamienic (te bogatsze mają dozorców), na parszywe podwórka, zapleśniałe klatki schodowe, do dusznych mieszkań, chłoniemy klimaty rzeżączkowo-ginekologiczne. Narracja autorska jest silnie nasycona pierwiastkiem zmysłowym fizycznym, choć to przecież na ogół odory, a nie zapachy, chyba że przemknie mimo jakaś wyperfumowana dama czy oficerek nasączony wodą kolońską. Wszystko to unurzane w atmosferze mroku, fizycznego, mentalnego i moralnego. W tle sprawa zamachu na carskiego gubernatora Skałłona, postać Montwiłła-Mireckiego, Krahelskiej, Bolesława Prusa, sprawa Brzozowskiego. Holewiński nie poszedł jako autor w stronę na pozór atrakcyjnych możliwości, nie poszedł drogą kokietowania czytelnika łatwą, sensacyjną fabułą z historią i erotyką w tle, a zdarzają się takie powieści na czytelniczym rynku, nie poszedł drogą tworzenia malowniczej powieści warszawskiej (choć Warszawa jest ważnym tłem tej powieści, najeżonej nazwami ulic, placów, kościołów etc.). Nie zbudował zgrabnej, zazębiającej się fabułki składającej się z szablonowych chwytów i postaci, przeciwnie, wręcz zrezygnował z linearnej narracji „od deski do deski” i nadał swojej opowieści odrobinę szorstkich rysów quasi-dokumentalnych, rezygnując nawet ze zwykłej chronologii, jako że poszczególne cząstki jego mozaiki ułożone są jakby chaotycznie, niechronologicznie, jak karty roztasowanej talii. Nie zmienia to faktu, że powieść ma jednocześnie walory mogące zadowolić miłośników  tematyki sensacyjnej. Przy okazji częstuje nas autor drobnym akcentem „autotematyzmu” wprowadzając do powieści postać Władysława Holewińskiego. Poza wyśmienitymi walorami literackimi „Pogrom 1906” to bardzo dobra powieść historyczna. To nie pseudopatriotyczny kiczowaty oleodruk o rycerzach polskiego patriotyzmu i zawsze wiernym swej niepodległości i wolności narodzie polskim, jakie są dziś w publicznej ofensywie. To kawałek prawdy o nas, o naszej, polskiej, nikczemności, nędzy, zaprzaństwu. Taka była nade wszystko historia Polski, nie taka, jaką kreował Bełza w swoim słynnym niegdyś, sentymentalni patriotycznym wierszyku o „Polaku małym”, nie taka jaką wyśpiewują w piosenkach o kolorowych ułanach pod okienkiem i w podręcznikach do historii dla cnotliwych dziatek polskich, a także w zakłamanych do imentu wyidealizowanych, propagandowych opowieściach o „żołnierzach wyklętych”.

 „Pogrom 1907” jest dopełnieniem, zwieńczeniem trójksiągu, stąd okazja, by poczynić kilka uwag generalnych, w jaki sposób Holewiński zbudował swoją panoramę. Jej narracja nie ma – zasadniczo – charakteru linearnej, chronologicznej opowieści, lecz zbudowana jest z łańcucha odrębnych epizodów, swoistych odsłon, acz do pewnego stopnia połączonych niektórymi wspólnymi postaciami. Ów niechronologiczny układ epizodów miał jak się zdaje podkreślić ów dystans do klasycznej formuły powieściowej. Są też w tekście liczne sugestie mające nadać mu charakter kojarzący się z wymiarem dokumentalnym: zewnętrzne w stosunku do akcji passusy informacyjne, o cechach objaśnień typu leksykonowego, realistyczne, „rekonstrukcyjne” opisy warszawskich miejsc, silne nasycenie realiami materialnymi ówczesnego codziennego życia, przypisy biograficzne i faktograficzne objaśniające niektóre aspekty historycznego tła akcji, wbudowane w nią fragmenty autentycznych dokumentów z epoki, a także ikonografia: każdy z 52 epizodów, odsłon opatrzony jest miniaturową fotografią, któregoś z historycznych powieściowych obiektów (niejednokrotnie wraz z odniesieniem do aktualnego stanu danego miejsca), winiety gazetowej (n.p. PPS-owskiego „Robotnika”) lub którejś z historycznych postaci pojawiających się w narracji. „Dokumentalizm” opowieści, jej osadzenie w realiach czasu podkreśla też pojawienie się w toku akcji, obok postaci fikcyjnych, także licznych postaci historycznych, takich jak Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Stefan Żeromski, Stefania Sempołowska, Stanisław Patek, Walery Sławek, Henryk Baron, Józef Montwiłł-Mirecki czy Józef Piłsudski, czy wysokich rangą przedstawicielach rosyjskiego aparatu administracyjno-wojskowego i licznych pośrednich wzmiankach o innych rzeczywistych postaciach czasu (Tomasz Arciszewski czy Feliks Dzierżyński), a także jak wiele postaci mało znanych, z drugiego szeregu. Poza tym jednak Holewiński nie zrezygnował z klasycznego, tradycyjnego języka narracji powieściowej, którą zbudował z typowych opisów, krótkich, oszczędnych, celnych, zarysowanych kilkoma kreskami charakterystyk typologicznych postaci, bez niepotrzebnego fikcjonowania, wprowadzania ich zachowań i wypowiedzi w strefę zmyślenia. Tak jak poprzednie części, „Pogrom 1907” jest opowieścią zdecydowanie warszawską, z wyjątkiem jednego epizodu łódzkiego. Także tu mamy nieco erotyki (choć mniej niż w poprzednich tomach), także tu znajdujemy sugestywne, nie pozbawione rysów naturalistycznych opisy nędznych domostw proletariackich i żydowskich, pokojów śledczych przesłuchań, cel więziennych. W tle wieści o represjach, zsyłkach, zamachach. Więcej za to rysów panoramicznych tamtej, kilkunarodowościowej Warszawy, więcej cech panoramy obrazu postaw społeczno-politycznych tamtego czasu, nieco mniej „rynsztoku”, więcej wątków dużego kalibru.

Wacław Holewiński – „Pogrom 1907”, PIW, Warszawa 2020, str. 390, ISBN 978-83-8196-073-1


Powtórka z Iwaszkiewicza

Ten obszerny (ponad tysiąc stron) tom nie tworzy kompletu dorobku Iwaszkiewicza. Brak tu, z oczywistych względów, jego powieści z „Hilarym, synem buchaltera” (1923), „Księżyc wschodzi” (1925), „Czerwonymi tarczami” (1934), „Pasjami błędomierskimi” (1938), „Kochankami z Marony” (1961) i cyklem „Sława i chwała” (1956-1962) na czele, brak jego dramaturgii z „Kochankami z Werony” (1929), „Latem w Nohant” (1937), „Maskaradą” (1939). Brak też znakomitych cyklów  wspomnieniowo-podróżniczych, jak „Książka o Sycylii” (1956), „Książka moich wspomnień” (1957), „Petersburg” (1976), „Podróże do Włoch” (1977), „Podróże do Polski” (1977), a także „Aleja Przyjaciół” (1984),  „Portrety na marginesach” (2004). Był on także autorem wydanych kilka lat temu trzech tomów dzienników.

Kilka zaledwie miesięcy po odejściu Eugeniusza Kabatca jest mi szczególnie trudno pisać o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Eugeniusz był jego przyjacielem i znawcą jego twórczości, więc mogę po nim zaserwować tylko cienkusza. To on powinien napisać o tym tomie. Nie mogę jednak oprzeć się przypuszczeniu, że zadzwoniłby do mnie i zasugerował, bym jednak napisał kilka akapitów o najnowszym wyborze prozy i poezji Iwaszkiewicza. Zawdzięczamy ten tom Radosławowi Romaniukowi, autorowi dwutomowej biografii Iwaszkiewicza, który zwieńczył swoje benedyktyńskie dzieło przygotowaniem wyboru opowiadań i wierszy wybitnego pisarza. W przeważającej części nie są to rzeczy nowe, znajdujemy tu klasyczne opowiadania z „Pannami z Wilka”, „Matką Joanną od Aniołów”, „Bitwą na równinie Sedgemoor”, czy „Tatarakiem”, ale znalazło się kilka niepublikowanych wierszy odnalezionych w papierach po pisarzu. Radosław Romaniuk, który od lat konsekwentnie badał biografię i twórczość Iwaszkiewicza zwraca  w swoim wstępie uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, formalny, na charakterystyczną afabularność tej prozy, brak typowej akcji, którą zastępuje coś, co można nazwać bytowaniem postaci, ale także na ideowo-artystyczny, który sprawia, że w miarę upływu lat staje się ona coraz bardziej uniwersalna, dotycząca ponadczasowych ludzkich problemów egzystencjalnych – uczuciowych, moralnych, etc. Nade wszystko jednak jest to proza o wielkiej urodzie literackiej, refleksyjna, zmysłowa.

Jarosław Iwaszkiewicz – „Droga . Proza i wiersze”, Iskry, wybór i wstęp Radosław Romaniuk, Warszawa 2020, str. 1118, ISBN 978-83244-1070-5


O hard-erotyzmie

Od kiedy choć trochę się ogarnąłem jako człowiek, doszedłem do wniosku, że Eros, erotyka, erotyzm, to nie tylko (wbrew utartym gadkom) przyjemność czy rozkosz, ale także, a może przede wszystkim brzemię. George Brassens o tym śpiewał nawet w naszych lekkoerotycznych (nie mylić z lekkoatletycznymi) czasach. Tym, którzy na takie dictum popatrzyliby na mnie jak na zielonego kota i popukali się w czoło, ja z kolei zaśmiałbym się kpiarsko, bo uważam ich za mitomanów i ludzi lekkomyślnych. Lektura sławnego eseju „Erotyzm” Georgesa Bataille (1897-1962) może tylko potwierdzić moją ocenę. Bataille, jeden protoplastów postmodernizmu podjął problematykę w sposób najbardziej głęboki jak to tylko było możliwe. Jego „Erotyzm” ani na jotę nie przypomina popularnej kiedyś popularno-naukowej książki seksuologa Kazimierza Imielińskiego pod tym samym tytułem.

„Duch ludzki podlega najdziwniejszym nakazom. Bezustannie sam się siebie boi. Przerażają go własne odruchy erotyczne. Święta ze zgrozą odwraca się od rozpustnika: nie zdaje sobie sprawy, że jego grzeszne żądze i jej własna żarliwość to jedno” – tak brzmi jedno ze zdań Bataille’a.

Dziś ten cytat może brzmieć nieco anachronicznie, ale pamiętajmy, że „Erotyzm” ukazał się we Francji w 1957 roku czyli 63 lata temu, kiedy – mimo że po Freudzie – daleko było jeszcze do przełamania tabu pieczętującego tę problematykę w polu publicznym. Wyjściowa teza Bataille’a co do erotyzmu sprowadza się do stwierdzenia, że nie można go rozpatrywać w oderwaniu od człowieka, od całości ludzkich zachowań, że nie jest on jakąś wyodrębnioną z całości kapsułką. Konsekwentnie więc analizuje Bataille „w sposób systematyczny, w ich wzajemnym powiązaniu i spójności, rozmaite aspekty ludzkiego życia, rozpatrywanego pod kątem erotyzmu”. Choć był ateistą, uznał, że najbardziej adekwatne będzie pokazanie opisywanych fenomenów w konfrontacji z doświadczeniem religijnym. Erotyzm Bataille wiąże oczywiście z prokreacją, ale eros jest także poza prokreacją, bo jest czymś więcej niż zwykła aktywność seksualna i prokreacyjna. Jednak konotacje erotyzmu w interpretacji Bataille’a są ponure. „Sfera erotyzmu jest w zasadniczy sposób dziedzina przemocy, dziedziną gwałtu” – powiada myśliciel. Dlaczego?

Spróbuję możliwie klarownie przybliżyć ideę, a może doktrynę, czy założenie teoretyczne, które znajduje się u podstaw jego „Erotyzmu”, choć nie będzie to łatwe, bo poziom abstrakcji poddawanych spekulacjom jest tu bardzo wysoki, przede wszystkim na poziomie języka. A przecież, jak zwrócił nam uwagę Ludwik Wittgenstein, „granice naszego języka, są granicami naszego naszego świata”, w sensie: naszych możliwości poznawczych. Wykłada to Bataille we wstępie. Jego pierwsze zdanie brzmi: „O erotyzmie można powiedzieć, że jest pochwałą życia nawet w śmierci. Nie jest to właściwie żadna definicja, myślę jednak, że ta formuła najlepiej oddaje sens erotyzmu”, a tym co go „różni od zwykłej aktywności seksualnej, jest psychologiczne poszukiwanie niezależne od naturalnego celu prokreacji”.

 Następny krok w wyjaśnianiu, czym jest esencja erotyzmu czyni Bataille przywołując zdanie markiza de Sade, które sygnalizuje jako „zdumiewające”: „Najlepszym sposobem na oswojenie się z myślą o śmierci jest skojarzenie jej z rozpustą”. Jednak nie chodzi tylko o znane skojarzenie między śmiercią a podnieceniem seksualnym. Bataille wykłada fenomen nieporównywalnie bardziej skomplikowany. Otóż wychodzi z teoretycznego założenia, że są dwie formy ludzkiej egzystencji: ciągła i nieciągła. Nieciągła, to nasza, jednostkowa, ta w której żyjemy  w codzienności, przez całe życie. Dlaczego Bataille określa ją jako nieciągłą? Bo jesteśmy wyodrębnionymi, wyizolowanymi od siebie wzajemnie jednostkami, samotnie umierającymi, których istnienie tak naprawdę, w istocie rzeczy interesuje tylko je same, bo taka jest ich (nasza) biologicznie egoistyczna natura. Miłość czy przywiązanie do innych to odczucia nabyte z pola kultury. W człowieku istnieje jednak podskórna, można by rzec: nieuświadomiona tęsknota za ciągłością jego bytu, za uczestnictwem w ciągłości. Tę tak naprawdę tworzy tylko śmierć, która wprowadza nas łańcuch ciągłości pokoleń od początku świata. Zdaniem Bataille’a właśnie erotyzm jest tożsamy z fascynacją ciągłością bytu i śmiercią.

„Chodzi o przejście od ciągłego do nieciągłego i od nieciągłego do ciągłego. Jesteśmy istotami nieciągłymi, osobnikami umierającymi samotnie u kresu niepojętej przygody, ale tęsknimy za utraconą ciągłością. Nie możemy znieść sytuacji, która przykuwa nas do naszej przypadkowej, przemijającej indywidualności. Obok dręczącego pragnienia, by ta przemijalność trwała, czujemy obsesyjną potrzebę pierwotnej ciągłości, łączącej nas z bytem. (…) Ta tęsknota rządzi u wszystkich ludzi trzema formami erotyzmu”.

Są to według Bataille’a: erotyzm ciała, serca i sacrum. Nad tymi dwoma pierwszymi, jako łatwo zrozumiałymi dla większości z nas, przechodzi filozof do porządku dziennego. Temu trzeciemu poświęca swoje studium. Istota rzeczy, tak jak ją wykłada Bataille, polega na tym, że w zapamiętaniu, w transie erotycznym człowiek zatraca jakby poczucie jednostkowości (nieciągłości). Udręka jaka wiąże się z fascynacją erotyczną (nawet tą szczęśliwą i wzajemną), towarzyszące jej zapamiętanie i nieład, przypominają jakby zmierzanie do śmierci, bo ona stwarza perspektywę ciągłości. Istotą erotycznego szczęścia jest to, że „zastępuje uporczywą nieciągłość cudowną ciągłością między dwojgiem ludzi, ale ta ciągłość daje się wyczuć przede wszystkim w udręce, bo jest nieosiągalna, bo jest poszukiwaniem w niemocy i drżeniu”, (…) w „kontemplacji intymnej ciągłości, która ich łączy”.

„Namiętność miłosna skazuje nas na cierpienie – kontynuuje Bataille – gdyż jest poszukiwaniem niemożliwego (…) poszukiwaniem przymierza, które zależy od czynności przypadkowych. (…) Cierpimy z powodu naszego odosobnienia w nieciągłej indywidualności. Namiętność powtarza nam bezustannie: gdybyś posiadł ukochaną istotę, to twoje zdławione samotnością serce tworzyłoby jedno z jej sercem. Złudna to obietnica (…) ale w miłości obraz takiej jedni nabiera ciała z szaloną intensywnością, choć nie zawsze jest taki sam dla obojga”.

Przekonują was te konstrukcje? Erotyzm ciała i serca – czujemy i rozumiemy bez trudności, bo to podpowiada nam  potoczne doświadczenie, ale te piramidy dziwnych, abstrakcyjnych konstatacji, który zdają się nijak nie przylegać do tego, co znamy i co czujemy? Czy to co napisał Bataille ma jakieś związki z rzeczywistością, czy też jest tylko tworem twórczego, ale ekstrawaganckiego, wysublimowanego umysłu, który tworzy sztuczne byty ponad potrzebę? Bataille był przecież jednym z prekursorów postmodernizmu, a w tym jak wiadomo „wszystko jest możliwe”, a więc także tworzenie bytów pozornych i dowolnych między nimi połączeń. Dlatego nie będę się nawet silił na egzegezę treści i sensów kolejnych rozdziałów „Erotyzmu”, o zakazie i transgresji (przekroczenie zakazów i granic), o zakazach związanych ze śmiercią i prokreacją, o mordzie i ofierze, o erotyzmie ofiary religijnej, o pletorze seksualnej, o chrześcijaństwie wobec erotyzmu sacrum, o prostytucji, o raporcie Kinseya, o zagadce kazirodztwa, o relacji między mistyką a zmysłowością. Jeśli chcecie, radźcie sobie sami, ale raz jeszcze na koniec ostrzegam: spotkanie z harderotyzmem Bataille’a to nie to samo, co rendez sous z poczciwym erotyzmem ciała i serca spod znaku Imielińskiego.

Georges Bataille – „Erotyzm”, przekł. Maryna Ochab, „Słowo-Obraz-Terytoria”, Gdańsk 2019, str. 282, ISBN 978-83-7453-580-9

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko