Jerzy Stasiewicz – O patrzeniu & wolności

0
563
fot.Violetta Stasiewicz

Chwalebne jest czynić to co należy,
a nie co wolno.

Lucjusz Anneusz Seneka, Myśli, s. 657

            Lubię patrzeć w dal, w bezkresny horyzont. Rozpoznawać na nowo miejsca mi znane, a inne z perspektywy punktu obserwacyjnego. Takim miejscem szczególnym ( choć nie tylko ) jest Altana Eichendorffa, Znajdował się tu kiedyś drewniany taras widokowy. W roku 1931 przebudowany i nakryty solidnym dachem. Nazwany też Strażnicą im. Eichendorffa na wzgórzu Charlottenhöhe. W wyniku działań wojennych i rozbudowie umocnień, altanę zniszczono  ustawiając w jej miejscu ogromne działo artyleryjskie. Pamiętam solidne betonowe fundamenty w kształcie litery „U” charakterystycznie odznaczające się w leśnej ściółce. Przychodziłem tu wielokrotnie poznając topografię Nysy zaraz po osiedleniu. I to nie ścieżką prowadzącą od ulicy Saperskiej tylko wierzchołkami załamanych murów fortu, gdzie przed wojną była przerzucona drewniana kładka na metalowych dźwigarach. Dzisiaj patrząc na te strome, wysokie mury z czerwonej cegły, oblewają mnie poty. A nogi drętwieją i stają się jakieś miękkie jak wata. Próbowałem dostrzec chociażby zarysu gór. Wysokie drzewa zasłaniały wszystko. Siadałem na tym fundamencie, zimnym jak lód, patrząc w ścianę –  falujących jak woda spokojnej zatoki – dębów. Drzewa te; symbol długowieczności, żyją przeciętnie 600 – 1000 lat. Starożytni Rzymianie i Grecy wierzyli, że są siedzibą ich najwyższych bóstw Jowisza i Zeusa. Abraham siadywał pod dębami Mamre. W greckiej Dodonie była wyrocznia wróżąca z szumu liści dębu. Germanie dąb poświęcili bogu burz – Thorowi. Pioruny uderzały w nie najczęściej, nie czyniąc poważnych szkód. Słowiańszczyzna od Dniestru po Łabę, od Pomorza po Śląsk lokowała miejsca kultu w starych dąbrowach – Perunowi – gromowładcy, bogu grzmotów i piorunów, oddając cześć,  zawierzając się jego opiece. Celtowie wierzyli, że moc dębu pomaga w zaświatach, wkładali gałązki świętego drzewa do grobów zmarłych. Żmudzini święte gaje poświęcali Perkunowi. Jemioła ( pasożyt ) rosnąca na dębach, uchodziła za szczególny talizman, prawdopodobnie ze względu na rzadkie występowanie. Jeżdżąc po Polsce samochodem mijam na trasie miejscowości: Dąbrowa, Dębno, Dębina, Dąbie, Dąb, Dębowina. Spotkałem wiele „ dębów pokoju „ ( Polska zachodnia ) niemieckie nasadzenia powojenne, szczególnie po wojnie francusko – pruskiej 1870-71. „ Motyw żołędzi i gałązek dębu występuje w herbach królewskich i rycerskich  od średniowiecza. Stosowano go także w emblematach mundurowych. Był symbolem siły, szlachetności i sławy. Wykorzystywany był zwłaszcza w germańskiej symbolice wojskowej, do której chętnie nawiązywały armie niemieckie. Liście dębu były motywem  na Krzyżu Żelaznym, (…) wieniec z liści dębowych jest zawieszką fińskiego Orderu Krzyża Wolności. Wieniec też był częścią herbu NSDAP i jest obecny na odznakach na beretach Bundeswehr. Ulistniona gałąź dębu widniała na awersie feniga (…) sprzed wymiany waluty na euro, (…) identycznym symbolem opatrzono wprowadzony na rynek wspólnotowy bilon o nominale 1,2 i 5 eurocentów. Liście dębu są też na aktualnych polskich monetach edycji złotego od 1995r. ((..) liście amerykańskiego dębu czerwonego ) oraz były na monetach 10,20,50 gr z emisji z 1923.” – To Wikipedia.

          Dęby zawsze mnie uspokajały. Dodawały siły, otuchy, bezpieczeństwa. W deszcze siadałem na gołej ziemi opierając plecy o pień. Nie wyczekiwałem przejaśnień. Mogłem tak siedzieć godzinami. Sam. Wsłuchany w szum kropel spływających po liściach, w melodię trwania nuconą słojem corocznego przyrostu, w huk pękającej gleby rozpychanej korzeniami. Z dala dochodził nieprzyjemny ryk miasta kalecząc zadumę. Pora było wracać. Rozkołysana czupryna dzwonkami żołędzi prosiła … zostań. I zostawałem czasami w ciemnym lesie do północy ( jakie to szczęście, że nie było wtedy telefonów komórkowych ). W domu Viola odmawiała pacierze. A jak wróciłem…

           Altanę odbudowano – zasługa Josefa Paula Rocka ( kierującego po wojnie odbudową nyskiej katedry – nazwa potoczna –  kościół pw. Św. Jakuba Starszego i św. Agnieszki, Dziewicy i Męczennicy. Bazylika mniejsza od 2009 r.; cichego opiekuna grobu: Luizy i Josepha von Eichendorffów na cmentarzu jerozolimskim; inicjatora budowy pomnika poety przy „ekonomiku”  – oryginalne popiersie w bazylice – niezmordowanego utrwalacza pamięci wielkiego romantyka z Łubowic). Miałem zaszczyt poznać pana Józefa w 2002 roku w kawiarence literackiej „ Studnia”. Była kiedyś taka przy ulicy Zjednoczenia w Nysie. Na obchodach rocznicowych zaraz po odsłonięciu pomnika poety. Pan Rock pokazywał miniaturkę popiersia w brązie. Figurka przez moment gdzieś się zapodziała co omal nie doprowadziło do zawału serca starszego, niskiego pana z długą siwą czupryną, zaczesaną do tyłu. Zaraz jednak nabrał wigoru, mocno ściskając dłonie gości przy stolikach. Opowiadał o trudnych warunkach pracy przy odbudowie katedry – wierni przychodzili na modlitwę kiedy nie było dachu, a rusztowania sięgały 25 metrów i szalowano sklepienia – nigdy nie doszło do wypadku. Podkreślał, że to opatrzność Boża, która czuwała nad jego działaniami, pozwalała doprowadzić rozpoczęte projekty do końca. Nie czyniąc po drodze nikomu krzywdy. Dla mnie sprowadzono wtedy surdut z epoki z teatru opolskiego. Podobno przypominałem Eichendorffa, ale to chyba zasługa szczupłej budowie ciała i uczesaniu na piżmaka. Najbardziej fizjonomią wielkiego romantyka  przypominał  aktor z Berlina, Robert Mika grający jego postać w sztuce Freda Apke pt. „ Pan Baron przychodzi boso i płaci guzikiem”. Z panem Rockiem oglądaliśmy ją z jednego rzędu w Nyskim Domu Kultury. W rolę Marie, właścicielki gospody wcieliła się Marta Klubowicz. Obserwowałem ukradkiem, słowa i ruchy żyjącego poety wprowadzały starszego człowieka w uniesienie, były misterium, zrywały na nogi. Teraz wracają te obrazy patrząc w marmur. Tablica wmurowana w posadzkę:

W tym miejscu dnia 17.10.2012 r.
o godz. 10:17 zmarł
JOSEF PAUL ROCK
który odbudował altanę w 2007 r.
R.I.P.

Byłem zaraz po otwarciu – na drugi dzień. Nie lubię tłumów. Spędy rozpraszają zadumę. Nigdy nie zapomnę stromego stoku jaki ukazał się mym oczom gdy patrzyłem w dół, oparty o słup krzyża, wychylony za barierkę altany. Ja wiem, tak nie wolno, ale ciekawość silniejsza. Chyba w  każdym człowieku jest głęboko ukryte ryzyko i chęć przekraczania granic. I ciąg do hazardu. Korony dębów przycięto, runo wygrabiono. Oczy same kierowały się ku przepaści. W oddali panorama Gór Opawskich, a po prawej stronie spokojna, zielona tafla jeziora nyskiego. Dzisiaj mimo, że drzewa podrosły nad wierzchołkami po lewej stronie góruje dzwonnica, spadzisty, czerwony dach bazyliki, wieża ziębicka, szpic wieży Wiercimoka, kościół Wniebowzięcia, kościół Piotra i Pawła, wieżowce przy Piłsudskiego, Kopa Biskupia jak olbrzymie kretowisko. Te widoki poza jeziorem i blokami bo ratusz był w bardzo podobnej bryle widział  najbardziej znany śląski poeta.

Piewca drogi i wędrowania. Zafascynowany górami, dolinami, krajobrazami jak blask nieba zmieniającymi się z porą roku. Niespokojny duch gnał go w wojaże dalsze do miejsc nieznanych. I tu jak  lustrzane odbicie pojawia się w mojej świadomości Edward Stachura, mieszkaniec pociągów, autobusów, ciężarówek, chłopskich furmanek. Piechur jakich literatura zna niewielu. Z workiem przewieszonym przez ramię, notesem, ołówkiem, jedną koszulą na zmianę. Wolny jak wiatr wiejący o każdej porze dnia i nocy w upodobanym sobie kierunku bo tak chce. Ważny jest szlak, zanurzenie w naturze, magia miasteczek powiatowych z ich specyfiką i koligacjami rodzinno – urzędniczymi. Ale przedstawienie tych twórców jako piewców przyrody, wędrowania i wzajemne związki pomiędzy przyrodą, a wędrowaniem mających  stanowić zasadniczą treść ich dzieł to dalekie uproszczenie. W obu przypadkach dominuje filozofia egzystencji i nawiązanie do świata kultury europejskiej, w chrześcijańskim wymiarze. Sted dotyka tej kultury nawet na kontynencie południowo-amerykańskim. I jest tu margines swobody w czytaniu dla czytelnika. Stąd może łatwość w zapamiętywaniu utworów, choć największą zaletą jest śpiewność. Ukryta w każdym słowie melodia. Przytoczę liryk   „ Pożegnanie”  Eichendorffa umieszczony pod dachem altany na dębowej desce. Zapisany czarnym, przejrzystym drukiem by każdy odwiedzający to święte miejsce romantyzmu mógł swobodnie odczytać identyfikując się z otoczeniem i autorem.

Doliny wy i szczyty
Zielony lesie ty,
Tu przeżywałem skryty
Radości me i łzy.
Tam, wiecznie czymś mamiony
Świat pędzi, czegoś chce:
Namiocie więc zielony,
Raz jeszcze przyjmij mnie.
Gdy nowy dzionek wstaje,
W oparach ziemia lśni
I ptaki znów śpiewają,
Aż serce w tobie drży:
Przemija wtedy cały
Posępny ziemski czas
I rodzisz się wspaniały
I młody jeszcze raz.

        Dzisiaj pierwszy dzień lata. Zimno. Pada już czwartą dobę. Strach aby nie powtórzył się 1997 rok ze straszliwą powodzią. Siedzę w altanie i patrzę na ciemną taflę jeziora. Czytam wiersze gospodarza w tłumaczeniu Marty Klubowicz: translatora, poetki i aktorki z książki „ Memento” i płonie we mnie ogień, którego nie musimy strzec całą dobę jak to czyniły westalki w świątyni Westy. Gdyby zgasł, groziła im chłosta. Wiem, że tutaj unosi się duch poety. Żywego pamiętają tylko dęby – znów wybujały w niebo. – Pokazują swój majestat. W słojach doliczyłbym się ich wieku i zaznaczył lata 1855-57.

        Teraz rozumiem, że to wzgórze było dla poety – wzgórzem wolności. On mieszkaniec  -urodzony we wsi Łubowice  pod Raciborzem – Wrocławia, Wiednia, Berlina, Gdańska, Królewca.

Zaangażowany w dwa gigantyczne przedsięwzięcia mające wskrzesić/ przypomnieć zapomnianą wielkość dawnych dziejów niemieckich: w odbudowę katedry kolońskiej oraz zamku krzyżackiego w Malborku. Student szkół we Wrocławiu, Halle, Heidelbergu – zafascynowanym do śmierci. Przytoczę tutaj słowa Eichendorffa, korzystając z eseju „ Oto poeta” Wojciecha Kunickiego:

      Sam Heidelberg – pisał poeta – jest przewspaniałym romantyzmem: tam oplatają dom i zagrodę i wszystko, co zwyczajne – winorośl i kwiaty,  a zamki i lasy opowiadają cudowną baśń pradziejów, jak gdyby nie było wszelkiej pospolitości na świecie. Tak potężna sceneria musiała w każdym czasie wywierać ogromne wrażenie na studentach i uwalniać ich z więzów pedantycznego konwenansu; oni pili lekkie wino zamiast ciężkiego piwa, byli weselsi a zarazem obyczajniejsi niż w Halle.

      Tutaj – zamknięty na starość w małym garnizonowym mieście Nysa – odnalazł cząstkę rozległej przestrzeni. Wielu ludzi takie miejsca nazywa drabiną świata. Myślę, że trafnie. Na zakończenie ostatnie dwa wersy wiersza „ Los poety”:

Lecz nim dojrzeje owoc kwiatka
Pochowa mnie już ziemia – matka.

Jerzy Stasiewicz

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko