Tadej Karabowicz – Marianny Bocian powroty do jej rodzinnego Bełcząca na Lubelszczyźnie

0
108
Zbigniew Kresowaty. Portret Marianny Bocian

         W 1979 roku jako młody poeta, kupiłem w księgarni na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie, tomik wierszy wybitnej poetki z Wrocławia Marianny Bocian “Actus hominis” (Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1979). Wiersze zawarte w tomiku wywarły na mnie ogromne wrażenie. Wówczas nie miałem świadomości, że po latach osobiście będę odwiedzał poetkę w jej rodzinnym Bełczącu na Lubelszczyźnie. Gdy przedstawiłem poetce historię nabycia tego tomiku, Marianna Bocian uśmiechnęła się i powiedziała: “Wiersze spinał tytuł o symbolicznej nazwie – akt ludzki. Bo to był okres mojej walki o prawdę”.

         Literackie kontakty z poetką Marianną Bocian (1942-2003) zawdzięczam imprezie o nazwie Międzynarodowy Najazd Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu. Spotkanie odbyło się 1994 roku w podziemiach muzeum zamku w Brzegu, wśród zabytkowych trumien książęcych, gdzie odbywała się prezentacja wierszy. Bezpośrednim “sprawcą poznania” był poeta Jan Leończuk. Podszedł do mnie i powiedział: “Marianno! To jest twój sąsiad z Lubelszczyzny, ukraiński poeta piszący czasami po polsku  – Tadej Karabowycz, a oficjalnie: Tadzio Karabowicz”. Marianna Bocian spojrzała na mnie spod dużych okularów i od razu nawiązała się między nami nić poetyckiego porozumienia. Chociaż dzieliła nas znaczna różnica wieku i doświadczenia literackiego, przypadliśmy sobie do gustu. Po krótkiej rozmowie zaaranżowanej przez Jana Leończuka, zaczęła się autorskie czytanie wierszy, gdzie Marianna Bocian przeczytała krótki utwór nagrodzony brawami. Nie przypuszczałem, że w trakcie imprezy literackiej, poetka podaruje dla mnie swój tomik “Gnoma”.

         Odtąd spotykałem Mariannę Bocian na kolejnych Najazdach w Brzegu, na Listopadach Literackich w Poznaniu, czy na imprezach poetyckich w Białymstoku. Były to jednak kontakty przelotne, zakończone dedykacją w jej nowej książce, bądź krótką wymianą informacji “co słychać”? Dlatego z wielu punktów widzenia, cenne były spotkania z nią w jej stronach rodzinnych, w Bełczącu na Lubelszczyźnie

         Gdy myślę o Mariannie Bocian, to głównie widzę przed oczyma jej “lubelskie” gniazdowisko – miejscowość Bełcząc, gdzie poetka spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Nie mogę oprzeć się myśli, by nie przywołać wizerunku jej rodzinnego domu jako sacrum. Odwiedzałem ją w Bełczącu wielokrotnie, gdy mnie zapraszała latem do siebie na rozmowy o poezji. Jej dom rodzinny, jest obecny w twórczości poetki, jako paradygma powrotów z Wrocławia, gdzie mieszkała na stałe. To był dom z oknami wychodzącymi na wysokie drewniane ogrodzenie i polną wyboistą drogę. Nie każdego los obdarzył mieszkaniem pod lasem, gdzie na skraju stał drewniany krzyż przydrożny z kwiatami pielęgnowanymi przez mamę poetki, Bronisławę Bocian. Wokół ciągnęły się uprawne pola. To była rodzinna ziemia Bocianów, czyli jak mawiała Marianna  “zagony”, albo “hektary” jej brata Jana Bociana, któremu Marianna poświęciła wzruszający wiersz “Janowi, a więc chłopom polskim”.

         Profesor Stefan Bednarek mający wieloletni kontakt z wybitną poetką, odkrył w źródłach historycznych, że zakątek Bełcząca, skąd pochodziła Marianna, nosił nazwę Awuls. Był opisany w kronice sądowej z przełomu XIV i XV wieku, jako własność szlachecka. Faktycznie gospodarstwo Bocianów na Awulsie, było ostatnią posesją pod lasem. Na podwórze wchodziło się od drogi, przez małą drewnianą furtkę. Po lewej stronie, stał spichlerz na zboże, otulony drewnem opałowym. Wyobrażałem sobie, jak Marianna idzie po drewno z koszykiem i niesie je do domu. To była najstarsza drewniana część rodowego gospodarstwa Bocianów. Wszystkie inne budynki były murowane i wybudowane przez rodzinę po wojnie. Wejście do domu było od strony gospodarczej czyli od rozległego podwórza. Wchodziło się na werandę po schodach, a obok domu rosły wiśnie, czereśnie i leszczyny.  Dalej pięły się sosny i dęby, ale oddzielone od lasu ogrodem, rzędami cebuli, buraków i pomidorów. Naprzeciwko domu znajdowała się murowana obora, gdzie trzymano świnie, krowy i konie. Pamiętam także kury na podwórzu, chronione przez psa Kolesia przed jastrzębiami. Las zaczynał się za stodołą z przybudówkami, Marianna miała dosłownie kilka kroków, do lasu pełnego grzybów, jagód, czy malin. W różnych częściach podwórza stały sprzęty gospodarcze oraz były ogrody warzywne. To był rewir jej mamy i jej brata, czasem jej siostry Kazimiery Gołąb z Lublina. Gdy na wakacje Marianna Bocian przyjeżdżała do Bełcząca, ogrody były już posadzone. Jak mówiła poetka, lubiła pomagać w jesiennych wykopkach ziemniaków oraz zajmowała się obmyślaniem nowych wierszy. A zapisywała dopiero po powrocie do Wrocławia. Podczas jednej z moich wizyt do Bełcząca, na werandzie stał koszyk z prawdziwkami, które Marianna nazbierała o świcie. Po kilku godzinach mojego pobytu u poetki, po domu zaczął się unosić zapach sosu grzybowego i ziemniaków. Obiad przygotowywała w kuchni znajoma Stefana Bednarka, pochodząca ze Lwowa, którą Profesor polecił do pomocy w gospodarstwie Bocianów.

         W rodzinnym domu Marianny Bocian były dwie kuchnie. Oficjalna, gdzie przyjmowano gości i sąsiadów i druga „gospodarcza”. W kuchni „oficjalnej” siedziałem przy małym stoliku pod oknem „na rozmowach poetyckich” z Marianną. Na stoliku stał krzyżyk, doniczki z kwiatami, które nie mieściły się na parapecie okiennym i popielniczka. Kuchnia była zadymiona, bo Marianna paliła papierosy, a wtórował jej w tym brat. Przez pokój wchodziło się do drugiej kuchni, która faktycznie była gospodarczym zapleczem. Tutaj przygotowywano jedzenie w czasie moich pobytów u Marianny. Przy którymś poetyckim spotkaniu, byłem poczęstowany plackami ziemniaczanymi i pomidorami z cebulą. W „gospodarczej” kuchni stało zsiadłe mleko w wiadrach dla swiń, koszyki z cebulą, ziemniaki oraz na parapetach okiennych dojrzewały pomidory. Jan Bocian zajmował się „robieniem” wina z owoców. Czekało ono na gości w butelkach ustawionych w spiżarce i wypełniało szczelnie półki niewielkiego pomieszczenia znajdującego się po lewej stronie od wejścia do kuchni. Marianna nie była zwolenniczką picia, i nie lubiła, gdy Jan częstował winem jej gości. Wino było mocne, eliminowało pijących z rozmów intelektualnych. Siedziało się na schodach werandy, piło się mocne wino, a konie podchodziły i lubiły paść się na podwórzu w niewielkiej odległości. Rozmowom towarzyszył pies Koleś, którego Marianna trzymała na kolanach. Z bliskiej odległości obserwowały Mariannę i Kolesia zazdrosne koty. Nad formami przyjaznej biesiady, z herbatą w kubkach i kieliszkami z winem, unosiły się kłęby dymu ze szklanej lufki Marianny i papierosów Jana, odpalanych jeden od drugiego. Niedopałki lądowały w kryształowej popielniczce wyniesionej z kuchni i szczelnie ją wypełniały. Mama Marianny przychylnie nam towarzysząca, nie była zadowolona z tego biesiadnego spotkania oraz palenia papierosów przez Mariannę. Wówczas poetka przeszła chemioterapię. Była osłabiona, chociaż się nie skarżyła i nie opowiadała o swojej chorobie. Faktycznie choroba zaskoczyła ją. Nie była na nią przygotowana,  nie afirmowała jej wśród znajomych, chociaż dobrze wiedziała o jej obecności. Poetka umarła w Radzyniu, w szpitalu, wczesną wiosną 5 kwietnia 2003 roku,  gdy przyjechała z Wrocławia do rodzinnego domu w Bełczącu.  W tomiku „Ciągła odsłona” wiedząc o swojej chorobie, świadomie umieściła utwory podsumowujące jej życie, bądź mówiące o przemijaniu.

         Przy pierwszym spotkaniu Marianna zapytała mnie, czy wiem, co oznacza słowo gnoma. Oczywiście, wiedziałem, bo słowo “hnom” istnieje w języku ukraińskim. Gnoma to “najmniejszy”, albo “krasnal” – odpowiedziałem. Zaakceptowała moją odpowiedz, lecz temat nie został moją odpowiedzią zakończony. To była jej tajemnica, i sama chciała wyjaśnić co oznacza to słowo. Potwierdziła, że rzeczywiście “najmniejszy”, i “krasnal”, ale poprawiła mnie, że to właściwie “krasnalica” (czyli ona, uśmiechając się). Marianna nie była niskiego wzrostu, jej sylwetka była pełna harmonii i wdzięku, uśmiech, bądź surowość na twarzy dodawały jej powagi i szczerości. W kontekście wierszy z tomiku „Gnoma”, to oznaczało małe formy literackie. Tę rozmowę starała się kontynuować w liście do mnie, na konkretnym przykładzie, gdzie pisała: “Każde słowo, nazwijmy je gnoma, nawet o niewielkiej pojemności emocjonalnej, jest odsłoną człowieka i w ostatecznym wymiarze ono świadczy o nas. Dlatego nic się nie dzieje, oprócz wieczności”.

         Czytając tomiki poetki, zwróciłem uwagę na biogramy, gdzie wyraźnie  było napisane, że miejscem jej urodzenia jest Lubelszczyzna. Świadomie wspominam o tym, bo pod koniec jej życia, po wydaniu tomiku wierszy “Ciągła odsłona”, pojawiły się określenia co do jej osoby, jako “poetka z Podlasia”, bądź “ikona z Podlasia”. Ta opinia, była później powielana przez wielu badaczy jej twórczości. W mojej ocenie, Marianna Bocian nie miała świadomości podlaskiej i nie pochodziła z Podlasia. Urodziła się na ziemi lubelskiej, w Bełczącu, została ochrzczona w zabytkowym kościele Firlejów w Czemiernikach, czyli w miejscowości należącej historycznie Korony, w diecezji lubelskiej. Wielokrotnie pisała, że za lasem, prowadził ją “w świat”, stary trakt królewski do Lublina i dalej do Wrocławia. We Wrocławiu spędziła swoje dojrzałe życie, tutaj pracowała zawodowo, mieszkała na stałe oraz miała wielu znajomych i przyjaciół. Podlasie, rozciągało się na północ od Bełcząca, za posiadłościami Firlejów w Czemiernikach, za rzeką Tyśmiennicą, w późniejszej diecezji siedleckiej, w historycznym Wielkim Księstwie Litewskim i obecnym Radzyniu Podlaskim.

         Na pierwszym Najeździe w Brzegu, przypadłem Mariannie do serca, bo byłem z Lubelszczyzny i wówczas rozmawialiśmy dużo o Wschodzie. Wówczas powiedziała do mnie, że w wielu swoich utworach, w jasny sposób przedstawiała przyjaźń ludzką, jako formę komunikacji serdecznej, czasami wyższej od więzów rodzinnych. Na tym Najeździe chodziłem z Marianną po Brzegu.  Z hotelu “Piast”, szliśmy wspólnie do Zamku gdzie w muzeum odbywała się nasza impreza literacka. Droga do Zamku wiodła przez zabytkowy park okalający Stare Miasto. Marianna zawsze z tej strony, by wiatr odwiewał dym z palonych przez nią papierosów. Nawet wspólnie wybraliśmy się po chałwę do patronackiego sklepu Odry brzeskiej, który znajdował sie w zabytkowym rynku. Marianna wówczas zaprosiła mnie do odwiedzenia jej w Bełczącu. Wyraźnie planowała wyrwać się z Wrocławia w swoje rodzinne strony. Mówiła o gospodarstwie brata Jana. Wspominała historię udziału jej ojca w ruchu partyzanckim. W czasie wojny, jej ojciec, najczęściej w niedzielę o świcie, woził przez niebezpieczne przeprawy leśne broń z Bełcząca dla partyzanckich oddziałów do Sosnowicy. Wspomniała fakt urodzenia się w czasie wojny. Lecz główną domeną rozmów była poezja. Od tego pierwszego spotkania przysyłała mi, bądź podarowała, wszystkie tomiki wierszy które wydała po „Gnomie”. Korzystając ze sklepów antykwarycznych, a potem z Internetu skompletowałem inne jej tomiki wierszy. Udało mi się nawet kupić jej debiutancki tomik „Poszukiwanie przyczyny” z 1968 roku, wydany pod pseudonimem Jan Bełczęcki. Zapewne posiadam największy zbiór jej książek poetyckich na Lubelszczyźnie. Większość z nich poetka opatrzyła dedykacjami poetyckimi, bądź odręczne wpisała na stronach tytułowych krótkie wiersze „gnomy”. Wspominam o tym, bo po naszym spotkaniu w Brzegu, na mój adres nadszedł list od Marianny Bocian. Nie pozostałem dłużnikiem i odpisałem na jej list do Wrocławia. Tak zaczęła się nasza korespondencja trwająca do śmierci poetki. Korespondencja miała charakter literacki, chociaż dopełniały ją kartki świąteczne oraz rozmowy telefoniczne. Marianna miała telefon stacjonarny w swoim wrocławskim mieszkaniu i lubiła z niego korzystać. Po jej śmierci, dowiedziałem się, że moje listy do poetki, Stefan Bednarek zdeponował w archiwum literackim w Ossolineum. Jej listy do mnie, bądź poetyckie kartki świąteczne, mają ciągle dla mnie emocjonalną wartość. Dlatego włożyłem je do dedykowanego tomiku „Gnoma” i schowałem do szuflady w moim biurku.

         W 2003 roku wczesną wiosną Marianna Bocian przyjechała do Bełcząca po raz ostatni. O tym przyjeździe wiedziałem, ale nie było jakby jej przyzwolenia na odwiedziny. Nie przeczuwałem, że poetka wówczas zmierzy się z sakralnością życia w jej domu rodzinnym – po raz ostatni. Wiadomość o jej śmierci głęboko mną wstrząsnęła. Jej pogrzeb w Czemiernikach, był smutną uroczystością pożegnalną. Tego dnia była wiosenna śnieżyca i deszcz, ale podczas pogrzebu na cmentarzu, świeciło słońce i śnieg zamieniał się w kałuże. Nad otwartą trumną stali jej sąsiedzi z Bełcząca, którzy jej nie pamiętali, bo poetka wyjechała do Wrocławia jako młoda dziewczyna. Od jej wyjazdu, do pogrzebu w Czemiernikach, minęło prawie pięćdziesiąt lat, czyli odbyła się przysłowiowa przepaść czasu. Rodzina na pogrzebie, była bardzo bezradna, bo smutek po jej śmierci był przejmujący. Sytuację próbował ratować krewny Marianny, owczesny poseł PSL Tadeusz Sławecki. Miał on nadzieję, że ktoś może w ostatniej chwili dojedzie z Wrocławia na jej pogrzeb, spóźniony przez pogodę. Po pogrzebie, podszedł do mnie Jan Bocian i zaprosił do domu na herbatę, ale ja nie pojechałem wtedy do Bełcząca. Na pogrzebie była liczna rodzina Marianny Bocian z Lublina, to myślę, że chcieli być sami.

         W lipcu 2003 roku przyjechali do mnie do Holi, jej przyjaciele z Wrocławia Grażyna i Zbigniew Kresowatowie. Wybraliśmy się na grób Marianny do Czemiernik. Wyjazd był wyprawą do miejsc historycznych, związanych z poetką. Odwiedziliśmy zabytkowy kościół parafialny w Czemiernikach, w którym Marianna Bocian była ochrzczona. Podziwialiśmy rzeźbione krucyfiksy i kamienne chrzcielnice na święconą wodę, w przedsionku tej renesansowej świątyni. Chodziliśmy po zrujnowanym opuszczonym zamku biskupa Henryka Firleja. Patrzyliśmy jak na zarosłym trzcinami stawie przed zamkiem, pływają łabędzie i dzikie kaczki. Staliśmy nad grobem Marianny Bocian na starym cmentarzu w Czemiernikach. Po złożeniu bukietu z polnych kwiatów, czytaliśmy jej wiersze. Wówczas przypomiałem, co Marianna powiedziała do mnie przed laty, że z pożogi przemijania ocaleje jedynie szelest kartek w tomikach jej wierszy.

         Z cmentarza pojechaliśmy do Bełcząca, odwiedzić jej brata i zobaczyć jak wygląda dom rodzinny bez niej. Obejście jakby się nie zmieniło, ta sama furtka, konie na podwórzu, ulubiony pies Koleś, drzewa, las, pola uprawne. Oprócz Jana i mamy, zastaliśmy jej starszą siostrę z Lublina Kazimierę Gołąb. Siedzieliśmy w kuchni i wspominaliśmy. Mama ze względu na podeszły wiek, leżała milcząco na łóżku. Była w ubraniu, na głowie miała zawiązaną kolorową chustkę. Jan poczęstował nas winem, pani Kazimiera zrobiła herbatę. Snuliśmy wspomnienia, pijąc herbatę i wino. Wówczas mama Marianny, która cały czas milczała, odezwała się: “Janek nie pij!”. “Mamo! Ja nie piję!” – odpowiedział Jan. Ja mówię do mamy Marianny: “Wypijta z nami!”, ale ona milczy, widocznie ma wyraźny kontakt emocjonalny tylko z najbliższymi, i nas jako obcych, nie zauważa. Pijąc wino Janowe, przypomniałem sytuację z przeszłości, jak leżałem na podwórzu i świat wirował dookoła.

         Na pożegnanie Kazimiera Gołąb wyszła do pokoju i przyniosła “góralską” skurzaną torebkę Marianny Bocian. Wyciągnęła z niej długopis Marianny, prawie wypisany i podarowała go dla mnie. Miałem złudzenie, że Marianna żyje, że nie umarła. Ale to nie była prawda, bo opuszczając progi jej rodzinnego domu nie żegnała się z nami. Wówczas wszedłem w zboże za polną piaszczystą drogą i narwałem na pożegnanie kłosów z jej pola. Ten dojrzały łan zboża, Marianna  widziała jako oziminę, gdy wczesną wiosną przyjechała z Wrocławia, po raz ostatni w swoje rodzinne strony. Wtedy również żegnałem się z domem poetki na Awulsie. Gdy wróciliśmy do mnie do Holi, Zbigniew Kresowaty przygotował papier, wyciągnął z podróżnej sakwy pastele świecowe i z pamięci namalował portret Marianny Bocian – in Memoriam.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko