Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
497

Dostrzec w nich ludzi

Więzienie nie jest przyjemnym miejscem z założenia. Z jakiegoś jednak powodu fascynuje pisarzy, reportażystów, filmowców. Z cała pewnością przeplata się tam dobro ze złem. Bo czy każdy przestępca jest człowiekiem zepsutym do imentu, do szpiku kości? A strażnicy, czy szerzej służba więzienna, to wyłącznie anioły?

Mam swój osobisty punkt odniesienia. Zdarzyło mi się w latach osiemdziesiątych trafić na wiele miesięcy do warszawskich aresztów śledczych w Białołęce i na Rakowieckiej. Oczywiście – to był inny czas, byłem więźniem politycznym, inne były prawa osadzonych. A jednak, gdy czytałem książkę Olszewskiej powracały obrazy, rygory, pragnienia. Bo odosobnienie, przymusowe odosobnienie, życie w towarzystwie ludzi, których sobie nie wybierasz, poczucie traconego czasu, były i są podobne.

„Pudło” nie jest typowym reportażem, w każdym razie nie jest wyłącznie próbą opisu więzień poprzez relacje trzymanych tam ludzi. To także jakiś rodzaj kompendium wiedzy o polskich więzieniach, ich ilości, subkulturach, pracy, programach resocjalizacyjnych, o tym co wolno, a czego nie wolno tym, którzy się tam znaleźli. A znalazło się sporo – w roku 2018 przeciętnie było w nich 74077 kobiet i mężczyzn. To, jak pisze autorka, mniej więcej miasto wielkości Inowrocławia. To także koszty utrzymania więźniów i 26,5 tysiąca pracowników służby więziennej.

„W czasie pierwszych 48 godzin odbywania kary osadzony musi dwukrotnie odpowiedzieć na pytanie dotyczące nieformalnych struktur subkultury więziennej: czy uczestniczy, czy chciałby, jak postrzega”. To przede wszystkim „grypsera” i „git ludzie”. To także kwestia logistyki, rozmieszczania więźniów w celach. Wydaje się jednak, że ten świat, ludzi którzy nawet tam, chcieli uchodzić za lepszą kastę, jest już w zaniku. „…są jeszcze takie dinozaury, że mają te swoje zasady, ale nikomu nie przeszkadzają”. Bo dziś, co w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, było nie do pomyślenia, decyduje portfel, zamożność. Nawet spokój można w polskich więzieniach kupić.

Co więc jest tam wartością? Praca! To, oczywiście, nie może zdumiewać. Praca to szybszy upływ czasu, ale także jakieś pieniądze. To prawda, większość zabiera więzienie, ale np. w programach alimentacyjnych liczy się każdy grosz. Tyle, że na pracę trzeba zasłużyć. Tę w więzieniu i w trybie półwolnościowym, na zewnątrz.

Czytam w książce Olszewskiej o grupie więźniów zatrudnionych w Domu Opieki Społecznej. To ciężka, wyczerpująca praca. Praca jakiej większość z nas najpewniej by nie podołała. I fizycznie i psychicznie. Praca, w której nie ma chwili przerwy, bo trzeba kilkadziesiąt osób dopatrzeć, wyczyścić, umyć, ale także spełnić zachcianki tych, którzy tracą kontakt z rzeczywistością. I „chłopcy” je spełniają. Grzecznie, z uśmiechem. To, oczywiście, piękna opowieść. Prawdziwa? Tak, nie mam wątpliwości. Czy wszystkich stać na taką pracę? Nie. I mamy przykład fantastycznej kobiety, która odpadła po jednym dniu (ale sprawdziła się genialnie w pracy postpenitencjarnej)!

Jedzenie… 4 złote dziennie. Zadziwiające, bo za tę kwotę można jeść bardzo dobrze i bardzo słabo. Tak, więźniowie mogą uzupełnić menu w kantynie (drogo), jeśli ich na to stać. „Owoc jest jeden dziennie i jest to jabłko”… To, co zdumiewa jeszcze bardziej to ilość diet… 25!!!

Opieka zdrowotna? Szybciej niż na wolności. W 2018 roku wykonano dla osadzonych 150 tysięcy badań analitycznych w jednostkach penitencjarnych i 160 tysięcy poza nimi.

Można te wyliczenia kontynuować, bo jest w nich prawda o polskich więzieniach, o ich ograniczeniach (wstrząsające opowieści o podpaskach dla kobiet i świerzbie), o pozorach resocjalizacji, o pracy psychologów, o prawnych możliwościach obrony godności skazanych, ale przecież, jak napisałem, to także reportaż. To spotkania autorki „Pudła” z wieloma ludźmi. Nie dopytuje Olszewska o paragraf, nie drąży, nie pyta o przyczynę, dla której życie rozmówcy potoczyło się tak, a nie inaczej. Czeka, daje czas… Niekiedy chcą o tym sami mówić, niekiedy tkwi to w nich gdzieś najgłębiej i…i nie ma szans aby chcieli się otworzyć. Nawet ci z krótkimi wyrokami. Może łatwiej tym, którzy wiedzą, że więzienie to ich ostatni dom, że tam umrą?

Są dwa teksty, które poruszają. Krystyna (to ta, która nie dała rady w DPS-ie) odnalazła się genialnie w fundacji pomagającej ludziom po wyjściu z więzienia. Stanowcza, a jednocześnie głęboko ludzka, otwarta na człowieka, rozumiejąca dylematy, stawiająca na szczerość. I drugi, może jeszcze bardziej wart czytania. Opowieść Jacka, człowieka wydawało się straconego, grypsującego, złego, który z mieszkania na wolności uczynił więzienie… I który się podniósł, ułożył życie, publicznie w więzieniu, do którego przyjechał już nie dla odbycia kary, a dla rozmów z osadzonymi, podał rękę naczelnikowi. Symbolicznie. Tylko grypsujący wiedzą co znaczy taki gest.

Wciąż mało wiemy o ludziach, którzy latami siedzą w więzieniach. Wielu z nas sądzi, jest przekonanych, że twarda odpłata jest tym, na co sobie zasłużyli. Tylko jak w takim razie odzyskać ich dla społeczeństwa? Czasami warto, jak Nina Olszewska, dostrzec w nich ludzi.

Nina Olszewska – Pudło. Opowieści z polskich więzień, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020, str. 248.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko