Tomasz Miłkowski – Teatr na wagarach

0
575

Tomasz Milkowski o sytuacji teatrów w czasach pandemii:

Teatr znalazł się na przymusowych wagarach. A co wymuszone, radości nie przynosi. Pandemia uziemiła publiczność, teatr podzielił los wszelkich imprez masowych.

Pytanie, jak długo to może  potrwać, kiedy publiczność wróci do teatru? I czy wróci? Jaki będzie teatr po doświadczeniu zmagań z koronawirusem? Pytania mnożą się, a jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Kiedy zadałem je około stu twórcom teatru, część odpowiedziała wymijająco, że nie ma kompetencji wróżbitów. Rozumiem te rozterki. Zwłaszcza że przewidywanie przyszłości okazuje się zawodne, a zaplanowane wcześniej spotkania teatralne, przynajmniej te na wiosnę i w lecie są przenoszone na lepsze czasy, zwykle za rok.

W kwietniu miałem być w Pradze na przeglądzie teatrów czeskich, specjalnie przygotowywanym przez tamtejszy Instytut Teatralny dla krytyków z całej Europy. Przegląd został odwołany, ma odbyć się prawdopodobnie za rok. W maju planowaliśmy kolejny, organizowany co dwa lata, międzynarodowy kongres krytyków teatralnych w pobliskiej Bratysławie. Został przełożony i (prawdopodobnie) odbędzie się za rok. Nie odbędzie się Festiwal w Awinionie  ani wielka feta teatralna w Edynburgu itp., itd. Kalendarz można wyrzucić do kosza.

Teatr

broni się przed nieobecnością

jak może, bo okazało się, że daje się bez niego żyć – zwłaszcza kiedy trzeba z czegoś zrezygnować. Zaspakaja potrzeby wyższego rzędu i nie wszyscy politycy podzielają rzymskie hasło „chleba i igrzysk”. Może nawet niektórzy odetchnęli, że nie muszą się borykać z niesfornymi artystami, wciąż prowokującymi na scenie, odwołującymi się do wrażliwości i wyobraźni widzów. Tak czy owak, stosunkowo łatwo zatrzymać machinę  produkcyjną teatrów czy filmów. Trudniej będzie wrócić do normalności. To nie tylko kwestia tzw. wypłaszczenia krzywej zakażeń czy nawet rosnącej nadziei na stosunkowo rychłe opracowanie skutecznej szczepionki. Minister Szumowski studzi nadmiernych optymistów. To jeszcze nie jest szczyt pandemii, nie ma szans na cudowny zwrot sytuacji i nagłe wygaśnięcie ognisk zakażeń. Czeka nas długi marsz do normalności (czymkolwiek ta normalność będzie), trudno oczekiwać radykalnych zmian w okresie letnich wakacji, a jesienią to też wątpliwe. Przed teatrem pojawiają się więc poważne wyzwania. Przedłużająca się izolacja od publiczności (tej na żywo) może przynieść bardzo poważne zmiany zachowań publiczności.

To także kwestia jej gotowości do powrotu na sale teatralne (czy kinowe). Nawet jeśli szybko wróci, może to będzie wyglądało tak, jak to opisał Dariusz Taraszkiewicz, reżyser, aktor i dyrektor Domu Kultury w Rawiczu: „Po pandemii będą inne oklaski – publiczność wszak będzie zarękawiczkowana, a zerkający na widownię aktorzy (to przynosi pecha!!!) znajdą las głów osób w pewnie coraz bardziej fantazyjnych maseczkach”. Łatwo sobie wyobrazić wytłumione odgłosy oklasków takiej widowni.

Niedawno obiegła świat wiadomość, że w USA wracają do łask kina samochodowe – oferują skuteczniejszą izolację od innych niż kina tradycyjne, zapobiegają niepożądanym kontaktom. I tu pies jest pogrzebany – pandemia zaatakowała sam rdzeń teatralności, czyli wspólnotowość, bez której teatr nie może się obejść. Teatr telewizyjny czy teatr w Internecie to nie to samo, to inny gatunek twórczości, który ma teraz swoje dni. Telewizyjny teatr, który niedawno chylił się ku upadkowi, a ostatnio reanimowany, musiał kontentować się widownią, która w latach 70. czy 80. ubiegłego wieku uchodziłaby za powód do zdjęcia z ekranu, stanął przed nową szansą. Na razie została wstrzymana produkcja nowych widowisk, ale do dyspozycji są za to ogromne zasoby archiwalne, których tylko nieznaczna część pozostaje dostępna za pośrednictwem VOD czy YouTube – lista spektakli do obejrzenia stale się jednak poszerza i to może przynieść Teatrowi Telewizji nowe życie. Nie chodzi tu o jednorazowe transmisje czy udostępnienia, ale stałą obecność, która przynosi poważne wyniki – dość wspomnieć, że telewizyjna wersja „Ślubów panieńskich” z Teatru Narodowego w reżyserii Jan Englerta zbliża się do 300 tysięcy wyświetleń za pośrednictwem YouTube. Takimi wynikami nie mogą poszczycić się pokazy zarejestrowanych spektakli przez poszczególne teatry, których produkcje coraz częściej spotkać można w Internecie.

To sposób na

przetrwanie w ciszy.

Skoro widzowie nie mogą przyjść do teatru, teatr przychodzi do nich. Ale nawet jeśli te wizyty domowe mają sens i echo, podtrzymują więź z widzami tak gwałtownie przerwaną – to rzadko wieńczy to spektakularny sukces frekwencyjny. Osiągnął go bodaj jedynie TR Warszawa, udostępniając w Internecie „Cząstki kobiety” w reżyserii Kornéla Mundruczó, spektakl obsypany wieloma nagrodami i okrzyknięty przez krytyków mianem genialnego przedstawienia. Oglądało go jednocześnie niemal 10 tysięcy internetowych odbiorców. Jednak nie wszyscy ulegli entuzjazmowi z powodu tej emisji. Okazało się, że jakość tej transmisji znacznie obniżyła wartość przedstawienia, zwłaszcza że zabrakło (siłą rzeczy) interakcji, tak ważnej w spektaklach granych na żywo. Niekoniecznie więc pokaz w Internecie musi teatrowi pomagać – czasem wynik może być co najmniej dyskusyjny, a nawet odwrotny od oczekiwanego. „To jednak substytut” – ocenia internetowe życie teatru Jacek Mikołajczyk, dyrektor Teatru Syrena, reżyser przebojowych musicali, w rozmowie z Wiesławem Kowalskim dla portalu Teatr dla Wszystkich. –  Teatr nie przeniesie się do Internetu, nawet nie powinien”.  Mikołajczyk zwraca też uwagę na „aspekt finansowy” internetowego żywota spektakli teatralnych, zwłaszcza muzycznych – telewizyjna czy internetowa rejestracja musicalu na profesjonalnym poziomie to bardzo poważny wysiłek finansowy, który trudno byłoby zrekompensować ewentualnymi opłatami internautów, gotowych to przedstawienie obejrzeć. Trudno wyobrazić sobie produkcje „charytatywne”. Rzecz inna z misją, która powinna być statutowo realizowana w telewizji publicznej, nastawioną na produkcję mającą na widoku upowszechnianie wzorców estetycznych czy etycznych, a choćby tylko popularyzację wzorcowych adaptacji lektur szkolnych.

Krystyna Janda i jej Fundacja dla Kultury, a przede wszystkim teatry, które prowadzi (Polonia i Och-Teatr) nie ma obowiązku uprawiania misji, ale ma jednak taka  potrzebę. Stąd niedawna internetowa prezentacja głośnego monodramu „Danuta W.”, który parę miesięcy temu zszedł z afisza Polonii. Ale i zgłoszona przy okazji deklaracja, że nigdy nie zapomni o potrzebie rejestracji swoich produkcji i zapewnieniu odpowiedniej jakości tej rejestracji.

Trzeba jednak zadać pytanie, czy

„internetowy teatr”

powinien i czy może być kopią teatru żywego planu. Doświadczenia teatru telewizyjnego uczą, że zapis „żywego teatru” zawsze jest czymś uboższym od spektaklu oryginalnego, że przestaje być spektaklem, ale jest reportażem ukazującym wystawiany spektakl. A to jednak to innego.

Ideę stworzenia specyficznej, odmiennej od teatru żywego planu formuły teatru internetowego od dawna głosi i próbuje do niej przekonywać Robert Gliński. Próbował ją zresztą wcielać w życie w latach, kiedy sprawował dyrekcję Teatru Powszechnego w Warszawie. Nie znalazł jednak zrozumienia dla swoich pomysłów. Przypomniał o nich niedawno w wypowiedzi dla „Yoricka”, internetowego (nomen omen) magazynu polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (www.aict.art,pl): „10 lat temu chciałem stworzyć teatr internetowy. Proponowałem różnym platformom (Onet, WP, polskie YouTube):  jednoaktówki Mrożka (bo śmieszne), Makbeta w 10-minutowych odcinkach (bo każdy będzie miał napięcie),  Chór sportowy Jelinek (bo o piłce nożnej). Nikt nie chciał.  Uważałem, że przedstawienie w internecie to szansa na nowy rodzaj teatru. Że to zupełnie co innego niż scena, i co innego niż teatr telewizji. Internet rządzi się inną dramaturgią, strukturą opowiadania i przede wszystkim inną wizualnością. Może teraz wrócę do tego pomysłu…”.

Oby tak się stało, pomysł pachnie sukcesem – może przynieść zgoła rewolucyjne rezultaty, jeśli pamiętać o oku reżysera filmowego i wyobraźni człowieka teatru, które łączy harmonijnie Robert Gliński.

Na razie jednak

dominują formy sprawdzone

i tradycyjne: spotkania autorskie, czytania dramatów (te prowadzi m.in. warszawski Teatr Dramatyczny) czy spektakle online, np. Teatru Wybrzeże, warszawskiego Teatru Współczesnego (pokazano mistrzowskie „Tango” Sławomira Mrożka w reżyserii Macieja Englerta i „Wniebowstąpienie” wg Tadeusza Konwickiego). Teatr  Żydowski, który ma za sobą trudny czas walki o przetrwanie po utracie siedziby przy stołecznym Placu Grzybowskim, skąd został wyeksmitowany, a więc doświadczony w boju o istnienie, układa nawet tygodniowe repertuary swojej oferty dla widzów. W ostatnim tygodniu  teatr zaprosił na transmisję oczekiwanego bardzo „Golema” Mai Kleczewskiej, czytanie performatywne „Kota rabina” wg komiksu Joann Sfar, literacką środę poświęconą poezji Malki Lee oraz na „Spotkanie z piosenką żydowską” i aktorami Teatru Żydowskiego.

W te ślady idą inne teatry i aktorzy, podejmujący na własną rękę próby prezentacji w Internecie. To krótkie występy, przede wszystkim recytacje wierszy, dla dorosłych i dla dzieci – Teatr Narodowy zainaugurował z inicjatywy swoich aktorów lektury wybitnych wierszy polskich, inaugurując cykl sławną i powszechnie znaną fraszką „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego w interpretacji (pandemicznej, z badaniem pulsu i westchnieniem ulgi, że ze zdrowiem wszystko w porządku) Jana Englerta. Teatry przetrząsają swoje archiwa i umowy (prawo autorskie czasem uniemożliwia emisję), sięgając po telewizyjne wersje swoich spektakli albo własne rejestracje – każdy próbuje zaznaczyć swoją obecność. TR Warszawa zaproponował niedawno (11 kwietnia) spotkanie z telewizyjną wersją spektaklu Grzegorza Jarzyny „Bzik tropikalny” wg młodzieńczych tekstów Witkacego. To spektakl legendarny, który przed laty zapoczątkował rewolucję estetyczną w polskim teatrze. Po emisji spektaklu odbyło się  spotkanie z twórcami, a na deser pokaz świetnego filmu dokumentalnego Joanny Makowskiej „Bzik teatralny. Początek”, odsłaniającego kulisy powstania spektaklu, atmosferę premiery. Film ukazywał powrót do tej historycznej inscenizacji i jej przesłania w probie nowego odczytania dwadzieścia lat później i wreszcie dziedzictwa „Bzika” w nowej produkcji TR Warszawa („G.E.N”), pozostającej w klimacie wolnościowej afirmacji debiutanckiego przedstawienia Jarzyny. Bardzo inspirujący wieczór, a pełen wrażeń i wspomnień.

Tak więc dzieje się niemało, choć zapewne to dopiero uwertura do tego wszystkiego, co nas czeka.

O swoje

upomną się finanse i politycy.

Pandemia przyniesie negatywne skutki gospodarcze, trudne dziś do oszacowania, ale pewnie nie obędzie się bez strat także na polu teatru. Już dziś trzeba się szykować do bardziej oszczędnego gospodarowania środkami, do oglądania każdej złotówki kilka razy, zanim się ją wyda. Wiesław Greas, twórca wielu festiwali teatrów jednego aktora, we Wrocławiu i Toruniu przede wszystkim, przewiduje, że to będzie dobry czas dla monodramów – formy, ze względu na koszty realizacji, atrakcyjnej w czasie trudnym: „Nadchodzi dobry czas dla monodramów – aktorzy są gotowi, teraz jest czas dla animatorów i organizatorów”. Co więcej, monodram, który ostatnio powrócił także na mały ekran, ma spore szanse w teatrze telewizji. Widać to także w Internecie, w którym pojawiają się próby indywidualnej twórczości. Agnieszka Przepiórska, która ma za sobą kilka bardzo dobrze przyjętych spektakli jednoosobowych, realizuje pod szyldem teatru Łaźnia Nowa z Krakowa miniserial literacki, komentujący w stylu kabaretowym czasy pandemii.

Dyrektor artystyczny Łaźni Nowej, Bartosz Szydłowski, twórca międzynarodowego festiwalu Boska Komedia wierzy, że artyści teatru po ustąpieniu pandemii sobie poradzą, ale nie ufa politykom: „Dla nich jedyną formą reformowania kultury jest cięcie środków finansowych. Jak można coś taniej, to znaczy, że się da. I to jest najważniejsze, nie ma myślenia jakościowego, nie ma zrozumienia dla tej skomplikowanej materii. Ich po prostu wkurzają Ci wszyscy, którzy nie poruszają się po tych torach hierarchii władzy. Coraz bardziej drażni ich niezależność twórców i własny brak dostępu do świata wyobraźni. Naprawdę to jest choroba, która toczy tych ludzi w garniturach bez względu na wyznawaną opcję polityczną. Tutaj widzę ciemność”.

Tomasz Miłkowski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko