Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
185

Bezkonkurencyjny mistrz dzienników

Wraz z ostatnim zapiskiem piątego tomu (1977-1989) kończy się czytelnicza przygoda tych, którzy tom po tomie (a było ich pięć) zapoznawali się z dziennikami Sandora Marai, a ściśle biorąc, z ich wyborem dokonanym przez tłumaczkę Teresę Worowską. Od pierwszych zapisków z 1943 roku, prowadzi nas Marai, poprzez kolejne pięć tomów, do finału – do zapisku ostatniego, z 15 stycznia 1989 roku. Zapisek ten wyraża nastrój oczekiwania śmierci. Nieco ponad miesiąc później, 21 lutego, pisarz sam ją przywołał: popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. W tym dzienniku można znaleźć  zapowiedź tej chwili. Marai wspomina, że wykupił lekcje posługiwania się pistoletem i skrupulatnie rozważa, w jaki sposób się zastrzelić.

Skrajny pesymizm egzystencjalny Marai’a to żadne zaskoczenie. Pesymistyczna duchowość była – jeśli tak się można wyrazić – jego specjalnością, jego „znakiem firmowym”. Melancholia emigracyjna (połowę życia spędził na emigracji, we Francji, we Włoszech i USA) nie miała tu wiele do rzeczy: Węgry, w których się urodził w 1900 roku, które znał od podszewki i które opuścił u schyłku lat czterdziestych, także były źródłem jego goryczy. Marai był skrajnym pesymistą „z urodzenia”,  z charakteru, z temperamentu, choć to, że zdecydował się rozstać się z życiem w wieku 89 lat, oślepły, niesprawny i osamotniony, świadczy o tym, że i tak mimo wszystko był do tej gorzkiej egzystencji przywiązany. Jego pesymizm pochodził zarówno z wnętrza jego psychiki i jaźni, z jego doświadczeń indywidualnych, jak i miał też swe źródła w konstatacji świata, w którym żył i który obserwował. Już w pierwszych zapiskach ze stycznia 1977 napotykamy uwagi o rozpadającej się Europie Zachodniej, o fali terroryzmu w Italii i Niemczech, o wybuchach bomb, porwaniach. o dokonującym się każdego dnia złu na wielką skalę. Marai nie lubi radzieckiego komunizmu, ale chyba nie mniej nie lubi okropności świata zachodniego i jego ogłupienia. Chciałoby się rzec: nic nowego pod słońcem. Od stycznia 1977 roku minęły 43 lata, a świat nie tylko nie jest ani na jotę lepszy, lecz może jest gorszy? A może „constans” zła jest nieruchoma? Mniej jest zapewne – może tylko do czasu – typowego dla tamtej epoki prymitywnego „bombowego” terroryzmu (bo znaleziono na niego sposoby wtedy nieznane?), nieco mniej konwencjonalnych wojen, ale za to trwają nieustanne wojny hybrydowe, narasta katastrofa ekologiczna świata, globalne ocieplenie i zanieczyszczenie, trwa fala politycznego populizmu, który sięga po władzę, a do tego dopadła nas globalna pandemia koronawirusa.

Jednak mimo tego pesymizmu autora, mimo niemożności znalezienia w jego zapiskach czegokolwiek krzepiącego dla ducha, mimo odczytywania ze stron dzienników Marai’a – generalnie – „prawd, co nie nowe”, z żalem żegnam się z nimi. Bo – według mojej oceny – to najlepsze, ze znanych mi, dzienniki w kategorii swojego gatunku. Znam dzienniki autorstwa postaci o większym prestiżu niż postać Marai’a, dzienniki większych od niego powieściopisarzy, wielkich postaci historycznych, wielkich złoczyńców, itd. Nie znam jednak innych dzienników, w których każde zapisane zdanie miałoby swoją wagę, w których nie byłoby „pustych przebiegów”, „waty”, z których nie trzeba, jak ze średniej jakości ciasta, wyłuskiwać rodzynków interesujących obserwacji i myśli. Nie znam innych dzienników, które byłyby dziełem tak przenikliwej inteligencji, tak frapująco napisanych. Sandor Marai był wybitnym powieściopisarzem, wybitnym prozaikiem, ale w tej kategorii można znaleźć bardzo wielu równych mu talentem, a też i wielu wspanialszych. Jako autor dzienników pozostaje w swojej kategorii mistrzem niedoścignionym.

  Sandor Marai – „Dziennik 1977-1989”, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2020, str. 406, ISBN 978-83-07-03472-0


100 lat pana T

Należę akurat do tych, którym figura Leopolda Tyrmanda (1920-1985, a zatem w tym roku upływa 100 rocznica jego urodzin), znana oczywiście tylko z licznych opisów, nie jest sympatyczna, bo nie lubię pozerów, snobów i modnisiów. Jestem tu w szacownym gronie, bo choćby Józef Hen mówił, że „Tyrmand działał mu na nerwy”, a relacje większości osób, które się z nim zetknęły, nie były przychylne. Wyłaniał się z nich człowiek raczej antypatyczny, chłodny, egotyczny, egoistyczny, pełen pychy, choć niewątpliwie odznaczający się silną osobowością i tzw. charakterem. Mnie osobiście irytuje też jego tzw. „antykomunizm”, nie dlatego jednak, że kwestionuję czyjekolwiek prawo do poglądów ideologicznych, ale dlatego, że monomanii antykomunistycznej towarzyszy często monomania innej, antagonistycznej barwy. Poza tym, po dziesięcioleciach doświadczeń po „komunizmie” (ujmuję to określenie w cudzysłów, bo uważam, że w większości krajów objętych tak określanym ustrojem, w tym w Polsce w szczególności, przybrał on postać dalece odbiegającą od jego teoretycznych modeli) widać już wyraźnie, że świat, który po nim nastąpił, nie stał się ani na jotę bardziej ludzki. Zmieniło się tyle tylko, że przemoc, opresja czy ucisk społeczno-ekonomicznego przybrały inne formy, o innych barwach ideologicznych. Wiele społeczeństw uwolniono od negatywnych stron komunizmu, „uwalniając” je jednocześnie od jego stron pozytywnych (n.p. relatywne, minimalne bezpieczeństwo socjalne) i dodając nowe „plagi”. Stąd budzi we mnie odrobinę oporu także sympatia dla owego „antykomunizmu” twórcy „Życia towarzyskiego i uczuciowego”, wyraźnie sygnalizowana przez autora „Złego Tyrmanda”. To zdecydowane nadwartościowanie, nawet fetyszyzowanie światopoglądu o wątpliwej wartości, bo z faktu, że ktoś jest „antykomunistą” niewiele wynika, jeśli nie przeciwstawia on nienawidzonej ideologii czegoś cenniejszego niż tylko skrajny egoizm i ekscentryczny elitaryzm i nic tu nie ma do rzeczy jego proza, wartość przynależąca do innej bajki.

Tyle co do tła percepcyjnego. Zastanawia mnie natomiast, wywołuje zastanowienie, niegasnące „publicity” wokół tej postaci, ciągłe nią zainteresowanie. Ostatnio powstał nawet film fabularny o Tyrmandzie, „Pan T” Marcina Krzyształowicza z Pawłem Wilczakiem w roli autora „Złego”. Otóż właśnie. Gdyby niegasnąca popularność Tyrmanda wynikała ze sławy tej jego powieści (którą skądinąd, jak dotąd nieskutecznie, również planowano niedawno zekranizować), byłoby to zrozumiałe. Nawet dziś, po przeszło sześćdziesięciu latach od wydania, zachowały się niektóre jej walory, jak szorstka malowniczość i drobiazgowość opisu powojennej Warszawy, soczyste i dowcipne sylwetki postaci, wartka akcja oraz swoiście tajemniczy, intrygujący nastrój, choć oczywiście upływ lat i radykalna zmiana realiów zredukowały szereg atrakcyjnych motywów tej powieści.

Jednak piszących o Tyrmandzie nadal fascynuje jego osławiony nonkonformizm w stalinowskiej Polsce, jego kolorowe skarpetki i galantne stroje (mawiano, że Tyrmand nie ubiera się, lecz przebiera i stroi jak kogut), romanse (koniecznie z „lolitkami”), przyjęcia, fascynacje jazzowe, wszystkie te namiastki i pozory „eleganckiego świata”.

„Zły Tyrmand” Mariusza Urbanka ukazał się po raz pierwszy w 1992 roku, w latach początku fali popeerelowskich wspominków i rozrachunków. Niedawno ukazało się kolejne (nieco poszerzone) wydanie. Urbanek jest sprawnym narratorem i reporterem historycznym (tak chyba można określić gatunek, który uprawia: reportażem historycznym), więc z zainteresowaniem przeczytałem tę opowieść ponownie, po 28 latach. Czyli jakby na nowo, bo jako trafny oceniam pogląd, że każda kolejna lektura tej samej książki, zwłaszcza po wielu latach przerwy, jest lekturą innej książki uprawianą przez innego czytelnika. Narracja Urbanka skrzy się obfitością faktów, anegdot, personaliów, cytatów, relacji, ułożonych w zgrabny, spoisty kolaż, także w obraz epoki, acz obraz zawężony tylko do pewnych kręgów środowiskowych, związanych m.in. ze światem artystycznym, dziennikarskim, z tzw. towarzystwem, zawężony do świata drobnomieszczańskiego.

Rekomenduję lekturę tej opowieści, która jest dziś relacją z minionego świata i to podwójnie – tego odległego w latach, który jest tematem „Złego Tyrmanda” i pośrednio tego, który odchodzi na naszych oczach wraz z nadejściem epidemii (pandemii) koronawirusa.

Mariusz Urbanek – „Zły Tyrmand”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, str.286, ISBN 978-83-244-1057-6


O polskim „Indiana Jonesie” opowieść

Skojarzenie z bohaterem filmowego cyklu Stevena Spielberga granym przez Harrisona Forda jest zapewnie mocno przesadzone, a mimo to nie pozbawione sensu. Przygody Arkadego Fiedlera nie były aż tak nieprawdopodobne jak tamtego, ale na niektórych fotografiach, polski podróżnik, rosły, męski, w ubraniu i kapeluszu przypominającym przyodziewek amerykańskiego awanturnika, rzeczywiście do złudzenia go przypomina. Gdyby to było choć na jotę prawdopodobne, gotów byłbym przypuścić, że twórca kostiumu dla Indiany Jonesa oglądał fotografie z egzemplarza „Ryb śpiewających w Ukajali”.

Powieści Arkadego Fiedlera sytuowałem w swojej dziecięco-młodzieńczej wyobraźni w jednym, długim szeregu gatunku przygodowo-podróżniczego z powieściami Juliusza Verne, Karola Maya, Roberta Louisa Stevensona, Jamesa Fenimore Coopera, Daniela Defoe, Thomasa Mayne Reida, także z innymi Polakami, Henrykiem Sienkiewiczem („W pustyni i w puszczy”), Alfredem Szklarskim (seria „Tomków”) czy Władysławem Umińskim i wieloma innymi, lepszymi czy słabszymi pisarzami rozmaitych nacji, jak G.H. Kingstone czy również polska, powojenna Nora Szczepańska. Byli to pisarze rozmaitego autoramentu i talentu, ale łączył ich duch przygody i podróży. Nie przepadałem tylko za powieściami Ewy i Czesława Centkiewiczów czy Jamesa Curwooda, dobrych pisarzy, ale zajmujących się tematyką tchnącą… mrozem, śniegiem i lodem, choć akurat „Najdziksze serca” i „Szara wilczyca” tego ostatniego czy „Zew krwi” Jacka Londona bardzo mnie wzruszyły. Generalnie wybrałem jednak klimaty ciepłe, a nawet gorące, z bujną florą i fauną.

         Namiętność do egzotycznej, w tym tropikalnej aury powieści Fiedlera sprawiła, że nie wydany w największej liczbie egzemplarzy i będący szkolną lekturą „Dywizjon 303”, lecz „Orinoko”, „Mały Bizon” i „Wyspa Robinsona” były moimi ulubionymi powieściami tego pisarza. Jako że jednak lektury dziecięce i wczesnomłodzieńcze praktykuje się sauté, „na surowo”, bez zabarwienia latami lektur i literacką świadomością, a przy tym na ogół bez zainteresowania postacią autora, więc opowieść biograficzną Piotra Bojarskiego „Fiedler. Głód świata” czytałem odkrywając nieznany mi dotąd ani na jotę krajobraz barwnego życia pisarza, wszystkich jego węzłowych wydarzeń, sprzeczności, blasków i cieni, tajemnic.   Od razu zaznaczę, że czyta się opowieść Bojarskiego znakomicie. Ta szybkość w ocenie naprawdę wynika z faktu, że czytało mi się ją z tzw. „wypiekami na policzkach”. Szczęśliwie nie zastosował autor żadnej nowomodnej metody portretowania postaci. Metoda ta ma zazwyczaj tę wadę, że na siłę kierując postać ku percepcji współczesnego, zwłaszcza młodego „targetu” czytelniczego, zaciera  związki bohatera z epoką, w której żył i tworzył. Bojarski ustrzegł się tej pułapki „uwspółcześniania” postaci i osadził ją zarówno w sytuacyjnym, faktograficznym, jak i w kulturowo-psychologicznym polu epoki. Pierwsza partia książki, poświęcona dzieciństwu i młodości Fiedlera, jest jednocześnie bardzo interesującym portretem jego rodzinnego Poznania z przełomu XIX i XX wieku oraz pierwszych dziesięcioleci II Rzeczypospolitej. W 1914 roku 20-letni Arkady Fiedler został zmobilizowany do armii niemieckiej i znalazł się na froncie francuskim, ale w następnym roku został przeniesiony do Poznania do służby sanitarnej. Ożywienie nadziei niepodległościowych w 1918 roku sprawiło, że Arkady zaangażował się w działalność Polskiej Organizacji Wojskowej i znalazł się w jej kierownictwie zaboru pruskiego. Wziął też udział w Powstaniu Wielkopolskim i uczestniczy w opanowania Prezydium Policji. Lata powojenne to małżeństwo, prowadzenie rodzinnego zakładu chemigraficznego i życie romansowe, które zawsze było ważnym aspektem egzystencji Fiedlera. W tym też czasie obudziło się w nim marzenie o dalekich, egzotycznych podróżach i wyprawach. Czyni pierwsze, wstępne starania o stworzenie sobie takiej możliwości. Marzy o zobaczeniu kanionu Colorado w USA, ale na razie musi mu wystarczyć podróż nad Dniepr, której owocem jest jego pierwsza publikacja, broszura „Przez wiry i porohy Dniestru” (1926). Inspirowany reporterskimi książkami Chrostowskiego i Lepeckiego o brazylijskiej Paranie i „Panem Balcerem w Brazylii” Marii Konopnickiej, coraz bardziej obsesyjnie marzy o wyprawie. Udaje mu się to w 1928 roku i we francuskim porcie Hawr wstępuje na pokład statku, który popłynie do Rio de Janeiro. Wrażenia z pierwszego zetknięcia z brazylijskim portem zapisał tak: „Z pierwszego dnia utkwiły mi w pamięci dwa wrażenia: przejmująca woń wilgotnej, rozgrzanej zieleni, uderzająca w nozdrza jak kapryśne perfumy zwariowanej kokoty, oraz widok barwnej chmary kilkuset motyli na niewielkiej, podmokłej polanie wśród palm na przedmieściu stolicy. Miało to posmak surrealizmu”. W tym fragmencie, jak w soczewce objawia się Fiedler w swoich trzech najważniejszych rolach: zafascynowanego podróżnika, kobieciarza i pisarz-artysty. Kilka lat później ukazała się książka-owoc tej brazylijskiej wyprawy: „Zwierzęta lasu dziewiczego”. Fiedler wraca do Europy i Polski ogarniętej już kryzysem będącym efektem październikowego krachu na giełdzie nowojorskiej z 1929 roku. I znów opisuje Bojarski poznańskie życie Arkadego, śmierć nieletniej córeczki, zaangażowanie się w życie kulturalne, w tym kabaretowe Poznania, no i oczywiście niesłabnące życie romansowe młodego mężczyzny. W 1933 roku udał się na wyprawę do Amazonii, a jego regularnie stamtąd wysyłane do prasy korespondencje ułożą się później w książkę „Ryby śpiewają w Ukajali”. Rządowa „Gazeta Polska” początkowo nie była zainteresowana publikacją relacji z Amazonii. Jednak dzięki wsparciu redaktora naczelnego prorządowego „Dziennika Poznańskiego” Józefa Winiewicza (przyszłego wiceministra spraw zagranicznych w rządzie Józefa Cyrankiewicza w czasach Gomułki) na publikowanie korespondencji Fiedlera decyduje się naczelny „Gazety Polskiej” Ignacy Maruszewski. Popularność korespondencji „znad Amazonii i znad Ukajali” sprawia, że w przyszłości, kolejny redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Bogusław Miedziński  zaproponuje Arkademu Fiedlerowi podróż na Madagaskar jako „rekonesans” związany z planami „kolonialnymi” i osiedleńczymi Polski na tej wyspie. Były to megalomańskie rojenia, obejmujące także m.in. Kamerun, a ich głównym eksponentem była tzw. Liga Morska i Kolonialna, na czele które stał generał Gustaw Orlicz-Dreszer. Poczytność i sława „egzotycznych” korespondencji Fiedlera sprawiła, że stał się on znanym dziennikarzem i „celebrytą”, a Polskę ogarnęła moda na „egzotykę”, „tropiki”, na ciemny kolor skóry. Znajdowało to odzwierciedlenie m.in. w pojawieniu się mody na opaleniznę, na „egzotyczne” akcenty we wzornictwie odzieżowym i takie też akcesoria w wystroju mieszkań. Motywy „egzotyczne” pojawiały się w filmach (motywy afrykańskich tańców), a także w reklamie. Było to pierwsze w polskiej kulturze popularnej tak szerokie otwarcie się na obcość i inność. Nie ominęła też popularności Fiedlera strefa humoru. Krążyły zabawne wierszyki („Ile Fiedler miał Murzynek, ile posad miał Rusinek…”, Janusz Minkiewicza czy „Z krokodylem szuka zwady (…) Któż  to? Fiedler to Arkady”).   Same zaś „Ryby śpiewają w Ukajali” zostały nominowane do prestiżowego konkursu „Wiadomości Literackich” na najlepszą książkę roku 1935 i rywalizowały z „Solą ziemi” Józefa Wittlina, „Cudzoziemką” Marii Kuncewiczowej i „Granicą” Zofii Nałkowskiej. Chwilę później Fiedler wyprawia się do „Kanady pachnącej żywicą” i już jako pełnokrwisty „celebry ta” bierze udział w dziewiczym rejsie transatlantyku „Batory”, na którym poznaje  Monikę Żeromską, córkę twórcy „Popiołów”, młodą aktorkę Irenę Eichlerównę, Andrzeja Struga, Melchiora Wańkowicza i broni się przed intensywnymi amorami ze strony Beli Gelbard znanej też jajo Izabela Czajka-Stachowicz, pierwowzór Heli Bertz z „622 upadków Bunga” Witkacego. Przed wybuchem wojny zdołał jeszcze Fiedler wyprawić się na Madagaskar (1937-1938) i na Tahiti (1939), gdzie zastaje go 1 września. Stamtąd przedostaje się do Francji i Anglii, a pobyt w tej ostatniej wiąże się z powierzoną mu przez generała Władysława Sikorskiego misją napisania opowieści na chwałę polskich lotników walczących w bitwie o Anglię w 1940 roku. „Dywizjon 303” stał się jego najbardziej znaną powieścią i po 1956 roku znalazł się na liście lektur szkolnych w PRL, co było jednym z paradoksów, jako że dywizjon należał do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, przynależnych do formacji ideologicznie skonfliktowanej z Polską Ludową. Z angielską przygodą Fiedlera wiąże się jego konfliktem z innym znanym pisarzem zajmującym się czynami polskiego lotnictwa wojskowego, Januszem Meissnerem, autorem m.in. „Żądła Genowefy” i „L jak Lucy”. By nie uszczknąć czytelnikom nawet odrobiny satysfakcji z tej fascynującej lektury, nie będę ze szczegółami relacjonował zawartości tej barwnie i wartko napisanej książki, której dalsza za część poświęcona jest życiu i perypetiom Arkadego Fiedlera w PRL. Już nie tak malowniczym, ale też bardzo interesującym. Gorąco rekomenduję tę znakomitą lekturę.

Piotr Bojarski – „Fiedler. Głód świata”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020, str. 432, ISBN 978-83-66431-34-8

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko