Marta Lipińska – jubilatka – Łukasz Maciejewski portretuje artystkę:

0
276

14 maja  Marta Lipińska obchodzi osiemdziesiąte urodziny, dwa dni później, 16 maja 2020 o godzinie 17.00 w ramach cyklu pokazów zarejestrowanych spektakli Teatru Współczesnego, na stronie teatru oraz teatralnym FB można było obejrzeć „Namiętną kobietę” Kay Mellor w reżyserii Macieja Englerta z Martą Lipińską w roli głównej.

SYRENKI W JEZIORZE. MARTA LIPIŃSKA*

            Erwin Axer, mentor i pierwszy reżyser Marty Lipińskiej, notował w „Czwartych ćwiczeniach z pamięci”:

            „Drobiazgi nas tylko dotyczą i mają dzięki temu smak słodki, nawet jeśli są w istocie gorzkie. Pamięć odbiera gorycz przygodom młodości, osładza je”.

            „To bardzo mądre zdanie Axera. Uśmiecham się do wszystkich drogich mi drobiazgów pamięci: młodości, niewinności, do teatru, w który wtedy wierzyłam, i w który wciąż jest mi bliski.

            Najgorsze dla debiutanta jest poczucie, że reżyser i aktor mówią zupełnie innym językiem. Kiedy trafiłam do „Teatru Współczesnego” byłam młodą dziewczyną, bez żadnego doświadczenia, potrzebowałam precyzyjnych zadań aktorskich, a nie tylko inspirujących wskazówek. W „Teatrze Współczesnym” prowadzonym wówczas przez Erwina Axera,  przy ogromnej tolerancji, a nawet zachwycie dla aktorskiej inwencji, nigdy nam takich wskazówek nie skąpiono”.

            „Chodzi o doświadczenia we wspólnym odkrywaniu szczególnej, nowej prawdy. Odkrywaniu tajemnicy.

            Bliskie jest mi aktorstwo polegające raczej na przeczuciu namiętności, uczuć, niż werystycznie je prezentujące. Erwin Axer, Maciej Englert czy Jerzy Kreczmar nauczyli mnie, że warto być uczciwym w zawodzie, niezależnym. Tylko to się w gruncie rzeczy opłaca.”

            „Wierzę, że długo jeszcze będę miała siłę grać i – co ważniejsze – ciągle się rozwijać. Wypracowany latami warsztat to za mało. Trzeba mieć w sobie jeszcze dziecięcą radość, pasję, która nie zna terminu ważności.

            Proszę mi wierzyć że przed każdą premierą czuję się tak samo, jak dziesięć albo trzydzieści lat temu. To stan bliski gorączce, pasja poszukiwania, marzycielstwo.

            Na szczęście, nigdy nie tęskniłam za świętym spokojem. Nie interesowało mnie odcinanie kuponów od tego, co już zrobiłam, komfort bezpieczeństwa. Nie zobojętniałam. Chciałabym pracować jak najdłużej, rozwijać się i poszukiwać”.

            „Czas wyostrza perspektywę. Każdą rolę widzę dzisiaj wielostronnie. Nie tylko poprzez efekt, ale także ciężar dochodzenia do sedna. Kiedy grałam role komediowe, starałam się żeby bohaterki nie były wyłącznie błahe i jednoznaczne. W rolach dramatycznych chciałam dostrzec polifonię. Chodziło o równoważenie emocji, balans. Moje bohaterki miały być ludzkie – a nie czarne, albo białe”.

            „Niczego już specjalnie nie muszę udowadniać, nie napinam się żeby wyglądać lepiej. Nie będę robiła głupstw, żeby walczyć z biologią. Na planie „Rancza” nie przesiaduję półtorej godziny w charakteryzatorni. Przebieram się w pięć minut i wychodzę na plan.

            Nie muszę wyglądać jak dwudziestolatka, wystarczy, żebym dobrze zagrała”.

            „Akceptacja dla upływu czasu to również dar szerszej perspektywy. Każda pora roku życia, jeżeli mądrze ją doprawimy, przynosi nowe przyjemności”.

            „W dzieciństwie nauczyłam się skromności i dystansu do zbytków. Od tamtej pory staram się szanować codzienność, jaka by nie była. Nie gwiazdorzę, nie szastam pieniędzmi, szanuję każdą pracę”.

            „Pod wieloma względami jestem staroświecka. Nie mam ochoty z tym walczyć. Przez wiele la śmiałam się, że męża zabrała mi „komputerzyca”. Dzisiaj wiem że walka z tą konkurentką jest z góry skazana na przegraną. Zaakceptowałam warunki, ale sama się nie ugięłam. Od przesiadywania godzinami w internecie, wolę przeczytać dobrą książkę.

            Uważam, że otacza nas zbyt wiele guziczków. Prześladują nas piny, kody, których jest tak wiele, że muszę zapisywać je w notesie. Oczywiście korzystam z komórki, to już chyba nieodzowne, ale z trudem akceptuję rzeczywistość, w której kilkuzdaniowe, niedbale napisane esemesy lub e-maile, zastępują listy. Epistolografia to jeden z najpiękniejszych gatunków literackich. Dzisiaj prawdopodobnie na wymarciu.

            Mój opór wobec technicznych innowacji wynika z postawy, nie z nieudolności. Od lat świetnie prowadzę samochód, przypuszczam. że szybko mogłabym się wszystkiego nauczyć. Ale nie chcę. To mój prywatny protest. Wolę żyć na własnych prawach”.

            „Kiedyś Marian Brandys namawiał mnie na pisanie dzienników. Czuję że mam łatwość w przelewaniu nastrojów na papier, ale to nie jest mój żywioł. Z pewnością wolę „pisać” swoje życie na scenie. Mam nadzieję, że jeszcze wiele tego typu opowieści przede mną”.

            „Pozostałam jednak molem książkowym. Mam to od licealnych czasów. Nie wyobrażam sobie życia bez lektur. Zawsze na wakacje zabieram pokaźny stosik z zaległościami. Kocham zarówno klasykę, jak i nowości. Uwielbiam literaturę rosyjską. „Mistrza i Małgorzatę” czy „Braci Karamazow” mogłabym czytać bez końca. Każdy nowy tom Sandora Maraia to dla mnie pozycja obowiązkowa. Ale lista ukochanych pisarzy jest bardzo długa, łatwo kogoś pominąć. Cenię także „Dzienniki” i raptularze. W wydawanych stopniowo, znakomitych tomach korespondencji Sławomira Mrożka z luminarzami polskiej kultury, przywołuję własne wspomnienia. I myślę sobie: tak właśnie było”.

            „Starannie dobieram przyjaciół. Cenię ludzi inteligentnych, od których wiele mogę się nauczyć. Nie mam czasu na paplanie o byle czym, nie interesują mnie plotki.

            Nie zobaczy mnie pan na bankietach, promocjach, ani w kolorowych pismach. Nawet nie czytam zaproszeń. Jakoś udało mi się przetrwać w tym zawodzie na własnych prawach. Bardziej pracować, niż bywać. Nie kokietować, nie udawać trzpiotki. Nie skandalizować.

            Chociaż, z drugiej strony, pamiętam zawsze zdanie mojej ukochanej profesor ze Szkoły Teatralnej, wielkiej Stanisławy Perzanowskiej, która powtarzała mi czasami: „Marta, trzeba zawsze dobrze mówić o sobie, najważniejsze żeby mówiono, potem ludzie zapominają kto mówił, i zostaje tylko dobre wrażenie”.

            Może miała rację? Jednak nigdy nie skorzystałam z tej rady”.

***

            „Mamie zawdzięczam pogodę ducha. Była urocza, miała wdzięk. Im dłużej jej nie ma z nami, tym silniej dostrzegam dobre rzeczy w naszych wzajemnych relacjach”

            „Ojciec był rozkoszny, bardzo dowcipny. Z wyglądu jestem do niego podobna. Mój syn, operator Michał Englert, ma natomiast wiele z mamy. Na przykład jej piękne, błękitne oczy, ale także mój uśmiech.

            Córka, scenografka i kostiumograf, bardziej przypomina mnie. Nie tak dawno oglądałam w teatrze archiwum fotograficzne. Zdumiona patrzyłam, że Ania, będąc w moim wieku, wyglądała niemal identycznie. Jak to się mówi: „wykapana mama”. Ma również brzmiący podobnie do mojego. Kiedy dzieci mieszkały z nami, przy odbieraniu telefonów, często byłyśmy mylone”.

            „Gdzieś głęboko w środku tkwi we mnie Lwów. Tam się urodziłam – w Borysławiu, koło Lwowa, na Kresach. Tam są korzenie. Oczywiście niczego nie pamiętam. Byliśmy wojennymi repatriantami, wyjechałam ze Lwowa kiedy miałam dwa lata.

            Najpierw trafiliśmy na kilka miesięcy do Gliwic, potem do Warszawy.

            Ojciec był inżynierem, nafciarzem. Był tak świetnym specjalistą, że chociaż nie należał do partii, a w czasie wojny walczył w armii generała Maczka i wracał do Polski z Londynu, nie tylko nikt mu nie dokuczał, ale stał się wręcz podporą przemysłu naftowego. To były dobre chwile, niestety trwały zbyt krótko”.

            „Tato jako pierwszy zabrał mnie do teatru operowego. Połknęłam bakcyla. Kieszonkowe z reguły wydawałam an spektakle, znałam niemal cały repertuar scen warszawskich, a potem, z wypiekami, opowiadałam o nich mamie, siostrze, babci, koleżankom. Byłam wniebowzięta”.

            „Po śmierci ojca, wychowywałam się w domu kobiet. Mama nigdy nie wyleczyła się z miłości do Lwowa. To tkwiło w niej jak drzazga, jak rana, do tego stopnia, że nawet kiedy już było można tam pojechać, odmówiła. Nie chciała przyglądać się temu, co stało się z jej ukochanym miastem”.

            „Lwów został także w mojej ukochanej babci, która do końca życia zachowała cudowny, lwowski, śpiewny akcent. „Taj joj” od rana do wieczora. Nikt nie kochał mnie równie mocno i bezinteresownie jak ona”.

            „Żebyśmy mogły jakoś się utrzymać, mama pracowała od rana do wieczora. Do południa w urzędzie, wieczorem przygotowywała torty na zamówienie”.

            „Mam także przyrodnią siostrę. Ojciec, kiedy ożenił się z mamą, był wdowcem. Byłyśmy zawsze z siostrą w dobrych relacjach, ale różnica wieku – piętnaście lat, była granicą nie do przejścia”.

            Lipińska uczęszczała do żeńskiego liceum im. Królowej Jadwigi. W podjęciu decyzji o złożeniu papierów na Wydział Aktorski Szkoły Teatralnej pomogła jej bez wątpienia postać ciotki, Zofii Wattenowej-Mrozowskiej, która była miłością i muzą Witkacego.

            „Siostra taty, ciocia Zosia, mieszkała w Łodzi. Kolorowy, piękny ptak. W 1957 roku wyjechała do Argentyny. W Buenos Aires wyszła za mąż po raz czwarty. Powtarzała mi: „Martusiu, pamiętaj że dopiero czwarty mąż jest tym właściwym”. Całe szczęście jej nie posłuchałam.

            Spotkałyśmy się po latach, na festiwalu filmowym w Mar Del Plata. Miała wtedy siedemdziesiąt lat, wciąż wyglądała wspaniale. Zadbana, uśmiechnięta, piękna kobieta.

            Jako licealistka spędzałam u niej wszystkie wakacje. Nie miałam jeszcze matury, nie bardzo wiedziałam, kim chcę być, ale właśnie u cioci odkryłam cudowny świat artystów, który fascynował mnie i zaskakiwał.

            Ciocia była Artystką Życia. Muzą. Zabierała mnie na spektakle, koncerty, wernisaże. Miała niekonwencjonalne i szalone pomysły. Uważała na przykład że nic nie jest lepsze dla zdrowia niż kąpiel na golasa w jeziorze. Ona nie miała z tym problemów, ja okropnie się wstydziłam. Nocą, kiedy nikt nas nie widział, pływałyśmy niczym syrenki w jeziorze.

            Wyzwolona, urokliwa i inteligentna, prowadziła dom otwarty. Bywała u niej artystyczna bohema. Szybko zresztą stałam się oczkiem w głowie towarzystwa. Byłam śliczna, dosyć nieśmiała, ale oczytana. Imponowało mi, że znani pisarze, malarze, traktują mnie serio. Wakacje z ciocią są cudownym wspomnieniem  nastoletnich lat.

            Mam w domu cudowny portret cioci namalowany przez Witkacego. Resztę jej majątku przepił mąż numer trzy. Ten niewłaściwy”.

            „Przez pierwsze lata studiów mogłam wydać tylko dwa złote dziennie. Starczyło akurat na zupę w środku dnia. Na więcej nie było mamy stać. A przecież nie pamiętam, żeby jakoś szczególnie mi to doskwierało. To była po prostu młodość. Jedyna w swoim rodzaju, cudowna”.

            „Zresztą jeszcze w Szkole Teatralnej wyszłam za mąż. A potem wszystko potoczyło się szybko. Angaż do „Współczesnego”, propozycje filmowe, telewizyjne. Szybko stanęłam na nogi”.

            Na studiach  rokiem Lipińskiej opiekował się Jan Świderski.

            „Miałam szczęście do nauczycieli. Naszymi profesorami byli Mikołajska, Kreczmar, Warnecki, Hanin.

            Jan Świderski prowadził mój rok i naprawdę wiele mu zawdzięczaliśmy. Był wyrazisty w tym, co robił. I, co znowu nie takie częste, potrafił nam tę „wyrazistość” przekazać.”

            W połowie lat sześćdziesiątych Świderski święcił aktorskie triumfy na deskach Teatru Dramatycznego.

            „Ile ja się wtedy na niego napatrzyłam! To był czas zwycięskiego pochodu przez scenę Teatru Dramatycznego w Warszawie sztuk Friedricha Durrenmatta. Pamiętam wybitną kreację Świderskiego jako Romulusa w „Romulusie Wielkim”, czy jego Jana Mobiusa w „Fizykach” Durrenmatta w reżyserii Ludwika Rene”.

            Jeszcze na studiach młodą aktorkę wypatrzył Erwin Axer.

            „Axer wykładał na Wydziale Reżyserii, ale często zaglądał na nasze egzaminy aktorskie. Przypuszczalnie tam mnie wypatrzył.

            Próby do legendarnych później „Trzech sióstr” w jego reżyserii zaczęłam w maju, jeszcze jako studentka PWST, ale premiera odbyła się w lutym następnego roku. Wtedy byłam już dyplomowaną aktorką”.

            W tym samym momencie Lipińska otrzymała propozycje zagrania szekspirowskiej Julii i Iriny w „Trzech siostrach”.

                        „Rolę Julii w „Romeo i Julii” zaproponowała mi dyrektorka Teatru Ziemi Mazowieckiej, pani Wanda Wróblewska. Jednak bez wahania wybrałam Teatr Współczesny, który pełnił wówczas rolę „okna na świat”. Głównie dzięki Erwinowi Axerowi, widzowie Współczesnego mogli obejrzeć to, co najciekawsze w nowej dramaturgii europejskiej czy amerykańskiej. Graliśmy z jednej strony Mrożka, z drugiej Albee`go. W czasach zgrzebnej bylejakości dobry gust i dobry smak, który proponowaliśmy, był wyspą intelektualnego oporu.

            Właściwie każda premiera była wydarzeniem. No i ten wspaniały zespół gwiazd. Grałam z największymi: Tadeuszem Łomnickim, Andrzejem Łapickim, Tadeuszem Fijewskim, Czesławem Wołłejko”.

            „Pozostałam wierna scenie przy Mokotowskiej 13. Zdarzały mi się występy gościnne – w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, lub w Teatrze Scena Prezentacje, ale główny teatralny adres pozostaje niezmienny”.

            „Oczywiście, były momenty, kiedy kusił mnie zupełnie inny rodzaj rozmowy z widzem. Fascynował mnie chociażby teatr Kantora, czułam, że mogłabym odnaleźć tam swoje miejsce. Jednak, po głębszym namyśle, wygrywał sprawdzony adres. Przez tyle lat „Współczesny” właściwie nigdy mnie nie zawiódł. Nie zagrałam w sztuce, która byłaby poniżej mojego smaku i gustu. Nigdy nie wstydziłam się wyjść na scenę”.

            Każdy młody aktor marzy chyba o takim debiucie. Irina którą Lipińska zagrała w „Trzech siostrach” Antoniego Czechowa w reżyserii Erwina Axera w 1963, przeszła do legendy polskiego teatru.

            W „Trzech siostrach” występowały największe wówczas gwiazdy teatrów warszawskich. Olgę i Maszę grały Halina Mikołajska i Zofia Mrozowska, Nianię – Stanisława Perzanowska, Czebutykina – Kazimierz Opaliński, Solonego – Tadeusz Łomnicki, Andrzeja Prozorowa – Zbigniew Zapasiewicz, Kułygina – Henryk Borowski, Fiedotika – Bohdan Łazuka, Fieraponta – Tadeusz Fijewski. Obsada marzeń.

            Debiut Lipińskiej w roli Iriny określono jako „olśniewający”.

            „Doceniłam to dopiero z perspektywy czasu. Po premierze nie miałam świadomości, że stało się coś niezwykłego”.

            Andrzej Wirth pisał w „Nowej Kulturze”:

            „Irina Marty Lipińskiej jest jednym najciekawszych debiutów lat powojennych. Młoda aktorka zagrała z naiwnością artystyczną, niespotykaną już dzisiaj, a jednak konieczną w tej roli. Tak jak chce Czechow, była prześwietlona “wewnętrznym światłem” i gaśnięcie tego światła potrafiła przedstawić jako dramat”.

            „Co znamienne – chyba wszystkie bez wyjątku recenzje były entuzjastyczne, taka jednomyślność wtedy była rzadkością, a dzisiaj już się chyba nie zdarza. Erwin Axer, skupiony przede wszystkim na sprawach inscenizacyjnych, dał mi sporo swobody. Zaufał intuicji. Dzięki temu, wiele było w Irinie z Marty Lipińskiej. Oczywiście Axer cały czas pilnował, żeby Marty Lipińskiej nie było jednak zbyt wiele”.

            Przedstawienie Axera jest dzisiaj wspominane także z powodów pozaartystycznych. Podobno próby trwały aż dziewięć miesięcy, podobno srebra, które używały siostry Prozorow, były autentyczne – z epoki.

            „Legenda – jak to legenda – pewne sprawy znacząco wyolbrzymia. Szczerze mówiąc, nie pamiętam tych sreber. A próby? Śmiejemy się czasami, że dziecko dojrzewało przez dziewięć miesięcy, ale to tylko półprawda. Próby rozpoczęły się w maju, pod koniec czerwca wszyscy rozjechaliśmy się na ponadtrzymiesięczne wakacje. A w lutym odbyła się premiera. W gruncie rzeczy próby trwały więc może sześć miesięcy”.

            Na wspaniałej fotografii Edwarda Hartwiga z 1963, Irina – Marta Lipińska, wydaje się egzemplifikacją postaci czechowowskich. Na tym zdjęciu patrzy w przyszłość z pięknym, delikatnym uśmiechem.

            „Wiele było w tej roli ze mnie, z mojej młodości, wątpliwości, dziewczęcych marzeń. Ale będąc wewnątrz tego wydarzenia, nie miałam świadomości powstającej legendy. Pamiętam, że Erwin Axer przygotowywał  „Trzy siostry” z pietyzmem, z szacunkiem dla Czechowa, ale był to równocześnie spektakl bardzo współczesny. Axer przejmująco pokazał wyjaławiającą się klasę inteligencką. Widzowie byli poruszeni i wzruszeni. Chyba oni także czuli, że – jako inteligencja – odchodzą i często przegrywają. Teatr Współczesny od zawsze prowadził dialog z inteligencją”.

            Subtelny, delikatny uśmiech Iriny ze spektaklu Axera oraz ze zdjęcia Hartwiga okazał się charakterystyczny dla wielu kolejnych ról Lipińskiej.

            „Spektakl na pewno w jakimś stopniu stał się zapowiedzią tych stanów, które – jako aktorka – miałam szansę uwiarygodniać najczęściej. Przez te wszystkie lata pracuję niemal non stop, bez przestojów. Nie mogę narzekać. Kiedy role amantek zaczęły mnie w końcu nużyć, krok po kroku  zaczęłam wypracowywać swoją nową sceniczną twarz – twarz aktorki komediowej, charakterystycznej. Myślę jednak, że dla każdego aktora zawodowy start ma pierwszorzędne znaczenie. Miałam szczęście, że na początku swojej drogi spotkałam tak wspaniałych ludzi. Po Axerze, następną sztukę z moim udziałem, reżyserował Jerzy Kreczmar”.

            To było głośne „Dożywocie” Fredry z Tadeuszem Fijewskim jako Łatką i Tadeuszem Fijewskim – Twardoszem.

            „Grałam Rózię. Chyba dosyć zabawnie.

            Jerzego Kreczmara, w przeciwieństwie do Erwina Axera, doskonale znałam ze szkoły. Prowadził z nami zajęcia z historii dramatu. Wielki człowiek teatru, prawdziwy intelektualista. Axer, Kreczmar – daj Boże debiutantom takich mentorów.

            Z teatrem byli związani wówczas także Edward Czato, kompozytor Zbigniew Turski, przez jakiś czas także Konrad Swinarski. Mieliśmy znakomitego kierownika literackiego, Adama Tarna, który natychmiast wyłapywał wszystko co najcenniejsze w światowej dramaturgii. Sprowadzał nowości. To na naszej scenie odbyła się głośna polska prapremiera  „Czekając na Godota” Becketta. „Współczesny”, w zgodzie z nazwą, nastawiony był na współczesność. Zresztą w dalszym ciągu tak jest”.

            „Axer otoczył się areopagiem mądrych i uczciwych ludzi, którzy wspierali go w decyzjach. Także dzięki nim czuł się bardzo pewnie. A kiedy dyrektor jest przekonany o słuszności swoich decyzji, cały zespół ogrzewa się w tej pewności. Mieliśmy do Axera dzikie wręcz zaufanie. Poza tym w teatrze panował porządek, dyscyplina, a nawet rygor, ale dziwnie nikogo to nie bolało”.

            „Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Erwin Axer jest czarującym, eleganckim mężczyzną. A już wdziękiem mógłby spokojnie obdzielić legion innych panów. Drzemie przy tym w Axerze nutka ironii, lekkość, nie do przecenienia w teatrze. W obecności Axera, najpierw czułyśmy się dziewczynami, potem kobietami. Kiedy byłyśmy docenione przez niego za jakąś rolę, rozkwitałyśmy w jego komplementach”.

            Po ponad dwudziestu latach Lipińska powróciła do „Trzech sióstr” na deskach Teatru Współczesnego. W 1985, w kolejnej adaptacji dramatu Czechowa – w reż. Macieja Englerta – zagrała Maszę.

            „Mam sentyment także i do tamtego spektaklu. Ja grałam Maszę, Olgę Maja Komorowska, a w roli Iriny debiutowała w teatrze dzisiejsza gwiazda kina –  Katarzyna Figura”.

            Elżbieta Baniewicz notowała wtedy w „Teatrze”:

            „Może na tle teatru używającego ostrych środków wyrazu aktorskiego, coraz agresywniejszych działań reżyserskich spektakl przemyślany, prowadzony środkami subtelnymi, podporządkowany wyobraźni autora wydaje się blady i zaledwie poprawny. Niemniej uważam, że takie oazy powściągliwości, dobrego rzemiosła i uważnej refleksji są dziś niezbędne”.

            „Jak zadziwiająco aktualnie brzmi to zdanie! Ja także, jako widz, wolę, żeby nie stawało na głowie to, co woli jednak stać na nogach. Ciągle taki klasycyzujący, mądry teatr jest krytykowany, a nawet wykpiwany, ale też chwilowe mody mijają szybko, a teatr proponujący mądrą literaturę, dobre rzemiosło; teatr z precyzyjnym pomysłem inscenizacyjnym, z dobrze poprowadzonymi aktorami, zostaje”.

            Z Erwinem Axerem spotykała się  jeszcze wiele razy: W „Androklesie i lwie” Bernarda Shaw grała Lavinię, w sztuce Jerzego Broszkiewicza „Przychodzę opowiedzieć” była Sikorką; Walą w sławnej „Irkuckiej historii” Aleksieja Arbuzowa, Lizolettą w „Dwóch teatrach” Szaniawskiego, Żoną w „Szczęśliwym wydarzeniu” i Pierwszą Wdową we „Wdowach” Sławomira Mrożka, wreszcie Bodice w „Lirze” Edwarda Bonda. Po raz ostatni, w 1994 roku, zagrała u Axera Czelcową w „Miłości na Krymie”.

            „Tyle tytułów pan wymienił, a każdy spektakl to przecież osobne wspomnienia. Najczęściej bardzo przyjemne. Nie sposób nawiązać do wszystkich. Z pierwszego okresu pamiętam zwłaszcza tę moją nieszczęsną Lavinię z „Androklesa i lwa” Bernarda Shaw`a. Nieszczęsną dlatego, że przysporzyła mi wiele trudu. O ile bardzo lubiłam pracę nad „Trzema siostrami”, z Lavinią męczyłam się okrutnie. To dziwna postać – rezonerska i w gruncie rzeczy niesympatyczna. Pod każdym względem była moim zaprzeczeniem. Lavinia prowadziła uczone dysputy, tak jakby sam Shaw w jej imieniu przemawiał, a dookoła były krwiste, niezwykle ciekawe postaci. Na scenie brylował uwielbiany przez publiczność Miecio Czechowicz w roli Ferroviusa, Tadeusz Fijewski jako Androkles, Edward Dziewoński – Spintho. A ja, fertyczna i energiczna przecież, musiałam jak posąg stać na scenie i wymądrzać się w długich rozmowach z kapitanem, którego grał Zbigniew Zapasiewicz. Jakoś to poszło, ale – Bóg mi świadkiem – to nie był łatwy kawałek chleba”.

            „Pamiętam, że „Androkles” miał genialną scenografię zaprojektowaną przez Ewę Starowieyską. Pośród aktorów brylował w najlepsze „prawdziwy” lew. W świetnej masce, z długą grzywą spacerował sobie po scenie, podrygiwał, ryczał, łasił się, a nawet tańczył twista. Cała ta jego pantomima (układ zrobił sam Witold Gruca) wywoływała salwy śmiechu na widowni. Do tego lwa, już na próbach generalnych, dokooptowana została straż przyboczna w postaci kilku kulturystów, udających Pretorian odzianych w króciutkie tuniczki. Owi kulturyści mieli kilka razy, w odpowiednim rytmie, wejść na scenę, po czym z tej sceny zejść. Zupełnie im to nie wychodziło. Ćwiczyli i ćwiczyli bez końca, ale za każdym razem ustawiali się nierównomiernie. Axer był coraz bardziej zirytowany. W końcu wskoczył na scenę z impetem. Wszyscy pomyśleliśmy, że ich pozabija. Tymczasem Erwin wyhamował przed nimi i wzburzony powiedział: „Na litość boską, panowie, czy panowie nie słyszą kadencji?” Kwartet osiłków patrzył na Axera podejrzliwie, czy aby ich nie obraża. Oni w końcu głównie mięśnie ćwiczyli i oczywiście o żadnych kadencjach nie mieli pojęcia. Ale taki właśnie jest Erwin. Poważnie traktuje każdego rozmówcę”.

            Podczas pięciu dekad pracy w Teatrze Współczesnym, Lipińska zetknęła się z kilkoma pokoleniami wybitnych artystów.

            „Miałam wielu wspaniałych przewodników. Chociażby wspomnianą już Stanisławę Perzanowską. W moim debiucie, „Trzech siostrach”, Perzanowska grała Nianię, potem spotkałyśmy się w „Dwóch teatrach” Szaniawskiego.

            Dzieliła nas duża różnica wieku, łączyła naturalna sympatia. Pani Perzanowska obdarowywała mnie często prezentami.

            W pamięci zapisała mi się zwłaszcza scena, kiedy na początku kariery, Perzanowska zaprosiła mnie do garderoby i wyciągnęła czepek kąpielowy. Niby zwyczajna rzecz, ale wówczas wydawał mi się jakimś cudem. Elegancki, misternie wykończony, z ponaszywanymi cekinami. „Weź to sobie – usłyszałam. – Będziesz miała do kąpieli. Dostałam ten czepek z Ameryki. A po co takie rzeczy, mnie – starej, jakbym w tym wyglądała, a tobie się przyda”.

            Ucieszyłam się z prezentu, ucałowałam panią Stanisławę. Usłyszałem wtedy: „No widzisz, teraz wszystko cię cieszy, każdy drobiazg, chociaż na wiele rzeczy cię nie stać. Korzystaj z tego momentu. Mnie stać na wiele, ale już mi się nie chce. Nie mam w sobie tamtej radości. Pilnuję tylko tego, żeby nosić porządne, szare pończochy do szarych butów”.

            Pamiętam te pończochy. Rzeczywiście, Stanisława Perzanowska nosiła zawsze dobre, szare, mysie pończochy ubierane do szarych, pięknych butów, zawsze od starego szewca Kilmana, który miał zakład na Chmielnej. Była symbolem mijającego świata. Elegancka, ale nienachalna. Miała jeden fason na wszystkie pory roku. Szary kostium, jesienią szare paletko. Plus kapelusiki. I te pończochy, niezmienne. Dopóki je zakładała, wszystko było dobrze”.

            „Patrzę na wizerunek cudownej Stanisławy Perzanowskiej z nostalgią. Kiedyś była nestorką Teatru Współczesnego, dzisiaj to ja jestem aktorką o najdłuższym stażu w zespole. W lipcu minie pięćdziesiąt lat od mojego debiutu. Nie celebruję dat i rocznic, nie rozpamiętuję przeszłości, jednak jubileusz prowokuje do wspomnień. W tym teatrze zostawiłam większą część mojego życia. Zagrałam wiele ról, w urozmaiconym repertuarze. I wcale nie mam poczucia, że to już finał. Nie chcę żadnych podsumowań”.

            Pierwsze lata spędzone w Teatrze „Współczesnym” to także przyjaźń Lipińskiej z Haliną Mikołajską.

            „Chyba intuicja kazała mi wsłuchiwać się w starszych ode mnie. Na początku kariery byłam emocjonalna i ambitna, a jednak w kontaktach ze starszymi nabierałam ufności i pokory.

            Halina Mikołajska była moim profesorem w Szkole Teatralnej, już wtedy bardzo mnie lubiła. W momencie, kiedy znalazłam się w zespole Teatru Współczesnego, natychmiast zaproponowała mi przejście na „ty”.

            Potem, ze względu na moją chłopięcą, szczupłą sylwetkę, zwracała się do mnie „Marcinku”.      „Halinę poznałam  z wielu stron. Nie tylko intelektualnej… Na przykład razem chodziłyśmy na zakupy. Byłam wtedy młoda, zgrabna, zależało mi na wyglądzie i ładnych ubraniach. W Warszawie było zaledwie kilka miejsc, gdzie można było kupić coś sensownego. Niemal zawsze spotykałam się w tej sprawie właśnie z Mikołajską. Chodziłyśmy do „Mody Polskiej”, na ulicę Konopnicką. Wspólnie dokonywałyśmy wyborów, a potem – bardzo zadowolone – szłyśmy do kawiarni, porozmawiać o książkach. I wilk był syty, i owca cała”.

            „Razem z Haliną spotykałyśmy się często z Jurkiem Markuszewskim,  przy winku. Moją przyjaciółką w tamtych czasach była także Joasia Ronikier, uwielbiałam jej męża, Ludwika Zimerera, ich córeczkę Kasię. Joanna prowadziła dom otwarty, w ten sposób poznałam wiele wybitnych postaci tamtej epoki”.

            „Po śmierci Haliny Mikołajskiej przez wiele lat spotykaliśmy się w domu jej męża, Mariana Brandysa. To były czwartkowe rozmowy niejako na cześć Haliny. Brali w nich udział naukowcy, filozofowie, artyści. Rozmawialiśmy o książkach, kinie, wspominaliśmy przyjaciół. Bardzo mi brakuje tego typu inicjatyw, możliwości wymiany myśli, intelektualnych dyskusji”.

***

            W teatrze Lipińska grała przede wszystkim bohaterki „słodkie, nieco podejrzaną słodyczą”, jak trafnie ujęła to niegdyś Marta Fik.

            „Pełna uroku i lirycznego wdzięku” – pisał z kolei Roman Szydłowski.

            Te dwie cechy przez wiele lat budowały jej aktorskie emploi. Również warunki fizyczne predestynowały Lipińską do tego typu ról. Grała zatem urodziwe, delikatne i eteryczne panienki, kochanki,  urocze nimfetki.

            Z czasem role dziewczęce – Róża w „Dożywociu” Fredry, Laura w „Szklanej menażerii” Williamsa, Waria w „Wiśniowym sadzie” Czechowa, Aniela w „Wielkim człowieku do małych interesów” Fredry, płynnie przeszły w dojrzałą, zagadkową kobiecość („Szczęśliwe wydarzenie” Mrożka, „Życie wewnętrzne” Koterskiego, „Jak się kochają” Ayckbourne’a, „Miłość na Krymie”, „Tango”), ale aktorka konsekwentnie dbała o urozmaicenie wizerunku.

            Była już nie tylko płocha i wiotka, ale także rodzajowa, ostra, charakterystyczna. Takie były jej role w „Lekkomyślnej siostrze” Perzyńskiego, „Czego nie widać” Frayna, „Martwych duszach” Gogola, wreszcie pamiętna matka przełożona klasztoru Benedyktynek w „Najlepszych z przyjaciół” Whitmore’a.

            „Od pierwszej roli zyskałam status pięknej amantki. Był miły i uroczy, ale nie wystarczał moim ambicjom zawodowym.

            Obawiałam się, najzupełniej słusznie, że w pewnym momencie skończą się role pełnych wdzięku dziewcząt i zostanę z niczym. Zaczęłam niuansować repertuar, konsekwentnie wprowadzałam do moich ról elementy groteski, komedii, satyry”.

            „Kiedy człowiek jest młody i ma prawdziwy talent, z reguły nie musi czekać na propozycje. Same przychodzą. Kłopot zaczyna się w momencie, kiedy aktor przestaje się rozwijać, zadowalając się tym, co najlepiej mu dotąd wychodziło. Szczęśliwie we mnie było zawsze coś kapryśnego, wymagającego, irytowałam się, kiedy widziano mnie jedynie w roli ślicznej panienki.”

            „Po jednej z pierwszych ról w Teatrze Współczesnym przeczytałam recenzję: „Lipińska jest tak śliczna, że nawet nie jest ważne to, co mówi”. Wtedy po raz pierwszy zaświeciło się ostrzegawcze, żółte światło.

            Koleżanki mówiły: „No coś ty, głupia jesteś? – trzeba się cieszyć, że cię komplementują”. Natomiast ja natychmiast wyłapałam w tym zdaniu ambiwalencję. Pomyślałam: muszę zrobić wszystko, żeby nikt więcej nie napisał, że jestem ładna i tyle. Czułam, że stać mnie na więcej”.

            „Zaczęłam szukać na własną rękę. Nawet w rolach, które wymagały ode mnie przede wszystkim dobrego wyglądu, starałam się dodawać charakteru. Po raz pierwszy chyba w „Wielkim człowieku do małych interesów” Fredry zagrałam z zaskakującym dla wielu komediowym biglem. Wszystkim się spodobało.

            Po premierze „Lekkomyślnej siostry”, słyszałam często: „To ty jesteś taka zabawna, dlaczego o tym nie wiedzieliśmy”.

            Kiedy ostro zagrałam Pannę Maliczewską, i podkładałam w tym spektaklu nogę samemu Jackowi Woszczerowiczowi w roli Dauma, do teatru przychodziły listy z pretensjami. „Nie chcemy takiej Marty, ona ma być potulna i kochana”.

            A ja intuicyjnie, bo przecież byłam wtedy zbyt młoda na strategiczny plan kariery, budowałam nowy, charakterystyczny wizerunek”.

            „To wszystko bardzo mi pomogło. Kiedy zmieniły się moje warunki fizyczne, nie poczułam żadnej zawodowej traumy, bo wszystko miałam już przepracowane. Z rozkoszą zaczęłam się pobrzydzać, zmieniać, poddawać żmudnej charakteryzacji, żeby psychologicznie uwiarygodniać postacie, z którymi przyszło mi się mierzyć.

            Dało to zawodową frajdę, na pewno nie było powodem do tragedii i lamentów.

            Moja Koroboczka w „Martwych duszach” Gogola była wstrętna, chciwa, wręcz odpychająca. Podobało mi się to. Kiedy grałam wyrazistą Annuszkę w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa w reżyserii Macieja Englerta, dostawałam brawa przy otwartej kurtynie. Na scenie wrzeszczałam, zmieniłam modulację, ludzie oniemieli z wrażenia. Takiej mnie jeszcze nie znali”.

            „Nigdy nie byłam znudzona aktorstwem. Może dlatego, że starannie wybierałam propozycje. Decydowałam się tylko na te, które mi odpowiadały charakterem, emocjonalnością, urodą literackiej frazy”.

            Rzeczywiście, nawet role stricte komediowe Lipińskiej, zyskują odpowiedni gatunkowy ciężar. W uśmiechu aktorki kryje się swoiste niebezpieczeństwo, napięcie, które sprawia, że farsy z udziałem aktorki nie są błahe, ani trzpiotowate. Tak jakby wyzwalający śmiech sąsiadował z alternatywną gamą emocji. Niesmakiem lub zwątpieniem.

            „Kilka razy zagrałam va banque, również jak gdyby przeciwko sobie. Ryzyko się opłaciło. Taką pracą był dla mnie na pewno kameralny „Odwrót” Williama Nicholsona w reżyserii Macieja Englerta. Alicja, porzucona żona, była bohaterką której nie rozumiałam. Granie tej roli stanowiło dla mnie walkę z własnymi ograniczeniami. Każdego wieczoru musiałam się przełamywać. Jednocześnie czułam, że właśnie taka  praca ma sens. Daje mi zawodowo coś nowego i cennego”.

            „Uwielbiałam grać także przełożoną klasztoru Benedyktynek w „Najlepszych z przyjaciół” Whitmore’a na podstawie autentycznych listów George’a Bernarda Shawa.

            Shawa grał Zbyszek Zapasiewicz, ja występowałam w kornecie. Wystawialiśmy to przedstawienie w nieistniejącym dzisiaj Teatrze Małym, który był wtedy sceną „Współczesnego”. Scenografia zaprojektowana przez Marka Lewandowskiego została tak pomyślana, że wszędzie, również w foyer, leżały jabłka. Publiczność mogła je kosztować. Pięknie to wyglądało, wspaniale pachniało.

            To właśnie dzięki „Najlepszym z przyjaciół” powstały warszawskie „Feliksy” przyznawane najlepszym aktorom. W Londynie nasz spektakl zobaczył pan Feliks Łaski. Był nim tak zachwycony, że w garderobie powiedział nam, iż z wdzięczności dla naszej pracy chce ufundować coroczne nagrody dla warszawskich aktorów. Tak się też stało.

            Jednak dla mnie ta rola była zwycięstwem innego rodzaju. Po złych doświadczeniach w rodzaju „Androklesa i lwa”, obawiałam się sztuk rezonerskich, opartych wyłącznie na dialogu. „Najlepsi z przyjaciół” byli pod tym względem przełamaniem. Zrozumiałam, że mając dobrze dobrany tekst, mogę na scenie mówić długo i dobrze. I że to się ludziom podoba. Przestałam bać się słowa.

            Właśnie po tym spektaklu najczęściej podchodzili do mnie widzowie  i mówili: „Pani głos jest jak muzyka. Możemy pani słuchać i słuchać”.

            Fenomenalną wręcz popularność zyskała jako Betty w „Namiętnej kobiecie” Kay Mellor w Teatrze Współczesnym. Na Lipińską przychodzili tłumnie zarówno młodzi, jak i starsi widzowie.

            Tytułową namiętną kobietę poznajemy w dniu ślubu syna, Marka (Piotr Adamczyk). Betty, zamiast pełnić rolę gospodyni, zamyka się na strychu, tam przyjmuje wizytę kochanka z zaświatów (Andrzej Zieliński), albo rozprawia z mężem (Krzysztof Kowalewski).

            „W Betty jest wiele cech mojej matki, innych kobiet, które gdzieś kiedyś widziałam, i pewnie sporo ze mnie” – mówiła przed jubileuszowym, dwusetnym przedstawieniem „Namiętnej kobiety”.

            „Po każdym przedstawieniu padałam ze zmęczenia, ale gra była warta świeczki. Betty to rola marzenie. Postać mająca wiele kolorów, wymiarów, smaczków”.

            „Takich braw nie słyszałam chyba nigdy w karierze”.

            „Po tylu latach pracy nabiera się doświadczenia. Już po pierwszych kwadransach znam odczucia widowni. To się czuje po oddechu. Wiem natychmiast, czy widzowie są spontaniczni czy poważni, jak zareagują. Rzadko się mylę”.

***

            Lipińska jest człowiekiem teatru. Gorzej wiodło się jej w kinie. Po wspaniałym starcie, polski film przez wiele lat nie wykorzystywał potencjału popularnej aktorki.

            Jako Helena w „Salcie” Konwickiego była naturalna, pełna wdzięku i gracji, ale pod podszewką naiwnej dziewczęcości buchały dojrzałe emocje – inteligencja, smutek i rozczarowanie.

            „Rola wyszła efektownie, ale praca była koszmarem. Grałam w zwiewnej sukienczynie z dekoltem, a zdjęcia kręcone były późną jesienią. Zimno, chłodno, paskudnie. Pamiętam, że jabłka były przywiązywane do drzew sznureczkami. Drżałam z zimna, ale wstydziłam się zaprotestować. W końcu ktoś zauważył tę mękę i poczęstował mnie wódką. Poskutkowało o tyle, o ile. Ciało było rozgrzane, ale zaczął się plątać język”.

            Lipińska nie spotkała na swojej drodze filmowca, który zaufałby w pełni jej wrażliwości. Spełniała się na drugim planie – w kinie i w serialach grając często dekoracyjne postaci matek, ciotek, żon. Niemal za każdym razem udawało się jednak aktorce przyprawić te postacie nutką melancholii, bezradności czy ironii.

            Już w 1966 roku, w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Film”, aktorka zdawała sobie świetnie sprawę z ryzyka zaszufladkowania. Mówiła wtedy:

            „Gram przeważnie kobiety szlachetne, które niosą w swojej psychice coś tragicznego z przeszłości (jak Helena w „Salcie” Tadeusza Konwickiego, kobiety nieszczęśliwe (jak kaleka córka profesora w „Głosie z tamtego świata”), porzucona dziewczyna w „Wianie” czy dziewczyna z nieślubnym dzieckiem w „Gorącej linii”). Podobnie zresztą w telewizji. Moje warunki zewnętrzne skłaniają reżyserów do powierzania mi właśnie takich ról. W odwrotnej sytuacji jest natomiast wiele  koleżanek, których uroda i środki ekspresji skazują na długoletnie wcielanie się na przykład w postacie kobiet lekkich obyczajów. Gramy więc przyjęte role często wbrew marzeniom, a nawet predyspozycjom. Zaszufladkowanie zawsze jest niebezpiecznie – bardzo się boję. Chciałabym bowiem i w filmie grać – jak w teatrze – role różnorodne”.

            „Po czterdziestu pięciu latach od tamtych słów, z przykrością muszę stwierdzić, że zbyt wiele takich ról w kinie nie zagrałam. Bardzo żałuję.

            Debiutowałam u Stanisława Różewicza – jeszcze jako studentka szkoły teatralnej zagrałam w jego pięknym filmie „Głos z tamtego świata”. Byłam po trzecim roku studiów, zdjęcia z moim udziałem odbywały się w wakacje, niemal konspiracyjnie, ponieważ wtedy jeszcze istniał odgórny zakaz występowania w filmach w trakcie studiów.

            Po kilku latach znowu zagrałam u Różewicza. Tym razem rolę anioła w filmie „Piekło i niebo”.

            Z tego okresu lubię też swoją rolę w komedii Jerzego Stefana Stawińskiego, współtwórcy najlepszych dokonań szkoły polskiej, „Rozwodów nie będzie””.

            Macierzyńskie ciepło biło od Lipińskiej w „Dolinie Issy” Konwickiego, wzruszała w „Lalce” Ryszarda Bera, wyborny portret egzaltowanej Emilii, stale cierpiącej na „globusa”, stworzyła w filmie i serialu „Nad Niemnem” według Elizy Orzeszkowej, komediowy wdzięk zaprezentowała w „Nigdy w życiu!” i „Ja wam pokażę” według Katarzyny Grocholi.

            Jak bardzo filmowy talent Lipińskiej pozostaje jednak niewykorzystany świadczy chociażby jej błyskotliwy, dramatyczny epizod w „Popiełuszce. Wolność jest w nas” w reżyserii Rafała Wieczyńskiego.

            „Jestem kinomanką. Często chodzę do kina, dyskutuję z mężem o filmach. Wracam do klasyki, ale interesuje mnie także kino współczesne. Oglądam większość polskich filmów. Cieszę się, że na sukces wielu z nich zapracowały moje dzieci. Córka, Anna, była autorką kostiumów do na przykład „Wojny polsko-ruskiej”, syn, Michał, zrobił zdjęcia do „Wszystko co kocham”, „Sponsoringu”, „33 scen z życia”.

            Sama również nie pogrzebałam marzeń, że w polskim kinie coś fajnego mnie jeszcze czeka. Chciałabym zmierzyć się z rolą charakterystyczną, mocną, emocjonalną”.

            „Telewizja często powtarza „Nad Niemnem”. Mam sentyment do tego bardzo polskiego, jak mi się wydaje, filmu i do roli Emilii. Starałam się zagrać tę uwięzioną w nieudanym małżeństwie z pozytywistycznym pracoholikiem, ale pełną wyższych aspiracji i poetyckich nadziei bohaterkę w ten sposób, żeby jej nie ośmieszyć. Przeciwnie, chciałam zrozumieć jej udrękę”.

            W sitcomie „Miodowe lata” brawurowo zagrała Zofię – matkę głównej bohaterki, Aliny.

            „Z pełną premedytacją przyjęłam tę rolę. Zagrałam stereotyp złośliwej teściowej, żeby nieco zmącić sielankowy wizerunek moich ostatnich ról telewizyjnych. Bardzo cenne doświadczenie.

            Nie sądziłam jednak, że to taka ciężka praca. Teraz kiedy zdarza mi się słyszeć nieco pogardliwe zdania na temat sitcomów, chętnie wyprowadzam moich rozmówców z błędu. Próby do każdego trzydziestominutowego odcinka „Miodowych lat” trwały pięć dni. Potem na żywo nagrywaliśmy każdy odcinek w Teatrze Żydowskim – trzykrotnie w ciągu jednego dnia, rejestrując autentyczne reakcje widowni. To była harówka”.

            Jednak największa sympatię wzbudza chyba jej Michałowa w serialu „Ranczo”.

            „Oglądam ten serial głównie ze względu na Martę – mówi Beata Tyszkiewicz. – Jest tak cudna, że nie można oderwać od niej wzroku. Prawdziwy brylant udowadniający, że dla świetnego aktora nie ma złego materiału”.

            „Popularność tej roli przeszła moje najśmielsze oczekiwania. W Polsce powstaje tyle seriali, że naprawdę trudno było podejrzewać, że akurat ten stanie się bestsellerem. Naturalnie, byłam świadoma, że scenariusz pozytywnie wyróżnia się na tle innych, a moja postać jest dobrze napisana, wyrazista i wdzięczna do zagrania. Ale aż tak życzliwy odzew publiczności szczerze mnie zaskoczył.

            W Lubomierzu, na uroczym Festiwalu Filmów Komediowych, dwa razy pod rząd zdobyłam za Michałową nagrodę dla najlepszej aktorki. Kto by pomyślał!Przecież ta cała Michałowa to niezłe ziółko. Potrafi być upierdliwa, zasadnicza, czasami niepotrzebnie pokrzykuje, ale widzowie prawdopodobnie czują że robi to w słusznej sprawie, dlatego tak bardzo tę bohaterkę polubili”.

            Lipińska ma  na koncie kilkadziesiąt kreacji w Teatrze Telewizji, w tym sławną rolę Nataszy w wielokrotnie powtarzanym (na życzenie widzów) przedstawieniu – „Godzinie miłości” Edwarda Radzińskiego.       

            „Zwłaszcza w latach siedemdziesiątych ranga Teatru Telewizji była nie do przecenienia. Wszyscy to oglądali. W Teatrze Telewizji grałam w towarzystwie największych aktorów, pracowałam ze świetnymi reżyserami, scenografami. Bardzo często występowałam w sztukach autorów rosyjskich – Turgieniewa, Dostojewskiego, ale także Radzińskiego czy Arbuzowa. I właśnie te role dały mi największą popularność. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj nie ma już tak dobrej literatury do grania, do tego stopnia ukierunkowanej na aktora, charakter postaci”.

            Fenomenem jest także nieustająca popularność słuchowiska radiowego Jacka Janczarskiego „Kocham Pana, Panie Sułku” z udziałem Lipińskiej  i Krzysztofa Kowalewskiego.

            Ona powtarza wciąż: „Kocham pana, panie Sułku”. On odpowiada niezmiennie: „Cicho, wiem”.

            „Pan Sułek – „starszy bęcwał w młodym wieku” (jak określił tę postać Krzysztof Kowalewski) i nieodmiennie towarzysząca mu Pani Eliza – naiwna i beznadziejnie zakochana w Sułku, pojawili się na antenie radiowej „Trójki” wiele lat temu (w 1973 roku). Jestem szczęśliwa, że nawet dzisiaj, kiedy niestety nie ma już z nami autora scenariusza, Jacka Janczarskiego, słuchowisko ciągle jest pamiętane”.

            Pani Eliza to czysta aktorska kreacja, w której nie niczego z Marty Lipińskiej.

            „Nigdy nie byłyśmy podobne. Na pewno nie jestem tak uległa, mam odmienne podejście do spraw damsko-męskich. Na miejscu tej biedulki dawno bym zostawiła tego całego Sułka, gbura i nieudacznika. Ale przecież także mam do Pani Elizy słabość. Mimo wszystko bardzo ją lubię”.

            „Od wielu lat nie powstają już nowe odcinki  (w sumie nagraliśmy ich trzysta), a mimo to te audycje wciąż żyją w świadomości ludzi. A to przecież były emocje rejestrowane niemal na żywo, bez prób. Raz w tygodniu przychodziliśmy z Krzysiem Kowalewskim do studia, bardzo ciekawi, co nowego napisał dla nas Jacek Janczarski. I po prostu od razu to czytaliśmy. Często-gęsto tarzając się zresztą ze śmiechu do tego stopnia, że trzeba było przerywać nagranie. Jacek patrzył na nas z miłością i mówił – to taka frajda pisać właśnie dla was. Nikt jednak nie podejrzewał, że powstają evergreeny”.

            „Ja w ogóle mam do radia nabożny stosunek. Przez wiele lat występowałam w teatrze radiowym. Grałam najpiękniejsze postacie klasyki literackiej. Tym bardziej żałuję, że ta piękna tradycja została właściwie zatrzymana. W angielskich rękawiczkach. Wprawdzie od czasu do czasu realizowane są słuchowiska, ale ich ilość to ułamek tego, co robiliśmy kiedyś. Tęsknię za teatrem radiowym. Może kiedyś jeszcze powróci?”

            Z „Panem Sułkiem”, czyli z Krzysztofem Kowalewskim, wielokrotnie występowała w teatrze i w kinie. Byli parą w „Życiu wewnętrznym”, „Miłości na Krymie”, „Mieszczaninie szlachcicem”, „Napisie” czy „Namiętnej kobiecie”, ale także w filmach według powieści Katarzyny Grocholi – „Nigdy w życiu” czy „Ja wam pokażę!”.

            „Uwielbiam pracować z Krzysiem Kowalewskim, zawsze rozumiemy się w pół słowa. W „Nigdy w życiu” to był właściwie epizod, ale epizod zabawny i dobrze napisany”.

            We wspomnianej „Kobiecie namiętnej” w Teatrze Współczesnym, grana przez Lipińską Betty brała odwet za „Sułka” na granym przez Kowalewskiego Donaldzie.

            „No tak, moja zemsta była słodka. Mogłam nareszcie się na Krzysiu odegrać ze te wszystkie lata złego traktowania nieszczęsnej pani Elizy”.

            „Marta Lipińska. Na to hasło przychodzą mi do głowy same miłe rzeczy. – mówi Krzysztof Kowalewski. – Ona jest jak jej głos. Eteryczna, ciepła, rozkoszna, ale w trudnych momentach potrafi zmienić ton, staje się wtedy zdecydowana, zachowuje zimną krew. Jest zaprzeczeniem Pani Elizy. Dobrze wie, czego chce”.

***

            „W teatrze cały czas czuję się potrzebna. Nawet jeżeli mam niewielkie zadanie, zawsze staram się grać na sto procent. Teraz występuję w sztuce „Księżyc i magnolie”. Lubię to przedstawienie. Komedia, ale szlachetna. Historia powstania filmu „Przeminęło z wiatrem”. Poza warstwą anegdotyczną, komediową, sporo można się dowiedzieć na temat narodzin filmowego arcydzieła. Producent i zespół scenarzystów starali zawrzeć w tym filmie sprawy serio, choćby pomijany dotąd w kinie temat wojny secesyjnej. Gram sekretarkę Selznicka, to nie jest duża rola, ale starałam się starannie przeprowadzić psychologiczny portret tej kobiety”.

            Sekretarkę grała również w bestsellerowej sztuce Michaela Frayna „Czego nie widać”.

            „Właśnie we „Współczesnym” odbywały się często premierowe wystawienia najpopularniejszych sztuk anglosaskich, które do dzisiaj uznawane są za swoisty wzorzec inscenizacji tego typu.

            Wystawienie dobrej komedii czy farsy to wbrew pozorom trudna sprawa. Kilka razy byłam świadkiem rozmaitych podchodów reżyserskich, w których nasze przedstawienia usiłowano przenieść wprost na inne sceny. Efekt był mizerny. Zdarzało się, że słyszałam zdumione głosy. „Jak to możliwe, przecież prawie niczego nie zmieniliśmy”.

            A diabeł tkwi w szczegółach. Musi zaistnieć bardzo wiele sprzyjających sytuacji twórczych, żeby teatralna komedia była dobra. Jest jak dobrze wyrobione ciasto u gospodyni. Wymaga ogromnej precyzji. Na pierwszej próbie z reguły zaśmiewamy się z tekstu, ale potem tego śmiechu jest coraz mniej. Ciasto sceniczne trzeba dobrze wyrobić. Wszystko powinno się zgadzać. Od obsady, do funkcjonalnej scenografii i kostiumów. To straszna robota. Przygotowanie każdej komedii wspominam jako bardzo ciężką pracę, którą wkładamy po to, żeby ostateczny rezultat sprawiał wrażenie, że wszystko wyszło lekko, jak gdyby bez wysiłku. Ot, tak sobie”.

            W 1994 roku Lipińska mówiła:

            „Umiejętność rozśmieszania ludzi to wielka sztuka: trzeba być obdarzonym tak zwaną vis comica, mieć poczucie smaku, żeby nie przedawkować humoru, zachować naiwność dziecka, jego zdumienie. I oczywiście trzeba pracować w doskonałym, zgranym zespole”.

            „Nie zmieniłabym ani jednego słowa tej wypowiedzi. Nie zapomnę znoju, jakim była scena nakrywania do stołu w sztuce Ayckburne’a „Jak się kochają”. Próbowałyśmy to z Zosią Kucówną dziesiątki razy. Aż do znudzenia. W spektaklu wszystko musiało zagrać jak w szwajcarskim zegarku. Znienawidziłam to nakrywania  tak bardzo, że w domu przez dłuższy czas byłam zwolniona z tej czynności. Ale w przedstawieniu scena wypadła świetnie. I o to chodziło”.

            „Również dlatego na profesjonalnej scenie raczej nie poradzą sobie dwusezonowe celebrytki-amatorki. Mogą sprawdzić się w serialu, albo w kinie, kiedy grają siebie, ale teatr jest okrutnym weryfikatorem. Bez warsztatu, świadomości siebie, ciała, głosu – daleko się nie zajedzie. Można coś poudawać, ale to jest zabawa najwyżej na jeden raz”.

            Teatr, sztuka, to oczywiście tylko fragment życia Marty Lipińskiej. Bardzo ważny, ale nie jedyny.

            „Jestem uzależniona od polityki. Rzeczywistość bardzo mocno mnie absorbuje. Nie potrafię zachować dystansu wobec sytuacji, które mnie irytują lub fascynują. Często wobec konkretnej sytuacji politycznej, w Polsce lub na świecie, jestem podekscytowana lub wkurzona. Gwałtownie domagam się sprawiedliwości. Na szczęście mamy z mężem podobne poglądy. Do rękoczynów nie dochodzi”.

            Maciej Englert, mąż Marty Lipińskiej, jest wieloletnim dyrektorem i czołowym reżyserem „Teatru Współczesnego”.

            „Kiedy się poznaliśmy, od dziesięciu lat byłam mężatką, w związku ze znanym operatorem, Krzysztofem Winiewiczem.

            Poznaliśmy się z Krzysztofem na planie filmu, „Czerwone berety”. Oboje byliśmy ambicjonalistami. Mąż często na planie, ja na próbach. Nie widywaliśmy się całymi tygodniami.

            Kiedy Maciek Englert, wówczas absolwent Wydziału Aktorskiego, pojawił się w teatrze, natychmiast szybciej zabiło nam do siebie serce. Graliśmy razem w „Dwóch teatrach”. Ja byłam Lizolettą, on grał zakochanego we mnie chłopca”.

            Kulminacyjna scena z „Dwóch teatrów” Szaniawskiego. Piękna Lizoletta stoi w drzwiach. Mija ją Chłopiec z Deszczu, patrzy na dziewczynę. Spojrzenie się przeciąga. Rodzi się miłość.

            „Teatr stał się życiem. Urodziła się miłość. Maciej był inny. Wtedy w modzie w naszym środowisku był raczej szeroki gest, nieco ordynarny uśmiech, skłonność to figli, a on był tajemniczy, inny, smutny. To mnie zafascynowało”.

            „Wiązana lojalnością, próbowałam walczyć z uczuciem, ale było silniejsze. Mój pierwszy mąż był dobrym człowiekiem, nie bez wad, a ja na pewno nie należałam do osób kochliwych. Miałam zasady. Ale serce nie sługa. Miłość do Maćka spadła na mnie jak piorun, byłam bezradna wobec uczucia. Zaryzykowałam wszystko. Z walizeczką wyszłam z poprzedniego związku, zaczynając wszystko od nowa. Nie mieliśmy mieszkania, ani pieniędzy na wynajęcie. Zamieszkaliśmy u mojej mamy”.

            „Ale nasze uczucie rzeczywiście musiało być mocne, skoro związek przetrwał tyle lat. Wczoraj obchodziliśmy czterdziestolecie małżeństwa.

            Dostałam piękne róże, biżuterię. Wieczorem, przy kolacji, powiedziałam mężowi: „Zobacz Macieju, czterdzieści lat minęło. Jak piękny dzień”.

            Związek Lipińskiej i Englerta w środowisku artystycznym stawiany jest za wzór.

            „Nie przepadam za wzniosłymi słowami. Nie chciałabym tego idealizować. Sukces małżeństw z wieloletnim stażem to zawsze jest sztuka kompromisu. Przez trzy lata, kiedy Maciej był dyrektorem Teatru Współczesnego w Szczecinie, widywaliśmy się tylko w weekendy, to również był test dla naszego związku. Zwycięski.

            Najtrudniejszym okresem był moment, kiedy dzieci wyfrunęły z domu. Zostaliśmy wtedy sami, we dójkę, skazani na siebie.

            Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Nie umiałam zagospodarować pustych pokoi. Podjęliśmy wtedy mądrą decyzję o zamianie mieszkania. Przeprowadziliśmy się tylko jedną ulicę dalej, chodziło o symboliczny gest. Dzieci, które absorbowały sporo naszego czasu,  odeszły, musieliśmy na nowo określić wzajemne relacje”.

            „Maciej jest legalistą, do bólu uczciwy i praworządny, jako dyrektor musi podejmować często trudne decyzje. Oczywiście mimowolnie przerzuca na mnie te dylematy. Czasami mam tego serdecznie dosyć,  tęsknię wówczas za czasami, kiedy za dyrekcji Axera byłam jedynie aktorką. Grałam dużo, u świetnych reżyserów, byłam rozpieszczana komplementami, i zupełnie nie interesowała mnie nowa ustawa, ani prawo budowlane. Dzisiaj jest inaczej. Maciej nie popuszcza, często naraża się ludziom. Na pewno o coś mu chodzi, walczy do końca. Bywa, że ten jego poważny stosunek do sztuki jest dla mnie irytujący, ale przecież w gruncie rzeczy właśnie to mi się w nim podoba. Że jest odpowiedzialnym facetem. Człowiekiem pracy i misji. To jest sexy”.

            „Na szczęście, nigdy nie byłam w Teatrze Współczesnym traktowana na specjalnych prawach. Tak jest fair. Nasze małżeństwo nie ma w tym względzie żadnego znaczenia. Jeżeli sztuka cieszy się powodzeniem, gram ją całymi miesiącami, nawet gdybym padała ze zmęczenia. Nie wolno kaprysić i wybrzydzać. W domu bywam szefową, w teatrze – lojalnym członkiem zespołu”.

            „Jeżeli mam we „Współczesnym” specjalne prawa, to na pewno nie wynikają one z pozycji żony dyrektora, tylko ze względu na jakoś ról które tam zagrałam. Kiedy kasjerki mówią, że widzowie przed kupnem biletów, dopytują czy w przedstawieniu występuje pani Marta Lipińska, jest mi zawsze bardzo miło”.

            „Pilnuję, żeby nie przenosić stresów z pracy do domu. Dom to azyl, spokój, cisza. Wszyscy jesteśmy wprawdzie skupieni na sztuce, stąd teatr, muzyka, film są w naszym domu głównym tematem rozmów, ale nie pozwalam dać się temu zwariować. Przed premierą oczywiście jest nerwowo, czasami nie można do mnie podchodzić, bo potrafię być zołzowata, ale wszystko szybko wraca do normy.

            Zawsze ratował mnie zdrowy rozsądek i poczucie humoru. Sama potrafię się pośmiać z każdej roli, nawet zakpić z siebie. To ważna i cenna umiejętność. Śmiech i radość mają moc oczyszczającą”.

            „Dumą napawają nas międzynarodowe sukcesy syna. Z córką mam świetny kontakt, jesteśmy dzisiaj serdecznymi przyjaciółkami”.

            „Mąż twierdzi, że jestem kobieta luksusową. To, oczywiście, żart. Niewiele mi potrzeba do szczęścia, ale wolałabym żeby to „coś” było w dobrym guście. Ubrania z markowych materiałów, perfumy cenionej firmy, kwiaty wyłącznie cięte. Luksus na jaki jeszcze mogę sobie pozwolić”.

***

            Z Martą Lipińską na przestrzeni lat spotykałem się wielokrotnie. Każda rozmowa to przyjemność słuchania aktorki. Nie tylko tego, co ma do powiedzenia, ale również brzmienia jej głosu.

            W tym tembrze pobrzmiewa w nim nutka afektacji Pani Elizy z „Kocham Pana, Pani Sułku”, zadziorność Annuszy z „Mistrza i Małgorzaty”, pretensje Michałowej z „Rancza”.

            W głosie Marty Lipińskiej naprawdę można się zakochać.

            „Zdaję sobie sprawę, że to moja siła. Czasami robię zakupy nieumalowana, w ciemnych okularach, ale wystarczy, że zapytam po ile pomidory, od razu jestem zdemaskowana. To bardzo miłe.

            Ludzie poznają mnie po głosie. Przez lata niewiele się zmienił. Nigdy nie paliłam papierosów, prowadzę raczej zdrowy tryb życia, w związku z tym mam ten sam tembr. Dzisiaj potrafię robić z głosem różne rzeczy. Krzyknąć albo powiedzieć coś w góralskiej gwarze. Kilka razy usłyszałam, że w moim głosie tkwią echa dialektu wileńskiego, coś ze wschodu, z Galicji. Nie wiem, czy to prawda, nie mam tej świadomości. W każdym razie głos to na pewno moja siła”.

            „Jutro znowu gram spektakl, „Księżyc i magnolie”. I będzie jak zawsze. Jak od pięćdziesięciu lat. Przychodzę do teatru dużo wcześniej. Słucham dźwięków ciszy w garderobie. Szumy roli, jej dopływy. Potrzebuję skupienia i wyciszenia żeby na scenie być jednym wielkim żywiołem. Na czas spektaklu, całą sobą jestem energiczną sekretarką, ale pół godziny po zakończeniu przedstawienia, wracam do pionu. Wracam do Marty. Z postacią sceniczną łączy mnie jedynie uśmiech.

            Uśmiech – ważna rzecz”.

Łukasz Maciejewski

*

Esej Łukasza Maciejewskiego o Marcie Lipińskiej zamieszczony w książce „Aktorki. Spotkania” (wyd. Świat Książki). Zdjęcie pochodzi z promocji „Aktorek” w kinie „Atlantic” w Warszawie.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko