Małgorzata Borzeszkowska – wiersze

0
266
Filip Wrocławski

Nasze zabawki

wiesz, że to może przepaść, 
rozpaść się na kawałki, 
skruszeć i zetleć jak stara jedwabna chustka

może spłonąć jak supernowa, rozpuścić się,
rozwiać, zatonąć

możemy zgubić świat
w pośpiechu, jak gubimy guziki, albo długopisy,
rozkładać wszystko 
i składać nieudolnie na nowo, pokraczniejąc w pokrzywionym “teraz”
i ubierać to “teraz” w nowe słowa z “e-” na początku

może tak być,
ale skoro tamta dziewczynka niesie swą jarmarczną zabawkę 
jak skarb wszystkich świętych,
warto chyba poszukać instrukcji naprawy naszej,
w biurze słów zagubionych


Wiersze w rocznicę

w rocznicę piszą się wiersze
dymem wpadają przez okno
układają w wersy
turkoczą sylaby
trzaskają drzwi wagonu
litery skulone chore wtulone zmięte
łapiące oddech tracące nadzieję
odnajdują się na rampie łączą
w słowa wersy strofoidy
                 te na prawo
te na lewo
                 na prawo
                 prawo
lewo
marsz
pod lufami
nagie słowa palą się
szare kartki
palą się jak ludzie
a dym formuje szare niebo
potem wąską strużką przez okno
szparą pod drzwiami dostaje się do naszych domów

i pisze się wiersz rozstrzelanym cieniem
na ścianie


Listy do K. List pierwszy.

Drogi Kontstandinosie,
nie wiem, czemu coś mnie łaskocze, gdy słucham Itaki,
może to rzęsa, albo okruch chleba,
co się przykleił do palców, a potem uwiązł
pod powieką,
tak jak ja w tym wierszu
coś mnie uwiera pod sercem, gdy czytam Itakę
i trochę mi smutno, że to nie ja nakreśliłam drogę
przez Morze Cyklopow, stragany pełne cudowności
i piaski pustyni, że nie ma we mnie odwagi,
a na horyzoncie jak burzowa chmura
straszy cień Posejdona

może to tylko miraż, gorączka podróży?

szukam swojej Itaki, idę krętą drogą,
zamiast wonnych pachnideł zbieram srocze pióra,
grudki żywicy, szyszki, płynę na moją skałę
przez wody zielone, zatopione w paprociach,
wśród leśnych grzęzawisk

niczego nie oczekuję, niech będzie uboga,
niech będzie tak szorstka jak sosnowa kora,
jak konopny sznur, nieheblowany stół
nie wiem, czy czegoś nauczą mnie mędrcy,
zresztą, gdzież ich szukać, przepadli
w Tartarze,zgiełku, szumie, chaosie

pewnie mi ofiarują mniej niż te kamienie,
miedze polne, sady czy bukowe lasy

płynę do mej Itaki,
i niechaj to będzie podróż życia,
podróż-życie, żebym zrozumiała
czemu mnie wybrała ma wyspa bezludna,
pod chmurą, na środku wzburzonego morza
Itaka,
Itaka


Listy do K. List drugi.                                                     

Drogi Konstandinosie                                                                             

Barbarzyńcy wyraźnie się spóźniają,                         
rozczarowani i znudzeni czekaniem ogryzaliśmy paznokcie, wymyślaliśmy coraz bardziej wyrafinowane gry towarzyskie i nowe kroje szat,
tańce do wtóru piszczałek zmieniliśmy na dostojne śpiewy chóralne,
lub odwrotnie
Ile jednak można czekać?
W końcu postanowiliśmy spróbować jak to jest być barbarzyńcą
mieszkańcy prowincji zachodnich wzorem Wandalów zniszczyli kilka świątyń,
spalili zwoje z pismami stoików, za nimi w ogień poszli ostatni cynicy,
nie dziwiąc się zresztą niczemu

Bycie barbarzyńcą ma swoje uroki- w senacie można robić , co nam się zamarzy, oszukiwać i nawet nie udawać Greka, spory rozstrzygać jednym uderzeniem topora,

Ostatnio nie bywaliśmy zbyt cnotliwi, teraz nie jesteśmy wcale  –
nasze nałożnice w nausznicach i naczółkach z dobrych rzymskich monet gryzą nasze wargi i dyktują listy.

Listy też palimy.

Cóż, bycie barbarzyńcą nie jest szczególnie łatwe, lecz bywa przyjemne.
Wreszcie nie trzeba czekać, aż wjedzie Attyla

i przy wtórze bębnów rozpruje nam brzuchy.
Każdy z nas jest nim po trochu, a czasem i bardziej.
Jeśli spodziewałeś się innego obrotu spraw, zgrzeszyłeś naiwnością,
drogi Konstandinosie.

Z braku barbarzyńców dziczejemy
z oddaniem


Majkontent

Maj. Wiosna w kalendarzu.
A niebo dziwne jakieś,
niby są chmury, a niby nie.
I deszcz wycofuje się rakiem.
Wiosna. A nadal nie wiadomo
o co naprawdę tu chodzi
niby jest dobrze, a jednak nie,
cień zimy pola chłodzi
Słońce. Już niby jasne, jednak nie,
przez szybę przewierca się czasem,
powinno winne kwiatom być,
a tylko kierowców straszy.
I jeszcze kwiaty. Przecież są,
a jednak są jakby ukradkiem;
głupio, że wkoło dziwnie jest,
a one niezmiennie tak ładne.
A wiatr? Też jakiś taki jest,
jak gdyby nie wiedział po co
i komu jakąś zanieść wieść
i rzucić ją na próg domu.
Nadzieja? Pewnie jakaś jest,
(przychodzi co rok, o tej porze),
że w końcu się wyjaśni coś
i zrobi się milej. Może.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko