Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (15)

0
113

Walka o przetrwanie

Na początku stycznia 1954 roku Rymsza miał w brygadzie 36 ludzi, w tym dwudziestu z wyższym wykształceniem. Ponieważ dwóch z nich nabawiło się poważnych dolegliwości zdrowotnych i skierowanych zostało na leczenie do san-czaści, postanowił lukę tę uzupełnić.

Maszerował wąską dróżką w głębokim śniegu, podchodząc do baraku, gdzie spodziewał się zastać Grebieszkowa, a tu z naprzeciwka wychodzi jeden z dozorców. Pijany, że ledwo trzyma się na nogach. Chwiejąc się, brnie po śniegu, a w ramionach obejmuje jak dziecko jakiś pakunek. Rymsza zbliżył się do niego, powiedział dzień dobry, on podniósł głowę i… zwalił się jak długi w śnieg. Pakunek wypadł mu i rozsypał się.

Antoni stanął jak wryty, gdyż prosto pod jego nogi potoczyły się dwie pokaźne konserwy mięsne, był także chleb. Widok jedzenia przyprawił go o zawrót głowy. Przez chwilę wahał się, co zrobić? Podnieść pijanego i pomóc mu się pozbierać, czy złapać za konserwę i szybko się oddalić? Dozorca był tak pijany, że pewnie niczego by nie zapamiętał.

Trudno powiedzieć dlaczego, ale nie zdecydował się na nic. Stanął nieruchomo, jakby go zamurowało, a on wygramolił się powoli z zaspy i usiadł na drodze.

– Czego się śmiejesz?! – zwrócił się do Rymszy.

– Ja wcale się nie śmieję – wyjaśnił Antoni.

– Ty nie znasz ruskiej żyźni (życia). Mry duszu niedzielu, carstwa adin dień. – Umieraj duszo cały tydzień, a króluj jeden dzień.

Słysząc to, żal się Rymszy zrobiło człowieka. Jak mógł pomyśleć, żeby zabrać mu chleb? A gdzie jego godność? Pomógł pozbierać się pijanemu dozorcy i poszedł prosto do Grebieszkowa.

– A ty czego?! – ten już w wejściu potraktował go nieprzychylnie. Zaczął jak zwykle w takiej sytuacji: – Grażdanin naczelnik, mnie potrzeba do brygady…

– Głupiś, Rymsza! – przerwał mu Grebieszkow. – Zamiast o siebie, za dużo troszczysz się o innych. Nic ci już nie pomogę.

Antoni zaniemówił. – A co to za powód, że Grebieszkow tak się odmienił?

– Źle z tobą, Rymsza, bardzo źle. Tobie już skończyło się brygadirowanie. Jutro odeślą cię do kopalni. Ta kartka, co ją przyniosłeś, już na nic ci się nie przyda. Ale ty sam sobie winien. Naczelnika obozu sobą zainteresowałeś.

Z trudem dla przygarbionej postaci Grebieszkow podniósł głowę i chyba po raz pierwszy odkąd się znali, spojrzał mu w oczy. – Jagód ci się chciało. A potem Usawika ty niepokoił.

– Usawika? Przecież ja nie…

– Co nie? – przerwał mu Grebieszkow. – Ludzi dobierasz podług siebie, a to nie podoba się obozowej władzy, paniatno?!

No idź, wracaj z powrotem, ja już ci w niczym nie pomogę.

Śnieg padał grubymi płatkami, mróz przekraczał –20 stopni Celsjusza. Młody Czerniecow miał na sobie nowy długi biały kożuch, nowe walonki i ciepłą grubą uszankę. Jego dłonie ochraniały skórzane rękawice z jednym palcem. Gdy rano dwójkami wyprowadzano ich przed obozową bramę, na stojącym obok niej zadaszonym podwyższeniu Czerniecow ustawiał obozową orkiestrę.

– W Moskwie dochodzi godzina dwunasta w południe – obliczył szybko Rymsza. – Co to za święto? Po co ta orkiestra?

Mimo napięcia, jakie prześladowało go od momentu wcześniejszej rozmowy z Grebieszkowem, uważnie przyjrzał się muzykantom. Byli wśród nich Koźmin i Rae. Wszystkich ich było dwudziestu pięciu. Niczym nie odróżniali się. No może jedynie tym, że trzymali w rękach instrumenty muzyczne, wśród których dominowały tak zwane instrumenty szarpane.

– Numer obozowy F1-233! Jest?! – z trzymanej w dłoniach listy wyczytał naradczyk.

– Jestem! Antoni Rymsza, rodzony…

– Charaszo! Przechodzić! – przerwał mu i wskazał ręką na grupę ustawiającą się za brygadzistą o nazwisku Bujko. – Miał rację Grebieszkow. To była grupa formowana do pracy w kopalni.

– Łagiernicy! Mówi do was oficer polityczny! – zabrał głos stojący przy muzykantach Czerniecow. – „Dnieprowskij” podsumował procenty wykonania planu rocznego! Ogółem plan wydobycia rudy cyny i wolframu przekroczyliśmy o dziesięć procent! Dla uczczenia tego wyczynu zagra dla was orkiestra! Wasi przyjaciele – więźniowie będą odtąd grać wam codziennie rano, zachęcając was do jeszcze wydajniejszej pracy!

Informuję was, łagiernicy, że dla tych brygad, które przekroczą plany wydobycia w ponad stu procentach, organizować będziemy dodatkowe koncerty, podczas ich powrotu z pracy do obozu! Nazwiska przodujących brygadzistów i mistrzów wywieszone zostaną na specjalnej tablicy przy bramie obozowej!

– Jedno, co zyskałem – pomyślał Rymsza – to fakt, że moje nazwisko nie będzie szargane po obozowych tablicach. Nie będzie kłuło nikogo w oczy, że jakiś tam Rymsza przekroczył plan i teraz widnieje tu obok bramy czyśćca, przy której w śniegu wciąż leżą ciała zastrzelonych podczas ucieczki Łotyszów.

Chwilę później na czoło orkiestry wyszedł dyrygent Polak Bierżycki i w powietrzu rozległy się dźwięki muzyki. Jeden z obozowych artystów wysunął się do przodu i głosem sprawiającym wrażenie głosu chłopca przed mutacją, zaczął śpiewać:

Umierać nam za wcześnie,
mamy jeszcze do wykonania bardzo ważne sprawy.
Umierać nam nie można,
czekają na nas w domu i ojczyzna czeka na nasz plan…

„Co za upodlenie – pomyślał Antoni. – Nie orkiestry nam trzeba, tylko chleba, odzieży i lekarstw.

Nie można umierać, bo plan. Tylko to się dla Sowietów liczy: plan!”.

Wątpliwości Rymszy, w jakim stopniu będzie odtąd przyczyniał się do jego realizacji, szybko się rozwiały. Przy wejściu do kopalni pomocnik brygadzisty Jasiukiewicz (brat polskiego aktora pochodzący z Postaw) odczytał mu zapis figurujący w spisie więźniów przy jego numerze obozowym: „Nadaje się do wszystkich robót”.

Na początek otrzymał łopatę i kilof, i skierowany został do załadunku urobku na wagonetkę. „Zabojszczyk” – tak odtąd nazywała się jego nowa funkcja. W kopalni nie posługiwano się numerami więźniów, ale ich funkcjami.

Oprócz zabojszczyków, w kopalni pracowali jeszcze burylszczyki – wiertacze, krepilszczyki – umacniający stropy, stawiający stemple górnicze, skrepierysty – obsługujący zgarniarkę, probywalszczyki – pobierający próby rudonośnego gruntu, zrywniki – minerzy, lebiodczyki – obsługujący wciągarki, kombajnisty – operatorzy zgarniarek. Ponadto brygadziści lub ich pomocnicy wyznaczali doraźnie więźniów do pilnowania silników elektrycznych i sprężarek oraz pomocników minera, mechanika itp.

Rudę cynową, a także występującą w mniejszych ilościach – wolframową, wydobywano głównie w kopalniach. Zdejmowanie jej z powierzchni – co też miało miejsce – i przepłukiwanie było możliwe jedynie w miesiącach letnich, to znaczy w czerwcu i lipcu. Na Kołymie nawet przez te dwa miesiące letnie, kiedy na brzozach – przypominających Antoniemu Rymszy rodzinne strony – rozwijały się liście, ziemia pod niewielką warstwą wierzchnią była zamarznięta. Wystarczyło odgarnąć ręką porastający ją mech, by dotrzeć do warstwy wiecznej zmarzliny. W tych warunkach doskonale spisywały się potężne, wielkości dwupiętrowego domu, Dragi. To był zespół połączonych w całość maszyn, czerpaków, silników elektrycznych, młynów i stołów Wilfley’a, zmontowany na dwóch olbrzymich stalowych łodziach, zwanych Batami (nazwa pochodziła od skrótu: Bolsza Automatyczna Transportowa Maszyna).

BATM pracował w głębokiej odkrywce, z której wybierano grunt (do 12 metrów głębokości). Pracująca na nim Draga miała 70 silników elektrycznych, z których część napędzała taśmę z zamontowanymi na niej czerpakami o wadze 960 kilogramów każdy.

Dragą sterowali więźniowie: – inżynierowie i cały zespół specjalistów – techników. W pojedynczych przypadkach także wolni.

Draga posuwała się bez przerwy do przodu, przeżuwając coraz to nowe warstwy rudonośnego gruntu i pozostawiając za sobą bezwartościowe resztki. Specjaliści od kopalnictwa twierdzili, że aczkolwiek system ten był jedyny do zastosowania w warunkach Kołymy, nie był wcale oszczędny i w pełni wydajny. Podobno Amerykanie starali się o wykup tych terenów, by je poddać ponownej przeróbce. W kopalniach złota Rosjanie podejmowali się przeróbki złotodajnego gruntu, gdy badania wykazywały obecność powyżej pięciu gramów złota w jednym metrze sześciennym, natomiast Amerykanie przystępowali do tego już przy wskaźniku trzech gramów.

Kopalnia, do której trafił Antoni Rymsza nosiła numer 11. Jak ona wyglądała? To był długi, mroczny korytarz (oświetlony jedynie pojedynczymi sześciowatowymi żarówkami, dającymi czerwonawe światło), sprawiający wrażenie wydrążonej w wiecznej zmarzlinie (40 metrów pod ziemią) ulicy. Od tej „ulicy” odchodziły krótkie boczne korytarze drążone nieregularnie (sztreki) – tak jak rozchodziły się żyły kruszcu. Tą „ulicą” chodził główny skrepier, przesuwając urobek do bocznego otworu, gdzie pracowała wagonetka.

Na powierzchni kopalni był szyb wydobywczy, w którym pracowała linowa wyciągarka wagoników. Zamontowany był bloczek, przez który przechodziła stalowa lina, a w ścianie zamocowane były automatyczne odbojniki. Kiedy wagonetka uderzała w nie, ściągnięte nagle sprężyny zwalniały zaczepy i wypełnione rudą kieszenie przewracały się, uwalniając urobek.

Skrepier pracował podobnie; mechanicznie, za pomocą napędzanej silnikiem elektrycznym liny, ale już bez szyn. Obsługujący go maszynista uruchamiał kolejno to jeden bęben – który nawijająca się lina ciągnęła z urobkiem pod wagonetkę, to drugi – podając go z powrotem do któregoś z bocznych sztreków.

W korytarzach bocznych pracowały dwa skrepiery pomocnicze, przesuwające urobek do sztreku głównego. Były one mniejsze i pracowały na krótszych odległościach (skrepier główny zgarniał urobek na długości do 80 metrów). Wszędzie tam, gdzie nie docierały skrepiery, musieli dotrzeć zabojszczyki z kilofami, łomami, łopatami i zwykłymi, często wręcz prymitywnymi (na drewnianych kółkach) taczkami.

Jako „nadającego się do wszystkich prac” Antoniego Rymszę skierowano właśnie do takich taczek i łopaty. Praca przy załadunku rudy bardzo wyczerpywała fizycznie. Po dwunastogodzinnym przebywaniu pod ziemią z trudem mógł on dowlec się do zony. Marzył tylko o chlebie i odpoczynku.

Z upływem czasu przyzwyczaił się do panującego w zonie zimna i niewygód. Po spożyciu posiłku pragnienie snu całkowicie opanowywało jego ciało. „Byleby tylko odpocząć. Położyć się, wyciągnąć obolałe członki na drewnianej półce i zasnąć”.

Czy marzył o czymś jeszcze? Tak, zawsze przed zaśnięciem zwracał myśli do Boga i prosił go, by po obudzeniu się, mógł wstać o własnych siłach, dołączyć do współbraci łagierników, a potem znów trafić na stołówkę i zjeść miskę gorącej bałandy.

Po dwóch miesiącach pracy w kopalni Rymsza znalazł się u kresu ludzkiej wytrzymałości. Któregoś dnia był tak wyczerpany, że nie miał sił dźwignąć taczki. Kręciło mu się w głowie, w oczach migały ciemne plamy.

„Z powodu osłabienia nie skierują mnie do san-czaści. Chyba że… się okaleczę?” – zaczął się zastanawiać.

Pracując na zwolnionych obrotach, obniżał normę; świadomość tego była okropna. Nie chciał, żeby za niego cierpieli inni. Żeby przez niego całej brygadzie zmniejszono o 100 gramów dzienną rację chleba.

Plan dziennego wydobycia obliczano, sumując kursy wywiezionych z szybu wagonetek rudonośnego gruntu. W skali miesiąca zatrudnieni w kopalni geologowie szacowali ponadto rodzaj drążonych skał i gruntu, i na tej podstawie wyliczali w metrach sześciennych powierzchnię chodników, jaką więźniowie powinni wydrążyć.

– Podłożę nogę pod wagonetkę – kalkulował z zimnym wyrachowaniem Antoni. Akurat w pobliżu nie było nikogo. Nikt więc nie zauważy, że zrobił to celowo. Kiedy tylko mechanik uruchomi silnik, podstawi szybko nogę pod koło i… Jeśli potem nie umrze z upływu krwi, jako inwalidę skierują go do lżejszej pracy. W ten sposób jego szanse na przeżycie wzrosną.

Jeśli chodzi o krew, to – jak kiedyś szacował Witek Noskowski – przeciętny więzień nie miał jej więcej niż trzy litry. Mniej krwi, mniejsze ciśnienie, a co z tego wynikało, łatwiej ją zatamować.

Tak, tam pod ziemią – wydawało mu się – jego szanse na przetrwanie malały z dnia na dzień, a w tym krytycznym dniu nawet z godziny na godzinę…

Nie wiedział, jak to się stało, ale w momencie uruchomienia wagonetki przez mechanika, potknął się i zamiast trafić nogą pod koło, zaczepił o odbojnik. Wagonetka potrąciła go, odbiła od ściany i zamiast pod nią, wylądował na ciągnącej ją taśmie. Więźniowie wszczęli wrzask, ale zanim mechanik zorientował się w sytuacji (trzeba pamiętać, że w podziemiach był mrok), wywleczony został do góry na powierzchnię. Tam go ściągnięto i przywołano mistrza.

Kiedy współwięźniowie zorientowali się, co chciał zrobić, zaczęli na niego krzyczeć. Niektórzy podejrzewali nawet, że chciał popełnić samobójstwo.

– Myślisz, że tylko tobie jest tak ciężko?! Twoja ofiara i tak Sowietów niczego nie nauczy! Przyniesie tylko straty! Na twoje miejsce przyślą przecież innego! I co, wszyscy mamy sobie poobcinać nogi? Wszyscy mamy się zabić?!

Niby mieli rację. Nie brali jednak pod uwagę jego załamania psychicznego. A mistrz, żeby mieć go na oku, najpierw kazał mu odpocząć, a potem…

– Czy dasz radę pracować młotem? – zapytał.

– Mam robić za burylszczyka?

– Ano spróbuj. – Mistrz podszedł do jednego z wiertaczy i polecił mu, by wymienił Rymszę przy taczkach.

Ten młot był bardzo ciężki. W całości, bez gumowego przewodu doprowadzającego sprężone powietrze, ważył 38 kilogramów. Wtedy wydawało mu się, że sam nie waży więcej.

– Nie dam rady – zachwiał się, usiłując za uchwyt podnieść z ziemi to paskudztwo.

– Podciągnij sobie przewód i zaprzyj się. O tak – mistrz stanął w rozkroku i naprężył mięśnie. – Jesteś wysoki, musisz dać sobie radę.

Tak został burylszczykiem – wiertaczem. Gdyby ktoś myślał, że była to lżejsza, bądź łatwiejsza praca, grubo by się pomylił. Mało, że trzeba było cały ten ciężar dźwigać, należało nim jeszcze odpowiednio kierować. Przenosić z miejsca na miejsce, zaprzeć się i naciskać całym ciałem, aż korundowa korona świdra zagłębi się w wiecznej zmarzlinie na półtora metra, a nawet więcej: na 180 centymetrów. Sprężone powietrze przelatywało przez środek wydrążonego świdra aż do jego korony, czyniąc w pobliżu niesamowite zapylenie. Już po kilku godzinach obsługi tego piekielnego urządzenia, wiertacze wyglądali jak przysłowiowe diabły. Ich twarze pokrywała gruba warstwa pyłu, którą żeby zebrać, należało posłużyć się jakimś ostrym odłamkiem skalnym.

Tak spędził w kopalni kilka następnych tygodni. Niedługi czas po tym jak usiłował się okaleczyć, pracował na bocznej ścianie za winklem, z którego mieli wyprowadzać równoległy do niej chodnik. Czasowo sztrek składał się z dwóch wąskich, równoległych korytarzy przedzielonych ścianą o grubości około trzech metrów. Ten wspierający sklepienie mur usuwali stopniowo, poszerzając główny chodnik.

Na Kołymie wieczna zmarzlina była tak twarda, że stosowanie wszelkiego rodzaju stempli i podpór ograniczano do minimum. Nie znaczyło to wcale, że takie postępowanie było bezpieczne, skądże – było bardzo ryzykowne.

Akurat odtrąbiono: „Uwaga! Wysadzanie!”, gdyż zrywnik przystępował do odpalania ładunków wybuchowych, gdy do ukrytego za skalny załom Rymszy podszedł jeden z Estończyków.

– Rymsza, przyjacielu, poratuj mnie. Oddam ci swoją pajkę chleba. – Estończyk wyjął zza pazuchy chleb i wyciągnął do niego rękę, by mu go oddać. – Weź, ale oddaj mi przysługę i odrąb mi dłoń. Tutaj mam siekierę – odwracając się, podniósł topór. – Ciachniesz mi po palcach. O tak – wskazał lewą ręką w poprzek dłoni, w której ściskał chleb. – Chciałem zrobić to sam, ale nie potrafię – usprawiedliwiał się.

Antoni popatrzył na chleb i zrobiło mu się dziwnie. – To była cena za spowodowanie kalectwa. Słyszał wcześniej o tym, że takie przypadki się zdarzają, ale nigdy nie spodziewał się, że spotka go to osobiście. To znaczy, że ktoś właśnie jego poprosi o tę szczególną przysługę.

– Ja mam ci uciąć dłoń?

– Tylko palce, przyjacielu. Sam widziałem, jak niedawno temu chciałeś się okaleczyć, ty mnie rozumiesz. Ty jesteś odważny. Nie udało ci się, bo wagonetka ruszyła zbyt gwałtownie i odbiło cię, ale… ciachnąć po palcach to naprawdę prosta sprawa.

– Dlaczego mam ci ciachnąć po palcach siekierą? – zapytał Rymsza, mimo iż przecież rozumieli się od samego początku.

Z trudem dostrzegalne w oczach współwięźnia światło zamigotało, po czym na chwilę zgasło. Gdy podniósł głowę i Antoni ponownie zobaczył jego oczy, zrozumiał, że płacze.

– Naprawdę nie widzisz innej szansy przetrwania? – upewnił się jeszcze.

– Nie, już żadnej innej – potwierdził. Nagle coś zaświtało w głowie Rymszy. – Przecież on też ma za pazuchą pajkę chleba. Zatrzymywali chleb, żeby go zjeść w połowie długiej dwunastogodzinnej pracy.

– Masz, weź mój chleb i odstąp od tego zamysłu. Jutro też oddam ci swoją pajkę, musisz ten kryzys przetrwać. Spójrz, za dwa, trzy dni dobierzemy się do górnych warstw sklepienia, będzie nam łatwiej. Wszystkim będzie lżej, tobie również.

Przekonał Estończyka i mimo że sam bardzo cierpiał z powodu niedostatku chleba, pomógł mu, oddając swój chleb. A Estończyk przetrwał kryzys i niedługo potem zwrócił mu pajki, które od niego otrzymał.

W późniejszym czasie Rymsza zetknął się jeszcze z kilkoma tego typu zdarzeniami. Ich uczestnicy nie zawsze dopinali swego. Jeden z Estończyków po obcięciu sobie palców, już nazajutrz zmuszony został przez brygadzistę do noszenia wiadra z ziemią na zranionym kikucie. Gdy na początku wiadro spadło mu kilka razy, w przegubie ręki zawiązano mu kawał taśmy z zaczepem, na którym go mocowano. To okrucieństwo wobec więźnia wcale nie odstraszało innych desperatów.

Podobno Estończyk, którego zmuszono do dalszej pracy w kopalni i noszenia wiadra, nie trafił dokładnie w dłoń i nie wszystkie jego palce zostały obcięte. Następni, którzy byli po nim, stosowali metodę sprawdzoną już w innych kopalniach, znieczulenia mrozem. Ten, który planował obcięcie sobie dłoni, wkładał najpierw na nią nasączoną wodą rękawicę i wychodził na kilka minut na powierzchnię. Przy kilkudziesięciostopniowym mrozie rękawica zamarzała bardzo szybko, a dłoń stawała się martwa i obcięcie jej nie tylko że nie sprawiało bólu, lecz także powstrzymywało krwawienie.

Tak bronili się ludzie zdesperowani. Ci, których psychika nie radziła sobie z ułomnościami i dolegliwościami ciała i duszy. Czy ich szanse na przetrwanie rosły? Stawały się realniejsze? Skądże. To były tylko pozory. Praca fizyczna i głód wyczerpywały okrutnie, ale bez pracy częstokroć przetrwać było jeszcze trudniej. Głód czasami (bardzo rzadko) udawało się zaspokoić, dolegliwości ciała można było jakoś usuwać, leczyć. Kiedy jednak zachorowała dusza, wcześniej czy później człowiek skazany był na zagładę.

Nie poddać się, nie załamać, chronić przed upadkiem własną duszę. Jeśli zginie moja osobowość i ja zginę – tak należało myśleć i rozumieć sens przetrwania.

W korytarzu kopalni pracowało ponad czterdzieści osób. Wiertaczy było czterech. Młotki pneumatyczne, którymi się posługiwali, nosiły symbol P-508 i produkowane były w Leningradzie.

Dzienna norma nawierceń dla jednego wiertacza wynosiła 60 otworów o głębokości 180 centymetrów każdy. Młoty – bijąc o wieczną zmarzlinę – czyniły też okropny huk. Żeby wytrzymać ten rodzaj pracy, oprócz sił trzeba było mieć jeszcze stalowe nerwy. Nawet na długo po wyłączeniu młota, Rymsza odczuwał wewnętrzny rozstrój, wszystko w nim drżało. Dodatkowo, skóra na nogach i na brzuchu w wielu miejscach poczerwieniała mu od otarć i uderzeń.

Na szczęście niebawem jego mistrz przekonał się, że może być przydatniejszy gdzie indziej. Najpierw na powierzchni przy kompresorach, a później ponownie na dole, ale już przy „zrywniku”.

Zamontowane na Makłarenach kompresory pracowały na ropę. Ciśnienie, jakie potrzebne było młotom pneumatycznym, wynosiło osiem atmosfer. Nie było tam nic skomplikowanego, ale nie każdy potrafił obsługiwać kompresory i właściwie o nie zadbać. To samo dotyczyło przewodów ciśnieniowych. Makłareny obsługiwały jednorazowo kilka kopalni. Stały w grupie oddalone od kopalni około sto metrów. Gdy Rymsza otrzymywał pozwolenie udania się tam i sprawdzenia ciśnienia, szedł zawsze z nim żołnierz. Od sprężarek do kopalni powietrze doprowadzały stalowe rury, łączone co kilkanaście metrów z sobą i schodzące na dół – pod ziemię. Dopiero w kopalni do rury zamontowane było złącze, od którego odchodziły przewody główne po 40 metrów długości i pomocnicze – piętnastometrowe. Zasadą było, żeby wiertacz utrzymywał przy sobie 10–15 metrów luzu. Nieumiejętne obsługiwanie kompresora, łączenie przewodów i rozdzielanie ciśnienia, powodowało straty mocy na młotkach.

„Zrywnik” to inaczej miner, pracujący na specjalnej umowie za duże pieniądze, w jego zapłatę wkalkulowane było ryzyko zawodu. „Zrywników” zatrudniano tylko spośród wolnych. W kopalni „zrywnik” zakładał i uzbrajał ładunki, wykonywał sieć wybuchową i detonował ją.

Przygotowania do wysadzania prowadzono na tak zwanej ławie – ścianie długości 180 metrów. Otwory pod ładunki wybuchowe wiercone były w odległości półtora metra jeden od drugiego. Żeby wyrwać cały blok wiecznej zmarzliny zawierającej grunt rudonośny, należało wykonać dwa rzędy otworów: zbieżne pod kątem od dołu i z góry.

Ukośne ustawienie otworów ułatwiało odrzucanie i kruszenie gruntu. Pogoń za planem, trudne warunki (niedostatek światła, brak precyzji w montażu sieci) powodowały często, że w zmarzlinie pozostawały niewybuchy. Obrywało, bądź obcinało lont przy którymś zapalniku i pozostawał on nieodpalony. Tego wiertacze bali się najbardziej. Dlaczego? Bo, gdy trafił świdrem w szklankę zapalnika (w kopalni stosowano zapalniki Biforda i ręczny sposób ich odpalania) zapalnik wybuchał i dochodziło do nieszczęść. Raz jednemu wiertaczowi, w obecności Rymszy pokiereszowało całą twarz, a w sąsiedniej kopalni „burylszczykowi” wybiło oczy.

Któregoś dnia więźniowie przystąpili do likwidacji ściany stanowiącej naturalną podporę sklepienia sąsiadujących z sobą (równoległych do siebie) korytarzy. Najpierw do pracy przystąpili wiertacze. Wtem, pracujący obok Rymszy współwięzień natrafił na szklankę z zapalnikiem. Nastąpił wybuch…, ale co to? – Ładunek eksplodował po przeciwnej stronie ściany.

„Miał szczęście” – pomyślał Antoni, podbiegając do wystraszonego wiertacza i widząc, że mu się nic nie stało. Tymczasem wydarzyło się coś niespotykanego. Wiertacz trafił w ładunek umieszczony po przeciwnej stronie. Eksplodujący zapalnik zadziałał jak przez lufę karabinu i… odrzucony nim odłamek skalny trafił prosto w klatkę piersiową stojącego po przeciwnej stronie muru inżyniera. Nieszczęśnik został przeszyty nim tuż nad górną krawędzią skórzanego pasa. Zanim przyszła pomoc – zmarł.

W kopalniach nieszczęśliwe wypadki zdarzały się codziennie. Nie zawsze śmiertelne, ale i tak bardzo poważne. Gdyby nadzorcy przestrzegali chociaż podstawowych zasad bezpieczeństwa, większości z nich można by było uniknąć.

Sporo wypadków zdarzało się z powodu braku drewnianych zabezpieczeń ścian. Podpory i stemple stosowano tylko wtedy, gdy po wybuchu na sklepieniach wystąpiły pęknięcia i gdy te pęknięcia powiększały się. Niekiedy jednak niespodziewanie ze sklepienia obrywały się pokaźnej wielkości plastry wiecznej zmarzliny.

Tego dnia, gdy pod nawisem skalnym przechodzili: „burylszczyk” – Łotysz Jonson i „zabojszczycy” Azer Kalendarow oraz Litwin Balkusow – usiłujący ułatwić sobie pracę i zerwać nawis prosto pod pracujący obok „skrepier” – kamienie oberwały się i wszystkich trzech więźniów przysypało.

Jeszcze nigdy dotychczas pracownicy nadzoru nie przejęli się tak wypadkiem, wiele czasu poświęcając na akcję ratunkową. Prawie dwa dni wydobywano zerwane kamienie, usiłując czym prędzej dotrzeć do zasypanych. Łotyszowi Jonsonowi udało się; drugiego dnia, wraz z kamieniami, zjechał do podstawionej w pobliże zawału wagonetki. Był pokiereszowany, ale przeżył. Pozostali dwaj więźniowie-górnicy niestety zostali wydobyci martwi.

Ich pogrzeb wszystkich zaskoczył. Po raz pierwszy na Kołymę przywieziono trumny. Balkusow i Kalendarow złożeni zostali w trumnach i odwiezieni na nowy, ogólny cmentarz.

cd.n.

Jeśli chcesz skontaktować się z autorem, możesz napisać do niego e-mail: jan.smalewski@wp.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko