Krystyna Habrat – RADOŚĆ LUBIENIA!

3
339

  Kiedyś mój felieton zatytułowałam: LUBIĘ LUBIĆ LUDZI. Treści nie pamiętam, ale  poniewczasie przyszło mi do głowy, iż obnoszę się tak z moją niby miłością do wszystkich, bez wyjątku, a to byłoby fałszywe.  Tylko święty potrafi okazać miłosierdzie wobec  łotra, co krzywdzi innych. No bo jak tu lubić tego, co ukradł mi samochód? Albo złośliwego pyskacza z dyskusji telewizyjnej, jakich się namnożyło?

  Hasło w zgrabnej formie: 3L  – L.L.L. –  oznacza jedynie, że przyjemny jest stan, kiedy akurat nie doskwiera żadna zadra do kogokolwiek, a wręcz przeciwnie koi moje dobre samopoczucie czyjeś dobro słowo, uśmiech.  Dla mnie to – sympatyczny komentarz pod moim  wpisem, wklejonym tekstem, to znów czyjś aforyzm na Facebooku głoszący radość życia, który daje wskazówkę do pozytywnych  poczynań. Wtedy lubienie jest tak przyjemne. Wprost czuje się lekkość życia. To nawet uskrzydla.

  Mam pośród znajomych na FB wiele osób,  często nigdy nie widzianych,  którzy dają się lubić, bo są sympatyczni, dobrze wychowani i darzący wszystkich emocjami pozytywnymi. Odnoszę wrażenie,  że oni  też mnie lubią.  Szczególnie, ci wszyscy, z którymi najczęściej “rozmawiam” na FB, a do niedawna na Naszej-Klasie czy Portalu Pisarskim. Przesyłamy sobie dobre słowa,  miłe komentarze, pozytywne wskazania, pouczające filmiki, nawet serduszka, i jest przyjemnie. Wtedy się wie, jak ważna jest w życiu wzajemna sympatia i poczucie, że ma się wkoło dobrych ludzi.    Tylko osobie zbyt  serio, co nie potrafi   traktować spraw z przymrużeniem oka,  trudniej się w tym odnaleźć. Nie szkodzi. Byle nie truła jadem niechęci.

  Tylko na Portalu Pisarskim, o ile pamiętam,  było  bez serduszek, ale z poważnymi komentarzami odnośnie publikowanych tam wierszy i prozy. Oceniano czasem pobłażliwie, tak dla zachęty, a częściej surowo, nawet boleśnie.  Oceny, nawet amatorskie, ale pełne fachowych wskazań, mogły podnieść autora na duchu, by dalej mozolił się nad   białą kartką papieru (ekranem monitora). Dać nadzieję, że kiedyś ktoś to wydrukuje,  może nawet przyjdzie  sława.  

   Te komentarze, nawet niefachowe, jakby wprost od czytelnika,  były potrzebne.  Wskazywały, co się w danym tekście podoba, a co może należałoby  dopracować. Człowiek uczy się całe życie i  jako twórca musi poprawiać swe niedociągnięcia według wskazań innych  albo bronić swych racji i nie poddawać się za szybko. Szlifowanie talentu nie jest łatwe. Iluż zresztą znanym pisarzom na początku ich  prób literackich wręcz odradzano pisanie. Iluż wyśmiewano. Kiedyś nawet wyliczałam takich i owe niepochlebne opinie w eseju o pracy twórczej, ale nie przechowuję tego w pamięci. Ważniejsze są  książki tych autorów, jakie wnieśli do literatury polskiej czy światowej.

 A wracając do lubienia ludzi, powiem, że ja  mam szczęście do ludzi mnie lubiących.  I szczęście lubienia wielu. Oczywiście   nie wszystkich da się lubić i nie wszyscy muszą lubić mnie, ale jest takich wystarczająco dużo. Od rodziny poczynając, co jest najlepszym wyposażeniem do życia.

  Tu przypomnę arystokratkę z “Braci Karamazow” Fiodora Dostojewskiego, która zwierzała się zakonnikowi, ojcu Zosimie, że bardzo kocha całą ludzkość, ale pojedynczy człowiek z bliska ją odstręcza.

  Nie mogę w tej chwili sprawdzić tego w książce, bo ją pożyczyłam synowej, ale wydaje mi się, że arystokratkę usposabiała  niechętnie od kogoś krosta na  jego twarzy, to znów inna niedoskonałość, dostrzegana dopiero  z bliska.

  Znamy to, znamy.

  W ostatnich latach pojawiło się nawet wiele książek na temat współżycia z ludźmi, poczynając od nawołujących do polubienia samego siebie, nawet rozgrzeszających egoizm, po tytuły typu: “Wredni ludzie”. Ta ostatnia książka jest chyba tak poczytna, że od lat nie udało mi się jej zdobyć. Z recenzji i jej fragmentów wiem, że chodzi tu o ludzi, którzy nas niszczą, czasem w zawoalowany sposób, od których trzeba uciekać jak najdalej. Czasem bywa to  osoba bliska: rozkapryszona żona, jak z opowiadania Czechowa “Trzpiotka”, to znów  teściowa – wymagająca już opieki, a tak dokuczliwa, że  grzechem byłoby ją zostawić i wyzwolić się z jej macek. Czasem – zakompleksiony nauczyciel, odbijający sobie na uczniach swe niepowodzenia ze świata dorosłych.  Szefowa, humorzasta i  wiecznie zapretensiona. Ktoś inny wiedzący wszystko najlepiej, albo inny:  złośliwy, zakłamany i podstępny…

  O, wystarczy tej wyliczanki! Nie będę sobie i innym psuć humoru podczas kwarantanny, by rozpamiętywali, kto im i jakie krzywdy wyrządził. Rozpamiętywać krzywd nie wolno, bo taki stres szkodzi  zdrowiu. Dodam tylko, że chyba w tej,   książce “Wredni ludzie” występuje pojęcie: “umniejszacz spiralny”. Jest to osoba obniżająca nasze poczucie wartości  ciągle nas poprawiając, krytykując. Przy takiej czujemy się gorsi, nieporadni, nawet  język i dowcip nas zawodzi. Taka osoba umniejsza i zohydza wszystko, co w nas najlepsze i powoli oplątuje, by wykorzystywać do swych celów i zniszczyć. Niczym liana, wspinająca się spiralnie po drzewie i wysysająca z niego soki  aż drzewo obumiera.

  Musimy jak najszybciej od takiej uciekać. Poszukać innej pracy. Omijać z daleka koleżankę, która wygadywała na szefową, postrach wszystkich, wciągając nas w podobne narzekania, a potem biegła do niej z kawą i wszystko powtarzała. to i owo nadinterpretując.  Ale takie “ucho szefowej” też   wpada  w matnię, gdy   zespół  na kolejną kadencję wybierze innego szefa. Zaskoczona autokratka pyta: “Dlaczego, dlaczego? Przecież mnie tak kochali? Jacy ludzie są niesprawiedliwi!”  Ach,  jedni po prostu  się jej podlizywali. Inni byli tylko grzeczni.

  Człowiek nie wie, jak widzą go inni, i   często  osoba dokuczliwa, złośliwa, zawistna, nie panująca nad swoimi wybuchami, czuje się skrzywdzona. Niektórzy dopiero w momencie dymisji.

  Kiedy nasłucham się o konfliktach między ludźmi, to przypominam sobie przypowieść o jeżach. Marzły w zimie, więc skostniałe zaczęły się do siebie przybliżać, wreszcie tulić, aż się nawzajem ogrzały. Wtedy poczuły ostrość kolców tego obok i tego z drugiej strony. Musiały się odsunąć. Jeszcze trochę. Jeszcze. Już nie kłuły, ale znowu marzły. Należało się przybliżyć. I tak rozsuwały się i przybliżały. W końcu znalazły najwłaściwszy dystans, gdzie już ciepło koiło, ale kolce nie raniły.

  Tak i u ludzi. Czasem trzeba się trochę odsunąć, by  nie być dotykanym, dotkniętym, ranionym,  i samemu nie dotykać.

  A co zrobić z despotycznymi a kapryśnymi paniami w rodzinie, złą żoną, teściową czasem matką?  Jak postąpić z ojcem pijakiem.  Zostawić? Pozbawić pomocy? Okazać się wyrodnym  synem, córką,  złym mężem?

   Tego to ja nie wiem.

 Nieraz zawodowo musiałam doradzać, jak te układy leczyć, poprawiać, wskazywać różne punkty widzenia, ale każdy musi sam podjąć decyzję.

  Tak niełatwo   czuć się wśród ludzi dobrze.  Należy na to zapracować. Postarać się, być lubianym.  Ale  niektórym zdaje się na tym nie zależy.  

  Jedni mają kompleks niższości, mają stale żal do całego świata, więc umniejszają wszystkich dookoła, obgadując,   wszczynając awantury o byle co. Najgorsze, że przy dziecku mówią źle o wszystkich, z przekąsem, złośliwie. Nie wpoją,  mu, że nie wolno bać się  ludzi, ani węszyć wszędzie zagrożenia.  Nie nauczą, jak  nie robić z siebie ofiary losu, co potem siedzi samotnie w kącie i kąsa podstępnie. Dzieci, które ciągle słyszą  pretensje rodziców do  całego świata,   wybijają  potem sąsiadom szyby.

  Drudzy znowu są zbyt zajęci własnymi sprawami, może sami niezbyt szczęśliwi, mało się uśmiechają i nie zadbają, aby dziecku  dawać przykład życzliwości dla świata.  Czasem uważają się za lepszych od innych i nie nauczą, że nie wolno się wynosić ponad, bo takich czeka osamotnienie. Czują się lepsi i lubią tylko samych siebie  oraz swe wąskie grono rodzinne. Zadzierają nosa. Nie mają przyjemności zadawać się z każdym. Pozostają wyalienowani. Synowie   zblazowani. Nic i nikt takiemu nie zaimponuje. Długo nie znajduje godnej siebie dziewczyny. A smutne córki czasem w ostatniej chwili swej kobiecości zdobywają się w tajemniczych okolicznościach na dziecko. Nie baczy taka na plotki, uszczęśliwiona, że już nie zostanie  sama.

 Żal mi dzieci z domów, gdzie panował żal do świata. Żal i tych, gdzie panowało poczucie, że nie powinny utrzymywać kontaktów z gorszymi od siebie, gorzej ubranymi, o niższym statusie społecznym. Nasłuchałam się o tym w mojej pracy zawodowej. Naczytałam. Zapamiętałam jedną, która chełpiła się, że nie zadawała się z koleżankami z prowincji i nigdy nie przekroczyła progu akademika. Ale nie wyglądała na bardzo szczęśliwą.

  Są takie smutne domy gdzie nikt nie uczy jak żyć z innymi. Nie słychać tam śmiechu ani radosnych śpiewów i wszyscy mają ponure twarze.

 Czasem można się sparzyć, ale samemu zawsze gorzej.

   Tak, zgoda buduje, uśmiech kruszy mury.

   Rodzice od małego muszą wyposażać dzieci  w radość lubienia. Trzeba lubić ludzi, pracę, przyrodę, książki, sport i co tylko się da. Życie wówczas wartościowsze, chyba szczęśliwsze.

  Pozytywne nauki rodziców i szczęśliwe dzieciństwo pośród osób kochających i kochanych jest najlepszym wyposażeniem do życia. 

  Tak. Lubisz, to będziesz lubiany. Może nie przez wszystkich bez wyjątku, ale wystarczająco, by nie czuć się wyalienowanym, gorszym, nieszczęśliwym.

  To wszystko proste tylko, gdy się o tym mówi. W życiu bywa z tym gorzej, bo to każdy kij ma dwa końce i za dużo czegoś – niedobrze, a za mało – źle. I chcieć jak najlepiej, to i tak nikomu się nie dogodzi… O tym tylko mówią przysłowia albo przypowieści. A jacy straszni bywają ludzie, można zobaczyć w telewizyjnych dyskusjach i w Internecie, gdzie publikują swe  teksty pełne brzydkich słów.  I jak tu takich lubić?

 Wolę powrócić do książek.

  Wcześniej wspomniałam o “Braciach Karamazow”.  Nie sięgnę po tę książkę, aby rozszerzyć fragment, na jaki się powołuję – o lubieniu ludzkości, ale nie człowieka – bo ją  pożyczyłam.

   Podczas kwarantanny i zamkniętych bibliotek czy księgarń, rozkwitła moda na wzajemne wykorzystywanie domowych księgozbiorów. Jak to dobrze mieć domową bibliotekę! Mam teraz co czytać. Wracam do książek dawno czytanych albo wciąż odkładanych na później.

  A już zaczęła panoszyć się moda na mieszkania bez książek, bo niby ładniejszy minimalizm sprzętów i ozdób. Pewnie w przestrzennych mieszkaniach  – tak, ale w tych blokowych trzeba gdzieś, chcąc – nie chcąc,  upchnąć wszelkie ziemskie dobro.  Można więc zobaczyć w telewizji, jak eksperci od urządzania wnętrz wrzucają książki z półek do wielkiego kosza, a  w ich miejsce stawiają  głupawe bibeloty, pudła, butelki po trunkach. Ani to ładne, ani potrzebne. Czyżby to nie zakłócało czystej linii plastycznej wnętrza, nie kurzyło się, jak książki?

  Ale teraz, gdy wszyscy  siedzimy na domowej kwarantannie pod hasłem: “ZOSTAŃ W DOMU” i w TV pokazują rozmówców w ich mieszkaniach, to z reguły  siedzą oni  na tle ściany z książkami. Z ciekawością odczytuję tytuły. To dużo mówi o właścicielu.  Przecież książki budują to, kim jesteśmy. Naszą osobowość.

  Jestem przekonana, że i w mojej głowie, sercu (powiedzmy w emocjach), charakterze, tkwią choćby fragmenty ulubionych książek z dzieciństwa: i “Ani z Zielonego Wzgórza” i “Dzieci kapitana Granta” i niefortunnie oswajany wilk z opowiadań o zwierzętach oraz para rozbrykanych ichneumonów, i tajemnicza pani za gęstą woalką z powieści “Kobieta o aksamitnym naszyjniku”, a może tej drugiej, bo były tam dwie powieści Dumasa (ojca), i Madagaskar Fiedlera, i jeszcze dziwny młodzieniec, jaki znalazł się niespodzianie na ulicach Norymbergii, a nie wiedział, kim jest ani skąd, a uczyłam się o nim później na Psychologii.  Ale “Anielki” Prusa ani żadnej noweli pozytywistów nie dopuściłam do mojej głowy, bo opisane dzieci były  nieszczęśliwe. A ich ewentualne wartości artystyczne wcale mnie nie obeszły. Stały się tylko jednym z motywów mego wyboru psychologii, żeby móc kiedyś nauczać dorosłych, jak czynić dzieci szczęśliwymi. Usiłowałam robić to później, ale dorośli są bardziej oporni wobec takich nauk niż dzieci, co już czasem poznać po minie. A dzieci zwykle się do mnie uśmiechały.

  Dlatego cieszy mnie w dobie pandemii koronowirusa powrót do czytania w domu książek i demonstrowania, wszem i wobec, swych księgozbiorów. Sama rok temu zrobiłam sobie niechcący takie zdjęcie na tle moich książek, bo  w tym miejscu było najlepsze oświetlenie. Wydawca mojej ostatniej książki chciał   zdjęcia, gdzie trzymam w rękach tę książkę.  Wybrał jednak inne, a to dałam na FB.

   No, dość o błahych fotografiach. Pora zająć się czymś pożytecznym.

   Teraz wiele osób zatrzymanych z powodu kwarantanny zakładów pracy, szyje maseczki antywirusowe, nie tylko dla siebie, ale masowo dla wszystkich. Wielu za darmo. Spójrzmy w ich twarze, jakie uśmiechnięte, zadowolone.  To chyba radość czynienia dobra dla innych.

  To jest piękne, że tyle ludzi robi teraz coś dla wspólnego dobra.  

  Jak się to widzi, w TV czy Internecie, to od razu serce rośnie. I jak tu nie lubić takich ludzi?!

Tak.  Szlachetność człowieka najlepiej poznajemy w czasach trudnych.

Krystyna Habrat

Reklama

3 KOMENTARZE

  1. Na pewno potrzeba ludziom wzajemnej życzliwości, przyjaznych relacji, które czynią życie lepszym.O tym pisze Autorka felietonu taktownie o tym przypominając. Za to należy się podziękowanie i gratulacje. Wszak niezbędna jest kultura słowa, umiejętność dyskusji w sprawach spornych zamiast agresji, pospolitego pieniactwa, które obserwujemy każdego dnia.

  2. Żeby móc lubić innych, trzeba lubić siebie samego. Nie mylić oczywiście z uwielbieniem, bo to – bywa – wymknie się spod kontroli i wtedy można z tej miłości własnej spuchnąć jak balon. A jak wiemy – balon w środku pusty. No więc nie przesadzać z niczym. Temat felietonu bardzo ważny, tym bardziej, że sympatia, lubienie, to tak bardzo potrzebne uczucia. I nie chodzi o to, aby na siłę przypodobać się innym. Warto być po prostu szczerym w kontaktach, każda gra to tylko gra, potem maska opada.
    Życzliwość rodzi życzliwość. Ludzi sfrustrowanych, destrukcyjnych – omijać. Niewiele takim pomożemy, bo z reguły mają monopol na mądrość, a siebie wprowadzimy w zły nastrój. Myślę, że spokój, brak zawiści, szczera rozmowa czy niewymuszony uśmiech – to niezła recepta. I na siłę nie udowadniać swoich racji, to niewiele da. Każdy ma prawo mieć własny pogląd i niekoniecznie trzeba skakać sobie do oczu. Wystarczą nam niektóre debaty telewizyjne.
    Szanować przyjaźnie, te stare najcenniejsze.
    Autorka doskonale przedstawia temat w oparciu o wieloletnie doświadczenie zawodowe. Ale najważniejsza jest jej własna życzliwość dla ludzi i świata, co jest odczuwalne w każdym felietonie, komentarzu, wymianie opinii. To cenne, gratuluję.

  3. Dziękuję paniom: Halinie i Ani za rozwinięcie moich refleksji.
    Tak, to teraz ważny temat, gdy w obliczu pandemii chcielibyśmy być bardziej przytuleni do siebie, no – solidarni. I dodawać sobie nawzajem otuchy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko