Mateusz Chról – Ludzie Zachodu

0
543
Jacek Maślankiewicz

Około ósmej nad ranem kamień przestrzelił kruchą szybę w pustym już mieszkaniu. Światło świeżego, porannego słońca rozpraszało się na drobinach kurzu, tworząc snop – zupełnie jak z reflektora. Dźwięk tłuczonego szkła wytworzył echo w korytarzach budynku. Zaraz wszyscy byli pod drzwiami, buczeli i walili pięściami. Nie wiedzieli, że nikogo nie było w środku.

*

Dzień w którym Carnacki i Bornacka pojawili się w mieszkaniu przy ulicy Pretoriusa w Przeworsku nie został zapamiętany radośnie. Neobarokowa kamienica zamieszkała dotychczas przez osiem rodzin zagościła nowych lokatorów. Byli przybyszami z jakiejś Warszawy, Wrocławia czy Poznania albo innej rozwiniętej aglomeracji, z wyższym wykształceniem i nowoczesnymi obyczajami. Moja skromna dokumentacja z wiadomych przyczyn nie będzie pełna. Starałem się spisać spójne świadectwo, bazując na rozmowach z sąsiadami i własnym doświadczeniu. Być może część z zawartych informacji będzie nieprawdziwa. Zaznaczam jednak, że trzymałem fantazję na wodzy, nie puszczając jej ani na moment. Nie napisałem niczego czego nie zobaczyłem lub nie usłyszałem z ust świadków, chociaż ręczę wyłącznie za siebie.

*

Najpierw usłyszałem sapanie, jakby zmęczonego zwierzęcia. Było już po południu i wszystkim doskwierał sierpniowy upał. Zobaczyłem go wyłaniającego się z półmroku, jak wspinał się po schodach ciągnąc za sobą łomoczące walizki. Miał ciemne włosy i pulchną twarz pokrytą rzadkim zarostem, czarną koszulę rozpiętą na piersiach, wyblakłe poszarpane jeansy i sandały.

– Dzień dobry – wysapał z siebie robiąc przerwę na zaczerpnięcie powietrza.

– Cześć. Jestem Wojtek – przywitałem się od razu.

– Cześć. Albert.

– Miło mi.

– Zobaczymy – powiedział spuszczając wzrok na walizki.

Z jego skroni i czoła spływały kaskady potu. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak się pocił. Śledząc przez moment strumień kropli na jego skórze, moją uwagę przyciągnął tatuaż w okolicach obojczyka. Wcześniej część zasłaniała koszula. Teraz gdy było mu jeszcze goręcej rozpiął kolejny guzik i mogłem przyjrzeć się dokładniej. Tatuaż przedstawiał niewielkiego pająka.

– Zobaczymy?

– Zobaczymy czy będzie ci miło – uśmiechnął się głupawo – nie no, żartuję. Mi również miło.

– Albercik? – usłyszałem żeński głos – Albercik gdzie jesteś?

– Tutaj, drugie piętro korytarzem w lewo, kochanie. Poznałem już naszego sąsiada!

– O, cześć! – bardzo szybko wbiegła po schodach – Helena. Miło mi.

Przedstawiłem się. W przeciwieństwie do swojego, jak mniemam chłopaka, była pogodna i otwarta w kontakcie, umiarkowana czy wręcz wstrzemięźliwa z sarkazmem. Miała długie nogi, ciemnobrązowe włosy i wcięcie w talii. Była wyższa i szczuplejsza od niego. Kiedy tak z nimi stałem, schodami przechodził Podlecki rzucając niemrawe dziędobry i pełne wątpliwości spojrzenie. W tym samym momencie zobaczyłem starą Aldonę Kurlak, wyglądającą przez szparę w drzwiach. Niebywale pragnęła sprawdzić co to za hałas dobiega zza drzwi. W tym budynku wszyscy znają się tak dobrze, że rozpoznają kto przemyka przez klatkę po dźwiękach kroków. Oczywiście musieli zeskanować nowych sąsiadów swoimi pełnymi zaciekawienia i nieufności oczami.

– Pomóż mi z tym – wówczas położyła na podłodze dwie doniczki z roślinami, które wyglądały dosyć egzotycznie, by nie rzec dziwacznie. Zaspokoili moją ciekawość oznajmiając, że to mandragora i krwawnik.

– A więc jest tego więcej? Może wam pomóc – zaproponowałem.

– Nie – powiedział.

– Tak – powiedziała.

Spojrzeli na siebie uśmiechając się.

– Poprosimy o pomoc kiedy faktycznie będziemy jej potrzebować. Nie ma sensu prosić o coś innych, gdy można zrobić to samemu – odparł stanowczo Albert, kierując swoje słowa jednocześnie do mnie i swojej partnerki.

Sądząc po jego zmęczeniu pomoc by im się przydała, ale nie było większego sensu się narzucać. Pożegnałem się i wróciłem do siebie. Mieszkałem piętro niżej, tuż pod nimi. Odprowadziłem ich do wyjścia i wróciłem do swojego lokum. W kuchni nalewając sobie wody wyjrzałem przez okno, uchylając delikatnie firankę. Zobaczyłem samochód pełen roślin – mieli tam małą dżunglę. Były owinięte jakimś tworzywem, które miało chronić je przed uszkodzeniami. Wyładowywali wszystko sprawnie, chociaż Helena robiła to szybciej, ruchy Alberta były flegmatyczne.

*

Wieczorem, kiedy robiłem sobie kolację usłyszałem pukanie do drzwi – to była Helena. Uśmiechając się zza ciemnego kosmyka włosów opadającego na policzki, spytała czy nie mam pożyczyć pompki do dmuchania materaca. Powiedziała, że ich meble przyjadą dopiero za tydzień, bo przybywają z dosyć daleka. Do tego czasu będą spać na dmuchanym materacu. Poprosiła, żebym nie mówił nic jej chłopakowi. Albert nie lubi prosić o pomoc innych, uznaje to za wyraz słabości i braku samowystarczalności. Wyciągnąłem pompkę z szafy i wręczyłem jej.

– Oficjalnie poszłam ją kupić. Powiem mu, że jest nasza. Kiedy przestanie być potrzebna to przypadkiem się zgubi, wtedy ci ją zwrócę.

Było to dla mnie dziwne zagranie, brak szczerości w tak błahych sprawach zazwyczaj nie wróży nic dobrego, ale nie chciałem dyskutować na temat jej związku. Ledwo co się poznaliśmy. Zaproponowałem jednak, żeby weszła do środka i bez zbędnego namawiania zgodziła się. Chciałem poczęstować ją tostami z szynką i serem. Odmówiła mówiąc, że nie je mięsa ani nabiału.

– A więc nie przywozicie jeszcze mebli, ale zabraliście ze sobą wagon roślin – zażartowałem uszczypliwie.

– Rośliny są z nami zawsze – odpowiedziała, rzecz jasna z uśmiechem, spoglądając na mnie brązowymi oczami z iskierkami w środku.

– Nie wątpię – nie wiedziałem co odpowiedzieć – czyli mają jakieś znaczenie?

– Wszystko ma jakieś znaczenie – zaśmiała się.

– To znaczy?

– Nie zrozumiałbyś.

Po chwili milczenia zapytałem co robi w życiu. Okazało się, że ma pracować w wegańskiej knajpie niedawno otworzonej w naszej miejscowości.

– Tu wszyscy są mięsożercami – rzuciłem sardonicznie – ale jeśli mnie przekonasz to wpadnę na coś wegańskiego, specjalnie dla ciebie.

Wyznała także, że jest w trakcie pisania doktoratu z zakresu komparatystyki literackiej, na temat wpływu Raju utraconego Johna Miltona na XIX-wieczny okultyzm brytyjski. Załatwiła sobie roczny urlop na uczelni w celu uzupełnienia materiału i dokończenia pracy. Albert natomiast ma pracować jako dyrektor artystyczny w domu kultury w Przeworsku, który jest zresztą jedyną taką placówką naszej mieścinie. Podobno organizował już wiele wydarzeń kulturalnych, spektakli, ekspozycji artystycznych i instalacji w całej Polsce. Udało mu się objąć stanowisko po poprzednim dyrektorze, który zadłużył galerię i stracił stanowisko. Kiedy wypiła yerba mate, którą wcześniej ją poczęstowałem, energicznym ruchem związała włosy w kok i powiedziała, że musi się zwijać. Przy drzwiach gawędziliśmy jeszcze przez kilka minut, rozmowa była naprawdę przyjemna. Gdy wychodziła zobaczyłem, że ma na karku wytatuowaną rycinę pajęczyny.

W nocy kiedy myłem zęby w łazience, światło zaczęło dziwnie mrugać, jakby wystąpiło jakieś zwarcie w żarówce. Po krótkiej chwili mroku, kiedy żarówka ponownie rozbłysła, na lustrze zobaczyłem błąkającego się pająka. Wziąłem go w dłoń, otworzyłem okno i wypuściłem na zewnątrz. Całe szczęście, że nie mam arachnofobii. Kiedy położyłem się do łóżka czułem się nieswojo. Przez jakiś czas nie mogłem zasnąć i przewracałem się z boku na bok. Dziwiłem się sam sobie bo zawsze zasypiam bez problemu i śpię jak kamień. Bezsenność nigdy się mnie nie imała. Noc była bezwietrzna, ciepła i okropnie duszna, nawet przy otwartym na oścież oknie. W chwili gdy powoli zasypiałem poczułem, że coś chodzi po moich plecach. Nie mam nic do owadów, ale nie lubię gdy urządzają sobie z mojej skóry tor wyścigowy. Niekomfortowe wrażenie wywołało dreszcze, gwałtownie sięgnąłem ręką w miejsce gdzie łaskotał mnie wścibski robal. Poczułem jedynie wilgoć – okazało się, że to kropla potu spływa po moich lędźwiach. Odetchnąłem z ulgą, przy drugiej próbie zaśnięcia usłyszałem kroki na klatce, sprawiało to wrażenie marszu kilkuosobowej grupy ludzi zmierzających na piętro wyżej. Zasnąłem. W środku nocy, kilka minut przed trzecią obudził mnie rytmiczny stukot dobiegający z apartamentu Bornackiej i Carnackiego. Tępo, prawie niezauważalnie na ścianach kamienicy rezonowało coś w rodzaju mruczenia, jakby ktoś odprawiał mantry albo dawał koncert śpiewu gardłowego. Z racji, że byłem zmęczony i półprzytomny przewróciłem się na drugi bok i powróciłem do snu.

*

Następnego niedzielnego poranka Roman Krukowski wybierał się z rodziną kościoła. Krukowski miał trzydzieści dziewięć lat i pracował w administracji miejskich wodociągów – był dumnym reprezentantem klasy średniej. Towarzyszył mu wówczas ośmioletni syn i piętnastoletnia córka oraz żona. Zwyczajowo wyszli nieco wcześniej, żeby zająć najlepsze miejsca w pierwszym rzędzie od ołtarza. Przed kamienicą spotkali Helenę Bornacką, którą mieli już okazję poznać dzień wcześniej. Roman zaczepił ją niewinnie, chcąc lepiej poznać nową sąsiadkę. Z racji pogodnej aury, która przyciąga uwagę dzieci, Bornacka zaczęła gaworzyć z synem Krukowskiego – Piotrem.

– Piotruś był już u pierwszej komunii? – zapytała jak gdyby nigdy nic.

– Tak, tak. Właśnie w tym roku przyjął do swojego serca ten cudowny sakrament – wtedy Bornacka uśmiechnęła się drwiąco – a pani idzie do kościoła?

– Nie, do pracy.

– Do pracy w niedzielę? – Krukowski chwycił za siwo-czarne wąsy pod nosem i zmarszczył czoło czerwone od letniego słońca – nie jest pani wierząca?

– Nie, to nie tak. Każdy w coś wierzy – uśmiechnęła się, ominąwszy meritum sprawy – jedni w Boga, a drudzy… drudzy w co innego.

– Słucham? – spytał subtelnie skonfundowany Krukowski.

Helena wtedy spojrzała na zegarek powtarzając, że jeszcze trochę i spóźni się do pracy. Pogłaskała Piotrka po włosach, na twarzy jak zwykle z uśmiechem godnym gwiazdy Hollywood. Z racji tego, że Krukowski raczej częściej niż rzadziej oceniał ludzi według poziomu ich pobożności, nie omieszkał soczyście skomentować całego wydarzenia, kiedy odwiedził mnie po powrocie ze świątyni.


– To pieprzona poganka! Pewnie jej fagas jest taki sam. Mieszkają razem bez ślubu, a to przecież kamienica, której przyświeca nieśmiertelny duch chrześcijaństwa i jego świętych obyczajów! Przyjechali nie wiadomo skąd. Wiadomo, że jedyne co sobą reprezentują to zgniły zachód, cywilizację śmierci i upadek prawdziwych wartości.

Krukowski był nadzwyczaj oczytany w katolickiej prasie i literaturze. Nie stronił także od pozycji z wyższej półki, czyli tak zwanych intelektualistów chrześcijańskich, pokroju Karola Wojtyły czy Gilberta Chestertona, czasami sięgał nawet do Tomasza z Akwinu i Augustyna z Hippony. Wolałem z nim nie dyskutować, więc przytakiwałem biernie. Nie chciałem, żeby sąsiedzi poznali moje oblicze agnostyka. Dla świętego spokoju chodziłem co niedzielę do kościoła i obchodziłem wszystkie święta z nienaganną punktualnością i precyzją. Diagnoza Krukowskiego nie była z resztą chybiona – Bornacka i Carnacki nie uczęszczali na żadne nabożeństwa, nie respektowali obrządków świątecznych, nie przyjmowali księdza chodzącego po kolędzie. W wigilie nie odwiedzali nawet rodziny, spędzając ten dzień jak każdy inny. Trzydziestego pierwszego listopada przed drzwiami ich mieszkania stała dynia z wyciętą twarzą upiora i świeczką w środku. Oczywiście następnego ranka była już zdewastowana, na co jednak w ogóle nie zareagowali. Kiedy Krukowski skarżył się beztrosko na nowych lokatorów, rzucił spojrzenie na moją czuprynę:

– Wojciechu, mały pająk chodzi po twojej głowie.

*

Pewnego wrześniowego popołudnia, które powoli zbliżało się ku wieczorowi, Aldona Kurlak wybrała się do sklepu spożywczego Lewiatan, zlokalizowanego dziesięć minut od kamienicy na Pretoriusa. Powietrze traciło już swoją letnią temperaturę, stawało się coraz chłodniejsze, coraz bardziej surowe. U starszej kobiety wywoływały to gęsią skórkę i lekkie dreszcze. Błądziła po spożywczaku i nie mogła się zdecydować. Finalnie spakowała do koszyka kilka ziemniaków, bułki, gorzką czekoladę i chude mleko bez laktozy. Kiedy wyszła ze sklepu jej oczom ukazało się coś, co wcześniej musiało umknąć uwadze. Emerytowana nauczycielka nigdy nie widziała podobnego bezeceństwa. W niedowierzaniu wyciągnęła z torebki stare, nieco pokrzywione okulary, żeby móc lepiej zobaczyć to co ją oburzyło. Na słupie ogłoszeniowym wisiał plakat promocyjny najnowszego wydarzenia w miejskim domu kultury. Na plakacie widniała grafika przedstawiająca muchy złapane w pajęczą sieć oraz symbol gwiazdy siedmioramiennej, zwanej fachowo septagramem lub Gwiazdą Babilonu. Zawartość informacyjna ogłoszenia brzmiała następująco:

Spektakl i wydarzenie performatywne dla dorosłych: Brewiarz do wesołego kozła

Spektakl dla dzieci: Bajka o zgniłej rybie

Reżyseria: Robert Azarewicz

Kurator artystyczny: Artur Carnacki

Data wydarzenia: 31 października 18:00

– Toż to kult, nie kultura! – szepnęła pod nosem pani Kurlak, łapiąc się za szkaplerz z Matką Boską na szyi. Następnie zamaszyście zerwała plakat swoimi pomarszczonymi i pełnymi starczych przebarwień dłońmi.

Kobieta udała się z plakatem do swojej koleżanki Emilii Dobrowolskiej – również nauczycielki. Oboje uczyły w tym samym ogólniaku, ona języka polskiego a Dobrowolska chemii. Znajoma była równie religijna i pobożna – tym samym równie oburzona. Wybiła dwudziesta, kiedy panie zakończyły siarczyste plotkowanie. O tej porze roku za oknem jest już ciemno, a Kurlak uświadomiła sobie, że musi czym prędzej unaocznić sądziadom niecną satanistyczną propagandę, w którą zaangażowany jest Artur Carnacki. Kiedy docierała do kamienicy było wpół do dziewiątej.

Tymczasem kroiłem w mieszkaniu warzywa, w celu usmażenia ich z ryżem. Otwierając opakowanie z sałatą znalazłem tam średniej wielkości, włochatego, czarnego pająka. Wówczas byłem bardziej przestraszony niż zaskoczony – natychmiast wyrzuciłem go do muszli klozetowej spuszczając wodę. Mój próg wrażliwości na pajęczaki, od momentu wprowadzenia się Bornackiej i Carnackiego, obniżył się. Natrafiałem na nie wszędzie – pod prysznicem, zmieniając ubrania, w kołdrze, w pracy. Gdziekolwiek byłem ja, one były ze mną. Zazwyczaj drobnych rozmiarów, zupełnie niegroźne, ale zawsze pojawiały się znikąd – albo spuszczały się na pajęczynie z sufitu, albo chodziły po mojej skórze. Na początku nie zwracałem na to uwagi – nie jestem przesądny, lecz stopień regularności występowania incydentów z ich udziałem zaczynał sprawiać, że przestałem wierzyć jakoby miał być to zwykły przypadek. Podskórnie, bardzo niewyraźnie, ale jednak – czułem że chroniczne nawiedzanie mnie przez te obmierzłe stawonogi ma swoją jedną, określoną przyczynę.

Kiedy Aldona Kurlak przekroczyła próg budynku, światło w żarówkach zaczęło migotać, po czym całkowicie zgasło. Okazało się, że w całej kamienicy wysiadł prąd. Lokatorzy wybiegli na zewnątrz zalęknieni zobaczyć co się dzieje, spotkałem tam Podleckiego, Krukowskiego z żoną, starą Aldonę oraz Alicję Harnad, która niedawno została wdową i teraz sama musiała opiekować się sześcioletnią córką Lucyną. Aldona Kurlak w całym ferworze zapomniała gdzie zostawiła bohatersko zdobyte trofeum i nie mogąc go znaleźć, wobec braku dowodów zaniechała informowania zgromadzonych o całej sprawie.

Kiedy Krukowski sprawdził instalację zasilającą doszedł do wniosku, że musiało nastąpić jakieś fatalne zwarcie i nie rozwiąże tego ponowne włączenie korków. Gwar rozpoczął się kiedy ujrzeliśmy, że jedynie na drugim piętrze, dokładnie w mieszkaniu owianej złą sławą pary, pali się światło. Miało silną pomarańczową poświatę i było nieregularnie rozproszone, zatem stwierdziliśmy, że używają świeczek. Wkrótce okazało się, że nikt inny nie ma w swoim mieszkaniu świec, czy czegokolwiek co mogłoby zastąpić światło zasilane przez elektryczność. W związku z tym, że miałem najlepszy kontakt z nowymi lokatorami, zwłaszcza z Heleną, zostałem wyznaczony do zapytania ich czy mogą użyczyć świec całej reszcie. Wkroczyłem w ciemny korytarz i zacząłem wspinać się pod górę po schodach. Po klatce rozlegało się tępe echo szurania moich butów, wkrótce do moich uszu dobiegło coś jeszcze. Słyszałem ten sam dźwięk co pierwszego dnia, gdy się wprowadzili – rytmiczne łomotanie i mruczenie, gardłowy śpiew. Kiedy zapukałem do drzwi wszystko w momentalnie ucichło. Po kilkudziesięciu sekundach Helena uchyliła delikatnie drzwi wystawiając jedynie swoje oko. Miała mętny wzrok, z wnętrza unosił się dziwny zapach – jakby smród palonych włosów i woń marihuany.

– To nienajlepszy moment – szepnęła.

– W całej kamienicy nie ma prądu. Widzimy, że tylko wy macie światło, pewnie ze świeczek. Czy moglibyście pożyczyć każdemu po kilka? Jest jeszcze stosunkowo wcześnie, każdy chciałby jeszcze zrobić kolację i w spokoju ją zjeść.


Helena bez słowa zamknęła drzwi. Stojąc jak wryty pod drzwiami poczułem łaskotanie w okolicach lewej ręki, wyciągnąłem telefon i poświeciłem ekranem na dłonie. Po lewej ręce skradał się brązowy pająk. Wszystko działo się tak szybko, że w zaskoczeniu wydałem z siebie odruchowy krzyk. Kiedy przeszły po mnie ciarki, pająk spadł na podłogę i rozdeptałem go natychmiast butem. Mój wrzask był zupełnie automatyczny, niekontrolowany, ale zrobiłem niemały hałas i było mi głupio. Wtem usłyszałem szmer po drugiej stronie drzwi.

– Powinno wam wystarczyć, macie całe pudło. Nie musicie ich oddawać – powiedziała Helena kładąc na ziemi tekturowe pudło. Kiedy ponownie zamykała drzwi dodała – a i nie powinieneś ich deptać, ani tym bardziej wyrzucać do kibla. Nic ci nie robią.

Kiedy trzasnęła drzwiami, stanąłem w bezruchu, sparaliżowany z lęku i zdziwienia tego co właśnie powiedziała. Ze strachu łzy napłynęły mi do oczu – nie mogła przecież tego wiedzieć. Sprowokowana moim krzykiem wspólnota lokatorów wbiegła na schodach w celu zobaczenia tego co się stało. Dałem im znać, że to fałszywy alarm i tylko przestraszyłem się pająka. O dziwo nie zostałem wyśmiany.

– Ostatnio wszędzie je spotykam, znalazłam nawet jednego w koszu z ubraniami do prania – powiedziała Urszula Krukowska.

– Ja również. Wczoraj wyciągałam Lucynie z włosów tłustego i czarnego pająka – dodała Alicja Harnad.

– Węże i pająki to diabelskie kreatury! – jęknęła zachrypniętym głosem Aldona Kurlak.

Krukowski był zbyt zafrasowany brakiem światła i jako pierwszy dobrał się do otrzymanego podarunku. Milcząco ukrywaliśmy zdziwienie, kiedy okazało się, że wszystkie świece były w czarnym kolorze. Każdy wziął po kilka sztuk i rozeszliśmy się do swoich domów.

*

Alicja Harnad po śmierci swojego męża była w kiepskiej kondycji psychicznej. Jakub Harnad zmarł nagle – gdy stracił przytomność w centrum handlowym okazało się, że ma niewykrytego śmiertelnego guza mózgu. Od pogrzebu minęło kilka miesięcy, ale ona dalej nie mogła się pozbierać. Miewała stany depresyjne i przewlekle ponury nastrój, jednak ciągle była zmotywowana do życia starając się dla swojej córki. Oprócz dręczących problemów natury duchowej zmagała się z problemami finansowymi. Z racji, że wcześniej Jakub przynosił do domu większość dochodu, teraz ledwo wiązała koniec z końcem. Pensja na stanowisku konsultantki klienta w sieci telekomunikacyjnej nie wystarczała, a przecież niedługo Lucyna będzie mieć pierwsza komunię. Będzie musiała kupić jej prezent i urządzić uroczystość dla rodziny. Znalazła zatem dodatkową pracę na nocnej zmianie na kasie w markecie. W wyniku zaistniałych okoliczności niezwłocznie potrzebowała opiekunki do dziecka – pomimo licznych wątpliwości poprosiła Helenę Bornacką, która brała stosunkowo niewiele i zawsze była pod ręką. Helena miała talent w nawiązywaniu kontaktu z dziećmi – jej pogoda ducha, łagodny głos, żywe oczy i naturalny uśmiech przyciągały najmłodszych. Nawet pomimo opinii okolicznej wiedźmy wzbudzała zaufanie wśród latorośli sąsiadów.

Lucyna w stosunkowo krótkim czasie przywiązała się do Heleny. Chociaż córka pani Harnad była stosunkowo ruchliwym dzieckiem, często przejawiającym oznaki niesforności i nieposłuszeństwa, to Bornacka nie miała problemów w egzekwowaniu posłuszeństwa u nowej podopiecznej. Jednakże w wyniku relacji z opiekunką, matka zaczęła zauważać stopniową utratę kontaktu z dzieckiem. W jej obecności częściej niż kiedyś Lucyna była zamknięta w sobie. Ponadto przestała informować ją o ważniejszych sprawach w szkole i notorycznie wracała późno do domu, bez wcześniejszej zgody, ani nawet zatelefonowania do matki w celu poinformowania o zmianie planów.

Kiedy spędzały wspólnie czas, Bornacka regularnie puszczała jej kultowe bajki o wróżkach i magii: W.I.T.C.H. Czarodziejki, Klub Winx oraz Sabrina, nastoletnia czarownica.

– Chciałabyś być taka jak Sabrina? – spytała Bornacka uśmiechając się, kiedy Lucynka siedziała na jej kolanach przed telewizorem.

– Tak! Tak!

– A więc mam pomysł Lucynko. Obetnę kosmyk twoich włosów w celu sporządzenia magicznego eliksiru.

– Dobrze! – krzyknęła ochoczo dziewczynka.

– Nie byłaś jeszcze u pierwszej komunii, prawda?

– Nie, idę dopiero w tym roku. Mamusia mówi, że to ważne święto.

Bornacka ucięła wtedy spory pukiel lśniących blond włosów dziewczynki i schowała go pieczołowicie do plastikowej torebki. Następnie spytała Lucynę czy tęskni za tatusiem.

– Tak, bajdzo – powiedziało rozczulająco dziecko.

 – A więc może chciałabyś z nim porozmawiać?

– Tak, bajdzo. Ale jak?

– Czary mary, Lucynko. Tylko nie możesz mówić nic mamie.

Kiedy zdołała namówić dziewczynkę na taką formę zabawy, wspólnie rozsypały okrąg soli dookoła stołu w salonie. Wyciągnęła z torebki tabliczkę na której widniał alfabet łaciński, pięcioramienna gwiazda, trupia czaszka oraz inskrypcje: tak/nie i do widzenia. Kobieta zapaliła czarne świece i kazała Lucynie położyć dłoń na trójkątnym kawałku drewna, który miał przesuwać się po poszczególnych literach. Było już po zmroku, Alicja była wówczas na nocnej zmianie.

– Teraz możesz zadać pytanie tatusiowi – oznajmiła Helena.

Wtem w pomieszczeniu rozległ się dziwny dźwięk. Zamek w drzwiach zachrobotał i podłoga zaczęła drżeć – jak się okazało, to Alicja przekręcała klucze. Wróciła dziś wcześniej. Kiedy ujrzała swoją córkę z Heleną przy czarnych świecach, okręgu soli i tabliczce Oujia wydarła się i wygoniła Bornacką ze swojego domu, kategorycznie zabraniając zbliżać się do Lucyny. Alicja była w tamtym okresie nadmiernie zalękniona o dziecko. Chociaż Lucyna wydawała się być bardziej zafascynowana, aniżeli przestraszona całą sytuacją, którą wszak traktowała jak zabawę.

Z biegiem czasu sytuacja stawała się coraz bardziej niejednoznaczna i niepokojąca. Kiedy zbliżał się maj i okres pierwszej komunii, Lucyna była niezwykle zaangażowana w przygotowania. Ciągle powtarzała modlitwy i formułki, a jej spowiedź była odważna i niezwykle szczera. Nie mogła wręcz doczekać się momentu, w którym jak to ujmowała – przyjmie pana Jezusa do swojego serca. Niestety zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Kilka dni przed uroczystością Lucynę dopadła silna grypa (co było stosunkowo dziwne z uwagi na wiosenną, mało inwazyjną porę roku), która później zrodziła powikłania w postaci zapalenia płuc. Dziewczyna wyszła z tego cała i zdrowa, ale spędziła miesiąc w szpitalu i co gorsza – ominęła ją pierwsza komunia święta. Chociaż nie było formalnych dowodów – Alicja milcząco oskarżała Bornacką o zaistniałe nieszczęście. Nie było to do końca bezpodstawne, pomimo tego, że nie wiedziała nawet, iż Helena od momentu zwolnienia jej z roli opiekunki, przez cały czas miała dostęp do uciętego kosmyka włosów dziewczynki.

*

Minęły już przeszło dwa lata od ich wprowadzenia. Od tamtych incydentów wszyscy lokatorzy patrzyli na Bornacką i Carnackiego z niewysłowioną wrogością. Krukowski nie mówił im dzień dobry, Harnad uciekała na drugą stronę ulicy kiedy Helena pojawiała się na horyzoncie. Mieszkanie pod numerem szóstym było przedmiotem wszelkiej maści zachowań obronnych i zabezpieczających. Drzwi polewano wodą święconą, w skrzynce na listy zostawiano obrazki z wizerunkami świętych i Jezusa. Któregoś dnia w bohaterskim geście Roman Krukowski zawołał księdza, aby odprawił egzorcyzm przed ich drzwiami. Wszystkie te niekonwencjonalne działania nie spotkały się jednak z jakąkolwiek reakcją ze strony lokatorów podejrzewanych o czarną magię.

Córka Alicji Harnad była wciąż przywiązana do Heleny, często wspominała o niej matce i nie żywiła do niej żadnych uprzedzeń. Tamtego dnia Alicja jak zwykle godzinie pojechała odebrać dziewczynkę ze szkoły. Dochodziła już druga po południu, a Lucyny dalej nie było na szkolnym parkingu. Alicja zdenerwowana udała się do szkoły w celu zaczerpnięcia informacji. Czuła ciężar na piersiach i tętent pulsujących skroni. Od nauczycielki prowadzącej ostatnie zajęcia usłyszała, że Lucyna wyszła z wysoką i szczupłą, czy wręcz kościstą brunetką, z niewielkim tatuażem na karku.

– Jak mogła ją pani puścić samą z tamtą kobietą i nie powiadomić mnie o tym?! – krzyknęła Alicja z roztrzęsionym głosem do nauczycielki.

Alicja pojechała od razu na policję, jednak na posterunku powiedzieli, że zbyt niewiele czasu minęło od nieobecności dziewczynki, aby mogli podejmować jakiekolwiek działania. Wówczas udała się do domu, nie pozostawało nic tylko czekać. Zdesperowana matka nie mogła być bezczynna. Od razu poszła pod mieszkanie numer sześć i zaczęła walić pięścią w drzwi. Wkrótce na klatce zaroiło się od mieszkańców. Cała afera nie dawała żadnych rezultatów – główni podejrzani nie otwierali. Krukowski, Aldona Kurlak i Andrzej Podlecki zadeklarowali się stać na czatach pod drzwiami, gdyby Bornacka lub Carnacki pojawili się lub ujawnili swoją obecność w środku mieszkania.

Tamtej nocy Lucyna nie wróciła na noc do domu. Alicja nie zmrużyła oka i ciągle płakała. Z powodu przewlekłego stresu, który teraz się zaostrzył dostawała mdłości i wymiotowała. Udało jej się zasnąć przed siódmą rano, przebudziła się po godzinie zalana potem i uzmysłowiła sobie, że koszmar zaginięcia jej córki właśnie trwa. Teraz mogła w końcu zawiadomić policję, która powinna zacząć wdrażać wszystkie procedury. Jeszcze przed świtem zbudziła wszystkich sąsiadów i ponownie wezwała ich do pomocy w akcji poszukiwawczej.

*

Około ósmej nad ranem kamień przestrzelił kruchą szybę w pustym już mieszkaniu. Światło świeżego, porannego słońca rozpraszało się na drobinach kurzu, tworząc snop – zupełnie jak z reflektora. Dźwięk tłuczonego szkła zrobił echo w korytarzach budynku. Zaraz wszyscy byli pod drzwiami, buczeli i walili pięściami. Nie wiedzieli, że nikogo nie było w środku. Mieszkańcy wtargnęli na stancję taranując drzwi. Pierwszy do szturmu uderzył Roman Krukowski, za nim Aldona Kurlak i Alicja, nie zabrakło również mojej skromnej osoby. W środku unosił się odór palonych włosów i paznokci, zmieszany z nieświeżym zapachem wilgoci. Wewnątrz było przytłaczająco i klaustrofobicznie pomimo sporej powierzchni mieszkania. Było to zapewne zasługą czarnych zasłon na oknach, które blokowały dostęp światła. Główny pokój przypominał raczej sale ceremonialną, aniżeli miejsce zamieszkania. Na stole przykrytym białym obrusem poplamionym brązową, zaschniętą mazią, stała mosiężna figurka kozła z tułowiem człowieka, kobiecymi piersiami i skrzydłami. No i rośliny – były w każdym możliwym zakamarku. Niektóre były zasuszone – prawdopodobnie z powodu rzekomych właściwości magicznych różnorakich chwastów zajmowali się zielarstwem. Na regałach mieściła się obszerna biblioteczka literatury okultystycznej – od Szymona Maga, przez Eliphasa Lévi, Alberta Pike, aż po współczesnych – Crowleya, Darcy Kuntza, Dion Fortune, Asenath Mason czy Thomasa Karlssona. Mieli również pokaźną kolekcję winyli – Black Sabbath, Pink Floyd, The Rolling Stones, The Beatles, Led Zeppelin, Iron Maiden, Slayer oraz Burzum, Mayhem i tym podobne. Pod nogami walały się czarne świece, niedopałki po skrętach, palone włosy i popiół. Na podłodze była rozsypana sól w bardzo różnych wzorach, które teraz były już zniekształcone od śladów obuwia. Alicja podniosła wiązkę uwędzonych włosów z podłogi, które były w jasnym odcieniu złotego blondu, zupełnie takie jak Lucyny. Wówczas przytulając pukiel do klatki piersiowej padła na kolana zrozpaczona.

– Te bestie złożyły w ofierze moją córkę!

Wtem usłyszeliśmy kroki – jakby delikatnego, lekkiego ciała, które błąkało się w sieni. To była Lucyna. Jak się później okazało – została na noc u koleżanki z klasy, ale przedtem poszła z Heleną na lody. Nie miała kontaktu z matką z powodu rozładowanego telefonu i braku zasięgu w okolicy domu znajomej. Wróciła zupełnie bez szwanku, jakby nie było jej od pięciu minut. Stała w bezruchu u progu drzwi, zdezorientowana wobec tego co właśnie zobaczyła.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko