Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
454

Jezus w skórze nastolatka

Tę powieść południowoafrykańskiego noblisty (dopiero teraz dowiedziałem się, że od 2006 roku jest obywatelem australijskim) można prawdopodobnie odczytywać na wiele sposobów. Wydawca blurbem kusi nas do identyfikowania tej historii jako współczesnych dziejów Świętej Rodziny. Ale czy nie równie uzasadniona byłaby wersja o rozpadzie wartości? O niezrozumieniu? O wartości języka, jego poznawczych, ale i – niekiedy – destruktywnych możliwościach? O cyfrach, którymi można nazwać wszystko? O uczuciach?

Zaczyna się banalnie, od osiedlowego meczu piłki nożnej i wyróżniającego się w nim chłopca o imieniu David. Meczu dzieci, który obserwuje dwóch dorosłych. Ojciec Davida, Simón i Julio Fabricante. Ten drugi jest dyrektorem domu dziecka. Po skończonym spotkaniu proponuje chłopcom zagranie meczu z jego podopiecznymi. Meczu, który okazuje się pokazem siły, ale i pogardy dla przegranych.

Taki jest start książki, ale zaraz naszą wyobraźnię Coetzee przepędza w inne rejony. Bo okazuje się, że Simone i jego partnerka Inés wcale nie są rodzicami Davida, przynajmniej fizycznymi rodzicami. Adoptowali go, pokochali, zbudowali mu dom, docenili talenty – taneczne, muzyczne, intelektualne. Tyle, że chłopiec… Uznajmy, że nie myśli standardowo.

Czy można być sierotą mając rodziców, nawet tych przybranych?

Czy wystarczy poczucie przynależności do grupy sierot aby opuścić dom?

Czy miłość, przywiązanie, odpowiedzialność, to cechy, które determinują życie?

Wreszcie czy pożyczony z biblioteki egzemplarz Don Quixota, może stać się drogowskazem, przewodnikiem, wskazówką jak postępować tu i teraz?

Śmierć Jezusa – to David wciela się w tej przypowieści w jego rolę, rolę przewodnika, spowiednika, nauczyciela – zbudował Coetzee na kilku planach. Kim jest educator Fabricante, kim są dzieci z domu, który prowadzi? Kim są nauczyciele? Także ci z Akademii Muzycznej? Krążą jak uczniowie wokół… Słońca? Planety? Asteroidy?

A zbrodnia? Zbrodnia, wybaczenie, zbudowanie nowej tożsamości?

Dmitri, znacznie starszy od Davida, to ten który zabił. Powinien spędzić resztę życia za kratami, ale w tej powieści odnajduje się w szpitalu. Bo psychika, spaczona, chora, kazała mu zamordować, ale czy każdy nie powinien dostać drugiej szansy?

David słabnie, trafia do szpitala z tajemniczą chorobą. Lekarz mówi o zespole Saporty. On sam, wbrew opinii personelu medycznego, twierdzi, że umrze. On jeden wie to od początku. A może nie, może on także wierzy, że jeśli tylko dotrze transport krwi, która mu przetoczą zmieni się wszystko?

Gdzieś w tym wszystkim jest jakiś rodzaj magicznej siły, która przyciąga do chłopca, buduje wokół niego aurę mędrca, kogoś kto może sprawić, że moneta rzucona w górę zawsze spadnie jedna strona, a słowa nabiorą kompletnie innych znaczeń niż te, które przypisała im tradycja.

Więc siedzą przy jego łóżku dzieci z sierocińca, z podwórka, stoi David, który jest najwierniejszym z wiernych, pielęgniarki, czuwają Simón i Inés. Pod łóżkiem leży wielki pies. I tylko lekarze wierzą, że – choć to szczególny przypadek – z tej choroby da się wyjść, da się ją uleczyć.

Napisałem, że tę książkę można odczytać bardzo współcześnie. Bo jeśli jedynym spoiwem związku było adoptowane dziecko? Czyż tak, właśnie tak, nie dzieje się w tysiącach związków, w których to obecność dzieci powoduje, że ich rodzice trwają przy sobie na przekór wszystkiemu? Związek Inés i Simóna, właścicielki sklepu i rowerowego gońca, z zewnątrz trwały, stateczny, a w tym drugim podskórnym planie, tle… ? Nie opierał się na uczuciu, seksie, raczej na jakimś dziwnym rodzaju połączenia, zrozumienia potrzeb, które może być zerwane w jednej chwili. Wystarczyła śmierć. Ktoś zapyta: to mało? Śmierć dziecka? Mnie, oczywiście nie…

Czy byli jego rodzicami? A czym jest rodzicielstwo? Daniem życia? Miłością? Jak je zdefiniować? Mam wrażenie że z każdym pokoleniem jest to trudniejsze…

A może to opowieść o granicach wolności, które dostajemy z chwilą narodzenia, o budowaniu samego siebie w zgodzie albo w opozycji do zastanego porządku?

Śmierć Davida burzy wszystko. Pozorny spokój, tak został wstrząśnięty wcześniej, z chwilą gdy chłopiec wyniósł się z domu, przeniósł się do sierocińca, ale dopiero jego zgon powoduje wyrwę, ranę nie do zasklepienia. Pustkę nie do wypełnienia. W tę ranę można wsypać wszystko, ale bez wiary, że cokolwiek na tym nowym gruncie jeszcze raz wykiełkuje.

Jest coś jeszcze. Przesłanie Davida. To, które, przynajmniej pozornie, ma ponieść ten naznaczony, ten który czyniąc dobro, pytanie czy tylko dobro, na najniższym poziomie, wykonując pracę, której nie chcą inni, ma odkupić grzech śmiertelny. Zbrodniarz. Ale przecież także uczeń, przyjaciel, ten, który uwierzył. Bezgranicznie. W każde słowo. Jakie to przesłanie? Nie ma odpowiedzi. Coetzee go nie znał? Puścił wodze naszej wyobraźni, powiedział radźcie sobie sami?

John Maxwell Coetzee – Śmierć Jezusa, przekład Mieczysław Godyń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020, str. 296.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko