Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
484

Narodziny i śmierć wielkiej mistyfikacji

Zdarzają się lektury, których literalna problematyka nie jest nam obca, z którą jesteśmy nieźle, czasem dobrze, a bywa że i bardzo dobrze obeznani, a mimo to nie mamy poczucia zwykłego, mechanicznego repetytorium, przypominającego przedegzaminacyjną powtórkę materiału, znaną wszystkim byłym uczniom i studentom. Przeciwnie, takie lektury przynoszą coś w rodzaju „iluminacji”, oświetlenia zagadnień znanych nam, w taki sposób, że nasza czasem nie do końca uporządkowana, niekompletna wiedza,  natłoczone zagadnienia przypominające miazgę pojęciową, niewyklarowane myśli, niejasności, pytania, luki, rozjaśniają się nagle, nabierają klarowności i przybierają szyk uporządkowany intelektualnie.

Do takich zaliczam lekturę tomu „Dekadecja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, autorstwa francuskiego filozofa, antropologa i religioznawcy Michela Onfray, jednego z mandarynów współczesnego, światowego, radykalnego ateizmu naukowego. Nawiasem mówiąc, nie miałem takiego uczucia n.p. podczas lektury wielotomowych cykli autorstwa niemieckich religioznawców Karlheinza Deschnera czy Uty Ranke-Heineman. Są przepełnione do ostatnich granic obezwładniającą czytelnika, formalnie tylko uporządkowaną lawiną faktów, nazwisk, dat i pojęć, więc lektura tego natłoku przypomina żmudne, męczące i mało owocne brnięcie przez bardzo trudny trakt.

         Tymczasem „Dekadencję” Onfraya czyta się wspaniale przede wszystkim dlatego, że jest znakomicie, potoczyście napisana i wybornie przetłumaczona przez Elżbietę i Adama Aduszkiewiczów. Czyta się ją jak barwną, choć często dramatyczną opowieść. Walorem tej lektury jest także jej ton. Po tak radykalnym ateiście jak Onfray można by spodziewać się stylu pamfletowego, nasączonego agresją i szyderstwem w stosunku do religii. Tymczasem spotyka nas niespodzianka, bo Onfray nie napisał tej książki z ideologiczną tezą, zachował pokaźną dozę obiektywizm w opisie i do minimum ograniczył diatryby antyreligijne, antychrześcijańskie, antykatolickie, antyklerykalne. Trzeba przy tym dla porządku zauważyć, że „Dekadencja” nie dotyczy wyłącznie religii, lecz, na co skądinąd wskazuje podtytuł, cywilizacji judeochrześcijańskiej w ogólności, także jej segmentu, by tak rzec, niereligijnego, lecz politycznego, kulturowego, etc. Jest w niej bowiem mowa n.p. także o USA, kraju, który podobnie jak Polska i Francja przynależy do kręgu judeochrześcijaństwa. 

Onfray skonstruował opis dziejów narodzin, rozwoju, apogeum potęgi, zmierzchu i upadku tej cywilizacji tak, jakby opisywał historię poczęcia, narodzin, młodości, dorosłości, starości i śmierci człowieka. Kolejne rozdziały noszą wymowne z tego punktu widzenia tytuły: „Narodziny”, „Wzrastanie”, „Potęga”, „Zwyrodnienie”, „Starzenie się”, „Degeneracja”. Onfray ukazuje narodziny chrześcijaństwa z korzenia judaistycznego i na glebie upadłej cywilizacji antycznej (grecko-rzymskiej). Pierwszy rozdział, o „przygodzie antyciała Chrystusa” rozpoczynają zdania aż nadto dobitne: „Cywilizacja judeochrześcijańska  jest zbudowana na fikcji. Fikcji Jezusa, który nigdy nie miał innego istnienia niż alegoryczne, metaforyczne, symboliczne i mitologiczne. O istnieniu tej postaci nie świadczy żaden namacalny dowód powstały  w jej czasach”. (…) Cała nasza cywilizacja zdaje się zasadzać na próbie nadania ciała bytowi, który nie miał innego istnienia, jak tylko konceptualne. Jezus z Nazaretu, który historycznie nie istniał, staje się więc Chrystusem Pantokratorem, na którego imieniu opiera się prawie dwa tysiące lat nasyconej nim historii Zachodu. Tam, gdzie współczesna mu historia milczy na jego temat, historia późniejsza jest bardziej niż gadatliwa, bo wiedziona pragnieniem nadania Jezusowi formy obejmującej cały świat. Prawie osiągnięto stawkę; nie cały świat został stworzony na jego obraz, ale to, co zostało oszczędzone, nie istniało bez określenia się w stosunku do niego”.

Onfray pokazuje to analizując stosowne fragmenty Biblii, Starego i Nowego Testamentu. Kolejne rozdziały poświęcone zostały takim zjawiskom, jak szybkie nadanie jezusowej religii miłości, przez św. Pawła, wojowniczego charakteru, narodziny chrześcijańskiego antysemityzmu, m.in. św. Jan Chryzostom), wpływu jaki fakt uczynienia emblematem chrześcijaństwa ciała ukrzyżowanego Jezusa, czyli ciała okaleczonego i zabitego, wywarł na psychologicznym kształcie tej religii (autor widzi w tym jej ciężką wadę genetyczną, podobnie jak w dogmacie o „niepokalanym poczęciu”, który zaciążył na judeochrześcijańskim stosunku do seksualności), o pierwotnej „teologicznej” wielopostaciowości chrześcijaństwa, które przez kilka pierwszych wieków, zanim papieże i synody dokonali aktów pewnego uporządkowania, przypominało istną „wieżę Babel”.

 Onfray wskazuje też moment, w którym chrześcijańska sekta stała się religią, a następnie, za cesarza Konstantyna (którego krańcowo negatywny obraz jako człowieka został bogato zarysowywany) stał się w cesarstwie rzymskim religią panującą. Od czasów Konstantyna rozwija się obraz chrześcijaństwa jako terrorystycznego totalitaryzmu religijnego („Torturować ciało, torturować dusze”) od mordu na Hypatii począwszy (V w.n.e) poprzez średniowieczne Państwo Boże świętego Augustyna, krwawą walkę z heretykami, wyprawy krzyżowe na głos świętego Bernarda de Clairvaux, po powstanie Inkwizycji, czyli historię przemocy. Jako na kolejny, obok konwersji Konstantyna, przełomowy akt  dziejach rozwoju chrześcijaństwa wskazuje Onfray na pojawienie się sztuki chrześcijańskiej – narzędzia chrześcijańskiego prozelityzmu, chrześcijańskiej propagandy. Przez dwa pierwsze wieki chrześcijaństwa sztuka taka  nie istniała, co ograniczało tempo i siłę jego rozprzestrzeniania się. Przed Konstantynem „nie było krzyża, ani ukrzyżowania, nie było apostołów ani historii z życia Jezusa”.  Była niejasna symbolika, między innymi w postaci znaku ryby. Zmianę przyniosło panowanie Konstantyna, czas narodzin sztuki chrześcijańskiej. On i jego matka postawili imponującą liczbę bazylik, z zatem: architektura, rzeźba, mozaika, przedmioty liturgiczne, freski i wyroby ze złota”. „Dzięki sztuce – stwierdza Onfray – fikcja stała się rzeczywistością, a rzeczywistość fikcją”. Rozdział „Ciało Chrystusa w żołądku szczura” traktuje o sporach teologicznych, scholastycznych, a w walce papieży, antypapieży i kontrpapieży w XIV-XV wieku upatruje Onfray objawów pierwszego wielkiego kryzysu chrześcijaństwa („Chrześcijańska ryba psuje się od głowy”). Ten jednak kryzys był jeszcze endogenny, wewnętrzny i póki trwała zasadnicza spoistość teologiczna i polityczna wokół Stolicy Apostolskiej w Rzymie, dawał się opanowywać. W końcu walka papiestwa z antypapiestwem, Rzymu z Avignonem, była „kłótnią w rodzinie”. Pierwsze czynniki, które zagroziły chrześcijaństwu  z zewnątrz, po dokonaniu frondy intelektualnej i organizacyjnej, miały swoje źródło w Renesansie. Pierwszy wiązał się z nawiązaniem do cywilizacji starożytnej i jej materialnych oraz duchowych bogactw, w tym z odkopaniem nauki Epikura. „Po tysiącu lat cywilizacji, która miała się za jedyną, największą, najsilniejszą, najpiękniejszą, ludzie odkrywają, że istniała inna cywilizacja i ona również miała swoją wielkość, wielkie postaci, myślicieli, wielkich dramatopisarzy, architektów, agronomów, historyków itd.”. Drugim czynnikiem była reformacja, narodziny protestantyzmu (w tym ruchu hugonockiego) w jego różnych postaciach, który doprowadził do desakralizacji władców, który „wysadził w powietrze cezaropapizm i doprowadził do laicyzacji władzy”.

Ten proces przebiegał powoli, w modułach trwających wiele dziesięcioleci, a nawet przez wieki. Wydarzeniem, które według Onfraya miało przynieść głębokie, rozległe i dalekosiężne konsekwencje było trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku („Lizbońska sejsmologia Boga”). Rozbiło ono kanoniczne przekonanie o wszechobecności i wszechmocy Boga, przekonanie o tym, że wszystko wynika z „woli Bożej”. Skoro bowiem doszło do tak straszliwej hekatomby w katolickim, pobożnym kraju, to albo Bóg nie potrafił do niej nie dopuścić, a więc wszechmocy nie był, albo na nią przyzwolił, ale w takim razie pojawiło się pytanie, w imię czego tak zachował się „nieskończenie dobry Stwórca”? „Czego może chcieć Bóg decydując się na coś podobnego?”. „Filozofia Oświecenia – napisał Onfray – zawłaszczyła to wydarzenie, żeby usunąć judeochrześcijański teizm i zrehabilitować deizm, który stanowił krok w stronę ateizmu”. Ten istniał już w starożytności (Lukrecjusz), ale czym innym był ateizm pogański, a czym innym narodzony w samym rdzeniu chrześcijaństwa, a nawet w łonie kapłaństwa katolickiego. Zanim u schyłku XIX wieku śmierć Boga ogłosił Friedrich Nietzsche,  w pierwszej połowie XVIII wieku tajnie napisał o jego nieistnieniu katolicki ksiądz proboszcz Jean Meslier w swoim „Testamencie”. O polskim szlachcicu Kazimierzu Łyszczyńskim i jego dziele „De non existentia dei”, za które został w 1689 roku ścięty na rynku miasta Warszawy, Onfray nie wspomina, bo być może nawet o nim nie słyszał. Poza tym Rzeczpospolita Polska był to kraj z punktu widzenia laicyzacyjnych procesów europejskich marginalny, a ponadto jego wystąpienie nastąpiło już po spaleniu Vaniniego, Serveta czy Bruno, czyli było z tego punktu widzenia epigońskie. Nie zmienia to faktu, że osobiście jestem z postaci Łyszczyńskiego dumny i ubolewam, że mimo działalności od wielu lat całego szeregu organizacji laickich, nie powstał jego pomnik ani nawet tablica ku jego czci. Sama tylko bliskość dat pokazuje, że od roku 1755 procesy, o których mowa, poszły „już  górki”. Intelektualna kontestacja przerodziła się w czynną dechrystianizację. Jej pierwszym wielkim aktem była późniejsza o 34 lata  Wielka Rewolucja Francuska, o której, nawiasem mówiąc, co jest cokolwiek zaskakujące, Francuz i lewicowiec Onfray wypowiada się bez jakiegoś nabożnego entuzjazmu, prezentując całą galerię antypatycznie pokazanych koronnych postaci rewolucji (m.in. Héberta, Saint Justa, Mirabeau) czego nie powstydziłaby się nawet antyjakobińska propaganda rojalistyczna ani nasz, polski Teodor Jeske-Choiński, autor krańcowo nienawistnej i pogardliwej „Psychologii Rewolucji Francuskiej”. Onfray idzie zresztą za ciosem i masakruje (co nie nowe) filozofię Jean-Jacques Rousseau, dostrzegając w jego idei „zmuszania do wolności” prawdziwe „korzenie totalitaryzmu”, a także źródła choroby francuskiego intelektualizmu, do dziś poniekąd aktualnej, polegającej na radykalnej rozbieżności między ideą a rzeczywistością („Zasada eksterminacji. Wynalazek totalitaryzmu”). Onfray w technice działania ekspedycji karnych I Republiki przeciw rewolcie ludowej w Wandei pierwszego eksperymentów, których konsekwencją była masowa eksterminacja spod znaku Gułagu, Auschwitz i Holocaustu, włącznie z prekursorstwem w zakresie wynalazku komór gazowych (sic!).

Wydaje się, że to wolnościowa postawa Onfraya sprawiła, iż, choć człowiek, lewicy, postawił się moralnie mimo wszystko po stronie „wandejskiej reakcji”, a nie ludzi pokroju Carriera, pacyfikatora Nantes czy Fouché’go, kata Lyonu. Z tych samym wolnościowych i humanistycznych powodów Onfray krytycznie odniósł do „Marksistowsko-leninowskiej paruzji” i jej zbrodniczych praktyk głównie w ZSRR. Totalna dechrystianizacja Rosji po 1917 roku dokonana krańcowo brutalnymi metodami nie spotkała się akceptacją autora „Dekadencji”, inaczej niż ze strony wielu lewicowych intelektualistów Zachodu.

Obraz „Kontrrewolucyjnej rewolucji. Faszyzmu jako reakcji chrześcijańskiej” dotyczący frankistowskiej Hiszpanii, Italii Mussoliniego i Niemiec Hitlera służy Onfrayowi do wyciągnięcia zasadniczego wniosku, że próba reaktywacji nowoczesnej odmiany „cezaropapizmu”, osłonięcia religii pancerzem totalitarnego państwa, sojusz „tronu i ołtarza” (najbardziej ścisły i ostentacyjny w Hiszpanii Franco) przyniosła rezultaty odwrotne od zamierzonych i radykalnie skompromitowała w Europie Kościół katolicki i Watykan. Reforma soborowa Vaticanum II Jana XXIII i sytuacyjnie podkręcany triumfalizm „nowej wiosny Kościoła” za Jana Pawła II okazały się jedynie relatywnie krótkotrwałym „łabędzim śpiewem”, po którym  nastąpiło silne tąpniecie, swoją gwałtownością odwrotnie proporcjonalne do sztucznego „wzlotu” czasu pontyfikatów Roncallego i Wojtyły. Trudno orzec, czy ta zbieżność czasowa była przypadkowa czy też nie, ale faktem jest że lata sześćdziesiąte, które przyniosły kolejne procesy dekompozycyjne w judeochrześcijańskiej kulturze, obyczajach i moralności, w postaci pojawienia się nowej postaci libertynizmu (prawo do aborcji czy antykoncepcja) czy radykalnej, obrazoburczej awangardy artystycznej,  były jednocześnie latami Soboru Watykańskiego II (aggiornamento – uwspółcześnienia Kościoła, łącznie z liturgią mszy i jego nauczaniem)  i sławnego Maja 1968 roku we Francji. Ta „dekonserwatyzacja” i dechrystianizacja kultury była jednym z ostatnich już gwoździ wbitych w trumnę judeochrześcijaństwa. Także sobór nie przyniósł oczekiwanych skutków.

„Wydaje się wręcz – napisał – że sobór, chcąc być remedium, wzmógł chorobę, robiąc z Boga kolegę, do którego mówi się na ty. Z księdza – towarzysza, którego można zaprosić na wspólne wakacje, z symboliki – przestarzałe pomysły do wyrzucenia, z tajemnicy transcendencji – płaską immanencję, z mszy – scenografię, naśladującą schemat audycji telewizyjnych, (…) z przesłania Chrystusa – prostą związkowa ulotkę, z sutanny – teatralne przebranie (…) Kościół przyśpieszył ruch zapowiadający jego upadek”.

Zbliżamy się do finału opowieści Onfraya. Opowiada on o „Historii po końcu historii”, czyli o „trzecim intermedium muzułmańskim”. Pierwsze intermedium miało miejsce w VII wieku i wiązało się z objawieniem się Mahometa, zakończone zostało pogromem Arabów pod Poitiers, (732 r.). Drugie – podczas kolejnej inwazji islamskiej w późnym średniowieczu, zakończone wyrwaniem Hiszpanii spod panowania Arabów (Granada 1492), rozbiciem ich floty pod Lepanto w 1571 i obroną Wiednia w 1683 roku. Obecnie jesteśmy – zdaniem Onfraya – świadkami „trzeciego intermedium muzułmańskiego”. Jego pierwszym aktem miał być atak na USA 11 września 2001 roku, a kolejnym, 7 stycznia 2015 w Paryżu, gdy dwaj islamiści „pomścili proroka Mahometa” mordując redakcję pisma „Charlie Hebdo”.

Onfray zdaje się być przekonany, że czwartego intermedium islamskiego już nie będzie, ale tylko dlatego, że nastąpi ostateczna śmierć judeochrześcijaństwa i triumf islamizmu. Wyjaśnia to tak: „My mamy nihilizm, oni mają żarliwość, my żyjemy złapani w pułapkę chwili obecnej, niezdolni do niczego oprócz powolnego zużywania się, oni są na ty z wiecznością (…) my mamy dla siebie przeszłość, oni mają przyszłość, ponieważ dla nich wszystko się zaczyna, dla nas wszystko się kończy. Każda rzecz ma swój czas. Judeochrześcijaństwo panowało przez prawie dwa tysiąclecia. Zacna długość życia, jak na cywilizację, Cywilizacja, która je zastąpi, również zostanie zastąpiona. Kwestia czasu. Statek tonie; pozostaje nam utonąć elegancko”. Michel Houellebecq już to nawet sugestywnie opisał w powieści „Uległość”. Drugiego tomu „Dekadencji” Michel Onfray nie napisze, bo nie tylko się ona już dopełniła, ale teraz trwa już agonia. To, historycznie rzecz biorąc, ostatnie chwile cywilizacji judeochrześcijańskiej. Drugi tom musiałby nosić tytuł: „Nowa era, nowe panowanie”. Ale to już temat na inną opowieść. 

Michel Onfray – „Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, przekł. Elżbieta i Adam Aduszkiewiczowie, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019, str. 671, ISBN 978-83-8015-802-3


„Nie byłem zawsze taki, jaki jestem”

Nie sposób ukryć, że ten zbiór tekstów, antologia jest przeznaczony zdecydowanie do wąskiego kręgu amatorów i smakoszy oraz profesjonalistów, choć autor, Marek Troszyński, badacz twórczości Juliusza Słowackiego stwierdza, że przygotował zbiór z myślą o odbiorcy niezawodowym. Kto dziś jednak czyta poezję czy dramaty Słowackiego poza wąskim kręgiem amatorów lub specjalistów, niektórych literaturoznawców czy ludzi teatru na potrzeby inscenizacji? A skoro tak, to zapiski Słowackiego, to jeszcze bardziej niszowa strefa lektury. Warto jednak od czasu do czasu oddać się lekturze „niemodnej”, dalekiej od walorów utylitarnych, dla estetycznego czy umysłowego ćwiczenia. Słowacki nie pozostawił po sobie ani obszernej korespondencji ani regularnie przez całe życie prowadzonych zapisków, dzienników. Jednak te, które pozostawił, które się zachowały, są bardzo interesujące. Marek Troszyński dokonał ich wyboru i ułożył chronologicznie, od wczesnych, jeszcze młodzieńczych, do późnych, choć te późne, w przypadku Słowackiego, to zapiski ledwo czterdziestolatka. I one właśnie są najbardziej zborne i uporządkowane, w przeciwieństwie do tych, chaotycznych, które prowadził we wcześniejszych fazach życia. Problematyka zapisków też jest bogato zróżnicowana. W fazie wcześniejszej, tematyka zapisków jest młodzieńcza, pełna fascynacji i wrażeń z poznawanego życia, z uwag o modzie, łącznie z tymi o własnej garderobie, o spotkaniach towarzyskich, flirtach itd. W tych z końcowej fazy życia jest Słowacki filozofem, historiozofem skoncentrowanym na sprawach fundamentalnych, wielkich sprawach tego świata, na sprawach ducha. Zawsze widać w tych zapiskach Słowackiego-erudytę, człowieka niezwykle, właściwie genialnie inteligentnego, rozlegle oczytanego, nieustannie myślącego, pełnego samodystansu i autoironii Uderza też dojrzałość duchowa nawet młodego poety, poczucie przemijania czasu i zmienności tego świata. Jako dwudziestolatek zapisał w jednej z notek: „Nie byłem zawsze taki, jaki jestem”. Ilu dwudziestoletnich młodych ludzi w ogóle zwraca uwagę na takie kategorie, jak upływ czasu i „przemijanie postaci świata”? Słowacki był urodzonym podróżnikiem, więc większość jego rysunków, które zamieszczone są w tomie, zostało wykonanych podczas jego dalekich, egzotycznych podróży, do Afryki i Azji (Egipt, Liban), po Europie (Italia, Grecja). Bogate przypisy personalne i tematyczne ułatwiają poruszanie się po zapiskach. Autor antologii jest wyraźnie tak rozmiłowany w podjętej tematyce, że przygotował nawet barwne wykresy graficzne, na których rozpisane są różne warstwy i aspekty zapisków poety. Lekturę wzbogacają też noty edytorskie o poszczególnych segmentach diarystyki Słowackiego. „Nie bez wzruszenia czyta się ten „Dziennik” Słowackiego – napisał M. Troszyński – W nieregularnych zbliżeniach, w notatkach pisanych wtedy, kiedy autor miał na nie ochotę, widzimy, jak młody entuzjasta, młodzieniec czasem może naiwny, ale inteligentny, w ciągu niewielu lat zmienia się w pochłoniętego losami Polski i świata proroka. Po raz pierwszy zebrane razem diariuszowe zapisy i rysunki stwarzają okazję poznania wielkiego poety  z innej strony – jako człowieka i obywatela, Juliusza S.”.

Tak, ten aspekt też jest warty odnotowania, może szczególnego zaakcentowania. Wbrew potocznym wyobrażeniom o „górności” jego poezji, o jej „bujaniu  w obłokach”, o jej abstrakcyjnych inwokacjach i wybujałym liryzmie, Słowacki był człowiekiem i artystą bliskim ziemi. Także jego poezja i dramaty przepełnione są zmysłowością, konkretem i humorem, znamionują celne wyczucie zwykłej egzystencji. To nie był „paniczyk z pianki”, lecz życiowy realista, umysł także ścisły, świetny matematyk i arytmetyk, który w latach 1829-1931 pracował jako urzędnik rachuby w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu przy placu Bankowym w Warszawie. Na emigracji powodzeniem grał na giełdzie i dobrze inwestował fundusze przesyłane mu z Podola przez matkę Salomeę, co sprawiło, że w przeciwieństwie do swojego wielkiego mistrza i rywala, nigdy nie cierpiał biedy, przeciwnie, żył – jak to się mówiło – na ogół „w zbytku”, jak zamożny dandys. Walorem tej lektury jest też styl, brzmiący do dziś zaskakująco nowocześnie, nieuwikłany w stylistyczne konwencje piśmiennictwa tego czasu, zarówno te epistolograficzne, jak i diarystyczne, swobodny, lekki, nie stroniący od lakoniczności i skrótów. Słowacki był jednocześnie „aniołem” i „zjadaczem chleba” i na tym między innymi polega atrakcyjność jego fascynującej osobowości.

Jeśliby zaś ktoś zapytał: ale co daje czytanie takich niszowych, ekskluzywnych, w ogromnym stopniu przebrzmiałych, „archeologicznych” treści? Co do mnie, odpowiem tak: sztuka i kultura, to nie instrukcja obsługi pralki, lodówki ani opiekacza do grzanek. Kultura to także „acte gratuit”, akt, czyn bezzasadny, nieutylitarny, bezinteresowny. Kultura to nie ( a na pewno nie przede wszystkim) zasobnik z wiedzą, która ma czemuś konkretnemu posłużyć. To źródło doznań, które służą wyłącznie wzbudzaniu w nas czystego poczucia piękna, estetycznego smaku. Tylko tyle i aż tyle. To przecież też jest samoistnie cenny pożytek. Dlatego nie lekceważmy wytworów kultury, których sens jest tylko (i aż) taki, że… istnieją.

Juliusz Słowacki – „Dziennik niektórych dni mego życia. Antologia zapisów diariuszowych”, pomysł i opracowanie Marek Troszyński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 270, ISBN 978-83-8196-004-5


„Wierszokleta”, który był geniuszem

W tym tomie cyklu szkiców o Zygmuncie Krasińskim dominantę stanowią zasadniczo wątki biograficzne, choć tak jak u każdego artysty, sfery te nigdy nie są całkowicie rozłączne. Redaktorka tomu, Agnieszka Markuszewska napisała we wstępie o „poetyckich przestrzeniach i artystowskich pozach” hrabiego-poety, który „piękno formy i sposobu bycia nierzadko stawiał nad oryginalność literackich pomysłów, kosztem szczerości zachowań czy autentyczności wewnętrznego przeżycia”.

Dodaje wszakże, iż „stanowiły one jednak podstawę myślenia o twórczej aktywności człowieka, funkcjach poezji lub niczym nieskrępowanej wyobraźni, określającej miejsce artysty  w romantycznej hierarchii świata”. Nawiasem: ten wątek szczerości/nieszczerości stał się tematem bardzo interesującego, zasadniczo ważnego, a zarazem emocjonalnego szkicu Danuty Danek, o którym wspomnę w omówieniu tomu „Życie czy literatura”. Markuszewska określa też Krasińskiego jako „artystę totalnego, przenoszącego myśli i emocje w sferę romantycznych wizji literackich”. Rozpatrywanie owej „totalności” rozpoczyna szkic Grażyny Halkiewicz-Sojak, która postawiwszy pytanie: „Czy filozof może być prorokiem?” zajmuje się jego poezją historiozoficzną. Maciej Szargot dotknął ważnego aspektu życia Krasińskiego, jakim była jego religijność, pisząc o nim jako autorze romantycznego modlitewnika. Kwestię artystycznej wartości liryzmu w poezji Krasińskiego podjęła Ewa Szczeglacka-Pawłowska. Osnowę stanowi tu słynna, samokrytyczna, świadcząca o mądrej skromności, zwrotka jego wiersza: „Bóg mi odmówił tej anielskiej miary,/Bez której ludziom nie zda się poeta,/Gdybym ją posiadł, świat ubrałbym w czary,/A że jej nie mam, jestem wierszokleta”. Skromność poety uwierzytelniali raczej zgodnie badacze jego twórczości. Zofia Szmydtowa napisała w tomie „Liryka romantyczna. Mickiewicz-Słowacki-Krasiński-Norwid” (1947) w sposób autorytatywny: „Twórca niepospolitych dramatów, znawca poezji, myśliciel żywo reagujący na prądy współczesnej sobie filozofii, nie był Krasiński wybitnym lirykiem”. Dodam, że nie ma też w jego wierszach tej wspaniałej, czarownej śpiewności, która charakteryzuje poezję Mickiewicza i Słowackiego. Sprawia to, że wiele ich wierszy czy pojedynczych zwrotek do dziś pełni rolę fraz i rymów „skrzydlatych”, które można z lubością cytować, choćby tylko z powodu ich wspaniałej rytmiczności, której Krasińskiemu brakowało. Paradoksalnie, być może właśnie akurat ten wyżej zacytowany fragment jego poezji, jest najbardziej nośnym „słowem skrzydlatym” w poezji Krasińskiego. Elżbieta Dąbrowicz i Daniel Kalinowski zajęli się powieścią Krasińskiego „Agaj Han”, pierwsza, jako refleksem lektury „Dziejów panowania Zygmunta III” Juliana Ursyna Niemcewicza, drugi – zawartymi w niej motywami orientalnymi i mitem Wschodu. Grażyna Tomaszewska i Magdalena Dalman zajęły się obrazem Boga w „Nieboskiej komedii”, a Bernadetta Kuczera-Chachulska relacjami między „realizmem obserwacji” zawartym w tym dramacie, a skonstruowaną wizją poetycką. „Irydiona podróżą do kresu nocy” zajął się Piotr Chlebowski, a Ewa Hoffman-Piotrowska stosunkiem (bardzo sceptycznym) poety do modnej w jego epoce mistyki ( Krasiński był jednak chrześcijaninem, katolikiem ortodoksyjnym). Ten sceptycyzm nie przeszkodził jednak poecie interesować się fenomenem mistyki, co wyraził w konstrukcji podmiotu lirycznego w „Ułamku naśladowanym z Glozy św. Teresy”, o czym napisała Elżbieta Powązka. Biorąc pod uwagę artystyczną „totalność” Krasińskiego można być może być zaskoczonym konstatacjami Olgi Płaszczewskiej odnoszącymi się do stosunku poety do sztuk pięknych, które, co jest w tekście uwypuklone, cechował się (relatywnie, jak na artystę tej miary) słabą wrażliwością na sztuki piękne (malarstwo i rzeźbę) i był zdecydowanie pisarzem słowa, dyskursy, pisarzem-rezonerem. Jest to zresztą zauważalne w jego dziełach, którym brak kształtów i barw, brak zmysłowości (choć bardzo bliskie było mu malarstwo Rafaela). Dwa przedostatnie szkice (Edyty Chlebowskiej i Małgorzaty Sokalskiej) poświęcone zostały  relacji przeciwnej: nie stosunkowi Krasińskiego do malarstwa, rzeźby i muzyki, lecz, odwrotnie, wrażliwością niektórych przedstawicieli tych sztuk na inspiracje płynące z jego poezji. Ostatni szkic tomu Mirosław Strzyżewski poświęcił szwajcarskiej podróży Krasińskiego i szczegółowej relacji z odwiedzin zamku Chillon nad Lemanem. Te, przez konotację z poematem „Więzień Chillonu” George’a Byrona  były odwiedzinami o kolorycie byronicznym, acz – jak wynika z relacji samego poety – również już wtedy, w 1830 roku, panował tam ruch turystyczny tak intensywny, że uniemożliwiał jakąkolwiek intymność chwili odwiedzin (!). Jak wszystkie pozostałe tomy  toruńskiego cyklu o Zygmuncie Krasińskim także i ten zaleca się bogactwem fascynujących zagadnień i interesujących detali.

Zygmunt Krasiński. Światy poetyckie i artystowskie”, pod red. Agnieszki Markuszewskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2014, str. 298, ISBN 978-83-231-3276-9


Bez filozofii. O życiu, miłości i śmierci Ludwiga Wittgensteina.

Ta opowieść jest dziwnie napisana. Dziwna w dobrym tego słowa znaczeniu, bo nieszablonowa. Już ze wstępu autorstwa tłumaczki, Anny Wanik, dowiadujemy się, że autor tomu „Wittgenstein: wiadomo że…”, Czech Ladislaw Ĉumba „nie jest filozofem i w swojej książce nie skupia się na myśli filozoficznej Wittgensteina. Interesują go natomiast realia, w jakich żył Ludwig i jego rodzina. (…) Książka, którą czytelnik trzyma w ręku, nie tylko opisuje życie Wittgensteina, jego pracę i służbę w wojsku, ale także bliższych i dalszych przyjaciół oraz niezwykle trudną osobowość”.

Casus Wittgensteina jako człowieka kumuluje się w tym, w jaki sposób użył ogromnego majątku odziedziczonego po ojcu, fabrykancie dużego kalibru. Otóż użył go w ogromnym stopniu na wspieranie ludzi nauki, kultury i sztuki. Trzeba jednak do końca doczytać wstęp Anny Wanik by dowiedzieć się (a przy lekturze przekonać osobiście), że zwyczajowa definicja opowieści biograficznej nie znajduje zastosowania w stosunku do książki Ĉumby. Jak podkreśla bowiem tłumaczka, „powstała książka, której forma przypomina kolaż pracy naukowej i powieści biograficznej , poprzetykany najróżniejszymi ciekawostkami, pełen absurdalnego humoru. Czytając ją nie można przewidzieć dalszego toku myślenia autora”.

Te dwa ostatnie stwierdzenia, co do humoru i co do nieprzewidywalności autora, warto uwypuklić, jako że stanowią, by tak rzec, esencję tej książki. Co do humoru, to jest on czeski, a to wspaniała rekomendacja, bo co najmniej od czasów „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslawa Haška, czeski humor stanowi wielką markę światową, nie wiem na ile przetłumaczalną na języki niesłowiańskie (wydaje mi się to wyjątkowo trudne w przypadku francuszczyzny czy nawet angielszczyzny). I coś z tego Haska jest w opowieści Cumby, nie wprost, nie literalnie, ale jakby z ducha, o co tym łatwiej, że znacząca część biografii Wittgensteina przypadła na służbę w CK-armii austrowęgierskiej, z silnym dodatkiem składnika czeskiego, czasie Wielkiej Wojny 1914-1918, później nazwanej I wojną światową. Można więc nawet powiedzieć, że Ludwig Wittgenstein był towarzyszem broni dobrego wojaka Józefa Szwejka. Nieszablonowość opowieści Ĉumby wyraża się w różnych formach, n.p. w tym, że poza narracją werbalną natykamy się na stanowiącą integralną część całości warstwę ilustracyjną, ikonograficzną, na którą natrafiamy już przy lekturze pierwszego rozdziału, którego tytuł sformułowany jest w stylu czarnego czeskiego humoru: „Przegląd hutnictwa  w Czechach i gdzie indziej”. I już na wstępie czytelnik otrzymuje do wglądu mapy przemysłu hutniczego w Czechach w różnych okresach, wykresy obrazujące statystykę wzrostu produkcji hutniczej tamże, w latach 1823-1945, dowcipnie skorelowaną z ważnymi datami z życia rodu Wittgensteinów,  także statystyczne dane liczbowe na temat produkcji hutniczej w Czechach w latach 1800-1945, w sumie szesnaście stron. Trzeba przyznać, że ekscentryczny to pomysł jak na biografię filozofa w końcu, autora sławnego „Traktatu logiczno-filozoficznego”. Ten po czesku dowcipny klimat kontynuuje autor w rozdziale pierwszym, poświęconym rodowi Wittgensteinów, gdzie fotografiom familijnym i wedutom wiedeńskim towarzyszą rysunki technicznych schematów pieców hutniczych i wzorów chemicznych. Od map i techniki nie jest wolny nawet rozdział o Wiedniu, rodzinnym mieście Wittgensteina, rozdział opatrzony najsławniejszym cytatem z pism tego filozofa: „Granice mego języka oznaczają granice mojego świata”. Jednak nawet w przypadku rozdziału o Wiedniu autor nie uległ oczywistemu schematowi narysowania krajoznawczego, turystycznego obrazu stolicy Austrii i o sławnych „klimatach wiedeńskich” za czasów Franciszka Józefa, z Dunajem, walcami i kawiarniami prawie tu nic. Niewiele też o sypialni Wittgensteina w Cambridge w ośmiolinijkowym rozdziale jej poświęconym („Sypialnia”). Za to można ją zobaczyć na nader wyraźnej fotografii. Bardzo nowoczesna w stylu, sterylna, funkcjonalistyczna, zwiastująca styl Ikei, z radiem we wnęce przypominającej kominek. W rozdziale poświęconym rodzinie Wittgensteinów dużo o jej geniuszu, o pomocy udzielonej m.in. Zygmuntowi Freudowi i o muzyce (z dodatkiem nut), która odegrała w niej dużą rolę. O opus magnum Wittgensteina, a raczej o miejscu i okolicznościach jego powstania, dużo w rozdziale o jego wojennym pobycie czyli służbie wojskowej w Krakowie, a więc w rozdziale poniekąd „polskim”. Są nawet fotografie miejsc, w których Ludwig żył i działał (szkoda, że brak informacji o nazwie i numerze ulicy znajdującej się na Podgórzu, gdzie do dziś zachował się domek, w którym Wittgenstein mieszkał). Jako puenty tego omówienia użyję pierwszych słów „Epilogu”: „Książka ta nie ma nic wspólnego z filozofią Ludwiga Wittgensteina, jedynie przybliża pogląd autora na fakty o jego życiu, miłości i śmierci”. W kilkunastu następnych zdaniach wyjaśnia autor motywację, która zainspirowała go do napisania tej opowieści, ale to już niech czytelnicy przeczytają sami.

Ladislav Cumba – „Wittgenstein: wiadomo, że…”.Traktat logiczno-filozoficzny”, przekł. Anna Wanik, Wydawnictwo Iskry, str. 343, ISBN 978-83-244-10415


Poradnik dla dbających o zdrowie

Nie ma chyba innej dziedziny, którą przedstawiciele gatunku ludzkiego interesowaliby się bardziej niż zdrowiem. Można to złośliwie przypisać wrodzonej hipochondrii homo sapiens, ale nie należy, bo w końcu zainteresowanie własnym zdrowiem jest zupełnie zrozumiałe. Nieprzypadkowo seriale telewizyjne poświęcone tematyce medycznej zawsze cieszyły się rekordowa popularnością obok kryminalnych i romansowych. Na samym początku lat sześćdziesiątych światowym hitem telewizyjnym był serial amerykański „Doktor Kildare” ze sławnym Richardem Chamberlain w roli tytułowej. Amerykańska służba zdrowia wyglądała na ekranie jak świat science fiction, białość, czystość, komfort, jubilerska dbałość o pacjenta (mniej więcej na poziomie szpitala w Leśnej Górze) oglądano w Polsce Ludowej jak bajkę na tle uspołecznionej służby zdrowia i aż dziw, że cenzura dopuściła taki baśniowy, przesłodzony obraz, który mógł kusić diabła. Jednak dopuściła chyba dlatego, że do telewizji słabo jeszcze w tych czasach upowszechnionej nie przywiązywano wtedy dużej wagi jako do środka propagandowego, ludzie byli znacznie mniej niż dziś nerwowi, pobudliwi niecierpliwi, a poza tym chyba rzeczywiście traktowano serial o pięknym doktorze Kildarze jako bajkę o pięknym doktorze Kildarze, a nie prospekt amerykańskiego szpitalnictwa.  Kilka lat później w telewizji pojawił się serial polski o lekarskiej tematyce, „Doktor Ewa przyjmuje”,  z piękną Ewą Wiśniewską zamiast Richarda Chamberlain, ale ten był fantazyjny z innego powodu: przeprowadzano transfuzję krwi za pomocą pompki rowerowej, a w innym odcinku prosta rodzina wykonywała w mieszkaniu operację chirurgiczną na dziecku w oparciu o instrukcję przekazywaną przez doktor Ewę telefonicznie. Ten przydługi wstęp pozwala mi przejść do zagadnienia mitów medycznych, które zapewne znów ożywiły się z powodu pandemii korona wirusa. O mitach medycznych interesująco napisała Katarzyna Świątkowska. Czego możemy się z niej dowiedzieć? O setkach spraw: o tym czy masło jest tak zdrowe, jak głoszą jedni, czy tak niezdrowe i powodujące sklerozę, jak twierdzą inni, o tym, czy wszystkie ryby są zdrowe, a jeśli tak, to dlaczego? To samo pytanie dotyczy jajek. Czy rzeczywiście należy skrupulatnie dozować ich spożywanie, jak głosi wieść? Co należy sądzić o suplementach odchudzających i czy je stosować? Skąd biorą się nietolerancje pokarmowe i jak sobie z nimi radzić, jak dbać o jelita? Także o laktozie, kwasach omega, no i co bardzo ważne, jak sobie radzić z oddychaniem w warunkach zanieczyszczonego powietrza i dziesiątki, jeśli nie steki innych tematów. A wszystko to, przypominam, poda hasłem: jak oddzielać realność od mitów, czyli, jak by się dziś powiedziało, medycznych, zdrowotnych fake newsów. Bardzo przydatny poradnik na każde czasy, a na obecne szczególnie.

Katarzyna Świątkowska  – „Mity medyczne 3”, wyd. Fronda (Eureka), Warszawa 2019, str. 288, ISBN 978-83-8079-493-1

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko