Zofia Maria Smalewska – POGUBIONA – opowiadanie

0
699
Franciszek Maśluszczak

            Takich kobiet jak Malwina jest mnóstwo, nie radzą sobie z życiem, z macierzyństwem – myślą, że są potworami.

            Wśród osób bezdomnych panuje jednak pewna hierarchia. W najgorszej sytuacji są kobiety, które jak Malwina z jakiegoś powodu, kiedy los z nich zakpił, żyją na ulicy.

            Malwina jednak bardzo szybko „awansowała” i z ulicy trafiła na ogródki działkowe znajdujące się na obrzeżach miasta. Tego miasta, które innym utożsamiało się ze wszystkim: z rodziną, pracą i codziennością zwyczajnego bytowania. Dla niej zawęziło się do obrzeży ogródków działkowych, o których kiedyś nawet niewiele jej było wiadomo.

            Pamiętnego dnia powodowana ciekawością trafiła na teren złomowiska przylegającego do miejskich ogrodów. Znajdował się przy nim punkt skupu złomu. To tam spotkała swoich nowych znajomych; nie po fachu oczywiście, ale po nieprofesjonalnej życiowej bezradności. Podchodząc do grupy chłopaków, których wygląd wskazywał, że to swoi, zapytała o zapalniczkę. Ten, który ją miał, i podał jej ogień, przedstawił się.

            Antek pomieszkiwał w opuszczonej altance na działkach nieopodal podmiejskiego lęborskiego osiedla. Był inny od pozostałych facetów z działek; czyściejszy i bardziej zadbany. Malwina początkowo wzięła go za pracownika punktu skupu złomu. I byłby do końca na takiego wyglądał, gdyby nie to, że podając jej ogień, mocno zionął  alkoholem.

            To, że wtedy wypił, nie musiało przecież dla niej oznaczać, że jest notorycznym alkoholikiem. Dla Malwiny ten temat w odniesieniu do środowiska, w jakim się znalazła, tematem tabu nie był. Sama wcześniej nie raz „ratowała się” alkoholem przed zimnem, stresem i kolejnymi upadkami życia.

            W tym temacie jednak – jak się potem okazało – Antek także do przeciętnych nie należał. To był facet z wyższej półki uzależnienia; nigdy nie trzeźwiał. Chociaż nie… I to było zastanawiające, bo – jak mawiał – gdy mus, to mus. – Potrafił powstrzymać się, gdy brudnym odzieniem dorównywał innym bezdomnym, i gdy nie chciało mu się w znalezionej na złomowisku poobijanej z emalii misce zrobić sobie prania. Trzeźwiał na krótko i szedł do noclegowni; żeby wykąpać się, wydębić jakieś nowe ciuchy i dostać coś ciepłego do zjedzenia.

            Wtedy, gdy zgodził się, aby Malwina u niego zanocowała w „jego altance”, był pijany. Na pewno był… nietrzeźwy.

            W altance znajdowało się tylko jedno wyro; stanowiące pozostałość, czy może raczej wspomnienie po dwuosobowym tapczanie. A do tego namiastka żeliwnej kozy ze złomowiska i dwa, czy trzy mocno zużyte garnki stanowiące kuchnię.

            Był tam jeszcze duży garnek stojący akurat w tej części altanki, gdzie w dachu znajdowała się dziura, przez którą wpadała do niego deszczówka, a gdy tej brakowało i na zewnątrz świeciło słońce, Antek wiadrem spod drzwi napełniał go wodą z abisynki na pobliskiej działce.

            W tym działkowym komforcie Malwina z Antkiem mieszkała trzy tygodnie. Tylko tyle z nim wytrzymała. Sielanka nie trwała dłużej jak tydzień. W drugim, gdy ani razu nie zdarzyło mu się wytrzeźwieć, i gdy kobieta postanowiła mieć wpływ na dalsze jego losy, a przy okazji i swoje przecież, pokazał, że stać go nie tylko na odmienne zdanie, ale również i agresję. Pod koniec trzeciego tygodnia… pobił ją.

            Kiedy potem pytano Malwinę, czy była w związku, zawsze długo się zastanawiała. I odpowiadała: – Można to było tak nazwać. Łączyło mnie z bezdomnym z działek Antkiem, przeklęte wyro w altance.

            Nie był to niestety dom jej marzeń. Co może jednak pamiętać kobieta, która od dzieciństwa prawdziwego domu nie miała. Jedyny, jaki w jej pamięci utkwił, i został we wspomnieniach, to Dom Dziecka w Radzyniu. Mieścił się w starej poniemieckiej  kamienicy. Nazwy ulicy już nie pamiętała. Pamiętała jedynie, że opiekę nad dziećmi w różnym wieku sprawowały siostry zakonne – czarne anioły z rozpostartymi białymi skrzydłami na głowach.

            Surowy regulamin i codzienny rytuał w tym schronieniu dla niczyich dzieci był dla Malwiny zawsze daleki od jej dziecięcych marzeń o prawdziwych: matce i ojcu. 

            Jedynym, godnym pamięci wspomnieniem było przebywanie w kaplicy Domu Dziecka, gdzie siostry zakonne uczyły ich śpiewu. Malwina miała, jak na swój dziecięcy wiek i bardzo wątły wygląd, donośny głos o rzadko spotykanej barwie, o którym jedna z zakonnic mawiała, że przypomina o istnieniu Boga i jego anielskich chórków.

            Tak chórków, nie chórów, bo rzekomo w niebie było w tym czasie równie dużo dziecięcych aniołków, co dorosłych aniołów. A wszystko to rzekomo spowodowała straszna światowa wojna, na szczęście której dzieciaki z tej ochronki nie musiały doświadczać.

            Wojny nie, ale owoców prawdziwego rodzinnego życia po wojnie też jej nie było dane skosztować. Kiedy po latach opuściła ten przybytek, a raczej uciekła z niego do “przedwczesnej dorosłości”, no i kiedy przygarnęła ją już tylko ulica, przypomniała sobie, że umie śpiewać i zachwycać swoim głosem innych.

            Przypomniała sobie o tym przy Antku. Kiedy wieczorem wracał do altany pijany, żeby uniknąć kolejnych awantur i razów, wymykała się na swoją uliczną miejscówkę nieopodal Kościoła św. Mikołaja i śpiewając znane arie operowe oraz pieśni nabożne, jakich nauczyła się w sierocińcu, zarabiała na życie, żebrząc o pieniądze wrzucane jej do blaszanej puszki.

            Malwina szybko zorientowała się, że jej to całkiem nieźle wychodzi, a Antek?… Antek nabrał do niej należnego szacunku, zwłaszcza, że wszystkie zarobione pieniądze mu oddawała. To też jednak trwało krótko. Nie mogła siebie potem darować, że nie wynajęła gdzieś taniego pokoju. Było ją stać na to, ale coś jej mówiło, że Antek wziął ją z ulicy i uratował. Czuła się mu po prostu zobowiązana.

            Minęło niewiele czasu, może miesiąc, może nieco dłużej, gdy wybrała się z Antkiem na imieniny Agaty, która podobnie jak ona mieszkała na działkach. Z bratem Antka, Jackiem. Agatę poznała przypadkowo, wcześniej, ale brata Antka jeszcze wtedy nie znała.

            No i stało się. Pobiesiadowali, to znaczy popili zdrowo i Jacek zaczął się do niej przystawiać. Zaiskrzyło między nimi. Po kolejnym miesiącu Malwina z Jackiem zostali parą.

            Jacek dostał akurat dobrą pracę w budowlance i mógł wynieść się z działek.  Zamieszkali w domu, który remontował. Pracodawcy to zaakceptowali, bo od razu zyskali kobietę do sprzątania po remoncie.

            Malwina już nigdy na wyro do Antka altanki nie wróciła.

            Wtedy – jak wspominała potem – oboje byli szczęśliwi, a ona w szczególności. Zwłaszcza, że dostała jakąś fuchę w gminie Kolbudy koło Gdańska. Pracowali, a czasami i odpoczywali razem. Miejscowi często widywali ich na szutrowej drodze prowadzącej do Bąkowa.

            Któregoś dnia przy tej drodze pojawiła się szpitalna karetka. Na zakręcie z ulicy Leszczynowej wjechała w idącą parę sportowym autem młoda dziewczyna, bez prawa jazdy. Malwina i Jacek dostali się pod jej samochód. W wypadku najbardziej ucierpiał Jacek: miał poprzestawiane kręgi szyjne, pęknięty mostek i zdruzgotany obojczyk. Malwina była tylko mocno poobijana.

            Pracodawca od razu, jak tylko się dowiedział, że Jacek trafił do szpitala, rozwiązał z nim umowę o pracę. Podobny los spotkał niebawem Malwinę. – Dwa tygodnie zwolnienia lekarskiego też było nie do zaakceptowania.

            Gdy Jacek dowiedział się, że już nigdy nie będzie mógł pracować fizycznie, ponownie wrócił do alkoholu. Popijał jak jego brat Antek.

            Małe oszczędności szybko się skończyły, a chwilowi młodzi szczęśliwcy zaczęli się kłócić dosłownie o wszystko. Nie mając innego wyjścia, Malwina zwróciła się o pomoc przytułku prowadzonego przez zakonnice.

            Wspominając to wszystko Malwina mi powiedziała, że pamięta, jak kiedyś w porzuconych na śmietniku książkach znalazła “Ptaki ciernistych krzewów”. Przeczytała ją. Tam główna bohaterka Maggie nieświadoma swojej kobiecości, gdy dostała okres, pomyślała, że umiera. Malwina też tak myślała i nie przyznała się żadnej z sióstr zakonnych, że na jej prześcieradle pojawiła jej krew.

            Tylko że Maggie rozpaczała z tego powodu, a ona się cieszyła, że umierając doczeka się wreszcie końca swej udręki. Śmierć jednak się nie pojawiła. Malwina dalej żyła, słysząc ciągle nad sobą ten diabelski chichot losu pogubionej w tym dziwnym świecie nastolatki, a później kobiety.

            Malwina, zamiast przytyć, tak jak wiele kobiet w odmiennym stanie, była coraz chudsza i słabsza. Tylko Jacek, jak dotarło do niego, że będą mieli dziecko, był z tego powodu szczęśliwy. I miał kolejny powód do picia.

            Moja rozmówczyni – nie mając żadnych wzorców z dzieciństwa – budowała relacje z osobami uzależnionymi, pogubionymi tak jak ona sama.

            Czy myślała o przerwaniu ciąży?

            Nie, nigdy nie było w jej głowie takich myśli. Nie miała nawet cienia wątpliwości. Biologicznie wyzwolony instynkt macierzyński podpowiadał jej, że wreszcie będzie miała coś swojego, coś co będzie tylko należało do niej.

            Siostry zakonne wychowywały ją po katolicku, na lekcjach religii oglądała wyświetlany w kaplicy Domu Dziecka “Niemy krzyk”. Wiedziała, że aborcja jest ciężkim grzechem i piętnem pozostawianym na całe życie matki, która się jej dopuszcza.

            Dopiero w dziewiątym miesiącu, już pod koniec ciąży, kiedy bardzo puchły jej nogi i musiała zaprzestać śpiewania na ulicy, pomyślała, że nie chce tego dziecka. – Ja Malwina bezdomna kobieta co z nim zrobię?… – To pytanie dręczyło ją prawie co dnia. – Gdzie będzie z nim spać, gdzie go kąpać i czym karmić, jak nie będzie miała pokarmu?

            Kiedyś Jacek jej powiedział, że musi liczyć tylko na siebie, bo nikt jej nie pomoże, bezdomnych wszędzie traktuje się jak gówno. Ich dziecko też będzie takie jak oni: bezdomne i z pewnością powieli ich los.

            Była zima, połowa stycznia, trzymał ostry mróz, drogi na działki

zasypał śnieg… Zbliżał się termin porodu.

            Kiedy ostatni raz śpiewała pod kościołem “Cicha noc”, podeszła streetworterka ze stowarzyszenia dla ubogich w Gdańsku i powiedziała, że załatwiła jej miejsce w ośrodku interwencji kryzysowej. Pozwoliła się Malwinie ogrzać i coś zjeść w uruchomionym autobusie dla bezdomnych, dała też kartkę ze stowarzyszenia, kierując ją do lekarza.

            28 stycznia Malwina po ciężkim porodzie trwającym 18 godzin, urodziła córkę i syna Angelikę i Szymona. Bliźnięta z dużą niedowagą bardzo niedotlenione. Zrobili jej cesarkę; nie mając już własnych sił, w przerwach skurczów traciła przytomność.

            Dzieci jak na noworodki były dla Malwiny piękne – dwujajowe bliźniaki, każde z nich miało inną urodę i wyglądały jak dwa małe szczeniaczki, które ktoś w worku zostawił koło zarośniętego stawu.

            Z powodu dużego niedotlenienia ciążowego lekarz rokował, że przyszłościowo dzieci mogą mieć problemy z koncentracją. Zmartwiona tym Malwina wróciła do ośrodka. Po niedługim czasie nawiązał z nią kontakt ksiądz Jan, który odwiedzał ośrodek w celach duszpasterskich. Ksiądz zabrał ją z dziećmi na Mazury, najpierw na plebanię w swojej nowej parafii. A ponieważ miał już tam swoją gospodynię, młodą Martynę, Malwinie załatwił w zamian za sprzątanie pokój w pobliskiej agroturystyce. Pomógł jej też załatwić pomoc dla dzieci w miejscowym MOPS-ie.

            Martyna i Malwina były w tym samym wieku. Kobiety zaprzyjaźniły się, ale przyjaźń ta okazała się niebawem dla Malwiny niebezpieczna. Malwina nie wiedziała, że gospodyni księdza cierpi z powodu niespełnionego instynktu macierzyńskiego i widok małych, radosnych dzieci może wywoływać u niej jakieś obsesje. Któregoś dnia podczas odwiedzin wyrwała z rąk Malwiny małego Szymka i z przejawem obłędu w oczach oświadczyła, że to jej synek i nikomu go nie odda.

            Dziewczyna uzależniona była od antydepresantów, które otrzymywała od księdza w celu wyciszenia wybujałej i chorobliwej chęci bycia matką.

            Malwina wystraszyła się. Z trudem udało się odebrać jej synka. Postanowiła powiedzieć księdzu o tym, a także o swoich obawach o dalszy los dzieci, gdyż Martyna zagroziła, że jak nie odzyska Szymka, to przy najbliższej okazji obojgu dzieciakom odbierze życie.

            Żyjąc w ciągłym napięciu powodowanym obawami o dzieci, Malwina wytrzymała tak do maja. Dzieci nieraz całe noce płakały na przemian, trwało to tygodniami. Może przejmowały jej emocje? Nie wiedziała. Często zastanawiała się nad tym. Nie potrafiła, po prostu nie dawała sobie rady. – Kiedy to opowiadała – nie mogła powstrzymać łez. – Bóg mym świadkiem, że chciałam być dla nich dobrą matką, ale nie umiałam, nikt mnie tego nie nauczył, zabrakło mi wzorców – tłumaczyła się.

            W maju ksiądz Jan odwiózł ją z powrotem do ośrodka w Gdańsku.

            W ośrodku też nikt nawet szczypty ciepła nie miał dla niej, czuła się jak w więzieniu. Tam trwała ciągła walka o przywileje, o wszystko.

            – Czułość, a cóż to takiego? Kiedy ktoś okaże ci czułość, to wiem czego się spodziewać – mówiła z rozżaleniem. – Ta osoba na pewno wbije ci kosę pod żebra… Często myślałam, aby w tym ośrodku skończyć ze sobą. Co ze mnie za matka, która nie potrafi w nocy uspokoić własnych dzieci?

            O tym, że dzieci mogą płakać z powodu jakichś dolegliwości, nikt jej nie powiedział. Jedyne co do niej docierało, to że nie daje im tego, czego potrzebują. Nie potrafi przekazać im uczuć zwykłej matczynej miłości.

            Gdy Angelika i Szymek mieli osiem miesięcy, personel ośrodka po raz pierwszy zaproponował jej rodzinny dom dziecka. Po kolejnej nieprzespanej nocy Malwina udała się tam i po zapoznaniu z panującymi warunkami wyjaśniła, że chce oddać bliźnięta.

            Pracujące tam kobiety najpierw wnikliwie jej się przyglądały, patrząc głęboko w jej niebieskie oczy, dociekały czy nie ma rozszerzonych po narkotykach źrenic. Obwąchiwały też ją, bo takie matki często piją. A ona przecież nic z tych rzeczy, ona po prostu sobie nie radziła.

            Malwina nie zrzekła się od razu praw rodzicielskich do Angeliki i Szymka. Przeglądając dokumenty tej bezdomnej matki, dowiedziałam się, że Sąd Rodzinny ustanowił, iż Malwina L. może współdecydować o ważnych dla córki i syna sprawach wraz z opiekunami dzieci.

            Malwina zawsze wierzyła i miała cichą nadzieję, że jak dzieci umieści w rodzinnym domu dziecka, to ona sama poukłada swoje popaprane życie i na pewno je odzyska.

            Po trzech miesiącach znalazła pracę w osiedlowym sklepiku spożywczym. Widywała się z dziećmi raz w tygodniu, a czasami jak czas pozwalał to i dwa razy.

            Przy każdej okazji, kiedy ktoś ze znajomych pytał ją: – Co u ciebie Malwinko? – ona z uśmiechem opowiadała, że najwspanialsze dla niej są spotkania z dziećmi, ale zaraz potem zaczynał się psychiczny koszmar. Całymi dniami płakała. Płakała w autobusie, w pracy, przed snem i jak budziła się w nocy. Coraz bardziej za nimi tęskniła.

            Niebawem dowiedziała się, że zgłosiły się dwie rodziny, które chciałyby adoptować jej dzieci. Każda chciała być rodzicami dla jednego dziecka.

            Jej koszmar pogłębił się. – Widziałam siebie jako wyrodną matkę – opowiadała – Matkę potwora, która oddała do przytułku własne dzieci, bo nie potrafiła wziąć odpowiedzialności za ich los. Teraz chcą jeszcze dodatkowo rozdzielić jej bliźniaki. Nie będą miały prawdziwej matki, i nie będą miały siebie.

            To do niej należała decyzja. Ona wydała na nich “wyrok”.

            Nie miała nikogo, kto by jej doradził, jak ma postąpić, by dzieci nie podzieliły jej losu i były bezpieczne na przyszłość. Kiedy podpisała zgodę na adopcję, nikt też nie starał się zrozumieć jej decyzji.

            Angelika wyjechała z nowymi rodzicami do Słupska, a Szymek do Poznania. Innych informacji z ośrodka adopcyjnego już nie uzyskała. Rozstanie i pożegnanie z dziećmi nastąpiło, gdy skończyły pierwszy rok życia i siedem miesięcy.

            Jacek też wtedy przyszedł i był nawet trzeźwy. Płakali wszyscy: ona z Jackiem i ich bliźniaki, które chyba czuły, a może i rozumiały, że już nie będą razem. Ten obraz gdy przy pożegnaniu cała ich czwórka pogubiona w życiu i tak dotkliwie doświadczona przez zły los trzymała się za ręce, zachowa w pamięci do końca życia.

            Oczywiście że… nie tracąc przy tym nadziei, że kiedyś się jeszcze spotkają.

            Niedługo po pożegnaniu Jacek dostał wylewu. Po miesiącu w śpiączce zmarł w szpitalu. Malwina wróciła do ośrodka. Dostała pracę nocną w piekarni: myła blachy i sprzątała po produkcji cukierników.

            Po śmierci Jacka i oddaniu dzieci nadużywała antydepresantów, po których przestawała myśleć o swoim życiu, odpływała…

            Gdy prowadziłam z nią tę rozmowę, miała 36 lat. Z dziećmi zero kontaktu, bo takie są zasady. Za moją namową historię tę opowiedziała też w lokalnej internetowej telewizji. Dlaczego? Uznałam, że takich jak ona kobiet jest mnóstwo, każda z nich kiedyś się pogubiła, każda nie radziła sobie z macierzyństwem. Czują się winne do końca życia.

Ale czy to tylko ich wina? Czy mogły same coś w swoim życiu zmienić? 

            Żeby oglądający i słuchający ją telewidzowie też mogli sobie odpowiedzieć na te pytania. – Jak mają postąpić takie nieradzące sobie w życiu kobiety, by ochronić siebie i ochronić swoje dzieci przed bezdomnością?

            Dzieciństwo ma wpływ na całe przyszłe życie.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko