Klaudia Jeznach – „W życiowym labiryncie i na literackich bezdrożach”

2
513

„Nazywam się Leopold Tyrmand i na ogół gustuję zarówno
w swym nazwisku, jak imieniu”[1].

Miłośnik i popularyzator jazzu w Polsce, publicysta, ale przede wszystkim pisarz. Leopold Tyrmand to człowiek, wokół którego narosły liczne legendy. Przez jednych ceniony, przez innych spychany na margines. Co sprawiło, że
o Tyrmandzie mówi się głośno w kategoriach muzyki, a tak niewiele w kontekście jego twórczości? Kto z nas zna go jako autora „Złego”, „Filipa”, „Dziennika 1954” czy zbioru opowiadań pt. „Gorzki smak czekolady Lucullus”?

Rok 2020, okrzyknięty rokiem Tyrmanda, to czas, w którym powinniśmy zatrzymać się nad twórczością pisarza, w pewnym sensie na nowo ją przepracować, odświeżyć, a przede wszystkim poznać (jeżeli dotąd nie mieliśmy okazji).

Doskonałym przyczynkiem do rozmowy z jego literaturą staje się przygotowana przez Dariusza Pachockiego książka „Alfabet Tyrmanda”. Jest to znakomita i niebagatelna pozycja w pięknej szacie graficznej. Autor opracowania, zwracając uwagę na cztery dekady pisarskiej aktywności Tyrmanda, stara się wydobyć z nich to co wyjątkowe, niepowtarzalne, doskonałe artystycznie, a przede wszystkim indywidualne i autorskie. Korzysta w tym celu z notatek pisarza przechowywanych w Instytucie Hoovera na Uniwersytecie Stanforda, materiałów Instytutu Pamięci Narodowej, zeszytów pisarza zawierających pierwszą wersję Dziennika 1954, a także wywiadów prasowych publikowanych na łamach paryskiej „Kultury”, czy londyńskich „Wiadomości”.

„Alfabet” jest uporządkowanym (wydawniczo) zestawieniem wybranych myśli pisarza. Szeroki wachlarz tematyczny sprawia, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Od muzyki (blues, jazz), rozmyślań nad swoim życiem i twórczością, po spostrzeżenia dotyczące świata politycznego i kulturalnego (cenzura, kobiety, sztuka, urząd, Żyd w komunizmie etc.).

Na uwagę zasługują także fragmenty, które sprawiają wrażenie spisu ówczesnej „śmietanki” literackiej. W notatkach Tyrmanda możemy odnaleźć ślady takich pisarzy jak: Gombrowicz, Herbert, Iwaszkiewicz, Słonimski czy Stryjkowski. Nie brak i innych nazwisk… Co myślał o nich autor „Zapisków dyletanta”? Czy chciał w ten sposób odświeżyć pamięć o tych, którzy już dawno odeszli w zapomnienie? Może jego spostrzeżenia są przeczuwaniem tego, co nadejdzie, „sejsmograficznym drganiem”?

Śledząc strona po stronie, wybrane przez Pachockiego, notatki ma się wrażenie, jak gdyby przed oczami czytelnika widniała nie książka, a gościł sam pisarz. Poznajemy Tyrmanda przede wszystkim jako człowieka, który pragnął być wolny i niezależny, głośno i otwarcie mówił „NIE” zaszufladkowaniu w światopoglądowe i polityczne ramy.

Kochał muzykę, a jazzowy wszechświat był dla niego odskocznią od codzienności, odbiciem własnej duszy i emocji jakie mu towarzyszyły. To właśnie dźwięki wyrażały więcej niż język i odbijały się szerszym echem.

A co z literaturą? Ona zawsze, nolens volens, była odbiciem „konieczności zachodzących w życiu i w świecie”.

Inteligentny, błyskotliwy, rubaszny, a przy tym z poczuciem humory – taki na pierwszy rzut oka jawi się Tyrmand. I chociaż jego życie nie było usłane różami, nie traci wiary we własne możliwości, czerpie z życia garściami, a gdy mu coś nie pasuje, ustępuje z drogi, po której podąża i natychmiast wchodzi na kolejną.

Brawurowo dobrane fragmenty, opatrzone fotografiami poety sprawiają wrażenie rozmowy w czasie teraźniejszym, a zdjęcia przedstawiające rękopisy, maszynopisy (pełne skreśleń, poprawek) i różnego rodzaju dokumenty poety, przenoszą nas do miejsca, w którym czas na moment się zatrzymał, do archiwum, z którego pragniemy wyciągać kolejne materiały.

Jakaż szkoda, że alfabet ma tak mało liter…

Na zakończenie cytat z hasła „egzystencjalista”:

„Oto – z grubsza – moja sytuacja. Nie mam żadnych danych, aby wierzyć, że życie moje i to, co noszę w sobie, przyniesie kiedykolwiek i komukolwiek jakąś korzyść. Ani mnie, ani ludziom. A mimo to postanowiłem być wiernym noszonej w sobie prawdzie i umiłowanym walorom, być wiernym samemu sobie za wszelką cenę (…). Nie chcę dla siebie egzystencjalizmu, albowiem jestem z gruntu optymistą. Wierzę w Boga, ludzi i ich postęp. Uważam, że optymizm jest trudniejszy. Nie jest wielką sztuką być pesymistą, widząc to gówno, jakie rozciąga się bezmiernie wokół nas, znając podłość i głupotę ludzką i smród dolnej bielizny świata. Ale być optymistą, dostrzegając to wszystko aż do końca i nie mydląc sobie oczy niczym, być optymistą wbrew temu wszystkiemu, wyzywać do codziennej walki wszechpotężne, złe Doświadczenie – wydaje się wielkim, trudnym, godnym miłości Honorem”[2].

Tym optymistycznym akcentem pragnę zachęcić do lektury „Alfabetu”, a przede wszystkim do sięgnięcia po różnobarwną, niepowtarzalną i pełną inteligentnego humoru twórczość Leopolda Tyrmanda.


[1] Słowa zapisane przez Tyrmanda w rękopisie. Cyt. za: Alfabet Tyrmanda, oprac. D. Pachocki, Kraków 2020, s. 309.

[2] Ibidem, s. 92-93.

Reklama

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko