Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (8)

0
386

Z Magadanu do obozu “Dnieprowski”

            W końcu marca silniej operujące słońce zaczęło topić śniegi. Spychacze z łatwością już przecierały drogi, a plac obozowy ponownie rozrósł się do granic kolczastych zasieków, przy których chodzili wartownicy z psami.

            Po śniadaniu wszystkich więźniów ustawiono na placu obozowej zony. Przemówił do nich naczelnik: – No! Dosyć tego lenistwa, darmozjady, gestapowcy i kontryki! Najwyższy czas zapłacić ojczyźnie za chleb i opiekę! Od dzisiaj będziecie pracować! – Przez tłum przeszedł lekki pomruk. Trudno powiedzieć: niepokoju, czy niezadowolenia z formy, w jakiej naczelnik zwracał się do łagierników.

            – Nie możemy jeszcze zorganizować waszego transportu do kopalni, ale to nastąpi już niebawem! Póki co będziecie pracować dla Magadanu! – tłumaczył. – Wypada chyba pozostawić po sobie coś dla pieresyłki, w której znaleźliście schronienie?! Od dzisiaj rozpoczniecie budowę domu kultury! – wyjaśnił.

            Polacy byli zaskoczeni. W pobliżu nie widać było śladów żadnych przygotowań do budowy. – Dom kultury? – dziwili się. – Nawet, gdyby to miał być jakiś dom dla obozowej władzy, trudno było im uwierzyć, że może nosić taką nazwę. Pomijając już fakt, że trudno było sobie wyobrazić, że dom może budować tyle tysięcy ludzi?

            – Wacek, co oni kombinują, o jakim domu kultury on mówi? – Rymsza zapytał kolegę stojącego obok…

            Przez teren zony i fragmentem drogi prowadzącej w góry szli dużymi, zwartymi grupami – rzecz jasna pod eskortą strażników z psami. – W miarę jak droga zwężała się, zmienili szyk na kolumnę dwójkową, a ostatni odcinek trasy maszerowali w rzędzie.

            Magadańskie góry były niewysokie, wyglądały raczej na bardzo stare, o spękanych, rozsypujących się skałach i łagodnych zboczach. Gdy pierwsi więźniowie dotarli do stoku górskiego, skąd nakazano im zabrać kamienie, ostatni spośród nich opuszczali dopiero teren zony.

            Jak okazało się, pomaszerowali w góry, by zabrać stamtąd kamienie i zanieść je do portu w Magadanie, gdzie rzekomo miał powstać zapowiedziany przez naczelnika obiekt. Trasa na kamieniodajny szczyt miała 3 kilometry. Konwojenci uważnie śledzili każdy ich ruch, dbali o dokonanie właściwego wyboru; by nikt – niosąc zbyt mały kamień – nie czuł się z tego powodu poszkodowany.

            I niechby ktoś powiedział, że Stalin nie miał racji, mówiąc, że naród sowiecki dla socjalizmu przenosił będzie góry?…

            Po takim zaopatrzeniu się w materiał budowlany, podążali – obchodząc wierzchołek góry – prosto do portu w Magadanie.

            Teraz dopiero Rymsza mógł przyjrzeć się miejscowości, o której tyle ciekawego nasłuchał się w obozowym baraku. Niestety, rozczarował się. W dolinie wciąż jeszcze leżały śniegi, a w zasypanym nimi Magadanie, zamiast ulic przywitały ich głębokie tunele śnieżne.

            – Wacek, widziałeś kiedyś coś takiego? – ruchem głowy wskazał na pięciometrowe ściany śniegu, z których gdzieniegdzie wyglądały małe okienka domyślnych domów. Tkwiły też w nich drewniane tablice z nazwami ulic.

            – Ulicę Stalina już kiedyś widziałem, ale takiej jak ta, nie – odparł Wacek.

            Wspięli się na lekkie wzniesienie, skąd widać było morze. Przed nimi rozpościerał się duży, oczyszczony ze śniegu plac budowy, a za nim widniały kontury jakichś baraków i rozwalających się drewnianych szop.

            Radomski mówił, że w rejonie portu znajdują się obozowe baraki, lecz liczba przetrzymywanych w nich więźniów, jest nieduża. Wacek zwrócił też uwagę na to szczególne budownictwo. Podobno miękkie podłoże powodowało, że stawiane tam domy szybko się wywracały.

            Radomski mówił, że w kilku barakach przetrzymuje się po około dwustu więźniów. Wszyscy oni są zatrudnieni przy obsłudze portu i utrzymaniu porządku w mieście. Zatem te tunele śnieżne i oczyszczony plac to ich dzieło.

            – Czy są tu również jakieś brygady budowlane? – dopytywał się Tadziu Dubrowski.

            – Słyszałem, że jakieś są.

            Dopiero od poznanego znacznie później Iwana Dudko, Rymsza dowiedział się, że Sowieci mieli ogromne kłopoty z budownictwem w porcie. Iwan spędził w Magadanie 15 lat, znał dokładnie ludzi i panujące tam obyczaje, znał warunki. Według niego, w porcie w 1948 roku wysadzono w powietrze statek, który przywiózł materiały wybuchowe. Miał to być sabotaż, którego dopuścił się niejaki Garanin. Podczas wybuchu woda zalała pół portu.

Garanin był pełnomocnikiem generała Derewianko, odpowiedzialnego za „Dal-Stroj” – Dalekie Budownictwo, zjednoczenie wszystkich obozów Chabarowskiego Kraju. Garanin, wizytując wszystkie obozy na Kołymie, siał postrach zarówno wśród więźniów, jak i obozowej załogi. Gdy pojawiał się w którymś z łagrów i nakazywał zarządzenie zbiórki, nikt nie był pewien swego losu.

            Kiedyś kazał wystawić sobie wszystkich atliczników (przodowników). Gdy wykonano zbiórkę, wyjął pistolet i idąc wzdłuż szeregu, własnoręcznie rozstrzelał co drugiego.

            W innym obozie polecił, by wystąpili wszyscy, którzy nie wykonują normy. Z tych, których mu wystawiono, nie uratował się nikt.

            Trudno powiedzieć, czy nie straszliwy terror, jaki wprowadzał Garanin, spowodował, że rozpowszechniono wersję, iż był japońskim szpiegiem. Jest faktem, że wysadzenie statku z materiałami wybuchowymi przypisano właśnie jemu i rozstrzelano go.

            W 1950 roku Magadan jakby powstawał od nowa. Ci, co przebywali tam dłużej, śmiali się, że Sowieci nie potrafią dorównać Amerykanom, którzy dawno temu już wybudowali na Alasce kilkupiętrowe domy, gdy tymczasem w Magadanie, nawet te najmniejsze, natychmiast się wywracały.

            Podobno Amerykanie mieli jakieś specjalne zaprawy i chemikalia powodujące wiązanie się murarskich zapraw i tynków w niekorzystnych warunkach atmosferycznych. Zaprawy, jakimi dysponowali sowieccy budowniczowie, przy temperaturach dodatnich w dzień, a w nocy kilkudziesięciostopniowym mrozie, nie sprawdzały się.

            Od tego dnia, gdy po raz pierwszy wyszli na budowę domu kultury, nosili kamienie codziennie przez półtora miesiąca. W ciągu dnia robili tylko jeden kurs: trzy kilometry na górę po kamienie, cztery potem z kamieniami do portu i znowu trzy z powrotem do obozu.

            W kwietniu do magadańskiej brygady budowlanej trafił Wacek Jaworski. Zanim na stałe przeniesiono go do innego obozu w Magadanie, zdążył opowiedzieć, jak stawiają fundamenty pod ten przybytek kultury, na który wszyscy nosili kamienie. Ponoć przywieziono im z kopalni kilofy, którymi wykopali w wiecznej zmarzlinie fundamenty, a później – podczas ich stawiania – ogrzewali je prądem, żeby w nocy zaprawa murarska nie przemarzała. To powodowało, że budowane ściany przestały się wreszcie przewracać.

            Z pracującymi na budowie więźniami z Magadanu nigdy nie pozwolono im rozmawiać. Musieli zanieść swe kamienie na miejsce przeznaczenia i szybko stamtąd uciekać. Czy powstał z nich kiedykolwiek dom kultury, trudno powiedzieć, Antoni Rymsza sam chciałby to wiedzieć.

            Gdy po pobudce ogłoszono, że bezpośrednio po śniadaniu przeprowadzone zostanie komisyjne badanie lekarskie, Antoni wiedział już, że czas ich pobytu w Magadanie dobiegł końca.

            Komisja – to słowo nie było mu obce. To nic innego jak kolejne sortowanie. Tym razem ponoć już ostatnie przed dotarciem do celu. Dalej już tylko weryfikować ich będzie życie: głód, choroby, nieprzewidziane wypadki i śmierć.

            Jak dotąd była przy nim nadzieja. 25 lat w warunkach syberyjskiej niewoli to skala czasu prawie nie do wyobrażenia. A minął przecież dopiero rok. Tylko rok, chociaż czuł się, jakby przeżył tam już pół wieku. Nie, lepiej nie liczyć. Lepiej zostać z nadzieją, że przecież „ma się tylko oczyścić”.

            Komisja rzeczywiście była kolejnym sortowaniem. – Stół w pobliżu wejścia do baraku, kilka osób za stołem, a wśród nich lekarz – i stała procedura: krótkie sprawdzenie personaliów, zdjęcie spodni, by lekarz mógł uszczypnąć w pośladek, dla sprawdzenia, czy więzień posiada jeszcze taką część ciała, podniesienie obu rąk, aby się utwierdzić, czy na pewno są na miejscu i… teczka z aktami personalnymi na drugą stronę stołu. Więzień zaś na zbiórkę pod barak.

            Spośród Polaków dwóch z ich grupy nie stanęło na komisji. W Magadanie pozostali doktor Radomski i Wacek Jaworski. Radomski potrzebny był zapewne jako lekarz skórno-weneryczny, a Wacek okazał się niezbędny w brygadzie budowlanej, kontynuującej rozpoczęte kolejne dzieło komunizmu – łagierny dom kultury.

            Antoni Rymsza zapamiętał ten dzień dokładnie. 20 maja obudził ich warkot silników samochodów ciężarowych, które o świcie wjechały na teren zony. Ziły zrobiły rundę wokół placu i zanieczyszczając teren spalinami, ustawiły się w kierunku bramy głównej.

            Do podniecenia, jakie zapanowało wśród więźniów, niebawem doszło przerażenie. Wychodząc na zbiórkę przed barak zorientowali się, że ciężarówki są odkryte. Na zewnątrz panował dwudziestostopniowy mróz… Cóż, byli tylko łagiernikami. No i przeszli już zimową szkołę hartu – jak próbowali żartować.

            Grupa, w której znalazł się Antoni Rymsza, liczyła 32 osoby. Przeważnie po tyle gromadzono na każdym Zile. Opiekujący się nimi dwaj konwojenci, z których jeden miał walizkę z ich aktami, ulokowali się w szoferce, obok kierowcy, wydając przedtem stosowne komendy do załadunku.

            Sposób ładowania był prosty. Najpierw całą grupę wgoniono na pakę samochodu i zapięto burty. Część więźniów miała przy sobie rozmaite tłumoczki i torby. Kierujący załadunkiem nakazał ułożyć je wszystkie obok siebie. – Dobrze powiedzieć… Na ciężarówce było ciasno, że ani się obrócić.

A potem: „Ręce do góry!” – To nie były żarty. Wydanej komendzie towarzyszył charakterystyczny ruch automatem, zdradzający jego gotowość do użycia. Przerażeni więźniowie podnieśli ręce i zamarli w bezruchu.

– Wszyscy siad! – padła następna komenda. Więźniowie bezwładnie osunęli się na porzucone pod nogami bety, ciałami zaklinowując się nawzajem.

– Charaszo, charaszo! – uspokoił ich zadowolony z siebie konwojent. – Możecie opuścić ręce.

            Tak załadowani na ciężarówki wyruszyli z magadańskiej pieresyłki na główną trasę w kierunku Północy, rozciągającej się aż po Ocean Lodowaty. Spośród więźniów, których Rymsza poznał w obozie, był z nim tylko Belg Rampelberg.

            Droga wiła się dolinami wokół niewysokich gór, na których szczytach przez cały rok leżał śnieg. Słońce powoli wznosiło się nad horyzontem, likwidując stopniowo panujący na zewnątrz mróz. Nie mogli jednak poradzić sobie z lodowatym wiatrem, przed którym podczas jazdy musieli osłaniać odkryte części ciała, by nie przemarzły.

            – Przed wami tylko tysiąc pięćset kilometrów – żartował sobie z nich jeden z konwojentów zanim ruszyli. Nie chcieli wierzyć, że aż tyle.

Z Magadanu wyjechali w kolumnie kilkudziesięciu ciężarówek, która już w pierwszym dniu podróży porwała się na trasie, a w kolejnych topniała jak wiosenny śnieg.

            Pierwszą noc spędzili w opuszczonej kopalni. Co ich zaskoczyło, to fakt, że przygotowano tam dla nich posiłek. Kolejne dni były do siebie podobne. Codziennie pokonywali około czterystu kilometrów drogi, a na noc zajeżdżali bądź to do porzuconych striełek i wiat, bądź do obozu znajdującego się na trasie przejazdu. Na tym terenie Kołyma usiana była obozami. To na ich uzupełnienie odłączały od nich kolejno ciężarówki z więźniami.

            W piątej dobie, na kamienistej drodze, po której sunęły ociężale jakieś traktory, pozostał już tylko ich Ził. Orientując się po spotykanych – raz na kilkadziesiąt, czasami kilkaset kilometrów – drogowskazach, minęli leżący niedaleko od trasy ich przejazdu Ojmiakon, przejechali przez Budugiczar, co po jakucku oznacza Dolinę Śmierci, by wreszcie w szóstej dobie osiągnąć miejsce przeznaczenia.

            Przed nimi widniał ogromny napis wykonany czerwoną farbą: „Dnieprowskij”. Za podtrzymującym go drewnianym rusztowaniem rozpościerały się pięciorzędowe zasieki z drutu kolczastego, a za nimi teren obozu z barakami.

Oficer, który pojawił się przed nimi, nie przedstawił się. Nakazał ustawić więźniów w szyku rozwiniętym, po czym do nich przemówił.

            – Łagiernicy! Dotarliście do obozu „Dnieprowskij”! Odtąd będziecie tutaj żyć i pracować!

            – To oficer polityczno-wychowawczy – do magadańskiego konwojenta zwrócił się stojący w pobliżu Antoniego Rymszy dowódca miejscowej straży.

            – „Rozpoczęli od politycznego urabiania?” – zdziwił się Antoni. Informacje przekazane przez politruka były jednak wyjątkowe.

            – Zanim rozdzielimy was po barakach i brygadach roboczych – ciągnął oficer – musicie wiedzieć, że waszym podstawowym obowiązkiem wobec socjalistycznej ojczyzny, wielkiego Kraju Rad, jest obowiązek uczciwej i wydajnej pracy! Pracy ciężkiej! – krzyczał – bo na taką sobie zasłużyliście! Od jej efektów jednak zależeć będzie pomyślność socjalistycznych przemian!

            On mówi prawdę – pomyślał Rymsza. – Szkoda tylko, że nie słyszą tego jego przełożeni w Moskwie. Ciekawe, jakby to miało się do tezy, że to robotnicy i kołchoźnicy pod przewodem partii budują komunizm?…

            Oficer wykrzykiwał dalej: – Pamiętajcie, że praca uszlachetnia człowieka! Pamiętajcie, że pracując, stajecie się lepszymi! Że tylko ten, kto pracuje, może liczyć na opiekę! I przychylność władzy sowieckiej! Wy, łagiernicy, winowajcy, zdrajcy, kontryki, będziecie tutaj mogli zmyć swoje winy pracą! Każdy z was będzie mógł się oczyścić z win wobec narodu sowieckiego!

            – Oczyścić się – ta informacja wystarczała za wszystko. Zatem to jest ten czyściec, do którego zmierzali…

            Antoni Rymsza na pryńsk „Dnieprowskij” dotarł 25 maja 1950 roku. Po tej „pouczającej” przemowie politruka dokonano podziału całej grupy z ciężarowego Ziła, który ich przywiózł, na brygady robocze. On otrzymał przydział do szóstej brygady. Składała się ona z piętnastu osób, różnej narodowości, z różnymi wyrokami i o różnym stażu pobytu w tamtejszych obozach. Zarówno nowicjuszy, jak i starych obozowych wyjadaczy, jednoczył jedynie paragraf 58. Wszyscy więźniowie spod tego paragrafu określani byli przez władze obozowe jako faszyści, wrogowie narodu i kontryki.

            Brygada dobrana została przez speców obozowych do określonych zadań, aczkolwiek składała się z ludzi nie obeznanych jeszcze z pracami podziemnymi w kopalniach, którymi usiana była Kołyma. Jej brygadzistą został rosyjski półanalfabeta Klacki.

            Po przydziale miejsc w baraku, więźniowie otrzymali także obozowe numery. Belg Rampelberg ponownie trafił do wospitatielno-kulturnoj czaści, otrzymując pracę jako jeden z pierwszych. Wiadomo malarz-artysta. A malowania u Sowietów, jak niebawem miało się okazać, było od groma. Na początek należało każdemu z więźniów wymalować numer przydzielony mu przez obozową władzę. Numer, który odtąd miał zastępować jego prawdziwe nazwisko.

            Tych numerów Belg musiał wymalować trzy razy więcej, niż wynosiła liczba więźniów, bo każdy więzień oznaczony został potrójnie: na czole – numerem na czapce uszance, na plecach i na nodze, a ściślej biorąc nad prawym kolanem.

            Żeby otrzymać składający się z liter i cyfr numer łagiernika, należało najpierw wyciąć z odzieży łaty o wymiarach 10 x 20 centymetrów i oddać je plastykowi. Belg uwijał się, jak tylko potrafił, zamalowując je białą, olejną farbą, a później – po ich wyschnięciu – nanosił na nie czarną farbą właściwe oznaczenia. Tak przygotowane łaty każdy z więźniów musiał natychmiast wszyć we właściwe, należne im miejsce.

Po dwóch dobach od przyjazdu do nowego obozu, na więziennych łachach Antoniego Rymszy zawisł jego łagierny numer, oznaczony symbolem F1-233. Odtąd ten numer zastąpi jego nazwisko, które i tak wykreślone zostało ze spisu żyjącej ludności ZSRS. Jak się nim posługiwano? Ano, według wyuczonej „litanii”:

            – Więzień F1-233!

            – Jestem!

            – Wystąp! Wasze dane?

            – Antoni Rymsza, syn Bolesława, urodzony w 1914 roku w Finlandii, skazany z paragrafu 58, osądzony w Polsce przez Trybunał Wojenny Północnej Grupy Wojsk Armii Sowieckiej w Legnicy na 25 lat.

            – Dobrze! Tak macie się przedstawiać przy każdym wywołaniu, jasne?

            – Tak jest!

            – Więzień F1-233 wstąpić do szeregu!

            Obóz „Dnieprowskij” położony był na stoku najwyższej w okolicy góry (około 1000 metrów). W tym czasie późnej wiosny przyroda budziła się dopiero do życia. W zagajnikach, porośniętych karłowatymi drzewami: sosną, modrzewiem i brzozą, nabrzmiewały pąki. U ich podnóży szemrały górskie strumyki.

            Z wszystkiego, co wokół ich otaczało, tylko brzozy przywracały mu wspomnienia z rodzinnych stron. Budziły szczególną nostalgię i smutek; przypominały lata partyzanckiej poniewierki. Były jednak tylko miniaturą polskich brzóz; dorastały jedynie do metra, najwyżej stu dwudziestu centymetrów wysokości, a ich listki były drobniutkie jak paznokcie u rąk. Może dlatego, zamiast cieszyć, przydawały dramatyzmu okolicznościom, w jakich się znaleźli.     Te brzozy rozwijały liście w końcu czerwca i we wrześniu znów stały nagie. Nie wiedział czemu, ale miał wrażenie, że te drzewa cierpią wraz z nim. Że tak jak on, są na wygnaniu.

            W obozie było 12 baraków. Zgromadzeni w nich więźniowie obsługiwali Prińsk, to znaczy cały kompleks kopalń i fabryk wydobywających i wzbogacających rudę cynową. Wydobywanie rudy odbywało się dwoma sposobami: odkrywkowym i za pomocą drążonych bezpośrednio w skale sztolni. Odkrywkowo robiono to za pomocą kombajnów ziemnych Draga, które zbierały zmarzlinę – grunt wokół podnóża góry. Sztolnie natomiast drążono poziomo w jej zboczu, odprowadzając korytarze w tych kierunkach, gdzie znajdowały się żyły rudy. Najwięcej było tam rudy cynowej, był także wolfram.

            Antoniego Rymszę przydzielono do przykopalnianej fabryki nr 8.

O szóstej rano po pobudce więźniowie otrzymali 200 mililitrów czaju, siedem gramów cukru, kawałek rdzawego, nienadającego się do spożycia przez żołnierzy śledzia i 300 gramów chleba. Prosto ze stołówki skierowano ich pod bramę główną, gdzie z prawej jej strony, na zadaszonym, zbitym z desek podwyższeniu, czekali dwaj dozorcy. Jeden z nich wypuszczał więźniów przez bramę, a drugi przejmował od niego papierową teczkę z ich danymi osobowymi, kwitując podpisem odbiór, by razem z oczekującym za bramą konwojem pomaszerować do miejsca przeznaczenia. Zanim to jednak nastąpiło, dozorca wypuszczający więźniów miał obowiązek sprawdzenia zgodności stanu z kartoteką. W tym celu odczytywał kolejno ich numery. Wyczytany musiał wystąpić przed grupę i wyrecytować wyuczoną wcześniej formułę, określającą jego status prawny. Po wyrecytowaniu owej „litanii” przesuwany był pod bramę, gdzie czekał, aż uformuje się piątka. Do każdej uformowanej w ten sposób piątki, podchodziło dwóch żołnierzy z konwoju i skuwając ją łańcuchami, przeprowadzało przez bramę.

            Gdy grupa była gotowa, dowódca konwoju wychodził na czoło kolumny i głośno ostrzegał: „W czasie marszu nie rozglądać się! Nie rozmawiać! Nie kręcić się i nie pochylać! W razie nieprzestrzegania tego, konwojowy będzie strzelał bez uprzedzenia! Jasno?”.

            Więźniowie odpowiadali chórem: „Jasno!” – i konwój ruszał. Ciasno, piątkami spętani łańcuchem, jeden drugiemu deptając po piętach, szli budować socjalizm.

            Cała grupa, w której tak chodził Antoni Rymsza, liczyła około dwustu osób. Konwojujących było od dziesięciu do piętnastu; wszyscy uzbrojeni. Dodatkowo, żołnierze z psami, prowadzący i zamykający kolumnę. Brygadziści szli pojedynczo, na czele swoich brygad.

            Łańcuchami więźniów skuwano do jesieni. Późną jesienią, gdy mrozy nasilały się, a żelazo parzyło w ręce, od tej czynności odstępowano. Zmieniały się wtedy ostrzeżenia dowódcy konwoju, zawierając więcej nakazów: „Nie rozglądać się! Nie rozmawiać! Nie kręcić i nie nachylać! Nie przechodzić do drugiego rzędu! Krok w prawo, krok w lewo, konwój traktuje jako ucieczkę i strzela bez uprzedzenia! Jasno?”.

            Po dojściu do fabryki nr 8 konwój odłączał od grupy wytypowane wcześniej trzy piątki i brygadzistę Klackiego. Obozowy dozorca w asyście jednego z uzbrojonych konwojentów przekazywał ich wraz z dokumentami „na bramę” – dozorowi fabryki, gdzie znów otrzymywał pokwitowanie. Tak przebiegało rozprowadzenie do pracy i w taki sam sposób odprowadzano ich po niej z fabryk i kopalni.

            W fabryce Antoni Rymsza wyznaczony został bodajże do najcięższej i najbrudniejszej z możliwych prac; do obsługi – zbudowanego na wzór amerykański – stołu Wilfley’a. Służył on do przemywania rudy cynowej. Stół wprowadzany był w stałą wibrację poprzez zamontowane z boku kółka, połączone kilkoma paskami klinowymi z motorem spalinowym, i miał stały natrysk wody doprowadzanej rurami z pobliskiego strumienia.

            Zadaniem Rymszy było podawanie na ów stół rudy cynowej, którą bezpośrednio z kopalni dowoziły pięciotonowe samochody ciężarowe – wywrotki zwane samoswałami. Norma, jaką mu przydzielono do wykonania podczas dwunastogodzinnego dnia pracy, wynosiła 60 ton. Tyle rudy musiał łopatą, z odległości trzech do pięciu metrów narzucić na stół.

            Dla niego, przy dziennej porcji: 600 gramów chleba (300 przed i 300 po pracy), misce bliżej nieokreślonej zupy (300 gram) i kubku herbaty (200 gram) – czaju z rośliny określanej powszechnie iwan-czajem (rosnącej tam dziko przez okres letni; dwumiesięczny), był to wysiłek nadludzki. Dlatego po kilku dniach doznał bolesnego obrzęku lewej dłoni, z wyraźnie wyczuwalnym skrzypieniem stawu w okolicy nadgarstka i trafił do felczera, który udzielił mu trzydniowego zwolnienia.

            Gdy zwolnienie się skończyło, z dokuczliwym bólem lewej ręki musiał nadal wykonywać normę gwarantującą otrzymanie należnej pajki chleba. Za każde niewykonanie normy chleb mu ograniczano.

            Po kilku dniach od zakończenia transportu więźniów z Magadanu, samolotem przybyła na prińsk „Dnieprowskij” wysokiej rangi komisja z Chabarowska. Na prińsku lustrowała ona kopalnie i pozostałe obiekty pracy. Obóz i warunki życia więźniów jej nie interesowały.

            Podczas tej lustracji obiektów pracy podszedł do Antoniego Rymszy jeden z najwyższych dostojników komisji – mężczyzna około pięćdziesięcioletni, bardzo wysoki (blisko dwa metry wzrostu) i elegancko ubrany; miał na sobie długi, skórzany płaszcz. Dostojnik ten zaczął umoralniać go, jak to władza sowiecka wspaniałomyślnie darowała im – faszystom i wrogom narodu – życie, a teraz dba o nich. Ów „filozof”, wskazując na osłonę pasków klinowych, usiłował mu dowieść, że to specjalnie zrobiono dla niego, by się nie skaleczył.

– Powinniście być wdzięczni za to władzy rad i uczciwą praca zmazać swe winy, starając się o jej przebaczenie, a być może nawet zasłużyć na jej wspaniałomyślność i względy – tłumaczył z dumą.

            – Wybaczcie mi śmiałość, ale nie zgadzam się z wami – Rymsza przerwał mu ten polityczny wywód. Osłonę pasków klinowych wasza władza założyła na wasz przyjazd. Nie widzicie, że jest nowa? A co do dbałości, to dba o nas tylko dlatego, że jesteśmy jej darmową siłą roboczą. Gdyby nie to, dawno by się nas pozbyła.

            Dostojnik nasrożył się. Podchodząc do więźnia bliżej, zapytał: – Jakiej narodowości jesteście? Gdy dowiedział się, że rozmawia z Polakiem, poczerwieniał na gębie i zaczął krzyczeć: „O Job waszu mać! My was, Polaków, nigdy nie zapomnimy! Nie zapomnimy, jak w 1941 roku, na byłej polskiej ziemi i w krajach nadbałtyckich strzelaliście do nas z każdego okna! Jeszcze dzisiaj nasi bracia w Polsce boją się wieczorem wyjść bez karabinu, żeby wysrać się!”.

            Rymsza wystraszył się, że po tej tyradzie Rosjanin go uderzy i cofnął się, przyjmując pozycję obronną, by w razie ataku, zdołać się osłonić. Dostojnik nie podniósł jednak na niego ręki. Tupał tylko nerwowo i krzyczał dalej: „Jeden Polak, to jest Polak! Jak dwóch razem, to już murowana organizacja! Jak trzech, to kontrrewolucja! A czterech Polaków w kupie jest w stanie wywołać powstanie zbrojne! My tą narodowość znamy od wieków! Dlatego do dnia dzisiejszego musimy się jej bać!”.

            Antoni nie odezwał się więcej, gdyż po prostu stchórzył. W tych warunkach nie miał żadnych szans obrony, wolał więc nie odpowiadać. Następstwa takiej wymiany zdań z funkcjonariuszem władzy sowieckiej mogłyby być dla niego bardzo przykre; zapamiętał to dobrze z czasów pobytu w sowieckim więzieniu w Legnicy.

            „On wyjedzie, a ja?.. – pomyślał Antoni. – Rozmowa z oficerem politycznym, izolator i pozbawienie pajki chleba. A może nawet przeniesienie do kompanii karnej?”.

            Przez kilka dni i tak drżał, czy ktoś nie „upomni się” o niego. Jak potem dowiedział się od więźniów, był to dostojnik hierarchii górniczej z Chabarowska, odpowiadający stopniem wojskowym generała. Jedyną satysfakcją, jaka pozostała Antoniemu z kontaktu z nim, była wypowiedź, w której generał zawarł wysoką i pozytywną ocenę polskiej narodowości.

            Na terenie łagru funkcjonował tak zwany ambarczyk. Więźniowie nazywali go spichlerzykiem. Słuchając o nim niesamowitych opowieści, bali się go jak diabła. Nikt z nich zatem nie zamierzał sprawdzać, czy jest naprawdę wyjątkowym miejscem udręki i upodlenia. Ten karcer, w czasie, gdy tak wiele mówiło się o nim, ponoć wypełniony był więźniami, którym nie powiodła się próba ucieczki do Ameryki.

            Choć podobno jedna z takich akcji skończyła się sukcesem. A zorganizował ją ataman kozacki, niejaki hetman Baciuta. Uciekinierzy, którym się udało, pracowali w porcie, przy połowie ryb. Baciuta dopracował najdrobniejsze szczegóły planu. Któregoś dnia, opanowując najpierw kilka kutrów rybackich, uciekł z grupą rybaków przez wody wokół Wysp Aleuckich do Ameryki. Po tym zdarzeniu wszystkie obozy, w których przebywali łagiernicy skazani za działalność polityczną, odsunięto od brzegu aż o 300 kilometrów.

            W warunkach funkcjonowania obozu, do karceru można było trafić za zwykłą niesubordynację, odmowę wykonania polecenia lub inne przewinienie.

            Po każdym tygodniu pracy brygadzista Klacki musiał podsumować wykonanie planu. Na Kołymie wszystko szacowano w procentach. Ponieważ brygadzie codziennie zaliczano 100% normy, nie trudno było ustalić, że i tygodniowa norma zamykała się w stu procentach. Dla Klackiego nie było to jednak oczywiste. Szukając wsparcia, dotarł z tym do Rymszy. Antoni na drewnianej deseczce szybko dokonał rachunku, podając przy okazji szacunkowe dane przerzuconego i przemytego (w metrach sześciennych) gruntu. Klacki zaniemówił z wrażenia.

            – Jesteś może inżynierem? Bo takich zatrudniają do lżejszych robót.

            – Nie, nie jestem inżynierem, ale znam się na tym – wyjaśnił Rymsza.

            – Jesteś Polakiem, ale mówisz po rosyjsku? Czy umiesz również pisać po rosyjsku?

            – Oczywiście. Po rosyjsku piszę równie biegle, jak po polsku.

Klacki nic nie powiedział, ale nazajutrz zjawił się przed bramą z obandażowaną prawą dłonią.

            – Co wam stało się w rękę? – zapytał Antoni, gdy już rozkuto ich z łańcuchów i zezwolono zająć miejsca pracy przy swoich stanowiskach.

            – Zachorowała mi – oświadczył.

            – Moja też długo nie wytrzyma – zauważył Antoni. – Boli mnie coraz bardziej. Żeby dali nam chociaż wygodniejsze łopaty. Przecież tym szmelcem nie da się pracować – potrząsnął łopatą, która raczej przypominała szpadel do kopania ziemi, a na dodatek miała obluzowany uchwyt. Klacki zbliżył się do niego i ściszonym głosem wyjaśnił.

            – Jeszcze niedawno mieliśmy tutaj wspaniałe szpadle, amerykańskie.

            – I co stało się z nimi?

            – Jak nasi kapnęli się, że można z nich robić brzytwy, wszystkie wycofano.

            – Brzytwy? Ze szpadli?

            – Ano – Klacki rozejrzał się podejrzliwie. – One były z amerykańskiej stali.

Chwilę potem zwrócił się w stronę więźniów: – Niech któryś stanie przy stole Rymszy. On musi mi pomóc zrobić pismo.

            Gdy odeszli na bok, pokazał na rękę. – Widzisz, Rymsza, moja ręka chora. Jej nie można pisać. Mam tutaj – sięgnął za pazuchę – papier i… – pokazał na opakowanie.

            – Kopertę? – zdziwił się Antoni.

            – Tak, kopertę. Czy możesz, Rymsza, napisać mi list do kobiety?

            – Teraz?

            – Musisz to zrobić teraz, bo… – pokazał na stół Wilfley’a – potem będziesz mokry.

            – Dobrze, ale ty mi podyktuj, co mam napisać.

Klacki podał mu papier i ołówek. Czekał. On też.

            – No więc? – przynaglił Antoni. – Najpierw podaj adres. Możesz mi podać twoją deseczkę do notowania? Będzie mi łatwiej pisać.

            – A co to jest adres? – zapytał brygadzista.

            – Jak to co? Podaj, gdzie wysłać pismo?

            – Ty go nie wysyłaj, ja sam wyślę.

            – Tak, wiem, że ty sam wyślesz, ale trzeba podać, dokąd należy go wysłać – zaczął się denerwować Antoni. – Gdzie mieszka twoja żona?

            – A, rozumiem, gdzie mieszka żona?

Brygadzista Klacki zaczął dyktować.

            – Dom na domie wierchom.

            – Żartujesz sobie ze mnie? – zdenerwował się Antoni. – Co to za adres? Dom na domu konno? – wzruszył ramionami.

            – Moja żona mieszka w mieście – wyjaśnił Klacki. – W takim domu, co stoi na drugim domu.

            – Jak to miasto nazywa się?

            – Borowsk.

            – A ulica jak się nazywa?

            – Ulica? – Klacki powtórzył pytanie. – Ona się nie nazywa.

            – Musi jakoś się nazywać. Bez nazwy ulicy pismo nigdzie nie dojdzie.

            – Dojdzie – oświadczył Klacki. – W mieście wszyscy znają moją żonę. Była przecież żoną strażaka.

            – Rozumiem. Skoro tak, napiszemy miasto i nazwisko żony.

            – I dom na domie wierzchem – z uporem maniaka brygadzista trwał przy swoim.

            – Czy tam jest tylko jeden taki dom?

            – Taki jest jeden.

            – Dobrze, napisałem. Mów, co pisać dalej?

            – Pisz: „Witaj wesoła minuto”.

            – Minuta to imię twojej żony?

            – Nie.

            – A co to takiego?

            – Nie rozumiesz? Wesoła minuta, bo ja do niej piszę.

            – Znaczy się szczęśliwa chwila?

            – Rymsza, ty pisz, co ja tobie każę: „Zdrastwuj wesoła minuta. Pismo do rodziny z dalekiej Kołymy”.

            – Napisałem.

            – Teraz napisz, żeby do mnie przyjechała.

            – Tutaj, na „Dnieprowskij”? – zdziwił się Antoni. – Przecież tu nie wolno przyjeżdżać rodzinom więźniów.

            – To nic, że nie wolno. Ty pisz: „Przyjedź do mnie. Będziesz żoną naczelnika. Będziesz gospodynią domu”.

Co on wymyśla? Jaką żoną naczelnika? Jaką gospodynią? Jaki z niego naczelnik? – Rymsza nie mógł go pojąć.

            – Ty napisałeś? – dopytywał się Klacki.

            – Tak.

            – To ty napisz jeszcze, że będzie ważniejsza od sąsiadki, co jej mąż jest milicjantem.

            – I co dalej?

            – Dalej? Napisz: „Pieredać mama. Nietu mama. Piszy tata. Nietu papa. Siestra”… Jest siestra?

            – Jest. Oddać siostrze.

            – Niet, nie piszy „siestra”. Pisz, „taskajet pismo nazad, sam budu czytać”.

            – Jak będziesz sam czytał? – Rymsza omal nie parsknął śmiechem.

            – Skoro ma przyjechać do mnie, będę jej sam czytał – wyjaśnił.

W końcu napisał brygadziście Klackiemu ten list. Umęczył się jednak, co niemiara.

            – A jak uwierzą, że jesteś naczelnikiem i pozwolą twojej żonie przyjechać na Kołymę? – zapytał Rymsza, gdy już pismo było gotowe. Jego brygadzista wystraszył się.

            – Myślisz, że tak może być?

            – Pewnie, że może – zażartował z niego Antoni.

            – Uuu, co ja narobił? Takiego pisma nie trzeba wysyłać. – Chwycił za kartkę i porwał ją na strzępy.

            – Jak zostanę naczelnikiem, wyślemy nowe pismo – wyjaśnił.

            W łagrze obowiązywała zasada, że normę żywieniową otrzymywali tylko ci, którzy wykonywali normy pracy w kopalni. Jeśli więzień, bądź brygada nie wykonała nakazanej normy, zmniejszano porcję chleba o 100 gramów. Ten chleb i tak był daleki od jego prawdziwej nazwy. Czarny, niedopieczony… Po rzuceniu nim, przyklejał ją do ściany.

            W obiad, to znaczy po powrocie z dwunastogodzinnej pracy w kopalni, więźniowie otrzymywali „połroko”. Było to coś w rodzaju owsianki; kasza owsiana, jęczmienna lub jaglana, rozgotowana na wodzie. Jedynym mięsem, jakie jedli, były ryby. Chociaż raz, na początku pobytu w obozie „Dnieprowskij” trafiło im się końskie mięso. W jednej z kopalń doszło do zawału i pracująca tam para koni połamała nogi. Konie zabito, a ich mięso skierowano na kuchnię. Kawałeczki rozgotowanej koniny odnajdowali później w kaszy.

Gdy ktoś grzebał w talerzu, śmieli się inni więźniowie z niego: „Uważaj, żebyś nie znalazł podkowy”.

            Zjedli konie. I tak ich pracę można było zastąpić łagiernikami.

Uzależnianie posiłków od wykonywanych norm było dodatkową torturą, zwłaszcza, że w przypadku nie wykonania normy przez całą brygadę, cierpieli również ci, co normy wyrabiali. Dlatego, mimo kłopotów zdrowotnych, Antoni Rymsza starał się dawać z siebie wszystko, aby z jego powodu nie cierpieli współwięźniowie. Tak też postępowali i inni. Oczywiście dopóki było ich fizycznie stać na to, żeby narzucone normy wykonać.

            Po miesiącu pracy przy stole Wilfley’a Antoni nie mógł samodzielnie wejść do obozu, który położony był na lekkim wzniesieniu. Pomagali mu współtowarzysze niedoli. Był tak osłabiony, że aż w oczach migotały mu plamy przypominające owady i bolała go głowa. Dlatego bezpośrednio po powrocie zaprowadzono go do lekarza.

            Z trudem dobrnął do san-czaści, gdzie jako ostatniego w tym dniu pacjenta przyjęła go doktor Wiktoria Nikołajewa Fiećko. „Przyjęła” to zresztą nietrafne słowo, gdyż nawet nie zapytała, co mu dolega. Spojrzała na niego tylko i rzekła: – Na dzisiaj limit wyczerpany. Zgłoście się jutro.

Wrócił do baraku ogromnie rozżalony, że potraktowano go jak symulanta. Na dodatek zrobiła to Polka. A był naprawdę skrajnie wyczerpany, gonił resztkami sił.

            W tym stanie osłabienia poratował go felczer, rodak – Witek Noskowski, który przed zesłaniem na Kołymę zdążył zaliczyć rok studiów medycznych. Noskowski dał mu – oczywiście nielegalnie – butelkę tranu z wieloryba. Antoni schował butelkę w umówionym miejscu, zakopując ją w metrowej zaspie śniegu, za brakiem. Później chodził tam i po kryjomu pił tran.

            Doktor Fiećko była żoną majora Fiećki – komendanta obozu „Dnieprowskij”. W opinii więźniów, którzy spędzili tam wiele lat, „zaszczyt” zostania komendantem łagru mógł spotkać jedynie tych, którzy w jakiś szczególny sposób narazili się władzy sowieckiej. W przypadku majora Fiećki prawdopodobnie chodziło o to, że uczestnicząc w walkach o Berlin, zetknął się on z aliantami; poznał Amerykanów i Anglików, i trochę więcej niż inni się do nich przybliżył.

            Teraz władza sowiecka mogła spać spokojnie. Pełniąc służbę na Kołymie, major Fiećko nie miał żadnych możliwości dyskutowania o tym, co widział i czego dowiedział się od aliantów w Berlinie.

            Po pracy przy przepłukiwaniu rudy za pomocą stołu Wilfley’a, Antoni wracał do obozu ubłocony i mokry. Żeby się wysuszyć, trzeba było wiele zachodu. Wprawdzie w baraku stał blaszany piecyk, zrobiony z beczki po ropie, a wokół niego z trzech stron umieszczone były drągi, na których można było powiesić mokre łachy, ale… problem polegał na czym innym. Po ich zdjęciu, nie było w co się przebrać. Dlatego większość więźniów suszyła odzienie na sobie, starając się jedynie znaleźć miejsce na narach w pobliżu ognia.

            O ogień w baraku dbali dyżurni. Byli to więźniowie, którzy ze względu na sędziwy wiek, albo widoczne kalectwo, nie wychodzili już do pracy poza obręb zony. Wychodzili za to pod eskortą strażnika raz dziennie na zbocze góry, by nazbierać kosodrzewiny. Związane powrozami wiązki chrustu układali potem koło piecyka i siedząc na nich doglądali ognia. Jeśli ich ktoś poprosił, mogli mu podczas snu przypilnować suszącej się jakiejś części odzienia.

            Obóz – jak wszystkie w tamtych stronach obozy – stanowił jedną, wielką, prowizoryczną budowlę z drewna, a ściślej biorąc z sękatych, nieobrobionych do końca drągów. Z drągów zbudowane były baraki; ich ściany, dachy, a także nary. Podwójne baraki – oszczędnościowo – miały jedną ścianę wspólną. Tej ściany nie trzeba było uszczelniać przed chłodem i mrozem, natomiast zewnętrzne ściany uszczelniano starymi, nienadającymi się do użytku waciakami. W końcu lata, z chwilą nastania mrozów, waciaki polewano wodą i wzmacniano śniegiem. Zamarzająca woda uszczelniała wszystko, tworząc dodatkową warstwę izolacyjną, chroniącą przed przeciągami i mrozem.

Baraki były długie. Wąskie, dwu- i trzypiętrowe legowiska usytuowane były po obu stronach ścian, pośrodku zaś biegło ciasne przejście, w którym stały beczki z wodą i piecyki, w których palono ogień. Dachy baraków zabezpieczono dodatkowo papą.

            Legowiska, czyli tak zwane nary, wykonano z surowych żerdzi. Nie było na nich żadnych materacy, koców, zagłówków; niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że są to miejsca do snu i odpoczynku.

            Każdy spał tak jak chodził. Nikt też nie miał stałego miejsca. Więźniowie kładli się tam, gdzie było wolne. Jedynym udogodnieniem było światło elektryczne, chociaż słabiutkie sześciowatowe żarówki zasilane z elektrowni polowych, z których jednocześnie zasilano maszyny pracujące w kopalniach, nie zapewniały normalnych warunków oświetleniowych. Wystarczały jednak, by w miarę swobodnie się poruszać.

cdn

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko