Jerzy Stasiewicz – IRONIA POEZJI MAŁGORZATY KULISIEWICZ

0
343

Ciekawe bywają drogi książek od autora do pióra recenzenta.
    Jedenasty listopada, telefonuje Jasio Szczurek, jest w Krakowie w Hotelu Europejskim na promocji najnowszego tomu Konfraterni: Pod rękę z wierszem przez obszar pamięci. Siedzą w kawiarni grupą poetów, delektując się przednią kawą, wybornym winem. Chciałby mi przedstawić ciekawą osobę, panią Małgorzatę Kulisiewicz. I przekazuje telefon: – Panie Jurku, jestem urzeczona wstępem do książki Jana. Może skreśliłby pan kilka słów o moich Ciasteczkach z ironią, wydanych w ramach biblioteki „Poezji Dzisiaj”.

–  Chętnie, bo znany jest mi Kot Wittgensteina i inne wiersze oraz pojedyncze liryki rozsiane po czasopismach i antologiach.

    Wieczorem SMS-em przesyłam adres domowy na podany numer. Po kilku dniach listonosz wręcza opasłą białą kopertę ze starannie wykaligrafowanym moim imieniem i nazwiskiem, ulicą. Takie listy przyciągają do siebie, są oznaką szacunku. Jest kilka słów napisanych odręcznie, ciepłych i rzeczowych. Nie widać tu zbędnego pośpiechu i gonitwy w poszukiwaniu straconego czasu na bezustanne sprawdzanie facebooka. To świadczy o klasie poetki, absolwentki filmoznawstwa i polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorki esejów, recenzji filmowych i literackich, publikacji historycznych, realizatorki reportaży telewizyjnych. Spod jej pióra wyszły tomy poezji: Inni Bogowie, znany mi Kot Wittgenstena…, trzymane w rękach Ciasteczka z ironią, opowiadania drukowane w prasie i na portalach. Poetka Krakowa to już wiele znaczy, jak wielokrotnie podkreśla Józef Baran. Choć początkowo walczył z tym zaszufladkowaniem.

    Zacznę od wiersza „Nikt 2018”. Pan Nikt to praktycznie każdy z nas. Autorka ustawiła datę, chyba tylko dlatego, że w tym roku zwróciła uwagę na bezdomność, może to podkreślenie uniwersalności problemu? A ona przecież przeżywała swoje apogeum po przełomie ustrojowym w naszym kraju. I dotyczyła nie tylko szarego obywatela (robotnik, rolnik, biznesmen, jak wtedy określano handlujących na łóżkach – sprzedających szwarc, mydło i powidło), ale także wykładowców uczelni, księży, pracowników biur, zarządców hoteli robotniczych, kierowników stołówek przyzakładowych. Wytworzyła się wtedy grupa społeczna z torbami plastikowymi w ręku. Prawdziwego bezdomnego poznawało się po talerzu i łyżce w bagażu. Wielu jednak z tych ludzi poczuło prawdziwą wolność psychiczną i uważali takie życie za dar Boży, stając się Odysami od dworca do dworca, poprzez klatki schodowe, studzienki ciepłownicze, kanały. Do miejsca wiecznego spoczynku. Wybawieniem był denaturat (whisky na kościach), atak niespodziewanego mrozu.

… myje się w pożyczonej wodzie,
oddycha pożyczonym powietrzem,
na ziemi niczyjej.

Kraków powitał go
drobną mżawką
i zapaleniem okostnej.
Kiedy miasto stanie się jego,
zębów już nie będzie.
(„Nikt 2018”, w: „Ciasteczka z ironią”, str. 3)

Pan Nikt staje się nowym społeczeństwem korporacyjnym. Małym trybikiem wielkiej maszyny. Jest anonimowy. To dobrze, w każdej chwili można go wymienić na lepszy model. Przebojowość staje się dekalogiem. Tylko niewielu starszych ludzi pamięta, że dzisiejsza przebojowość jeszcze niedawno oznaczała chamstwo. Tak wiele wypaczeń w dzisiejszym świecie się zdewaluowało. I to postępuje nadal.

 …  korporacyjne korytarze,
uśmiech dolepiany taśmowo.
Niedługo wszczepią nam czipy.
Kierowani z komputera głównego,
 krzykniemy bezgłośnym szeptem:
nie-wolność,
nierówność
 nie-braterstwo.
 („Nikt 2018”, w: op. cit. str. 5)

Dobitnie to wyłapuje językiem współczesnym Małgorzata Kulisiewicz. Nie bawi się w odniesienia do mitologii i świata pogańskiego Słowian, z którego wynieśliśmy patrzenie na wszystkie strony świata, drepcząc w miejscu. Ja jednak podskórnie wyczuwam kulturę dawnych przodków poprzez amulety (magia bierna), mające nas chronić przed nieszczęściem, czarami, urokiem. Nawlekamy na rzemyki kły zwierząt, okrągłe kamyki z otworami, strzałki piorunowe, muszle. Kreatorzy mody wmawiają nam, że to dodatek stroju dodający gracji, wdzięku, kobiecości, męskości człowieka światowego. Ale przecież człowiek, niezależnie od miejsca zamieszkania, jest taki sam. Wszędzie trapią go problemy, choroby, stany ducha, niepewność jutra. Pan Nikt to współczesny Alosza Popowicz (jeden z bohaterów rosyjskich bylin). Ale nad nim czuwa:

Bóg Ojciec
z witraża Wyspiańskiego
u Franciszkanów (…)
naznaczając go
na syna marnotrawnego.
(„Nikt 2018”, w: op. cit. str. 11)

który powraca do Ojca, roztrwoniwszy majątek, żyjąc rozpustnie, zostaje przyjęty z radością, odziany w najlepsze szaty. Ubito tucznego cielca na ucztę. – Umarł i ożył, zginął, a odnalazł się.[1] – mówi ojciec urażonemu starszemu synowi. Kulisiewicz tym utworem za św. Łukaszem daje przykład, że błądzić jest rzeczą ludzką. Gdzieś tam czeka na nas rodzicielska, małżeńska, dziecięca bezinteresowna miłość. Bo człowiek nigdy nie jest sam. Nawet jak się zagubił w dobrach i pułapce cielesności współczesnego świata. Czuwa nad nami ten Najważniejszy, Jedyny, który dał rozum i wolną wolę. Ale czy my potrafimy z tego korzystać? Czy nie staliśmy się niewolnikami Ciemnogrodu? I co dziś rzekłby Stanisław Kostka Potocki, widząc dziesiątki kanałów telewizyjnych, telefonię komórkową i messenger, ludzi nie czytających książek? Na te kłujące pytania stara się odpowiadać poetka w Ciasteczkach z ironią. Wydawałoby się po tytule, że to liryka dla każdego, a trzeba się giąć do pokładów wiedzy, obserwacji, przeżyć, lektur klasyków. Z biegiem pisania recenzji, wielokrotnego czytania pomieszczonych liryków, odkrywamy wielkość tej poezji. Trzcina myśląca stawia mnie do pionu. Nie pomyliłem się:

Piszę, więc jestem.
Ja,
Homo Viator,
pielgrzym
do prywatnego nieba.
Nie przestanę,
choćby mnie nie było.
(„Trzcina myśląca, op.cit. str.17)

Nasuwa się Cyceron z jego pięknym rytmem i w tej poezji, jak w Odrodzeniu, widzę odrodzenie poezji współczesnej, prowadzącej nas przez meandry zwykłej egzystencji człowieka XXI wieku, gdzie bez internetu świat upada. A jeszcze niedawno najpiękniejsze sonety powstawały przy blasku świec. W salonach księżnej Wołkońskiej słuchały ich setki. Dzisiaj na spotkaniach autorskich publiczność można policzyć na palcach obu rąk, czasem dokładając stopy. Media elektroniczne zabiły ducha żywego słowa. Małgorzata Kulisiewicz próbuje wskrzesić salony. Ale czy Kraków to rozumie?
       Ja sięgam do „Jonasza nad brzegiem morza”. I nie boję się przypowieści biblijnej, choć jako człowiek jestem ułomny i mogę wypaść poza orbitę metafory poznania, budującej głos poezji Małgorzaty.

W brzuchu wielkiej
ryby matki
człowiek oddychał głęboko.
Narodzisz się powtórnie
– straszyli od dzieciństwa.
A co jeśli matki nie ma,
jest tylko mit,
nie przejdę przez wąski tunel
do nieskończoności?
Nie zdążył się zamartwić
na śmierć.
Narodził się na nowo.
(„Jonasz nad brzegiem morza”, w; op.cit., str. 35)

Powtarzam wersy jak modlitwę:

A co jeśli matki nie ma,
jest tylko mit,
nie przejdę przez wąski tunel
do nieskończoności?
(„Jonasz nad brzegiem morza”, w; op.cit., str. 35)


Brzmią one jak zaklęcia kobiet-wróżbitek przy ogniu podsycanym jęczmieniem. Bo strach tnie trzewia, gdy odczytuje się przepowiednię:

Niedługo w wierszu nie będzie już słów,
pusta strona,
nicość,
nic.
(„Nowe awangardy”, w: op.cit., str. 60)

Małgorzata Kulisiewicz,
Ciasteczka z ironią
Wydawnictwo Książkowe IBiS 2019, s. 68



 [1] Ewangelia wg Łukasza, 15

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko