Zawsze wchodzimy po jakichś schodach – z Piotrem Müldnerem-Nieckowskim rozmawia Andrzej Walter – Część 4

0
601

Część 1

Część 2

Część 3

Mówisz, że ten nowy marksizm zaraża młodych.

Nie, powiedziałem dosłownie:marksiści wiedzą, że najłatwiej się zakaża młodych, którzy pragną odmiany”. A to moim zdaniem znaczy jednak tylko tyle, że propagandziści wiedzą, że tych młodych można próbować zarazić ideą, która jest odmienna od tego, co zastali w momencie pierwszego rozejrzenia się po rzeczywistości. Ale niekoniecznie dają się zainfekować. Zdarza się to tylko w pewnej grupie młodych. Mam tu na myśli oczywiście ludzi uczących się i starających się rozwijać intelektualnie, bo to oni w przyszłości będą administrować ojczyzną i światem. Świadomie pomijam ludzi prostych, niewykształconych, mało ambitnych, ale o nich nie można zapominać, bo to oni głosują, kupują towary, jeżdżą samochodami i koleją, narkotyzują się i piją, robią dzieci, a także – wbrew niektórym opiniodawcom – czytają. Od kiedy istnieje ludzkość, dla młodych przeciwstawianie się światu zastanemu jest zjawiskiem normalnym. Na przykład rodzicom, bo są nudni („ogólnie męczący”), bo w działaniu i sterowaniu rodziną kierują się obyczajem i przeświadczeniami, a nie logiką, bo wtrącają się w nie swoje sprawy i tak dalej.

Młodzi chętnie przeciwstawiają się także nauczycielom, kiedy ci niezręcznie spełniają rolę autorytetów, ale również decydentom, takim jak jurorzy w sądach konkursowych, szefowie w instytucjach i firmach.

I klasyczny marksista na to bije. Nie tylko zresztą on. Każdy, kto chce siebie i coś swojego otoczyć grupką (lub tłumem) zwolenników, tak zwanych fanów, wyznawców. Najpierw szuka właśnie wśród młodych, bo ci nie mają ani odpowiedniego doświadczenia, ani wystarczającej wiedzy, żeby mieć do końca własne zdanie i znać chwyty, na które dają się złapać.

Ale do „młodych” zaliczam także tych, którzy czegoś nie poznali na własnej skórze. Mogą być w latach, ale nie wiedzieć, że kłamcy, manipulatorzy, złodzieje, oszuści i bandyci są wśród nas. Myślę, że tłumy takich „młodych” są na przykład we Francji, gdzie przeważnie się sądzi, że komunizm jest ustrojem idealnym i powinien być oczekiwany, a rewolucja końca XVIII wieku tego Francji nie dała, bo była źle przeprowadzona. Pewnego razu byłem w Lille i pracownicy na przyjacielskiej kolacji w hotelu przywitali mnie pieśnią, która miała mi sprawić przyjemność, gdyż przybyłem z kraju, w którym „zabito komunizm”. Zaczęli na moją cześć śpiewać „Międzynarodówkę”. Bardzo się zdziwili, kiedy zobaczyli, że jestem niezadowolony. Kiedy im opowiadałem prawdę płynącą z własnego doświadczenia, na czym ów komunizm polega w praktyce, uprzejmie potakiwali głowami, ale nie wierzyli. Pewnie sądzili, że jeśli wprost nie kłamię, to przynajmniej naginam fakty. Bo oni czytali co innego. Uważają Orwella za dowcipnego fantastę. Co innego „osobiście słyszeli na wielkich spotkaniach” z ust Jacquesa Derridy, Michela Foucault czy językoznawczyni i feministki Luce Irigaray, bardzo popularnej, mimo że akurat tę panią profesor wyśmiali kiedyś Alan Sokal i Jean Bricmont w głośnej na świecie książce Modne bzdury (Fashionable Nonsense, 1998). Natomiast ty ze swoimi rewelacjami na temat rzekomej zbrodniczości, brutalności i niewoli w komunie jesteś zidiociały, bujasz w obłokach i kierujesz się niezdrowymi przeżyciami. No, ale dajmy temu na moment spokój. Kocham Francję, ale wolałbym, aby zrozumiała, że komunizm nie jest tym, czego bym jej życzył. Do dla niej kiedyś napisałem (tam zresztą publikowane w doskonałym przekładzie profesor Maryli Laurent) opowiadanie pod tytułem Koniec leniuchowania (Fini de glander!, 2008).

Tyle, że nasi młodzi chyba nie boją się żadnego „marksizmu”, bo ten marksizm tak dalece odżegnał się od swojego historycznego oryginału, że samo pojęcie przestało być z nim utożsamiane.

Tak, ci nasi młodzi, których obserwuję na uniwersytecie, przeważnie dają sobie myślowo z tym radę, ale są wśród nich jednak mniej dojrzałe osoby, podatne na sekciarską propagandę, które łatwo złapać na jakiś drobny upominek, a nawet tylko komplement. Są też młodzi o charakterze awanturniczym (to nic złego, to tylko cecha osobowości), którzy szukają czegoś ciekawszego niż szara rzeczywistość. Ci chętnie, na początku czasem nawet wbrew sobie, słuchają kogoś odmiennego i biorą się do „tego czegoś innego”, co on im proponuje. Znam sporo takich przykładów, łącznie z próbami gruntownego zmieniania własnej osobowości, wrodzonych preferencji biologicznych czy umysłowych, okaleczeń czy druzgocących nałogów. Te przypadki bywają tragiczne. Na szczęście to u nas wciąż (jeszcze) margines. Psychiatra opowiedziałby tu więcej. Chodzi mi o tych, którzy wchodząc w życie, wahają się, bo nie otrzymali odpowiedniej dawki wiedzy, nie zostali nauczeni na przykład sokratycznego lub chrystusowego moralizowania czy na przykład arystotelesowego lub tomistycznego myślenia i nie opracowali dla samych siebie własnego modelu życia. Oni są podatni na skrajności ideologiczne. Nakreśliłem kilka portretów takich osób. Po jakimś czasie, kiedy te opowiadania czytałem, przeraziłem się: czy to ja jestem tak ostry w języku, czy też owi ludzie mnie zmusili do takich wizerunków? Może to drugie.

W swoich wypowiedziach dowodzisz, że jednak cały czas gdzieś funkcjonuje marksizm, ale w odbiorze społecznym nie ma o nim mowy, jest natomiast: postęp, nowoczesność i rozwój, a któż nie chce się rozwijać i iść naprzód – tylko paskudni konserwatyści, beton.

To nie ja wymyśliłem. Wystarczy sięgnąć do wspomnianego Derridy albo przedstawicieli szkoły frankfurckiej, duchowych założycieli powojennych Niemiec i ich następców, którzy mimo kompromitacji komunizmu sowieckiego cały czas sączą neomarksizm, nasycają nim olbrzymie połacie papieru i mózgi kadry mediów. Dzisiaj znów to odżywa z całą mocą z zaskakującej strony – przychodzi z Rosji, gdzie za pomocą sztuczek z manipulowaną historią próbuje się odświeżyć praktykę stalinizmu, aby Polskę przedstawić w złym świetle jako zasługującą na inwazję ze wschodu. Jest to czasem podawane tak agresywnie, że ludzie się tego boją. Boją się wojny. Boją się wypowiedzieć własne słowo, co o tym myślą, co myślą o rzeczywistości, o bycie, Bogu, braku Boga, wszystko jedno – boją się. O rzekomym strachu podobno wywoływanym w celach totalitarnych przez rządzących w Polsce mówił pod koniec 2019 r. w Warszawie polski Rzecznik Praw Obywatelskich. Zostało to przez słuchających tego pisarzy bardzo źle odebrane po pierwsze jako opis zjawisk, które nie istnieją, a po drugie jako próba terroryzowania ludzi najniższymi instynktami z lękiem na czele, sterowania nimi w celach politycznych. Po tym wykładzie rozdzwoniły się w Polsce telefony wszelkiej maści intelektualistów,  artystów, i tych z lewa, i z prawa, i centrum. Opowiadano sobie o tym zdarzeniu z niedowierzaniem i niesmakiem. Zauważono, że w naszej cywilizacji sprawy idą właśnie w tym kierunku: w większości krajów Unii Europejskiej szaleje cenzura „w imię wolności słowa”, aby zastraszyć i przydeptać do ziemi.

Cenzura, to znaczy co konkretnie?

Należy rozróżnić dwa podejścia: po pierwsze (1) cenzurę jako ingerencję merytoryczną w treść i po drugie (2) dbanie o stosowanie estetycznych i formalnych kryteriów jakościowych wypowiedzi. To dwie różne rzeczy, ale często w ramach manipulacji łączone lub traktowane wymiennie, krzyżowo. Na przykład nazywanie cenzurą walkę z brzydotą albo miernotą lub nazywanie dbaniem o estetykę usuwanie tekstu ze względu na niewygodną politycznie treść.

Na przykłąd ograniczanie używania wulgaryzmów czy pokazywania pornografii i przykrych scen nie jest cenzurą, bo nasza cywilizacja zawsze przyjmowała, że są one niestosowne. Niech będą, ale nie na wierzchu, na przykład nie w tytułach dzieł, nie na plakatach i wystawach ulicznych. Inaczej to może normalnych ludzi męczyć, irytować, brzydzić. Skatologia, estetyka odchodów i odkrywania intymnych części ciała jest po prostu przykra.

Cenzura dotyczy treści, natomiast nie jest nią niezgoda na publikację z powodu obrzydliwości obrazu czy języka, na przykład wulgarnych wyrazów albo odrażająco podanych opisów, wywołujących wymioty czytelnika. To dwie różne rzeczy.

Ale dlaczego mówię o tym trochę szerzej? Otóż w Kanadzie, Belgii, Francji czy Szwajcarii szaleje właśnie cenzura, która zakazuje wygłaszania poglądów, na które nie zgadza się państwo, a ściśle administracja państwa wspierana przez samozwańcze, usłużne autorytety. Ludzie przeważnie nie mają nic przeciwko tym treściom, ale urzędnicy już tak i zakazują ich publikowania. Oni chcą przebudować moralność, a co za tym idzie zrestrukturyzować społeczeństwo.  Dla ukrycia cenzury pozwala się zastępczo na ohydę i brutalność językową, na obrażanie tych obszarów życia, które nie wywołają wojennego protestu, na przykład religii, która nie walczy, takiej jak chrześcijaństwo. Bo już nie islamu. Islam za bluźnierstwo strzela kulą w łeb. Chrześcijanin pokornie prosi o zmianę stosunku do niego. Dlatego nowe państwa walą obuchem w chrześcijan.

Mówi się, że ta agresja antyreligijna, że to wszystko jest robione w imię wolności. Ale czyjej wolności? Czy to nie kapitalny obszar dla pisarza?

Czy można powiedzieć, że jest to tło dzisiejszego życia?

Tak, w dużej mierze, a nawet w coraz większej liczbie państw podstawa. To są obszary psychosocjologii dla obserwatora jeszcze ciekawsze niż same zakazy i nakazy, i to nie tylko dla pisarza, ale działacza kultury czy dziennikarza. Jako redaktor i kolega redaktorów w czterech czasopismach literackich i kulturalnych działam odwrotnie, tępię cenzurę, czyli nie stosuję kryterium sensu, treści, nawet jeśli ktoś mnie wprost obraża. Mam bowiem szansę, mogę odpowiedzieć (w Polsce jeszcze w wielu miejscach tak jest, choć miejsc tych wyraźnie ubywa). Natomiast pilnuję aspektu estetycznego. Inaczej pisarze u nas drukujący (a i ja sam jako autor) będą mieli powód, żeby się z nas śmiać, nas lekceważyć i potępiać. Czytelnicy przestaliby nas czytać. A więc nie cenzura, ale estetyka, dbanie o dobro czytelnika, a także o dobro czasopisma.

Na to, co dzieje się w Kanadzie, Francji, ale nawet i w wielu czasopismach, telewizjach, wydawnictwach w Polsce nie mamy wpływu.

Nie wiem, nie mam innych narzędzi jak tylko pisanie i takie wypowiedzi jak niniejsza. Wykład Adama Bodnara zanotowałem jako przyczynek do wizji naszych czasów, ale uważam, że mimo głoszonego przez niego fałszu, miał prawo mówić to, co powiedział. Natomiast gdyby najeżył swój tekst brzydkimi wyrazami, to poszukałbym okazji, aby jawnie lub czynnie zaprotestować. Pisarz musi takie rzeczy widzieć jasno, nie może ani ulegać emocjom, ani gwałtownie reagować, powinien być jednak stanowczy. Nie akceptuję relatywizmu ani indyferentyzmu, które niszczą wolność. Widzę jednak, że wizja ich akceptacji na poziomie na przykład wyższych uczelni czy dużych firm handlowych już się w Polsce spełnia. To jest niezwykle groźne, ale na moim poziomie oddziaływania jest tylko materiałem dla literatury. Żadnej władzy nie mam.

Wszystko, co tu przedstawiasz, jest materiałem dla literatury?

Może w ten sposób poruszę kogoś, może namówię do działania. Niechby jedną osobę, jednego czytelnika, poza domownikami oczywiście (oni są moimi pierwszymi czytelnikami i mają specjalne prawa, niech tak zostanie). Obym znalazł czas, aby z tego skorzystać. Niekoniecznie będę z tego zasobu treści i pojęć korzystał wprost. Materiał ten kształtuje moją świadomość, wiedzę o świecie, ludziach, a wśród nich o postaciach szczególnych, i o narodzie i tak dalej. Staram się z tym zaprzyjaźniać na swoją miarę, na moim małym poletku. Po takich zabiegach, po zastanowieniu i po rozwijających się w wizje snach powstają opowiadania, powieści, słuchowiska czy wiersze – na przykład o tym, że należy mówić to, co się myśli, bo inaczej zostaniemy całkiem zgnieceni, na plaster naleśnika, usmażeni na patelni cudzych wstrętów. Wierzę, że ktoś, kto się stawia, może być partnerem, więc się staję twarzą w twarz z inaczej myślącym. O ile się mnie nie boi. Potulni pozostaną podnóżkami. A przeciwnicy też się boją, tak jak my, są nam pod tym względem równi, ale wtedy, w czasie konfrontacji być może nas uszanują… Odwaga wcale nie staniała.

Czy my już jesteśmy tym betonem?

Masz na myśli społeczeństwo? Widzów telewizji i słuchaczy radia? Właśnie w dużej mierze tak, są betonem. Chwilami ja i ty też, ale się z tego leczymy, jak z kataru lub chrypki. Tylko że to jest w sumie straszne. Wmawia się w nas, że jesteśmy idiotami, nic niewartymi odpadami społecznymi. Mimo że masy Polaków plus kilka procent pisarzy, artystów i dziennikarzy liczebnie stanowimy zdecydowaną większość.

Już to mówiłem, ale powtórzę innymi słowami: wmawia się też, że wśród tych odpadów nie ma inteligentów, filozofów, myślicieli, artystów. Trzeba jednak przyznać, że wielu przedstawicieli elity umysłowej jest przestraszonych, właśnie już wstępnie zadeptanych. Udają, że są po stronie totalnej opozycji, czyli przeciw legalnie wybranej władzy, choć w rzeczywistości głosują i wychowują swoich bliskich inaczej. Uprawiają straszną kulturę, mianowicie podwójną moralność: w domu co innego, w pracy co innego. Tak postrzegam niektórych znanych mi osobiście rektorów, którzy karzą swoich pracowników naukowo-dydaktycznych za to, że ci piszą felietony lub mówią studentom o rzeczach niezgodnych z doktryną frankfurcką czy jakąś odmianą kryptomarksizmu. Albo że o płodzie mówią „dziecko”, co ostatnio nie spodobało się pewnej grupce studentów Uniwersytetu Śląskiego, a rektor zareagował przerażony właśnie jak dziecko. Jako lekarz mówię otwarcie i absolutnie niereligijnie: tak, płód to dziecko w macicy, a dziecko w macicy to płód, człowiek rozpoczyna swe życie w momencie zapłodnienia, tak jak ma ryba, sosna, wilk, bakteria, cebula i sroka.

Możesz to sprecyzować?

Każdy embrion zawiera unikalne DNA, które nie odpowiada ani DNA matki, ani ojca, ani nikogo innego na świecie. Nigdy nie było i nie będzie identyczne z żadnym DNA żadnego innego osobnika żywego ani martwego. Jak dziś już wiemy, genotyp to coś znacznie bardziej skomplikowanego niż „czyste” DNA i zestaw jego aminokwasów, to także kombinacje połączeń między nimi oraz zbiór cech nadchodzących spoza układu matka-ojciec, cech bardzo indywidualnych, na przykład dostosowawczych, „prywatnie” wytworzonych przez organizm embrionu ze względu na warunki istniejące w ciele matki. I wiele innych. Możliwość kombinacji cech genetycznych na skutek samej tylko permutacji oraz powstawanie zmian genetycznych natychmiast po zapłodnieniu i w czasie całego dalszego życia jednostki (płodowego i pourodzeniowego) jest tak ogromna, że ludzie są niepowtarzalni. Różnią się, i to bardzo, nawet najbardziej bliźni sobie bliźniacy. Nie ma dwóch takich samych osób, nigdy ich nie było i jest niezwykle mało prawdopodobne, aby kiedykolwiek były. Śmierć embrionu jest zawsze likwidacją indywidualności. Jeśli embrion jest nieudany, to natura je niszczy, ale o nieudaniu się istoty wie tylko ona.

Embrion od początku zawiera wszystkie niezbędne do życia dane składnikowe i w początkowym okresie życia wymaga jedynie warunków do rozwoju, ale nie do tworzenia biologicznych cech ludzkich, bo już je ma, i to wszystkie. Tak więc płód, niezależnie od stadium rozwoju, jest osobną, żyjącą istotą ludzką.

Ktoś, kto twierdzi inaczej, jest albo oszustem, albo osobą niedostatecznie wykształconą, albo wreszcie głupcem. Żadne zaklęcia nie są w stanie tych naukowych aksjomatów zmienić, a magia nadal na świecie nie działa, jest tylko imitowana w programach telewizji, i to po północy, kiedy ludzie chylą się do snu. Przypuszczam ponadto, że za publiczne albo szkolne wygłoszenie powyższego tekstu o embrionach w Kanadzie lub Wielkiej Brytanii prawdopodobnie poszedłbym do więzienia.

Czy Twoje wyjaśnienia co do polityki, było nie było lingwistyczne, to jednak nie jest jakieś nadużycie? I czy nie może nam się zmieszać „nowy marksizm” z buntem przeciwko deformacjom kapitalizmu?

Moim zdaniem nie jest to nadużycie, bo chodzi o dalszy ciąg dziejów ideologii marksistowskiej i trzeba to jakoś dla ułatwienia nazywać. Tym bardziej że w wielu wypadkach wpływ tego prądu jest maskowany. Krycie, chowanie pod pozorami przychodzi łatwo właśnie dlatego, że idee się mieszają, jak zwykle w wypadku długich dziejów jakichś przekonań. Źródło przestaje być samodzielne, a dopływy tej rzeki dorzucają do niej porcje trochę innych już cieczy.

Inteligentni przedstawiciele lewicy skutecznie łączą różne pokrewne sprawy niejako w jedno, tak aby gorzej zorientowani nie mieli do tego pełnego dostępu. Każda krytyka spowalnia, więc się jej unika, walczy się z nią ogniem i mieczem. Podaje się argumenty emocjonalne, nie intelektualne, bo są skuteczniejsze i nie można z nimi dyskutować, jak zresztą z żadnym fałszem. Na kłamstwo można znaleźć remedia, na fałsz nie. Pamiętam lewicę z końca XX wieku. Sprawiała wrażenie nieporównanie uczciwszej niż dzisiaj, była niejako czystsza w swoich intencjach i kształtach. Wojownicy dzisiejsi stosują cały sztafaż manipulacji logiką, od błędnego koła poczynając, na ekwiwokacji kończąc. Na przykład: „Mówisz, że jesteś ateistą i w nic nie wierzysz, a jednak wierzysz, że w banku twoje pieniądze są bezpieczne. Więc jak to z tobą jest naprawdę?”.

Tak formułowanych zdań w tekstach dziennikarzy codziennie spotykamy tysiące.

Ty-sią-ce. To nie są głosy w dyskusji i nie próby przekonywania do swoich racji. To jest brutalna walka na słowa i zaciemnianie pola tej walki. Nawet zaprawiony w dyskutowaniu, w erystyce czytelnik w końcu na któryś kolejny taki numer daje się nabrać.

Oczywiście jestem przeciwko deformacjom wynikającym z niedoskonałości kapitalizmu, tylko że do nich są przemyślnie dopisywane także inne rzeczy, które wcale nie muszą być deformacjami systemu, albo nawet takie, które w ogóle nie istnieją. Walczysz na przykład ze złodziejskim opodatkowaniem kredytu wziętego we frankach szwajcarskich, ale przy okazji i bez rzeczywistego związku ze sprawą wmawia się w ciebie, że Prezydent RP celowo opóźnia likwidację tego oszustwa. I nie masz możliwości sprawdzenia, że jest to twierdzenie nieprawdziwe, bo dziennikarze nie mają na celu ciebie informować, tylko cię nastawiać, w tym wypadku przeciw prezydentowi.

I co, jest reakcja? Co robi normalny Polak?

Staje okoniem, jak to Polak. Popierał zwalczanie prezydenta, a teraz zaczyna popierać prezydenta. Jak widać, jest to świetny materiał do utworu pokazującego odwieczny błąd fałszywej propagandy: oni uważają, że pycha to dowód na słuszność tezy, a prawda jest zupełnie inna. Oni uważają, że jak kogoś ośmieszysz, to śmiać się będzie cała Polska, gdy tymczasem Polska zareaguje protestem. Cichym, niewidocznym, ale jednak zauważalnym w czasie wyborów. Jak na zawodach: nasi kibice dopingują ostatniego biegacza w stawce. Tacy są Polacy, mają to już chyba w genach, a zaczęli to nabywać pewnie jeszcze w wieku XVIII, za Kościuszki. Hej, kochani przeciwnicy prezydenta, róbcie tak dalej – powinien zakrzyknąć zwolennik obecnej władzy. Ale i on się pewnie zgubi w tym gąszczu niejasności.

Wróćmy jeszcze do kapitalizmu.

Święty Jan Paweł II uważał, że kapitalizm nie jest systemem dobrym. Jest tylko niewiele lepszy od tak zwanego realnego socjalizmu czy komunizmu. Tylko niewiele, choć to i tak dużo. Dla mojego pokolenia to różnica kilku wysokich stopni dobra. Więc mnie się kapitalizm też nie podoba i tobie pewnie również, ale nie tak nie podoba jak sowietyzm, jego brutalność, siermiężność, brud, lekceważenie życia i osoby ludzkiej. Staramy się więc kapitalizm z jego demokracją jakoś doskonalić, bo lepszego ustroju nie wymyślono. Ale ktoś zaczyna odgrzewać starą piosenkę o złej demokracji. Wczoraj słyszałem w telewizji trzy takie wypowiedzi trzech posłanek. Uważają, że jednak demokrację należy ograniczać, bo nie może być tak, jak chce obecna władza, że decyduje głosowanie, czyli większość. „Władza większości to jakiś absurd” – powiedziała jedna z nich. Nie jest to pierwszy taki głos.

Pisarz, nie angażując się w to, musi jednak takie rzeczy bezwzględnie zauważać i notować w myśli, jeśli nie w kajecie. Musi to widzieć, rozumieć, czuć i w odpowiednim momencie wykorzystywać w swoich tekstach. I pisarze to robią.

Dlatego uważam, że dla władzy i polityki pisarze są szczególnie istotni, a jeśli przez nią niezauważani, to niebezpieczni. Ludzie chętnie do nich lgną, bo obok ludzi Kościoła, jeszcze tylko pisarze niosą prawdę. Tak się porobiło. Kiedy biskup mówi coś mądrego, to przynajmniej odzywa się paroksyzm wściekłości przeciwników demokracji, którzy twierdzą, że demokracji bronią. Tak, „bronią” w cudzysłowie, są jej przeciwni, nienawidzą ludu. Kiedy pisarz mówi, to ani władza, ani opozycja tego nie zauważają. I obie strony przez to tracą, a tymczasem lud się uczy.

Czasem jedno zdanko w powieści potrafi przekierować tory życia czytelnika. Jedno zdanko. Dlatego upadł komunizm, że lud tego chciał i ostatecznie na to pozwolił (nieważne, że nieodpowiednim ludziom).

Pisarze mają to „pisanie ważnych zdanek” wpisane w etos swego zajęcia. Ludzie przychodzą na spotkania autorskie, słuchają, czytają teksty i powtarzają, zaczynają myśleć po swojemu pod wpływem pisarskiego zaczynu, jakiegoś mocnego wiersza, ciekawej powieści, opowiadania, słuchowiska radiowego. Tego nie widać, tego media nie transmitują, nie rozchodzi się to w eterze. To chodzi drogą pantoflową. Tak się porobiło. Co najwyżej pojawiają się notki na Facebooku czy Twitterze. Okruchy, okruszki, które są śladem myśli tkwiących w głowach, a układających się w wiedzę i pogląd o świecie.

Jaka jest szansa ratowania pięknego języka, skoro nawet z naszej rozmowy wynika, że literatura nie wygra dziś z popkulturą, z mnogością ofert spędzenia wolnego czasu (tu wygrywają te opcje mniej wysiłkowe od literackich), czy wreszcie z kulturą wizualną w miejsce kultury skupienia, koncentracji, delektowania się pięknem języka w tekście, w opowiadanej historii w formie zapisu?

Szansa jest jakaś, ale nie wiem, jaki jest jej wymiar. Tak, namnożyło się rozsadników złej polszczyzny. Są to ludzie, którzy pojawiają się w mediach, ale nic nie czytają poza tekstami wrogów. Nawet nie czytają siebie samych, stąd tak wiele u nich błędów literowych, ortograficznych, interpunkcyjnych, gramatycznych, słownikowych. Nie zastanawiają się nad tym, że media to komunikacja przede wszystkim językowa. Pokazanie twarzy w telewizji nie wystarcza, trzeba mówić składnie i dokładnie. A tu leci bełkot. Czasem śmiech bierze.

Ludzie medialni dziwią się, że są nierozumiani, że „przekręca” się ich słowa (a sami je wprzódy przekręcili), że sensy wypowiedzi są „gubione” (a sami o nich zapomnieli). No tak, skoro informacje zostały niezdarnie podane, to i nieskładnie się je rozumie. Ludzie prasy, radia i telewizji, ale też sceny i planu filmowego, po prostu nie umieją konstruować zdań, nie rozumieją znaczenia wyrazów i nie potrafią tworzyć wyrazów nowych. Aktorzy to przynajmniej powtarzają świetne zdania ze sztuk, w których grają. Ale pozostali? Pożal się Boże. Przecież potęga polszczyzny bierze się stąd, że ma fenomenalne mechanizmy słowotwórcze i frazeologiczne, Że precyzyjnie modeluje zdania. To jakoś tym ludziom zostało zabrane jeszcze w szkole. Ale nie tylko młodym. Wystarczy posłuchać, jak mówią po polsku niektórzy seniorzy-senatorzy i posłowie. Ręce opadają.

Chciałem też Cię zapytać – jako niewątpliwego autorytetu – jakie są granice tolerancji wobec słabych autorów? Czy w ramach poprawności społecznej i wszechogarniającego promowania hasła „kochajmy się” nie wolno już dziś napisać kilka słów krytycznych wobec autorki, która dajmy na to szczyci się tytułem profesorskim, a pisze bardzo słabe wiersze, wiersze, które w percepcji społecznej (co najmniej kilkadziesiąt osób ze środowiska literackiego określiło je jako wiersze o niczym) są bardzo miałkie? Taka krytyka wywołuje później burzę i ujawnia się wianuszek akolitów, a rozmywa w tym wszystkim prawda obiektywna? Popierasz milczenie? Cenzurę tego typu? Tendencję do „kochania się” i psucia literatury, okłamywania czytelnika, odbiorcy, czy wręcz siana zamętu, gdyż później niektórzy nazywają to poezją?

To pytanie na całą rozprawę. Zły autor musi się dowiedzieć, że jest słaby, a dobry, że jest oceniany jako wybitny. To zasada, ale niestety nierealizowana w praktyce na skutek układów międzyludzkich, które przybierają formy maskujące prawdę. Sprawa bardzo skomplikowana, nie znajduję ogólnej recepty, bo decydują czasem nieznane, słabo widoczne drobiazgi. Każdy przypadek trzeba traktować osobno. A jak?

Może zatrzymam się tylko przy sprawach najważniejszych. Przede wszystkim nigdy nie zakładam z góry, że sztuka danej osoby jest z założenia dobra albo zła. Po pierwsze każda jest zróżnicowana. A już ten tylko fakt zmusza do spojrzenia panoramicznego.

Nauczył mnie tego mój ojciec Wiesław, który był świetnym rzeźbiarzem, malarzem, człowiekiem o szerokich horyzontach i pięknym nauczycielem. Do jego pracowni często przychodzili młodzi ludzie z prośbą „o douczenie”, na przykład studenci zgnębieni przez jakiegoś profesora na Akademii Sztuk Pięknych. Najpierw był długi namysł nad przyniesionymi pracami. Nic nie mówił. Przyglądał się. Prosił o narysowanie czegoś albo wyrzeźbienie figurki w glinie. Jak mi potem opowiadał, w czasie tych oględzin do głębi badał, na czym polega to, co ów student wykonuje, na co go stać, jak myśli, co czuje, jaki jest jego świat. Co wynika z ogólnych zasad technik plastycznych, sprawności palców i zmysłu odczuwania przestrzeni, a co z osobowości.

Jeśli osobowość była zaznaczona, to już wiedział, że ma do czynienia z kimś, kto może być artystą. Tylko że wyczuć osobowość w dziele nie jest łatwo. To proces poznawczy, który rozpoczyna się ex nihilo, z niczego. Na początku o osobie nie wiesz nic i nie powinieneś dodawać niczego swojego, niczego od siebie. To nie może pochodzić z twoich wyobrażeń. Taki jest punkt wyjścia, który wprowadza cię, albo nie (gdy nie ma do czego, bo jest słabe), do następnych etapów poznawania dzieła. A dzieło to nie jeden obrazek, nie jeden wierszyk, ale zawsze całość dokonań tej osoby na danym polu.

Ojciec nigdy się nie pomylił. Zawsze prędzej czy później przełamywał kryzysy tych ludzi, wszystkich. Wyrośli z nich wybitni artyści, są znani i ja ich znam. Czasem się zastanawiam, czy są mu wdzięczni, bo nigdy go nie wspominają… Może to dla nich jest jakoś wstydliwe. Ale to już inna historia.

A ty?

Postępuję podobnie. Najpierw czytam wszystko, co osoba, o której mówią, że jest literacko słaba albo genialna, ma do powiedzenia. Czy tworzy jakiś własny system. Sprawdzam, czy się w swojej ocenie nie mylę. Najchętniej o czymś, co uważam za słabe, publicznie w ogóle się nie wypowiadam (szkoda czasu na miernotę), ale już w Warszawskiej Szkole Pisania przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, na spotkaniach z początkującymi pisarzami trzeba mówić konkretnie i z taktem ganić: dlaczego tekst jest niedobry, co w nim szwankuje, co należałoby poprawić, jak pisać teksty lepsze. Albo bez zbędnej przesady, również taktownie chwalić: to jest świetne, dlatego że jest takie a takie, ma to i tamto. To w stosunku do początkujących. Co do starszych, których na podstawie różnych oznak uważa się za pisarzy dojrzałych, zanim cokolwiek powiem, staram się przeczytać wszystko, co dostępne.

Czym się kierujesz w odniesieniu do tekstów i ich szczegółów?

Mam swój zestaw kryteriów, które pisarz musi spełniać. Zaczynam od zasady, która mówi, że pisarz, w tym oczywiście poeta i dramatopisarz, musi pisać prawdę i nie może udawać kogoś, kim nie jest, musi być autentyczny (wyjątek stanowią pastisze, satyry i wersje dialogowe prozy, poezji, też dramaty, gdzie osoba autora jest głęboko ukryta). Jeśli to jest spełnione, jadę dalej, czyli szukam odpowiedzi na następujące pytania (w największym skrócie): czy autor jest w utworze oryginalny; czy zaskakuje; czy jest konsekwentny w przedstawianiu treści i wniosków (w tym puent ukrytych); czy jest zwięzły i skutecznie (nieagresywnie i z poprawną semantyką) stosuje metaforę, zamiennię, porównanie, przerzutnię, neologizmy; czy unika epatowania i opiewania; czy jego tekst dobrze brzmi (w poezji niczym muzyka) albo (w prozie) czy się go dobrze czyta głośno, czy bohaterowie ani zdarzenia nie mylą się czytelnikowi i czy nie ma przypadków nieprawdy powieściowej, narracyjnej, dialogowej, wyskakiwania diabełków z pudełka, wreszcie czy utwór ma poprawny wygląd i swoim zapisem nie utrudnia odbioru.

To brzmi jak prosta recepta. W realizacji wygląda jednak znacznie poważniej. Sam bywam recenzentem i wiem, jak ciężka to praca. Nieraz gołym okiem widać, że ma się do czynienia z czymś niedojrzałym, a jednak…

Bardzo łatwo wpaść w pułapkę nierozumienia inności albo języka, który pochodzi z innej sfery kulturowej, lub fragmentaryczności danego tekstu względem większej panoramy dzieł danego autora. Trzeba być bardzo ostrożnym, bo łatwo kogoś skrzywdzić, ale też z drugiej strony równie łatwo przyłożyć się do promowania grafomanii. W historii literatury skrzywdzonych były setki, ale wypromowanych beztalenci jeszcze więcej. Niektórzy wielcy pisarze do dziś się nie przebili i są dla kultury straceni. Mam też poczucie, że za oceną czyjegoś pisarstwa stoję ja sam, osobiście i muszę się liczyć z możliwym błędem, muszę ograniczać taką możliwość. To duża odpowiedzialność, może decydować o czyimś życiu.

Jak wskrzesić krytykę literacką, skoro trzymamy się dziś tylko narzędzi promowania, a nie narzędzi oceniania. Nie chcemy nazywać: to dobre, to słabe, aby się nie narażać. Zamilczamy tandetę, a potem mówimy, że nagroda – ta czy inna – to nagroda polityczna? Może wszystko jest dziś „polityczne”?

Tak, to jest w naszych dniach wyczuwalne. Promocja jest nieporównanie częstsza niż rzeczywiste ocenianie lub krytyka, zwłaszcza twórcza, pomocna. Bardzo dużo marnej literatury promuje się w tygodnikach, nie ustawiając jej gatunkowo. Gdyby stosowano i odpowiednio nazywano podziały na literaturę rozrywkową, poważną, biograficzną i tak dalej, choćby przez opatrywanie odpowiednimi nazwami gatunków, to zrobiłby się jakiś uczciwszy porządek. Dobrym przykładem są „Nowe Książki”, pismo niemal wzorcowe. Gdzie indziej zbyt często recenzowaniem zajmują się oczytani, ale nieprzygotowani merytorycznie (naukowo lub literacko) dziennikarze. Wiem też, że recenzje w wielu czasopismach się kupuje.

Wieje grozą, ale w ten sposób bywają lansowane publikacje niskiej wartości.

A jeśli wysokiej, to czytelnicy nie mają do takich rekomendacji zaufania. Jakoś tak się składa, że „zakupienie” recenzji można wyczuć i miłośnicy literatury nabierają podejrzeń, że są oszukiwani.

Wielu czytelników kieruje się w księgarni tym, czy pisarz jest znany, czy nie. Jeśli nieznany, to niedobry i jego książka wraca na ladę. Wobec tego niejeden autor stara się zaistnieć za wszelką cenę w gazetach i tygodnikach, a nawet w telewizji i radiu, i wyłoży na to każdą kasę. W ten sposób obraz literatury w Polsce jest zakłamywany, ale autoprezentacja, autoreklama do pewnego stopnia jest usprawiedliwiona. Niewielu pisarzy umie to robić. Oczywiście są czasopisma, w których problemu kupowania recenzji nie ma. Wiem o siedmiu, ale ich nie wymienię, żeby nie zaszkodzić, bo konkurencja czyha.

Jak w takim razie przeprowadza się proces oceniania? Czy to ma cechy uporządkowanej operacji?

Tak, to się da opisać według kolejności działań, chirurgicznie. Ważne jest, abym wiedział, co sam robię, kiedy mam ochotę o jakiejś książce albo pisarzu napisać. Po pierwsze sięgam w głowie do szufladki, która ma nazwę „nie udawaj Pana Boga”.

Pamiętam napisany przez profesor Martę Wykę dekalog krytyka (chyba do dziś wisi w Internecie), w którym autorka przestrzega przed nieczytaniem tekstu (tak, tak!), nieanalizowaniem utworu (znowu tak, tak!), pozostawaniem poetą podczas krytykowania poezji i prozaikiem podczas krytykowania prozy, a zwłaszcza przed pisaniem czytanego utworu od nowa, czyli po swojemu. Jeśli ma się do czynienia z grafomanią, to należy pokazywać dowody jej obecności, a nie tylko twierdzić, że „to marne”. Krytyk nie powinien oddawać się ocenom osoby autora, tej „spoza dzieła”. Byłoby dobrze, gdyby swoje tezy recenzenckie osadzał nie na wyobrażeniach i przeświadczeniach, ale na realnych podstawach literaturoznawstwa, filozofii, socjologii, psychologii, religioznawstwa, wiedzy z różnych innych dziedzin. Dziś to jest łatwe, bo Internet jest w telefonie, informacje są w zasięgu ręki, na zawołanie. Dalej, punkt bodaj ósmy dekalogu: nie należy kierować się zdaniem ogółu lub środowiska, bo mainstream nie zawsze ma rację. Odradza się też tępienie cudzych poglądów. Można co najwyżej posługiwać się pastiszem, inteligentnym paszkwilem lub dyskusją z samym sobą i zachęcać czytelnika, aby sam się nad tym zastanowił.

Jeśli tego będzie się przestrzegać, to jest szansa na recenzencką czy krytyczną uczciwość.

To jedne z tych schodów, na które wspinać się jest najtrudniej.

cdn.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko