Wiersze tygodnia – Mira Łuksza

0
565
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Maruszka

Na uroczysku Maruszka jest miejsce, gdzie
kończy się czas i odwracają bieguny Ziemi.
Teraz tu Narew nie ma brzegu
i nie przejdę brodem z dzieciństwa.
Gdzie jest wir Iwanczykawa jama,
sięgający do jądra Ziemi, gdzie leżałam
patrząc na żółte dno  (wtedy umarłam pierwszy raz)?
Nie ma mnie tam, choć co dzień i co noc chodzę tamtędy,
bosa, po mokrym brzegu, po samotnym lesie.
Też znasz już to miejsce, choć ciebie teraz tam nie ma.
A byłeś i jesteś zawsze obok mnie i we mnie,
choćbym tylko przeczuwała twoje istnienie.

* * *

Chodzą za mną zwierzęta po wioskach –
do ludzi  prowadzą,
tak samo boskich.

Ulica Młynowa

W tych dniach ostatnich atlantyda Młynowej
zachłysnęła się papierowo-asfaltowym tsunami.
Wiekowe byliny zapamiętale zaciskają korzeń,
jasnota biała głuchnie pod  kamienną skórą.
Milczę i ja, jak pod wodą wstrzymując oddech,
idąc po innej ulicy w kierunku zdeptanego miejsca
tych, za których żyję  w tym odcinku światła.

Ulica Wysockiego

Duża dziewczynka nosi twarde buty. Podkute.
Za włosami się chowa, jak za matczyną spódnicą
w mroku niebytu, blisko pępowiny. Ta czarna
druga skóra jest zdjęta z umarłej, która wciąż nie wie,
że zostawiła słońce i deszcz, by krople całowały
wyschnięte słowa innych. Oni chodzą razem tam do niej.
Na piasku, na płytkach ślad but stawia cicho,
obmytych z cierpliwości  czystego kamienia.
W ziemi jest nas tylu, ilu może dźwignąć,
odświętnie obutych na najdłuższą drogę.

 * * *

Każde gniazdo
ma swoją legendę.
Gwiazdozbiór rodu –
w każdej tkance.
Chodzę po świecie,
witając się z duszami.

Klepsydra

cóż straciłem
tylko jedno życie
stałem się
mogiłą dziecka
i teraz proszę
o kropelkę wody
przechodniu

i nic nie mów
Sparcie

 Miejsce

To miejsce idzie ze mną, dokądkolwiek ruszę.
W kieszeniach mam okruchy dawnych słońc i
nowie księżyców, wieczorna mgła od Puszczy
wilgoci moją dłoń schowaną pod pękniętą podszewką,
skrytką od podejrzanych uścisków, pokątnych uśmieszków,
gdzie pieniążek śniedzieje, chusteczka już wysuszona,
i urywek mapy donikąd, bo wokół tu koniec świata.
Wszędzie jest koniec świata, a szczyty moich domów
obracają się za mną, orientują się zawsze na wschód,
jak ten dom co pozostał sam, na fundamencie z kamieni,
co zebrał je dziadek z pola, sprzedanego obcym przez wnuka.
Co jest tu moje. Dom, kamień, płot, drzewo, pole i droga,
co wiodą mnie jak oślepłą od świata siostrę w stronę takich jak ja.

Stygmaty

Książka, której dotykały twoje dłonie, leży na stole,
Ślepą literą tytułu przylgnięta do zimnego blatu.
Niemartwe jest słowo, które odczytałeś, jak zawsze
Bezwiednie powtarzając wargami. Sam nie widzisz tego?
Że każdy twój gest się we mnie odbija. Tak. Nie mów mi,
Bym nie patrzyła, bo gdy nawet nie patrzę, i tak cię zobaczę.
… Pęknie lusterko, i siedem lat nieszczęścia gotowe.
A ono mi spadło na ulicę białostockiego Żyda Malmeda
W dniu, gdy cię poznałam, nazywając obcym imieniem,
Tylko trzy lata temu. Jak słowa nieodczytane umierają ludzie.
A ci, co umarli, te, nieprzeczytane, chodzą za mną, twardo
I czule kładąc na moje ramiona własne bolesne dotknięcia:
Usłysz, zobacz, odczuj i przywróć nam życie. Tylko ty
Nie bój się za mnie. Ten bój jest już za mną. Kochanie.

Ulica Staszica

Szary dom, szalowany, za drewnianym płotem,
Nad żużlową ulicą kiście bzu zwisają.
W krawieckiej pracowni pani Gierasimczukowej,
Między murowankami Millera i Paula,
Zamarzam w półmroku; nade mną dach szklany.
Dawno stąd wyszły suknie i ciężkie krawiectwo —
Palta, misie, pelisy, kurtki z watoliną,
Lecz tkanin szlachetnych poszepty i syki,
Szorstki dotyk wełny, skórzane drapanie
Wychylą z kątów, osiądą na książkach,
Powrastają jak kurze w milimetry ciszy,
A za oknem miasto idzie na Bojary,
Idą beton i marmur, i nie stąpniesz nogą
Już na żużel, na piasek i na żywą trawę.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko