Tomasz Milkowski o minionym roku w teatrze:

0
418
Inni ludzie foto Teatr 2019

Teatr 2019

Plusy i minusy

Minął rok, co jak zwykle prowokuje do przeglądu. Jak zawsze, pojawiają się jakieś sygnały, nowe mody, może trendy. Co przeminie, a co wzrośnie, czas pokaże. Tymczasem zebrałem po siedem plusów i minusów minionego teatralnego roku.

Plusy

Powrót Masłowskiej

Dramaturgia Doroty Masłowskiej, która była objawieniem przed laty (rewelacyjne Między nami dobrze jest) wróciła z wielkim impetem prapremierą Innych ludzi w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa i premierą Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną w reżyserii Pawła Świątka w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Grzegorz Jarzyna ma dobrą rękę do tekstów Doroty Masłowskiej. Toteż jej hip-hopowy poemat-musical Inni ludzie o Warszawie końca drugiej dekady XXI wieku w okowach neokapitalizmu, smogu i zatruwającej umysły retoryki przyoblekł kształt przerażającego trafnością diagnoz widowiska. Jarzyna, eksponując żywioł języka, który u Masłowskiej zawsze jest probierzem i jądrem rzeczywistości, zaprzęga do uruchomionej machiny teatralnej zsynchronizowane z akcją sceniczną: muzykę, chóry, projekcje wideo, a przede wszystkim całą armię współpracowników. 

Kiedy powieść Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną ukazała się 17 lat temu, okazało się, jak trafnie swoją twórczością daje świadectwo zmian mentalnych i kulturowych, zachodzących w Polsce pod wpływem triumfującego pochodu płaskiej kultury masowej i żarłocznego kapitalizmu. Jej błyskotliwy debiut ukazany po latach na krakowskiej scenie błyszczy nowością za sprawą świetnego zamysłu adaptatora (Mateusz Pakuła), który rozpisał tekst wyłącznie na postaci kobiece. Na scenie zamiast  głównego bohatera powieści, prowincjonalnego macho Silnego, króluje galeria kobiet z jego otoczenia. Koncertowo zagrany spektakl dowodzi, jak niebezpieczne konsekwencje rodzi w Polsce populizm i ksenofobia.

Lupa na Capri

Krystian Lupa, odwołując się do wielkich reportaży Curzia Malapartego, Kaputt i Skóra, ukazał upadek cywilizacji europejskiej. W spektaklu Capri – Wyspa uciekinierów w warszawskim Teatrze Powszechnym ukazała duchowe spustoszenie, jakie stało się następstwem kataklizmu drugiej wojny światowej, uwodzicielskiej siły faszyzmu i nazizmu. „Dwa tysiące lat stracone”, taka pada diagnoza ze sceny, a spektakl potwierdza niebezpieczny stan zmierzchania, znaczony zbrodniami nazistów i moralnym upadkiem przegranych i zwycięzców. Poruszająca wizja świata w głębokim kryzysie.

Spektakl formalnie skomplikowany, z precyzyjnie namalowanymi obrazami jak freski w starych kościołach i pałacach, jak rzeźby w galeriach, trwający niemal 6 godzin, trzyma w napięciu widza, prowadzonego na koniec do jaskini. Czyżby ludzkość miała zaczynać wszystko od początku?

Gołda wspomina

Gołda Tencer w minionym roku dokonywała cudów, aby ukazać niebywałą aktywność Teatru Żydowskiego. Bezdomny teatr stawał się niemal wszechobecny. Te zdumiewające osiągnięcia (także w kolejnych edycjach festiwalu Warszawa Singera) przyniosły jej wielkie wyróżnienie – Nagrodę AICT im Tadeusza Boy-Żeleńskiego „za tworzenie nowych przestrzeni polskiego teatru, a zwłaszcza prowadzenie i unowocześnianie Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich”.

Wybitna artystka i niestrudzona dyrektorka Żydowskiego wydała także książkę wspomnieniową (wraz z Katarzyną Przybyłowską-Ortanowską Jidishe mame. To wielka księga. Monumentalna – objętość prawie 600 stron, mnogość zdjęć, chyba kilkaset, setki bliskich, znajomych i nieznanych twarzy. Powstała nie tylko opowieść o losach małej Geni z ulicy Próchnika 28 w Łodzi, która kieruje dzisiaj wielką fundacją Shalom, dorocznym  festiwalem Warszawa Singera i Teatrem Żydowskim. To także opowieść o jej pokoleniu, o generacji rówieśników, koleżankach i kolegach z Żydowskiej Szkoły im. Icchoka Lejba Pereca w Łodzi. Nie do przecenienia świadectwo historii, a przy tym lektura fascynująca, pociągająca rozmachem i klimatem.

Błyskotliwa komedia Modzelewskiego

Już podejrzewałem, że polscy autorzy zapomnieli, jak się pisze komedie. Na scenach komercyjnych dominują farsy i komedie anglosaskie, nie zawsze pierwszego gatunku. Tymczasem w warszawskim Teatrze Współczesnym na Scenie w Baraku radosna niespodzianka – znakomita komedia Marka Modzelewskiego Wstyd w perfekcyjnej reżyserii Wojciecha Malajkata. W tej świetnie napisanej tragikomedii kluczem otwierającym szafy z trupami staje się wesele, do którego w ostatniej chwili nie dochodzi. Autor i reżyser grzebią bohaterom w duszach i w pamięci, wywlekają na wierzch poutykane brudy. Okaże się, że zerwane wesele to najmniejszy powód do wstydu, jaki powinni oni odczuwać. A do tego smakowity koncert czworga aktorów: Izy Kuny, Agnieszki Suchory, Jacka Braciaka i Mariusza Jakusa.

Wiśniewski czyta Dziady

Janusz Wiśniewski zaskoczył swoich wielbicieli i przeciwników swoją interpretacją Dziadów Adama Mickiewicza na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. I jedni, i drudzy spodziewali się charakterystycznego dla artysty korowodu mini-scenek, składających na obraz zagubionego świata. Tymczasem reżyser, słynący swymi spektaklami autorskimi, rezygnuje z ich atrakcyjnych atrybutów i oddaje głos poecie, dzięki czemu słowo Mickiewicza olśniewa swoim pięknem. Zachwycające role stworzyli w tym spektaklu Wiesław Komasa (ksiądz Piotr) i Krzysztof Kwiatkowski (Senator). Udany debiut zapisze na swoim koncie młodziutki Jakub Kordas (Konrad).

Dopiero w finale spektakl wpada w rytm znany z autorskich spektakli Wiśniewskiego, z przygasającą i rosnącą muzyką Jerzego Satanowskiego, cyzelowanym ruchem scenicznym Emila Wesołowskiego podczas trwającego Balu u Senatora. Ale najważniejsze jest przesłanie, które należy do Ducha (monumentalny Henryk Łapiński). Duch wypowiada na koniec pamiętne słowa z Prologu III części Dziadów: „Ludzie! Każdy z was mógłby samotny, więziony,/ Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony!”. Wszystko zatem w rękach nas samych. Wybór należy do człowieka.

Mein Kampf

Gorąco dyskutowany spektakl w reżyserii Janusza Skrzywanka (dramaturgia Grzegorz Niziołek) w Teatrze Powszechnym w Warszawie stawia pytania nie tyle o to, czym był hitleryzm i jego źródła, ile o to, jak głęboko idee nazistowskie tkwią w społecznej świadomości. Zdarzenie, to wpisuje się w logiczny ciąg „teatru po Klątwie”. Już w prologu spektaklu zderzamy się z prowokacją estetyczną – program Hitlera aktorzy przedstawiają jako wypowiedź animowanych przez aktorów własnych obnażonych półdupków (dosłownie). Dziesięć albo i więcej minut trwa ten wykrzyczany monolog tyłka, obróconego w stronę widowni, a po jego zakończeniu zlany potem i czerwony z wysiłku aktor (Oskar Stoczyński) próbuje z trudem nawiązać bezpośredni kontakt z widzami. Takich przekroczeń jest więcej – przerwę spektaklu reżyser wykorzysta, aby wyprowadzić  aktorów do foyer. Przebrani w monstrualnych rozmiarów kostiumy małpoludów o ogromnych tyłkach, obwisłych piersiach (kobiety) i wybujałych członkach (mężczyźni), zaczepiają i zapraszają widzów na widownię. Wtedy zaczyna się „rasowy” finał: Aleksandra Bożek czyta fragmenty Mein Kampf poświęcone hodowli czystych rasowo Niemców. W to czytanie wkradną się gry erotyczne, orgie małpoludów i wyświetlany na ekranie cytat z  przedwojennego filmu Czarna Perła z piosenką Dla ciebie chcę być  białą Eugeniusza Bodo i Revi. Celowo niedopasowane połączenie idiotycznej piosenki z fragmentami Mein Kampf tworzy prawdziwą mieszankę wybuchową.

Niezwyciężony Kościelniak

Wojciech Kościelniak, mistrz polskich musicali wciąż zaskakuje kolejnymi premierami. W minionym roku zachwycił spektaklem Jutro zawsze będzie jutro z wrocławskimi studentami, którzy z songów Bertolta Brechta stworzyli emocjonalne widowisko o tym wszystkim, co dla człowieka najważniejsze. Dowiedli jak współczesne to teksty. Ale najsilniej zalśnił jego Śpiewak jazzbandu wg sztuki Samsona Raphaelsona w Teatrze Żydowskim. Autor postawił parę prostych pytań: czy syn kantora może zostać tylko kantorem? Czy jeśli ciągnie go w inną (muzycznie) stronę i ulegnie pokusie, to popełni zdradę? Powstał spektakl pełen energii, znakomitych partii wokalnych i brawurowych scen zbiorowych (porywająca choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk) do oryginalnej muzyki Mariusza Obijalskiego. A przy tym wysmakowane widowisko, nawiązujące do epoki przełomu kina niemego i dźwiękowego.

Minusy

Passini w opałach

Spektakl Teatru Maska Chyba nie ja (scenariusz Artur Pałyga, reż. Paweł Passini) oświetla z wielu stron, poparte konkretami, zjawisko pedofilii w Kościele, jej uprawiania, tolerowania, a nawet tuszowania. Ten mocno wyakcentowany motyw spektaklu – prowadzący jednego z bohaterów, młodego wikarego do porzucenia stanu duchownego, stał się pretekstem do próby zablokowania premiery spektaklu w rzeszowskim Teatrze Maska przez prezydenta tego miasta. Prezydent Tadeusz Ferenc, powołując się na opinie zaniepokojonych hierarchów, chciał wrócić do niesławnych praktyk cenzury.

Tymczasem władze kościelne zdystansowały się od tej decyzji, oprotestowanej przez liczne grono twórców kultury, a patronującemu festiwalowi „nowe epifanie” Centrum Myśli im. Jana Pawła II ani przez myśl nie przeszło, aby spektakl wykreślać z programu. Przeciwnie, został zagrany na otwarcie festiwalu, przyjęty niemal owacyjnie, choć z należną powagą.

Pantomima zagrożona

Sztuka pantomimy napotyka dzisiaj na przeszkody: wewnętrzne i zewnętrzne. Słynna wrocławska Pantomima Tomaszewskiego dzisiaj nie dotrzymuje sama sobie kroku i budzi wiele zastrzeżeń. Wysoko sztandar niesie warszawski Międzynarodowy Festiwal Mimu, któremu przewodzi Bartłomiej Ostapczuk. Od lat już boryka się z kłopotami finansowymi, miasto Warszawa udaje, że tego festiwalu nie ma, a ostatnio nawet pojawiło się zagrożenie, że Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy straci siedzibę i w ogóle zniknie – tuż sprzed 20-leciem wspomnianego festiwalu. Na szczęście tym razem pomocna dłoń Ratusza została wyciągnięta, ale przyjdzie pora na podziękowania, kiedy ocalenie tej pięknej inicjatywy (teatru i festiwalu) stanie się faktem. Warto przypomnieć, że w minionym roku Teatr Pantomimy Ostapczuka olśnił publiczność festiwalową spektaklem Once w reżyserii Antona Adasinsky’ego.

Niebagatelne oskarżenie

Rzecz dotyczy dyrektora krakowskiej Bagateli, ale bagatelna nie jest. Kilkanaście kobiet (aktorki i nie tylko) zatrudnionych w Teatrze Bagatela obwiniło dyrektora o molestowanie i mobbing.  Śledztwo  ostatnio nabrało przyspieszenia. Oskarżany, ale nie przyznający się do winy, dyrektor został zatrzymany, szykuje się trudny proces, zwłaszcza dla ofiar.

Sprawa jest piekielnie brzydka i, jak można domniemywać, dotyczy nie tylko jednego teatru. Wcześniej dobiegały tylko jakieś niejasne sygnały, ale prześladowane wreszcie powiedziały dość. Czy odezwą się polskie  „ME TOO”?

Apage feministki

Rafał Węgrzyniak wcielił się w rolę Katona, wyznając w recenzji z Diabłów w Teatrze Powszechnym: „Spektakl w Powszechnym mimowolnie ukazuje, jakim zagrożeniem dla cywilizacji europejskiej są opętane ideologią feministki. Bynajmniej nie chodzi im o akceptację orgazmu łechtaczkowego jakoby zakazywanego przez Kościół i konserwatystów rządzących w Polsce na czele z Jarosławem Kaczyńskim podobno zamierzających kontrolować przy pomocy prokuratury życie seksualne stające się w ten sposób kwestią polityczną. W istocie celem feministek ujawnionym wprost w Diabłach jest obalenie trwającego ponad dwa tysiące lat w Europie chrześcijańskiego patriarchatu”. Och, gdybyż to prawda była! Niestety, teatr nie ma w tej kwestii mocy sprawczej.

Grossman na zimno

Janusz Opryński, założyciel i wieloletni guru lubelskiego Teatru Provisorium, legenda polskiego off-u posłużył się w spektaklu Wszystko płynie (Teatr Soho, prapremiera podczas Konfrontacji Teatralnych w Lublinie), spektaklu opartym na prozie Wasilija Grossmana całym rejestrem środków należących do kanonu teatru offowego. Jednak dwuosobowa „relacja z piekła” – jak piszą twórcy spektaklu – wypadła niby sopel lodu. Emocje zastąpione formą wystygły. Był to pokaz, jak zamiera dialog we współczesnym teatrze na rzecz wykalkulowanych obrazów, kosztem treści. Wielka szkoda, bo przecież opowieść o łagrach i zbrodniach nazistowskich powinna wstrząsać widzem. Ale jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Dyrektorskie kontredanse

Przed kilkoma laty, po operacji zmiany dyrekcji we wrocławskim Teatrze Polskim, na stronie AICT (www.aict,art.pl) znalazł się taki komentarz pod znamiennym tytułem „I po teatrze”: „Po wyborze Cezarego Morawskiego na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu pracownicy teatru zapowiadają strajk. Krystian Lupa (przedstawiciel ZASP w komisji konkursowej) zgłosił votum separatum i zapowiedział zerwanie współpracy z Wrocławiem. Najwyraźniej skończyła się pewna epoka. Teatr Polski, jaki znamy, przeszedł do historii”.

Święte słowa. Choć dyrektor konkursowy został już odwołany, Teatr Polski nie może się wygrzebać spod sterty obelg i nienawistnych relacji wewnętrznych. Widać, jak wysokie bywają koszty niefortunnych interwencji władzy w subtelną materię zarządzania instytucjami artystycznymi. Władze jednak nie wyciągają wniosków. Po wielu miesiącach wciąż nie został powołany na stanowisko dyrektora Muzeum Polin, wybrany przez komisję konkursową dotychczasowy dyrektor prof. Dariusz Stola. Podobno, to nic nie szkodzi.

Policja w teatrze

19 października przed spektaklem Białej pończochy Mariana Pankowskiego w reżyserii Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże pojawiła się policja, aby ustalić wiek młodych widzów mających obejrzeć ten spektakl i jednocześnie ocenić „stopień nagości występujący w tym przedstawieniu”. To efekt donosu pewnego nauczyciela z Warszawy („przedstawiciela organizacji pozarządowej”), zaniepokojonego możliwością demoralizacji młodzieży.

Nie nastąpił ciąg dalszy – policja przybyła i odjechała, uspokojona, że niebezpieczeństwo nie nadciąga. Nie stwierdzono naruszenia prawa. Teatr od początku informował, że spektakl jest przeznaczony jest dla widzów od 16 roku życia. Przedstawienie cieszy się dobrą opinią recenzentów – zostało uznane za najlepsze w roku 2018 w Gdańsku i województwie pomorskim.

Tomasz Miłkowski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko