Leszek Żuliński – Wspomnienia weterana (18) – Stajnia Augiasza

1
545

            Jak łatwo się domyśleć, książek ci u mnie dostatek. Już nawet był taki moment, że łaziłem po nich na podłodze. Pewnego razu zawezwałem antykwariusza, on przysłał dwóch osiłków, ja im przygotowałem multum tego, co mieli wziąć, więc wzięli. Wzięli, bo nie chciałem zapłaty. Uff, ulżyło mi! Teraz co jakiś czas będę w ten sposób pozbywał się nadmiaru książek. Najczęściej mało mnie interesujących, ale są wciąż przysyłane. No i dobrze, bo książki są fundamentem mojego „literackiego istnienia”, choć nie zawsze entuzjastycznego.
            Trochę to głupia sprawa, bo dawniej książka była dla mnie świętością, ale róg obfitości wydawniczej spospolitował tę sytuację. Z drugiej strony od nadmiaru głowa nie boli, a lawina – zwłaszcza poezji – nikogo nie zabija.
            Dawniej – jak pamiętam – niemal każdą książkę głaskałem czule po grzbiecie. Ale wtedy częściej były to książki autorów znanych, uznanych, cenionych. Każdy nowy tomik Herberta, Nowaka, Szymborskiej, Lipskiej, Harasymowicza, Różewicza, Gąsiorowskiego itp., itd. to były wydarzenia wielkiej wagi.
            Absolutnie nie twierdzę, że nie mamy dziś dobrej poezji lub prozy. W końcu Tokarczuk czy Świetlicki to są wysokiej klasy autorzy. Krytyka literacka radzi sobie. Ale gdzie są nasi Kuncewicze i Waśkiewicze? Owszem, jeszcze Drzewuckiego warto czytać…
            Gdzieś tam po kątach kryją się dobrzy autorzy, jak na przykład Teresa Rudowicz, Anna Musz, Stefan Jurkowski, Wojciech Kass, Leszek Szaruga itp. Dochodzą nowi – ostatnio „odkryłem” znakomitego debiutanta Artura Dudzińskiego (z Poznania). Mamy też znakomitego prozaika Alka Silbera, ale mieszkającego od lat w Australii, więc mało kto o nim wie (nawiasem mówiąc, pisanie poza granicami raczej nie jest dla „wyemigrowanych” autorów korzystne). Tak czy owak lista jest długa. No i jeszcze warta uwagi jest garstka krytyków z autorytetem, takich jak np. Leszek Bugajski czy wspomniany Janusz Drzewucki. No i niezawodny Karol Samsel to „firma” znakomita.
            Wymieniam to wszystko „na skróty”, ale chyba rozumiecie o co mi chodzi? Tylko o to, że im więcej książek literackich, tym więcej książek przeciętnych. Powstrzymać tego nie da się – jest jak jest. Zresztą po co powstrzymywać?
            Dzisiejsze życie literackie toczy się w stajni Augiasza.
            No więc jako tetryk i weteran miotam się między tym, czym zachwycałem się w młodości, a tym, czego ogarnąć teraz już nie umiem. Czuję, że stoję w rozkroku. Z jednej strony żyję emocjami, które dopadały mnie od lat 70-tych. A rozgardiasz literacki w latach obecnych zaczyna mnie przerastać.
            Tak, czuję się literackim weteranem. Moje 71 lat daje mi ten tytuł. Amnezja, lumbago i groch z kapustą.
            No i sami widzicie: zacząłem pisać ten odcinek od moich inwencji literackich, a kończę rozłożeniem rąk.
            Jednak nawałnica książek stała się nie do ogarnięcia. Trudno nad tym panować i pomstować, bo niby dlaczego, ale przecież w tym gąszczu tomików trudno już się połapać.
            Wciąż jeszcze recenzuję nowe książki. Jest w czym wybierać, ale z tyłu głowy pulsuje obawa, co przegapiłem.
            A może to jednak po prostu moje stetryczenie? My, weterani, częściej rozpamiętujemy lata bitwy nad Bzurą niż dzisiejsze lata boomu literackiego. Ale dawniej przypinano weteranom ordery, a dzisiaj schodzimy na margines.
            Idzie nowe! Hm, może to i dobrze?

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Tekst powyższy podobny jest do skarg Iżykowskiego sprzed 87 laty w Tygodniku Illustrowanym. Prowadził tam dział literacki i któregoś dnia napisał, że jest zalewany stosami próbek literackich od adeptów pióra z prośbą o ich ocenę i o prognozę, czy mają pisać dalej. Zezłoszczony prosił: by mu nie przysyłano aż tyle. I że autor (czyli on) też człowiek, sam musi coś pisać. Zatem:
    “Nie przysyłajcie! Nie przysyłajcie!”
    No tak, brak czasu, psucie sobie oczu, no i obarczanie kogoś decyzją: “czy mam pisać? czy jestem na tyle zdolny?”to wystarczające powody. Może miał dość ranienia innych bezlitosną oceną? A nie bał się, że pośród tych nieczytanych znajdzie się ktoś godny pochwały, nawet pomocy? Albo zdolniejszy niż on sam?
    Ale ostatnie zdanie nie dotyczy pana Leszka, bo On zawsze chętnie pomagał innym. Jako “Frażolet znad Dolinki” i na licznych warsztatach i puszczając w świat własny “Dekalog dobrego wiersza”. Tylko jak na złość, ja akurat wtedy, równo rok temu, też wysłałam mu moją ostatnią książkę. Raz jedyny. Sam prosił. I wtedy na jego blogu znalazłam powyższy opis. Ale wybaczam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko