Jagoda Opalińska – Dziady w przestrzeni obrazów i narracji Janusza Wiśniewskiego

0
355

O „Dziadach” w Teatrze Polskim pisze Jagoda Opalińska:

            Ten obraz Polski niesie krzyk rozpaczy. Polski prowadzonej w orszakach śmierci. Zastygłej w koszmarze syberyjskiej zsyłki. Udręczonej do utraty tchu. A równocześnie wspartej pokoleniową więzią. Silnej głosem jednostek, które przechowały rdzeń tożsamości i wspólnoty.

            Janusz Wiśniewski przeczytał Dziady, wędrując wzdłuż i wszerz narodowej martylologii. Precyzyjnie oznaczył linie rozmaitych symbolicznych odniesień, wpisując romantyczną ekspresję w krąg własnego teatru. Korowód okrąża zbliżenia. Deformacja dotyka ascezy. Skondensowana emocjonalność ociera się o ciszę. Wczoraj wyprzedza jutro. Czas zanika, wraca – wedle porządku myśli poety i wizji reżysera. Co to w praktyce inscenizacji Dziadów (Teatr Polski prem. 22 listopada 2019) oznacza, pięknie  mówi kilka aktorskich wizerunków.

            A więc Primus inter pares. Ksiądz Piotr Wiesława Komasy. Rola warta pocałunku w serce, że przywołam głos z naszej romantycznej spiżarni. Żadnych ozdobników. Znakomity warsztat skierowany na plan sensu i wzruszenia. Skupiony aż po kres człowieczego bólu. Nic z emfazy, wszystko z prawdy! Aktor nie boi się prywatności. Ale nie ma w tym śladu dystansu, tylko szlachetny ton współodczuwania. Komasa jest obecny i w portrecie, i w dialogu z Księdzem Piotrem. Ten trop uzasadnia akcent, pauzę, tempo wypowiedzi, gest, sposób chodu. Schowany w habicie oraz w akcie modlitwy artysta jakby mimochodem odsłania twarz pątnika, ujawnia drżące ręce zaszczutej ofiary. Precyzyjny kontur nabiera wtedy barw, które sięgają duszy, trzewi i umysłu…

            Kierowane na drogę ekspiacji trudne pytania Sługi Kościoła zyskują stygmat boju do krwi ostatniej, gdy zbliża się szatańska nawałnica. I tu drugi wybitny aktorski wizerunek. Szymon Kuśmider – Belzebub w mundurze i pod orderem – wysoko dźwiga sztandar ciemnej mocy. Słowo pada gęsto, celnie i bez wsparcia satanistycznej emfazy. Świetna technika służy strategii grzechu. Kwestia za kwestią. Gest za gestem. Krok za krokiem. Uważnie cyzelowana ekspresja, która płonie i zostaje!

            Kolejny przewrotny pomysł reżysera, czyli Senator w okowach młodości. Przestrzeń dosłowna, a jednocześnie symboliczna. Stąd Krzysztof Kwiatkowski wydobywa główne cechy bohatera. Uwodząc i klucząc, roztacza trupi odór zbrodni. Gibki, pewny siebie każdym spojrzeniem, zwrotem lub obrotem gestów, kroków, słów mierzy się ze strefą permanentnego zła. Strach dopada go tylko w obecności Księdza Piotra, co aktor znakomicie kamufluje wyrazem zadziwienia. I dalej niesie Senatora dance macabre. Mocna, efektowna, choć żadną miarą nie-efekciarska, bardzo dobrze skrojona rola.

            Trzech niewątpliwych solistów, do których się zbliża Gustaw – Konrad Jakuba Kordasa. Portret wciąż malowany. Wyzwanie obciążone nazwiskami mistrzów, które realizuje dopiero kończący studia aktor. Widać i słychać, że szuka ekspresyjnych odcieni, że czasem głos mu się omsknie na deklamatorskiej mieliźnie. Ale dominuje autentyzm, twórcza pasja, poetycki smak, teatralny słuch. Zatem godny początek i moje najszczersze gratulacje!

            Precyzyjnie usytuowaną w ramach i tragifarsy, i tragigroteski postać Bajkowa przedstawia Katarzyna Skarżanka. Rdzeń charakterystyczności dobitnie zaznacza służalcze trio: Doktor (Krzysztof Kumor), Sekretarz (Michał Breitenwald), Pelikan (Marek Bocianiak).

            Szczególny koloryt posiada Pani Rolisson Ewy Domańskiej. Wizerunek osadzony w ściszeniu, które mieści bezmiar matczynej rozpaczy. Udręczony szepto-krzyk brzmi tylko kilka minut natomiast wybrzmiewa aż po horyzont epilogu. Brawo!

            Osobny, nadzwyczaj ciekawie skomponowany dwugłos. W prologu Guślarz – Jan

Janga Tomaszewski i w epilogu Duch – Henryk Łapiński. Mój Boże, sens w stylizacji, stylizacja w sensie. Skupienie, klarowność, rzemiosło. Prostota z wyboru wspaniale odnajduje się na istotnej dla języka spektaklu linii prowadzącej od  obrzędu do mementa.  A swoją drogą, kiedy Oni mówią słychać każdy przecinek i  słowom wyrastają skrzydła.

            Jeszcze jeden istotny przypis. Mianowicie dzieci jak z rysunków Antoniego Uniechowskiego i przygód Davida Copperfielda. Czuły błysk, stylistyczna perełka.

            Czy są zatem miejsca zagubione, ba wręcz zostawione poza stale obecnym trybem narracji? Powiedzmy: bywają. Tak się nijako zapisała grupowa scena w więzieniu. Ktoś coś powiedział, ktoś komuś odpowiedział. I co? I pusto. Nota bene i bez dykcji. Ani widu, ani słychu o rachunku wystawionym oprawcom. Ginie głos protestu w imię zamordowanych przyjaciół, połamanych biografii, utopionych marzeń o narodowym zmartwychwstaniu. Szczęśliwie, nawet przy chwilami miałkim, deklaratywnym aktorstwie, dzięki świadomie ogrywanej scenografii oraz wyjątkowo mocnych fundamentach działań ruchowych obraz Salonu Warszawskiego pulsuje, nabierając wieloznacznych odcieni. Gorzka drwina usuwa w cień ocierający się momentami  o  aktorski stereotyp przekaz.

            Reżyserska narracja ma dwa wielkiej artystycznerj wagi filary. Ruch kształtuje zaprogramowana z chirurgiczną precyzją co do milimetra skrętu ciała choreografia Emila Wesołowskiego. Korowód się wije, płynie, wznosi, opada… Michał Barczak – genialny Nos w warszawskiej inscenizacji Wiśniewskiego – swoim tańcem bez mała oplótł całą sylwetkę Diabła, multiplikując jej wymiary. Zasada lustrzanych odbić pojawia się też w muzyce organicznie umiejscowionej na planie krzyżujących się myśli i emocji. I właśnie temu planowi nadał Jerzy Satanowski tryb echa, które wibruje, opada, wraca.

            Zwarta, wielopiętrowa inscenizatorska struktura. Penetrując trzewia własnej teatralnej inżynierii, Janusz Wiśniewski toczy ze sobą twórczy spór. I rzecz nie w formie, choć kształtują się nowe plany zbliżeniowych odsłon. Ranga dyskursu tkwi bowiem w obszarach słowa Poety. W obszarach sprzeciwu i zachwytu, rygoru myśli i wolności metafory. Piękny, odważny zamysł transponowany na obraz, brzmienie oraz cały szereg  aktorskich głosów. Dzięki tego rodzaju syntezie Mickiewiczowski „krwawy promyk wschodu” dotyka nas hic et nunc światłem piekielnie rozproszonej nadziei…

Jagoda Opalińska

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko