Zdzisław Antolski – Pierwsza jesień

0
573

Pogoda w Grodziskach, po naszej przeprowadzce, była piękna, wrzesień słoneczny, bezdeszczowy, ciepły, cichy i spokojny. Słońce świeciło już niżej, jesiennie, przez co horyzont jakby spłaszczył się, ale i nieco wydłużył, więcej było widać szczegółów, na przykład wierzby rosnące szeregami na łąkach i wieże pobliskiej Wiślicy. Powietrze nadal było przezroczyste, tylko lekko spatynowane, przybrudzone dymem z ognisk, jakie rozpalano w polach. Po lekcjach, na wzgórzu, w gęstej trawie pod aleją rozłożystych drzew, aż roiło się od brązowych kulek kasztanów, a obok leżały zżółkłe kolczaste skórki, z których wypadły.

Zaszywałem się w małym sadzie koło szkoły, wśród krzewów agrestu, gdzie rosła grusza rodząca soczyste i przesłodkie żółte owoce, w których wprost kipiał gęsty, biały sok aż spływał po brodzie i kapał na trawę. Pełno owoców leżało pod drzewem i krążyły nad nimi upojone zapachem osy, które drążyły w nich korytarze. Liście już żółkły i spływały z drzew wolno, szeleszcząc między gałęziami, zanim spoczęły leciutko na ziemi.

Błąkało się w bezwietrznym powietrzu kilka zapóźnionych owadów: motyli, parę pijanych słońcem cytrynków i modraszków. Brzęczały na niskich tonach ociężale, grube, jakby napuchłe, muchy i senne trzmiele, żwawe pszczoły z ojcowskiej pasieki penetrowały ostatnie kwiaty. Nasz pies Karuś, niewielki kundelek, biały w czarne łaty, zapamiętale węszył, kopiąc przy tym intensywnie w ziemi i machając zawadiacko zakręconym ogonem.

Ojciec, uprawiając ogródek, wykopywał krety motyką, ale ich nie zabijał, tylko dawał mojej mamie, która wynosiła je w tekturowym pudełku daleko poza ogrodzenie, na nieużytki, do średniowiecznych kamieniołomów. Nienawidziła zabijania zwierząt i sama nie jadała mięsa. Ojciec natomiast niszczył turkucie podjadki i bardzo ich nie lubił, nie miał dla nich litości, bo podgryzały mu korzenie roślin. Owady te nawiedzały go po nocach i budził się z krzykiem, zlany potem.

Gagarin w naszym sadzie

W szkolnym mieszkaniu odwiedzał nas Lucek, chłopak rosły silny, dobrze zbudowany brunet. Kończył już szkołę, został mu tylko rok czy dwa. Starszy syn pani woźnej, trochę urwis i kawalarz. Sam nie wiedział, kim w życiu ma zostać, był niefrasobliwy i lekkomyślny, ale miał też fantazję. Jego młodszy brat, Jurek, mieszkał u ciotki w mieście, a przyjeżdżał tylko na wakacje.

Lucek wcześniej też gościł u rodziny ciotki, ale wyrzucili go, gdyż rozrabiał i chuliganił. Najbardziej wkurzyło ciotkę, kiedy wysłała go do sklepu po chleb, a Lucek, owszem. wrócił niezadługo, ale po drodze zjadł całą skórkę z bochenka, tak mu smakowała. Jego ojciec bardzo go kochał i kupił mu nawet rower za sprzedaną na targu świnię. Jednak dla żartów na nowiutki rower wsiadło równocześnie kilku kolegów Lucka z klasy i koła pojazdu się wykrzywiły.

Pani woźna chowała swoich synów u siostry, z obawy o ich zdrowie, ponieważ jej mąż chorował na płuca i wolała trzymać ich z dala od niego. Poza tym marzyła, żeby zdobyli jakiś zawód i znaleźli pracę. Gruntu posiadali niewiele i mieli nikłe szanse, że zostaną kiedyś gospodarzami na wsi.

Lucek w rozmowach ze mną nie mógł się nachwalić miasta. Codziennie można było sobie kupić ciastka albo lody, iść do kina wieczorem. Miasto z jego opowieści było jak z bajki, nierealne. Znajdował się tam także specjalny sklep zabawkami, nazywany popularnie śmietnikiem”, gdzie leżały czekając na chłopców, miniaturowe samochodziki, samolociki, czołgi i żołnierzyki z plastyku. W każdym domu, w pokoju stał telewizor, a w nim leciała „Kobra” albo „Bonanza”. Poza tym w mieście jest dużo sklepów, a nie jeden i to często zamknięty, jak w Grodziskach. No i na ulicach nie ma błota, jak u nas, gdzie trzeba chodzić w gumiakach.

Lucek oprowadził mnie po wzgórzu, szliśmy aleją wielkich kasztanowców, aż do białej postaci Chrystusa Frasobliwego, wykutego z jednego kamienia. Zaraz za figurą zaczynała się przepaść dawnego wyrobiska kamieni. To chyba stąd wydobywano budulec na nowy kościół. Kiedyś, przed wiekami, nasza świątynia była drewniana, dopiero później postawiono murowaną. W wyrobisku kamiennym stał dom i stodoła. Po kilku latach gospodarze wyprowadzili się do miasta. Chata powoli zamieniała się w ruinę.

Widok spod figury Chrystusa był piękny, po lewej biały kościół, zasłonięty rozłożystymi drzewami, przed nami szkoła z dwoma gankami, od północy i południa, a na końcu drogi dwa domy, w pierwszym mieszkali państwo Turkowscy, a w drugim Piwowarczykowie. Po prawej ziemia opadała niemal pionowo, staliśmy bowiem na długim wzgórzu, a w dole, w dolinie,  widać było słomiane dachy chałup, a wokół nich sady. Tylko kilka domów, w tym remiza strażacka, z syreną na dachu, miały dachówki. Droga u podnóża była biała, wapienna, bo całe wzgórze było z kamienia.

Weszliśmy po schodach za mur kościelny. Patrzyłem z podziwem na kościół. Na jego bocznej ścianie wyryty był zegar słoneczny. Dziwnym trafem dzwonnica była otwarta i Lucek poprowadził mnie, choć bardzo się bałem, po skrzypiących, ostrych schodach, do trzech wielkich dzwonów. Uwiesił się na grubym, szarym sznurze, który podnosił Lucka uczepionego rękami i nogami i opuszczał go z powrotem. Po pewnym czasie dzwon rozkołysał się i wydał z siebie potężny dźwięk. Pan kościelny, który sprzątał na dole, wbiegł po schodach aż zadudniło, zdyszany, zdenerwowany i przegonił nas kijem od szczotki na dół, aż za mury.

Ale już w najbliższą niedzielę, Lucek wziął mnie na mszę do kościoła, na chór i pokazał jak się kalikuje na organach za pomocą drewnianej dźwigni, wystającej z boku instrumentu. Pan Wiewiór, organista, lubił Lucka, cały czas uśmiechał się do niego. Wiedział, że żaden chłopak z kawalerki nie machał drążkiem z takim zapałem jak on.

Po mszy poszliśmy więc do naszego szkolnego sadu na gruszki, a Lucek rzucał ogryzkami w niebo śmiejąc się, że to są statki Gagarina, który niedawno fruwał nad globem ziemskim. Nawet miałem w swoim pokoju egzemplarz czasopisma „Kraj Rad’, z kolorowym portretem kosmonauty.

Miłość w kryzysie

Tamtej jesieni słuchali zagranicznych stacji codziennie i czekali z niepokojem na gazetę. Trwał „kryzys kubański”. Gazety publikowały fotografie brodatego Fidela Castro, Nikity Chruszczowa i Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Zastanawiałem się czy będzie wojna i kto wygra. Związek Radziecki czy Stany Zjednoczone.

Wszystko zaczęło się od nieudanego desantu rebeliantów w Zatoce Świń, którzy mieli obalić dyktatora Castro. Nad Kubą zestrzelono amerykański samolot szpiegowski U-2, pilot poniósł śmierć. Okazało się, że Rosjanie zainstalowali na wyspie swoje rakiety z bronią jądrową. Całkowicie zmieniło to układ sił pomiędzy obydwoma mocarstwami. Prezydent Kennedy ogłosił blokadę wyspy, a Rosjanie wysłali tam kolejne okręty.

 Ludzie w naszej wsi i w sąsiednich też, wpadli w panikę. W niedzielę w kościele były tłumy, ludzie modlili się gorąco, żeby nie było wojny. Wszyscy obawiali się wojny. W sklepiku wykupiono cukier, sól i mąkę. W tym czasie do naszej wsi, do rodziny, przyjechała dziewczynka z miasta, z Choszczna, o którym wcześniej nie słyszałem, a teraz gorączkowo szukałem go na mapie. Rodzice wysłali ją na wieś w nadziei, że tu łatwiej przeżyje wojnę, w razie czego.

Miała na imię Basia, była w moim wieku i zaczęła chodzić do mojej klasy w naszej wiejskiej szkółce. Musiał to być dla niej szok, kiedy w naszej szkole zobaczyła piece kaflowe, a przyzwyczajona była do kaloryferów. Sali gimnastycznej nie było w ogóle, a ubikacja mieściła się na zewnątrz, w drewnianym pomieszczeniu. W dodatku nie wybudowano sedesu, tylko trzeba było kucać na dwóch betonowych stopniach. Mimo tych spartańskich, wiejskich warunków,, Basia zachowała dobry humor i śmiała się często. W domach wiejskich też za potrzebą chodziło się za stodołę, a tylko nieliczni mieli przedwojenne „sławojki”.

Okazało się, że była dobrą uczennicą i zbierała z wszystkich przedmiotów same czwórki i piątki. Wydawała się jakaś inna, schludna, grzeczna. Ręce miała bielutkie, a nasze dziewczyny, które ciężko pracowały w gospodarstwie i w polu, dłonie miały zniszczone, szare i twarde.  Była szatynką, włosy miała krótko obcięte, czym różniła się od naszych koleżanek, które nosiły warkocze z kokardkami. Ubierała się, jak my wszyscy, w czarny fartuszek z białym kołnierzykiem, ale w niedzielę, w kościele, wyróżniała się ładnym popielatym płaszczem i eleganckimi butami. Nasze panny wolały jaskrawsze kolory. Poruszała się jakoś miękko i delikatnie, w przeciwieństwie do kanciastych ruchów wiejskich dziewcząt. Nasze dziewczynki patrzyły na nią z zazdrością i jakąś złością. Chłopcy bali się jej dotknąć, tak była krucha, w obawie, że zrobią jej krzywdę, że się stłucze na drobne kawałki jak filiżanka z porcelany.

Kiedy wyjechała, tak nagle jak się pojawiła, została jakaś pustka. Nawet żałowałem, że napięcie między światowymi mocarstwami opadło. Chruszczow ustąpił Kennedy’emu, rakiety radzieckie wycofano z Kuby. Wojny nie było, ale Basi też nie. Wyjechała do swojego miasta. Został smutek, nuda, jakiś żal. Nawet nie zdążyłem się z nią poznać bliżej i pogadać, gdyż byłem nieśmiały. A chyba się zakochałem, bo na jej widok serce biło mi jak oszalałe. – Może i szkoda, że wojny nie będzie – myślałem wieczorami w łóżku przed zaśnięciem. Ale odganiałem takie myśli od siebie, bo przecież wielu ludzi by zginęło i może byłby to już koniec świata.

Przed lekcją religii

Była ciepła jesień. W tornistrach grzechotały kasztany. Na nosy przylepialiśmy sobie nasiona klonu, które wirowały w powietrzu, jak małe helikoptery.

Siedzieliśmy skuleni na długich, niskich ławach, czekając na spóźniającego się księdza. W kącie stał czarny fortepian i kilku chłopców podniosło wieko i zaczęło bębnić palcami w klawiaturę. Rudowłosy Chrystus ponuro patrzył z obrazka na ścianie.

Przez otwarte okno wpadł wielki, włochaty trzmiel i buczał groźnie, obijając się o ściany. Przez chwilę nawet sądziliśmy, że to proboszcz cudownie się przemienił w owada, aby nas podglądać czy jesteśmy grzeczni.

Patrzyłem z zachwytem na delikatny puch na szyi mojej koleżanki, Tereski, która siedziała przede mną. Wyjmowałem z jej złotych włosów siwe nitki babiego lata. Graliśmy w zielone. Nasze spotniałe dłonie dotykały się i cofały spłoszone.

Cesarz Wilhelm II

Sąsiadka Świtalskich, pani Kowalczykowa, żona stolarza, posiadała księgę będącą przedmiotem dziecięcych pożądań Zbyszka. O tej księdze marzył, śnił o niej po nocach i namiętnie pragnął mieć na własność. Była to przepiękne dzieło, wielkiego formatu, z czasów pierwszej wojny światowej. Drukowane ozdobnym gotykiem, bogato ilustrowane kolorowymi obrazami cesarskiego wojska oraz fotografiami scen batalistycznych. Po otwarciu okładki, oprawionej w płótno w zgniłozielonym kolorze, ze złoconymi literami, które już nieco przyblakły i przyciemniały, nabierając przez to szlachetnej patyny, ukazywał się tryskający żywymi barwami obraz, na błyszczącym połyskliwie w świetle kredowym papierze, miłym w dotyku. Scena przedstawiała niemieckiego cesarza, Wilhelma II, w dumnej pozie, z charakterystycznym wąsikiem zadartym do góry, w pełnej gali orderowej, przepasanego szarfą, w lśniącej pikielhaubie i z wielką, ozdobną szablą u boku. W tle wodza maszerowały niezliczone szeregi wojska

Naprzeciw cesarza, jakby podczas przyjacielskiej pogawędki, ale z należytym uszanowaniem dla monarchy, stał z nogą wysuniętą do przodu, feldmarszałek Hindenburg, w szarym płaszczu z czerwonymi wyłogami, narzuconym na ramiona, spod którego na piersiach połyskiwały liczne ordery, a w dłoni dzierżył rzeźbioną buławę marszałkowską. Rzadki to był obrazek, gdyż podczas wojny cesarz założył na pikielhaubę ochronny pokrowiec w kolorze feldgrau, przez co, na większości jego wizerunków z tego okresu, niewidoczne stawały się wszelkie kolorowe pięknostki i błyskotki, na które Zbyszek był bardzo wrażliwy.

Oczywiście księgę wypatrzył Bogus, z którym Zbyszek bawił się w wojsku. W poszukiwaniu militariów penetrowali chłopskie strychy. Trafili nawet na pewnego pana, który służył jako podoficer w Legionach Piłsudskiego. Mimo wieku, zachował wyprostowaną, sprężystą sylwetkę. Nadal pomagał w gospodarstwie i pasał krowy na górze Zawinnicy, gdzie kiedyś stał zamek Łokietka. Pokazywal chłopcom swoje zdjęcie z komendantem Piłsudskim i różne stare gazety i książki oraz regulaminy piechoty. To były jego pamiątki z młodości.

Zbyszek męczył matkę, żeby odkupiła mu Księgę. Chciał ją mieć w swoich zbiorach. Niestety, pani Kowalczykowa nie chciała się pozbyć rodzinnej pamiątki. Trzymała niemiecką księgę w wielkiej skrzyni, razem z innymi pamiątkami rodzinnymi: z fotografiami ślubnymi oraz zdjęciami z pogrzebu Marszałka Piłsudskiego. Twierdziła, rozrzewniając się ze wzruszenia, że księga jest prezentem dla jej matki od pewnego bardzo przystojnego żołnierza, bruneta, wysokiego, w dodatku oficera wyższego rangą, służącego w sztabie dywizji, który mieszkał na kwaterze u jej rodziców. Nieprzytomnie zakochał się w matce pani Kowalczykowej, jako młodziutkiej wówczas dziewczynie, chciał się żenić natychmiast i zabrać ją do pałacu w Wiedniu.

 Podobno był bogaty, pochodził z arystokracji, ale rodzice młodej Zosi byli przeciwni ze względów religijnych, bo to był protestant, czy jakiś inny Luter. A rodzice bardzo wierzący byli, świeć Panie nad ich duszą, leżą teraz na cmentarzu, koło kapliczki dziedzica Olszowskiego, figurę nagrobną trzeba będzie pociągnąć na olejno, znowu koszty, pieniądze, taki los. Tak ładnie miał na imię, Joachim, gdzieś jest jego fotografia, szczuplutki, wyprężony na baczność, z szablą u boku a może szpadą, w mundurze, z wąsikiem. Pisał kilka razy z frontu, po niemiecku, a potem nastała cisza. Chyba poległ na polu chwały, bo żadne  wiadomości od niego nie dotarły.

Papierowy Żołnierzyk

Boguś był ode mnie parę lat starszy. Mieszkał niedaleko szkoły, gdzie mieszkałem z rodzicami. Za ogrodzeniem z siatki biegła droga, cała biała, błyszcząca w słońcu, bo cały teren leżał na wapiennych marglach, a zaraz za drogą był dom Bogusia, gdzie zapraszał mnie często, a potem rewanżował się wizytą u mnie. Całe dnie spędzaliśmy razem, chyba że jego ojciec gonił go do pracy w polu lub w sadzie.

Wszyscy wtedy paśli krowy, jedni na podworskich nieużytkach, na stokach góry Zawinnicy, gdzie aż roiło się od ślimaków winniczków, różnych pasikoników i ptaków: słowików i myszołowów, a inni na szerokich, płaskich łąkach na wschodzie. Nasza wieś leżała bowiem na granicy dwóch światów: łąk nad Nidą na wschodzie i wzgórz ze stepową roślinnością na zachodzie. Czasem trafiały się węże zaskrońce z pobliskiego cmentarza, które śmigały między trawami. Przez środek wsi biegła niewielka rzeczka, trafnie nazywana Strugą, którą można było w niektórych miejscach po prostu przeskoczyć, ale na wiosnę bardzo wzbierała, stawała się szalona, bardzo szybka i brunatna, hucząca, pełna zerwanych drzewek i gałęzi, i bywało, że rozlewała się po pobliskich polach.

Przed wojną Struga zasilała dworski staw, w którym właściciel, pan Libiszowski, hodował ryby, ale po wojnie było to tylko płaskie, wyschłe niemal całkiem, miejsce, gdzie grywaliśmy w piłkę nożną. Tylko podczas ćwiczeń strażacy tamowali strugę specjalną zaporą z desek, która umocowana była pod mostkiem na drodze do dworu, żeby trenować używanie sikawki, którą wygrali na zawodach.

Przed wiekami musiała tędy szaleć olbrzymia rzeka, która wyrzeźbiła dolinę, a wzgórze Zawinnicę obcięła, jak ucina się w podłużnym bochenku chleba piętkę aż utworzył się wysoki, niemal pionowy, klif. Na jego szczycie biskup krakowski Pełka postawił zamek, który zburzyli Szwedzi podczas potopu. Rzeka zmalała, aż został tylko ślad, mały strumyczek, a na jej dnie rozłożyła się nasza wieś – Pełczyska. Znaleziono tu w ubiegłych wiekach kilka skarbów, garnków ze złotymi talarami, a i do dzisiaj zdarzało się, że chłop orząc pole na stokach góry, znajdywał pociemniałe od czasu i ziemi monety, niewiadomego pochodzenia. Dzieci próbowały za nie kupić lody albo ciastka podczas odpustu pod kościołem na św. Wojciecha, ale nie znający się na numizmatyce handlarze z Wiślicy, przepędzali je kijem i szyderstwem.

Nawet Jurek Soja, syn pani woźnej, pasał krowę, jedyną jaką posiadał jego chory ojciec. Jurek całą zimę przesiadywał w Kielcach u ciotki i tam chodził do szkoły, a na wieś przyjeżdżał na wakacje. Lubiłem z nim przebywać podczas pasania krowy, bo opowiadał mi filmy, jakie widział w kinach kieleckich, a których nie miało w repertuarze nasze kino objazdowe.

Ale zimą bawiłem się tylko z Bogusiem. Kuchnia u jego rodziców była bez podłogi, tylko wyświecona polepa, a na ścianach wisiały rzędem małe i większe święte obrazy. Za to w pokoju było jak w mieście, podłoga, elegancki stół i krzesła, błyszcząca szafa i drewniane łóżko. Akurat wtedy ojciec Bogusia zaczął budowę nowego domu z cegły na miejscu starego dworu. Dwór zburzyli chłopi, niedługo po wojnie. Nigdy nie dowiedziałem się, bo nie pytałem, a nikt sam z siebie nie opowiadał, dlaczego zburzono dwór. Zostały tylko kupa gruzów kamiennych i olbrzymi kasztan, o którym wspomina pani Zofia Libiszowska-Dobrska w książce „Moje złote lata”, gdzie opisuje wakacje spędzane we dworze w Pełczyskach. Odwiedzał ją tam jej mąż lotnik, przylatując na niedzielę samolotem, który lądował na łąkach. Zginął później podczas walk lotniczych nad Anglią. Kiedy wówczas w latach 60. Ludzie opowiadali, że do wsi przed wojną przylatywał samolot, myślałem, że sobie ze mnie żartują, a to była najprawdziwsza prawda. W końcu to był mały RWD, na jakich latali Żwirko i Wigura.

Opowiadał o tych przylotach także ojciec Bogusia, ale bardziej wstrząśnięty był wspomnieniem z nalotu niemieckich samolotów w lecie 1944 r. na Pełczyska. Piloci zrzucili kilka bomb i polowali na ludzi strzelając z karabinów maszynowych. Ojciec Bogusia, który pracował tego dnia w polu, schował się w zbożu i bał się , żeby lotnik go nie zauważył.

Odwiedzał ją tam jej mąż lotnik, przylatując na niedzielę samolotem, który lądował na łąkach. Kiedy wówczas w latach 60. Ludzie opowiadali, że do wsi przed wojną przylatywał samolot, myślałem, że sobie ze mnie żartują, a to była najprawdziwsza prawda.

Z Bogusiem, kiedy była pogoda, zwłaszcza wiosną i jesienią, bawiłem się w papierowych żołnierzyków, których wycinaliśmy ze starych książek. Na szkolnym korytarzu na początku wakacji leżała sterta starych podręczników i innych książek a także gazet, przeznaczonych na makulaturę. Zbiórkę robił pan Mazurek, energiczny nauczyciel, który także zbierał złom pod budynkiem gospodarczym szkoły. Leżały tam między starymi pługami i kosami, także hełmy, sowieckie i niemieckie. Przebieraliśmy makulaturę, szukając podręczników do historii, bo w nich było najwięcej żołnierzyków.

A poza tym Boguś penetrował strychy i komórki w całej wsi, w poszukiwaniu militariów. Stare książki kupował za jabłka z ojcowego sadu. Jeździł także rowerem do Wiślicy, gdzie w kiosku „Ruchu” kupował czasopismo „Żołnierz Polski”.

Nawet łażąc po wsi nosiłem przy sobie jakiegoś żołnierzyka z papieru. Pewnego dnia oglądaliśmy wznoszące się mury nowego domu Bogusia. Zobaczyłem w podmurówce z kamieni jakąś ciemną szczelinę. I pomyślałem, że wrzucę tam mojego żołnierzyka, niech świadczy na wieki o naszych zabawach i o nas. Tak też zrobiłem. Żołnierzyk powirował w głąb podmurówki. Za kilka dni już nie było tam otworu, bo został zasłonięty rosnącym murem z cegieł.

I pewnie siedzi tam do dzisiaj, bo jest mu sucho, a jeść nie potrzebuje. Być może kiedyś, za wiele wieków, ktoś będzie rozbierał dom Bogusia, żeby postawić nowy dom, bardziej nowoczesny i znajdzie mojego żołnierzyka? Ciekawe, co sobie pomyśli?

Kradzione jabłka

Nic tak nie smakuje, jak kradzione owoce. Może to pozostałość po grzechu pierworodnym naszych ojców, kiedy w Raju Ewa skradła zakazane jabłko?

W niedzielę po sumie poszliśmy z chłopakami do sadu starego Macieja. Bardzo dobre były jego kosztele, antonówki i papierówki. Nagle nadszedł z kijem właściciel, który trochę utykał, bo w nodze miał karabinową kulę z wojny bolszewickiej. Uciekaliśmy w popłochu, tratując po drodze zboże.

– Widziałem was – krzyczał Maciej. – Powiem wszystko waszym rodzicom.

Przestraszyłem się, bo byłem synem kierownika szkoły, a ojciec musiał dawać przykład. A tu kradzież, grzech! Może muszę iść do spowiedzi, do naszego księdza proboszcza?

Nazajutrz stary Maciej przyszedł do moich rodziców z wielkim koszem jabłek. Ukłonił się czapką, mamę pocałował w rękę, a z ojcem zaczął rozmawiać o polityce.

Było mi wstyd. Omal nie zapadłem się pod ziemię. Jednak Maciej przymrużył tylko oko i pogłaskał mnie po głowie. O mojej wyprawie z chłopakami do jego sadu nie wspomniał ani słowem. Poczułem, że coś mnie ściska w gardle i pomyślałem, że jestem już dorosły, bo czuję w gardle jabłko Adama. Ale owoce, które przyniósł stary Maciej, już tak nie smakowały, jak tamte, kradzione w niedzielne popołudnie…

Zdzisław Antolski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko