Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
730

Mroczny pentagram Władysława Terleckiego

To już kolejna na przestrzeni czterech dekad edycja „Twarzy 1863”, ale pierwsza, w której znalazł się cały pentagram powieściowy Władysława Terleckiego poświęcony Powstaniu Styczniowemu i jego kontekstom. Do „Spisku”, „Powrotu z Carskiego Sioła”, „Dwóch głów ptaka” i tomiku czterech nowel „Rośnie las” dołączona została ostatnia „styczniowa” powieść „Lament” z 1984 roku. W szkicu „Twarze i maski polityki” („Dziennik Trybuna” (nr 93/2019) oraz internetowy e-dwutygodnik artystyczno-literacki pisarze.pl) poświęconym syntetycznie twórczości Terleckiego, w tym także tematyce nie dotyczącej Stycznia 1863, ale również współczesnej oraz dramaturgii, tak pisałem o prozie z tego cyklu:

„W 1966 roku ukazała się niewielka powieść „Spisek”, która otworzyła wielki cykl „styczniowy 1863” Terleckiego i w której w dość już rozwiniętej formie wyraziły się najważniejsze cechy jego późniejszej, najznakomitszej prozy. Jej tematem jest tzw. sprawa Stefana Bobrowskiego, pierwszego przywódcy „czerwonych” w Powstaniu Styczniowym, zastrzelonego w sprowokowanym pojedynku, w którym nie miał żadnych szans jako człowiek prawie niewidomy i bez umiejętności strzelania. W tej bezsensownej śmierci wybitnie utalentowanego działacza wyraża się charakterystyczna dla tych czasów antynomia. Antyromantyczny, sceptyczny chłodny, rzeczowy, logiczny intelektualista Bobrowski, jeden z przywódców romantycznego zrywu, biernie ulega fatalizmowi prowadzącemu go ku bezsensownej śmierci w pojedynku, absurdalnym wytworze chorej, ekstremalnej kultury opartej na „etyce honoru” i dopełnia udziału w nonsensie śmiercionośnej konwencji. W „Spisku” objawia się też charakterystyczna dla Terleckiego forma literacka, psychodrama (tak ją określił Jan Błoński), solipsystyczne „dzianie się w głowie”, rozmyślania Bobrowskiego w czasie jazdy pociągiem, które zastępują „klasyczną” akcję. Michał Sprusiński określił prozę Terleckiego jako „prozę atmosfery desperacji i samotności”. Także w „Spisku” po raz pierwszy objawia się „letargiczność” narracji charakterystycznej dla Terleckiego, jej usytuowanie na granicy jawy i snu. Objawiły się też w „Spisku”, na co zwrócił uwagę Błoński, inne znamienne motywy, Krytyk zwracał też uwagę na inne obsesyjne motywy w prozie Terleckiego: zamknięcia, osaczenia, daremnego oczekiwania, bezsilności, fatalizmu.  (…) W 1970 roku ukazała się powieść „Dwie głowy ptaka”. Jej głównym protagonistą jest inny wybitny działacz Powstania Styczniowego, naczelnik Warszawy Aleksander Waszkowski, osadzony w Cytadeli. Temat tworzą jego przesłuchania, prowadzone w ramach śledztwa przez pułkownika Tuchołko, postać która przewija się przez „styczniową” prozę. Obszerne sekwencje przesłuchań stanowią w prozie Terleckiego bardzo istotny składnik. Są to właściwie, głównie po stronie śledczego, filozoficzne dywagacje na pograniczu filozofii państwa i władzy oraz historiozofii, połączone z introspekcją psychologiczną. Postaci śledczego-filozofa towarzyszy w powieściach figura, którą sam pisarz nazwał „szpiclem filozofem”.  Głównym motywem jest tu zdrada i jej względność. Waszkowski zwątpił w sens i szanse Powstania, więc pragnie przyczynić się do położenia kresu daremnej ofierze powstańczej. Czyni to ułatwiając władzom rosyjskim odzyskanie skarbu Królestwa, co przekreśli możliwość kontynuowania konspiracji. Z jednej strony jest to zdrada, z drugiej, w pojęciu Waszkowskiego, „błogosławiona wina”, która położy kres dalszemu upływowi polskiej krwi. Jednak ani Terlecki, ani jego bohater nie dokonują tu moralnego rozstrzygnięcia. Bohater nie doznaje komfortu „błogosławionej winy”. Wszystko zawieszone jest we względności i wieloznaczności. (…) W 1973 roku ukazał się „Powrót z Carskiego Sioła”, rodzaj powieści spojonej z odrębnych całości. Pojawiają się takie postacie jak Romuald Traugutt, Eliza Orzeszkowa, Aleksander Wielopolski, namiestnik Lűders, Oskar Awejde. Tu też dotyka pisarz problemu zdrady, ale też nietzscheańskiego kultu siły, antynomii między politycznym realizmem a daremną ofiarą.  (…) „Lament” (1984), to ostatnia, wieńcząca powieść cyklu „styczniowego”. Jest to obraz kresu Powstania, jego dogorywania i degrengolady w ponurej, elegijnej atmosferze krańcowego pesymizmu, intryg i szerzącej zdrady”. Dodam, że echem cyklu styczniowego jest opowiadanie „Drezno” z cyklu „Rośnie las”, którego bohaterem jest „wygnaniec” z Królestwa Polskiego, jedne z najważniejszych protagonistów dramatu Styczniowego, dogorywający w Dreźnie margrabia Aleksander Wielopolski.

Omawiane, PIW-owskie wydanie „Twarzy 1863” opatrzone jest znakomitym szkicem Anny Jamrozek-Sowy zatytułowanym „Pisarz poważny”, w którym autorka raz jeszcze rekapituluje (choć nie wyłącznie) „styczniowy” nurt prozy Władysława Terleckiego, poprzedzając to passusem biograficznym poświęconym pisarzowi. W odniesieniu do szkicu Jamrozek-Sowy warto zwrócić uwagę na cenną i pożyteczną szczegółowość w zreferowaniu i interpretacji  fabuły i problematyki poszczególnych składników „styczniowej” prozy, ale także na trafne zdefiniowanie stworzonej przez Terleckiego formy literackiej: „Terlecki stworzył swoistą odmianę powieści rozrachunkowej, której racją bytu uczynił temat śledztwa prowadzonego w celu „odkrycia i wyjaśnienia przyczyn klęski ponoszonej przez współczesność, przez zniewoloną zbiorowość i zdeterminowaną jej rytuałami jednostkę. (…) Dążąc do przedstawienia procesów psychicznych, posługiwał się najczęściej pośrednim monologiem wewnętrznym. Skutkowało to fragmentaryzacją obrazu świata, chaotycznością przekazu, ograniczeniem horyzontu czasowego narracji do chwili teraźniejszej, przedstawieniem rzeczywistości jako niegotowej, stającej się na oczach czytelnika, wreszcie – poczuciem nieoczywistości stawianych diagnoz. Stosowanie przez pisarza techniki strumienia świadomości i zmienności punktów widzenia wywoływało efekt wielogłosowości i stylistycznego zróżnicowania narracji, potęgowany przez liczne nawiązania do innych dzieł literackich i wiedzy historycznej”.

Wśród pokaźnego grona cytowanych przez Jamrozek-Sowę analityków prozy Terleckiego (m.in. Maria Janion, Agnieszka Izdebska,  Lidia Burska, Andrzej Mencwel, M. Lubelska) , znalazł się też Marian Orski, który pisał, że rozpoczynając lekturę prozy Terleckiego „od pierwszych stron wraz z narratorem wkraczamy (…) w strumień czyjejś jaźni, że bez zapowiedzi i otoczki wprowadzających tropów historycznych dostajemy się w samo „centrum świadomości odtwarzanego czasu”.

 Na koniec odniosę się do tytułu szkicu Jamrozek-Sowy: „Pisarz poważny”. Ta fraza nawiązuje zarówno do sylwetki psychologicznej pisarza, którego cechowała pewna „wyniosłość”,  a także solenność, swoisty chłód w tzw. „obejściu” i sposobie wypowiadania się, jak i do bardzo poważnej problematyki jego prozy, pozostawania przez niego wyłącznie w kręgu „zagadnień istotnych”, poważnych, fundamentalnych. Ta powaga osobista i pisarska Władysława Terleckiego dała także swoiście paradoksalny efekt uboczny, polegający na tym, że w prozie tego wybitnego, uczonego i bardzo inteligentnego pisarza bardzo trudno natrafić na akcenty znamionujące zmysł humoru, ważnego przecież i wszechobecnego składnika ludzkiej egzystencji. Możemy jedynie natrafić na delikatne smużki delikatnego sarkazmu i starannie skrywanej ironii. Gorąco rekomenduję ten tom wybornej, bogatej prozy wraz z lekturą teksy jej poświęconego.

Władysław Terlecki – „Twarze 1863”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 926, ISBN 978-83-66272-30-9


„Niczego nie znaleźć, tylko szukać” czyli „konkluzji nie będzie”

Tytuł „Substancja nieuporządkowana”, jaki Adam Zagajewski nadał zbiorowi swoich esejów jest idealnie więc adekwatny do jego zawartości. Wielki esej, a Zagajewski należy do eseistów wielkich, zawsze jest „substancją nieuporządkowaną”. Z kilku powodów. Po pierwsze, esej jest formą niejako z definicji (próba) niezwartą treściowo i formalnie, na swój sposób amorficzną, płynną i na tym polega jej wielki czar. Po drugie, esej zbudowany jest na tak bogatej i różnorodnej bazie lektur, przemyśleń, impresji, doznań duchowych, intelektualnych i estetycznych, że najzwyczajniej niepodobna ująć jej w jakiekolwiek karby.

Opowiadanie o eseju to zadanie na miarę poszukiwania kwadratury koła. Esej nie poddaje się referowaniu  w tak – relatywnie – klarownym trybie jak proza czy dramaturgia. O eseju trudno pisać podobnie jak o poezji. Esej trudno poddaje się klasycznemu opisowi, jest mu niepodległy, bywa że zachowuje swoistą „splendid isloation”. To, co zawsze stanowi dla czytelnika eseju kryterium wstępne, to smak stylu, smak badany tak, jak pierwszym jego kontaktem z językiem i podniebieniem bada się smak wina. Ta wstępna próba badania smaku eseju „Substancji nieporządkowanej” Zagajewskiego wypada, tak jak dotąd – przewybornie. Styl Zagajewskiego spełnia wszystkie kryteria najlepszego „brandu” eseistycznego: elegancja i koronkowa finezja i piękno frazy, zjawiskowa wrażliwość, intelektualna moc i spostrzegawczość, delikatna ironia. W przypadku Zagajewskiego dochodzi jeszcze ujmująca skromność, z jaką ten mistrz poezji i eseju traktuje siebie samego i swoje dokonania. „Substancję nieuporządkowaną” otwiera esej „O życiu w wolności”, przypuszczam, że nieprzypadkowo, jako że trwałość, status i kształt wolności stanęły w ostatnich latach i w Polsce i w świecie pod szczególnie zauważalnym znakiem zapytania. Poprzez zagadnienie wolności wędruje Zagajewski odwołując się do rozmaitych punktów odniesienia, do Stanisława Brzozowskiego, do Tacyta, do historii zamachu stanu Napoleona Bonaparte, późniejszego Napoleona III, a także do dziesiątków artystów najrozmaitszych gałęzi, od Szekspira i Goethego do jego krakowskich przyjaciół, tworząc znamienną dla eseju sieć inspirowanych skojarzeń, nawiązań i paraleli. Zbliżając się do końca tego eseju, Zagajewski przywołuje Paula Valery, który szkicując utopijny plan przezwyciężenia kryzysu cywilizacji stwierdził, że „konkluzji nie będzie”. To dobra konkluzja także dla eseju, jako że – przywołany w innym eseju – jego mistrz i ojciec, Michel de Montaigne, autor „Prób” „nie chciał niczego znaleźć, chciał tylko szukać”. Tematyka, zasygnalizowana w tytule, eseju „Pochwała prawa” jest logicznym uzupełnieniem eseju wstępnego, jako że prawo i jego przestrzeganie, jest jednym z warunków zachowania wolności. Esej rozpoczyna kilkanaście nazwisk wielkich pisarzy i poetów, od Solona przez Flauberta, Kafkę i Gombrowicza do Czesława Miłosza, którzy stanowili, praktykowali lub studiowali prawo.  Pojawiają się prawnicze wątki w ich twórczości Następnie pojawia się współczesna postać z dziedziny prawa, profesor Ewa Łętowska, bohaterka laudacji Zagajewskiego. Pojawia się też „Pułkownik Chabert” Balzaca, jako utwór wyjątkowo dobitnie i drastycznie egzemplifikujący rolę prawa, w tym przypadku złowieszczą, jaką może ono odegrać w życiu człowieka. „O pewnej niezwykłej korespondencji” dotyczy dwóch niezwykłych, oryginalnych i wybitnych postaci, bardzo znanej, Józefa Czapskiego i „niszowej”, Ludwika Heringa. Ten z kolei esej pokazuje umiejętność z jaką Zagajewski potrafi ze sfer, z rejestrów subiektywnych, osobistych, przejść do trybu bezpretensjonalnej i pełnej pokory relacji, sprawozdania z twórczości „innych”. „Teatr cieni” jest krótkim i delikatnym portretem Julii Hartwig jako poetki. „O zdziwieniu” dotyka tej szczególnej kategorii ludzkiej psychologii i czyni to eseista w sposób finezyjny i nieoczywisty, przy czym tytułowe” zdziwienie dotyczy zarówno samego zjawiska, jak i rozmaitych zdziwień autora, głównie przy lekturach, od starożytnych zdziwień greckich, poprzez poezję Horacego, Ronsarda, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, prozę Marcela Prousta aż po Curzia Mapalarte w jego opisie wawelskiego „dworu” gubernatora Hansa Franka, z jego wykonaniami kompozycji Chopina. Tytuł „W stronę Drohobycza” jest nawiązaniem do proustowskiej „strony Swanna” i „strony Prousta” w interpretacji André Maurois. Owa „strona Drohobycza”, to  jednocześnie „strona Brunona Schulza, „strona artyzmu, pewnego poetyckiego irracjonalizmu” i Zagajewski pisze o niej pięknie, choć od znawstwa prozy twórcy „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą” odżegnuje się z tą właściwą sobie nadskromnością. W tym eseju najbardziej frapująca i odkrywcza jest jego finalna konkluzja (a jednak!). Nawiązując do oglądanych przez nas wielokrotnie niezliczonych, czarno-białych, przedwojennych i pochodzących z czasu Holocaustu fotografiach dokumentujących życie diaspory żydowskiej w Polsce, Zagajewski napisał tak: „Na fotografiach widzimy stare kobiety i bezlistne drzewa. Zwyciężył lakoniczny behawioryzm. A Schulz zapisał co innego, zapisał to, czego nie zapisze żadna fotografia, uchwycił niewidzialne segmenty życia w Szettlu, niebo i gwiazdy, gorączkę samotności i potęgę utopii. Zapisał to, co niewidzialne – i bez czego życie jest niemożliwe”. „Odeszli wielcy poeci” to znów esej „eseistyczny na wskroś”, poszukujący i bez konkluzji, ale obejmujący, na kilku egzemplifikacjach „cały” świat poezji. To w tym eseju Zagajewski żegna grono zmarłych w ciągu kilkunastu ostatnich lat wybitnych kolegów poetów i koleżankę poetkę, to w nim przywołuje wspomniane zdanie o „szukaniu, nie o znalezieniu” Montaigne’a, to w nim ponownie broni „stylu wysokiego” przed powszechną, także w świecie literatury, niechęcią, to w nim pisze o wielu innych fascynujących sprawach, zjawiskach i postaciach. Tym razem znów bez konkluzji. A później jeszcze opowiada „O kilku artystach (alfabetycznie)”, artystach  raczej z cienia niż z blasku kamer i fleszy. No i dwa eseje o kompozytorach, o muzyce: o Gustawie Mahlerze i Andrzeju Panufniku. I tu odzywa się kolejne pasmo klasy eseistycznej Zagajewskiego. Napisać tak o muzyce, by taki czytelnik jak piszący te słowa, którego wiedza o twórczości tych kompozytorów ogranicza się do znajomości nazwiska, umiejętności ogólnego usytuowania w czasie ich życia oraz , od biedy, sformułowania na temat ich dzieła jednego zdania typu leksykonowego – by ów czytelnik z smakiem czytał bezdźwięczne frazy o ich muzyce, to prawdziwy majstersztyk. Tom z „Substancją nieuporządkowaną” kończy „Podziękowanie za Nagrodę Księżniczki Asturii”. Tu konieczna jest uwaga wyjaśniająca. Część tekstów w tomie pomieszczonych, to teksty wykładu, laudacji, pogadanki. Okazuje się, że Zagajewski pisze eseje także wtedy, gdy przeznaczenie jego tekstów jest użytkowe, także do wygłoszenia publicznego. Tak jest też w przypadku wspomnianego „Podziękowania”, które stało się esejem. Adam Zagajewski jest bowiem, jak z tego wynika, eseistą „urodzonym”, wręcz „odruchowym”, on ma formę eseju w swoim twórczym DNA. „Anima naturaliter essjana”? Skłania mnie to do podejrzenia, że esejem pisze Zagajewski także podania i pisma urzędowe. Na koniec próbka (nomen omen) wspomnianego podziękowania-eseju za Nagrodę Księżniczki Asturii: „Kiedy byłem dzieckiem, Hiszpania wydawała mi się krajem odległym i wspaniałym, wręcz legendarnym, miejscem, gdzie najjaśniej świeci słońce i gdzie cienie są najczarniejsze, krajem Don Kichota, rycerzy i księżniczek. Potem poznałem realną, nowoczesną Hiszpanię, jeden z filarów Unii Europejskiej. A jednak dzisiaj jestem tutaj, w Asturii, i jestem gościem księżniczki – nie mogę się temu nadziwić. Jak widać, wszystko się zmienia, ale nic się nie zmienia”.

Jakakolwiek, dodana tu moja własna konkluzja czy puenta byłaby niestosowna, bo skaleczyłaby piękno, które chłonąłem przy lekturze „Substancji nieuporządkowanej” Adama Zagajewskiego.

Adam Zagajewski – „Substancja nieuporządkowana”, wyd.”Znak”, Kraków 2019, str. 206, ISBN 978-83-240-5869-3


Losy myśliciela w płynnej nowoczesności

„Polski Żyd, komunista, jeden z najbardziej znanych myślicieli przełomu XX i XXI wieku. Marksista, który przeżył drogę od ideologicznego fanatyzmu do przenikliwej krytyki współczesności. Przetrwał Holocaust dzięki Związkowi Radzieckiemu. Żołnierz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (…). Wygnany z Polski w 1968 roku. Do Rosji uciekał przed faszyzmem, do Izraela przed polskimi komunistami, do Anglii przed izraelskimi nacjonalistami.

Znany na całym świecie wybitny socjolog. Oskarżany o relatywizm, ale cytowany przez Benedykta XVI i doceniony przez papieża Franciszka. Autor pojęcia „płynna nowoczesność”, które zrobiło zawrotną karierę w naukach humanistycznych, a także idei Holocaustu jako ubocznego produktu Oświecenia”.

Tak przedstawia książkę biograficzną Dariusza Rosiaka poświęconą Zygmuntowi Baumanowi jej edytor, krakowskie wydawnictwo Mando. A co może o niej powiedzieć piszący te słowa, jej czytelnik, po lekturze?

Nie jest to biografia intelektualna Zygmunta Baumana (1925-2017), nie jest to analiza jego myśli socjologicznej. To opowieść dziennikarska, publicystyczna, po części reporterska (autor poleciał choćby do Tel Avivu by spotkać się z wnukiem Baumana). Owszem, poświęcone myśli socjologicznej Baumana passusy rozproszone są w całej materii  książki, zwłaszcza w rozdziałach poświęconych jego pracy naukowej w Izraelu i Wielkiej Brytanii. Owszem, w rozdziale „Płynność” autor opowiada z kolei o tym aspekcie myśli socjologiczno-antropologicznej Baumana, który przyniosła mu światową sławę analityka, więcej – intelektualnego proroka współczesności, guru współczesnej socjologii światowej, twórcy pojęcia „płynnej nowoczesności”. Jednak „Bauman” Dariusza Rosiaka to przede wszystkim opowieść o życiu wielkiego myśliciela, od jego poznańskiego dzieciństwa i wczesnej młodości, poprzez losy wojenne w ZSRR, włączenie się po 1944 roku w budowanie i utrwalanie nowego ustroju, działalność woskowo-polityczna w jednostkach KBW, uważana za najbardziej kontrowersyjny aspekt jego biografii, intensywne, a nawet fanatyczne zaangażowanie w stalinizm, a następnie głębokie rozczarowanie, jakie przyniosły mu tzw. wydarzenia marcowe 1968, odejście z PZPR a następnie emigracja do Izraela (akurat w przypadku rodziny Baumana nie pociągiem z Dworca Gdańskiego w Warszawie, ale własnym volkswagenem przez granicę czechosłowacką i dalej), aż po lata na uniwersytecie w angielskim Leeds i niebezkolizyjne (głośne demonstracje przeciwników na wykładach uczonego) powroty do Polski. Rosiak do swojej pracy wykorzystał wiele źródeł, w tym fragmenty osobistej korespondencji Baumana oraz wypowiedzi przyjaciół, znajomych, współpracowników (n.p. Krzysztof Pomian) i członków rodziny (córka, wnuk), a także współczesnych intelektualistów różnego autoramentu (n.p. ksiądz prof. Alfred Wierzbicki czy Agata Bielik-Robson) komentujących niektóre aspekty sylwetki Baumana. Te które się w książce znalazły, są interesujące, jednak uderza w niej zasadniczy brak bezpośrednich (w niektórych przypadkach przywołane są cytaty z ich wypowiedzi z różnych okazji i źródeł) wypowiedzi szerszego kręgu ważnych protagonistów tamtych czasów, czyli choćby (poza nielicznymi wyjątkami) jego towarzyszy z okresu przynależności do PZPR. Pojawiają się co prawda dość obszerne wypowiedzi Andrzeja Werblana, ale jako cytaty  z innych publikacji. Brak także wypowiedzi żyjących osób ze środowiska „komandosów” z Adamem Michnikiem i innymi na czele. Brak także szerszego „pakietu” wypowiedzi kolegów po fachu Baumana (wypowiedzi socjolog Niny Kraśko dotyczą raczej sfery osobistego losu uczonego), które wzbogaciłyby jego intelektualny wizerunek. Do wyjątków należą bardzo interesujące uwagi bliskiego współpracownika Baumana, dziś profesora Jerzego J. Wiatra, wybitnego socjologa, a także analityka sceny politycznej. W jednym szczególe, bardzo drobnym, marginalnym mam wątpliwość natury faktograficznej. Czy Grzegorz Roman, w 1968 roku młodociana, właściwie dziecięca, tytułowa gwiazda telewizyjnego serialu „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” mógł pomagać życiowo, w okresie niedostatku, jednemu z członków rodziny Baumana w uzyskaniu płatnego zajęcia?

 Nie zamierzam jednak koncentrować się na jakichkolwiek mankamentach tej książki, tym bardziej, że nie znam przyczyn braku na jej stronach wspomnianego kręgu osób. Jak znam dziennikarskie życie, mógł mieć autor trudności w uzyskaniu zgody na wypowiedź ze strony wielu ważnych osób. Znam ten syndrom niechęci do powrotu do przeszłości, który występuje u sporej liczby dawnych protagonistów zdarzeń, nie tylko politycznych. Nie wszyscy z nich zostali naznaczeni duchem pamiętnikarstwa i kronikarstwa. Imperatyw, potrzeba wspominania bynajmniej nie u wszystkich występuje. Stosowany czasem przeze mnie w stosunku do nich argument „świadectwa dla potomności” kwitują czasem nawet z lekką drwiną i machnięciem ręki, które przyjmuję z pokorą, ale bez satysfakcji. Dlatego na koniec podkreślę walory tej książki: trafne ujęcie sylwetki Zygmunta Baumana, sięgnięcie – mimo powyższych uwag – po szeroki zakres źródłowy i klarowną potoczystość narracji, która czyni tę lekturę przyjemną. Przez tę książkę się nie brnie, przez nią się „płynie”, jak przez nowoczesność. Do tego autor pomieścił bogatą bibliografię i obszerny indeks nazwisk, więc każdy czytelnik zainteresowany życiem i myślą Zygmunta Baumana może sięgnąć po zawarte w niej źródła.

Dariusz Rosiak – „Bauman”, wyd. Mando, Kraków 2019, str. 253, ISBN 978-83-277-1734-4


Przygody Piotrusia Pana czyli kolejny powrót Jeremiego

Od czasu, gdy zakończył żywot telewizyjny „Kabaret Starszych Panów” (1958-1966) minęło już przeszło pół wieku, a to niezwykłe, przepełnione niezwykłym czarem i niepowtarzalnym, unikalnym stylem zjawisko nie przestaje fascynować. Przede wszystkim licznych widzów premier (w przypadku piszącego te słowa, z powodu metryki, dopiero w końcowej fazie) kolejnych emisji cyklu, a po latach nałogowych oglądaczy serwowanych od czasu do czasu powtórek nagrań archiwalnych.

Jakie to szczęście, że zachowały się one bez mała w całości i nie jesteśmy skazani tylko na mgliste wspomnienia. Znalazło się na szczęście także kilku autorów, którzy przyczynili się do upamiętnienia fenomenu Kabaretu Starszych Panów (dalej KSP) swoimi książkami. To, po pierwsze, syn jednego ze „starszych panów” Jerzego Wasowskiego – Grzegorz Wasowski, który niejako z pierwszej ręki, stał się kronikarzem tego zjawiska i stworzył kilka publikacji wspomnieniowych połączonych z zestawami tekstów dialogów i piosenek, bogato ilustrowanych. Po drugie, to Roman Dziewoński, syn Edwarda, co prawda nie tytułowego „starszego pana”, ale wybitnego aktora, który wykreował cały szereg bajecznych postaci w kabarecie, m.in. sędziego Kociełła, Kuszelasa czy Barnabę. On z kolei, także w kilku książkach sportretował KSP poprzez postać i kreacje swojego ojca. Tę triadę (nie użyję słowa „tercet”, bo autorzy nie działają wspólnie i w porozumieniu) dopełnia znakomity dziennikarz, „ongiś radiowy i telewizyjny”, jak sam to określił, a przy tym jeden z najpiękniejszych głosów radiowych, Dariusz Michalski. Czternaście lat temu (2005) ukazała się jego opowieść o Jerzym Wasowskim, „Starszy Pan A”, oparta głównie na opowieści wdowy po artyście, Marii Wasowskiej. Teraz, po latach, ukazała się opowieść o drugim ze „Starszych Panów”, „Starszym Panu B”, Jeremim Przyborze. O ile jednak Jerzy Wasowski był postacią kameralną, otoczoną dyskrecją, dystyngowaną, daleką od wszelkiej „awanturniczości” i właśnie wdowa po nim była najlepszym źródłem wiedzy, o tyle z Jeremim Przyborą sprawa miała się zgoła inaczej. On, „enfant terrible” w tym duecie, miał bowiem życiorys w sferze prywatnej bardzo bogaty, malowniczy, by nie rzec, że z lekka „awanturniczy”, wywołany głównie tą cechą artysty, która zwykło się określać jako ponadprzeciętną kochliwość. W międzyczasie potwierdziły to zasadniczo trzy publikacje: dwutomowe „Memuary” autorstwa samego Jeremiego Przybory, dzienniki Agnieszki Osieckiej oraz „Listy na wyczerpanym papierze”, jej miłosna korespondencja z Przyborą. I dlatego sam Dariusz Michalski zauważa, że w końcu dobrze się stało, iż tak długo zwlekał z wydaniem drugiej opowieści, bo bez uwzględnienia nowej wiedzy o Przyborze, wcześniejsza edycja wymagałaby właściwie napisania na nowo. Z właściwą sobie klarownością i potoczystością opowiada Michalski o drugim ze swoich bohaterów, szczęśliwie nie eksperymentując, jak to się zdarza w trybie nowomodnym, ale snując narrację klasyczną, chronologiczną. Snuje ją od genealogii rodowej i dzieciństwa Jeremiego Przybory, poprzez jego młodzieńcze i już „radiowe” Międzywojnie, wojnę samą, czyli okupację spędzoną w Warszawie i udział, też „radiowy” w Powstaniu Warszawskim, trudne peregrynacje w czasie powojennym, powrót do Warszawy i do radia oraz wszystkie związane z tym konteksty, działalność dla teatru, udział w Kabarecie Starszych Panów, którego był współtwórcą w podwójnej roli – autora scenariusza, tekstów dialogów i piosenek oraz jednego z dwóch głównych wykonawców, związki i romanse czyli życie w roli Piotrusia Pana aż po ostatni związek ze wspaniałą scenografką Alicją Wirth i smutną, melancholijną starość w domu nad Narwią. Była ona przerywana od czasu do czasu odwiedzinami przyjaciół, w tym Magdy Umer, która nagrała z nim obszerny i unikalny cykl rozmów dla telewizji. A był Przybora nie tylko wielkim artystą słowa pisanego, ale także mistrzem narracji oralnej, czarownej i dowcipnej opowieści, o rodowodzie, można rzec, sięgającym do gawędy szlacheckiej przy kominku. Wspaniały nam, miłośnikom Kabaretu Starszych Panów zrobił upominek pod choinkę Dariusz Michalski.

Dariusz Michalski – „Starszy pan B. Opowieść o Jerzym Przyborze”, „Iskry”, Warszawa 2019, str. 497, ISBN 978-83-244-1052-1


Dramaty spod powierzchni

Jestem gorącym, zapamiętałym admiratorem tej części krainy jaką jest literatura, która nie znajduje się w blasku powszechnej wiedzy, prestiżu czy popularności, a także mody, lecz egzystuje, a raczej wegetuje na marginesie literatury, zapomniana, niedoczytana, nieczytana, a nawet pogardzana. Sięganie do tych marginesów jest dla mnie źródłem takich satysfakcji poznawczych i estetycznych, jakich niejednokrotnie nie doznaję już przy lekturze twórczości kanonicznej i oczywistej.

Zupełnie niedawno, dzięki uprzejmości i życzliwości wybitnego krytyka i eseisty teatralnego Tomasza Miłkowskiego dostałem do rąk i przeczytałem wydany w 1831 roku i nigdy już potem nie wznowiony dramat autorstwa jego przodka Pawła Miłkowskiego, „Dzień Dwudziesty Dziewiąty Listopada”,  opatrzony piękną kartą tytułową w stylu epoki, jedyny bodaj tekst dramatyczny, który powstał (a do tego został wystawiony na scenie) jeszcze w czasie trwania „epoki Listopada”, czyli, używając współczesnego słowa – w trybie „instant”.

Nie tak dawno referowałem poprzedni tom szkiców przygotowany przez Pracownię Historii Dramatu 1864-1939 warszawskiej polonistyki. Poświęcony był temu pasmu, czy nurtowi polskiej dramaturgii, który skryty jest pod powierzchnią, na której znajduje się – by tak rzec – jej „top”, kanon, dzieła powszechnie znane, często analizowane i przywoływane, czy pomieszczane na listach lektur szkolnych i uniwersyteckich. Kolejny tom tej serii również poświęcony jest dramatom nurtu „podpowierzchniowego”, zapomnianym, niedoczytanym, pominiętym. Zbiór 37 szkiców otwiera tekst Macieja Szargota poświęcony dramatom Zygmunta Krasińskiego, ale nie kanonicznej „Nieboskiej komedii” i „Irydionowi”, lecz znajdującym się na marginesie jego twórczości dramatom „Wanda”, „Rok 1846” i „Niedokończony poemat” . Iwona Gosik-Kapelińska zajęła się dramatem autorstwa znanego dziejopisa Józefa Szujskiego, „Wallasem”, polską wersją Braveheart. Interesującą niespodziankę przynosi Anna Sobiecka w tekście „Rodzina Dylskich” Michała Bałuckiego, o komedii prawie nieznanej, sytuującej się między „bałucczyzną” a „dulszczyzną”, której tytuł rodzi odruchowe skojarzenie z „Moralnością..” Gabrieli Zapolskiej. Wiesława Tomaszewska zajęła się nie tylko zapoznanym dramatem „Jadwiga”, ale także jego szerzej nieznaną autorką Marią Gertrudą Skórzewską. Włodzimierz Szturc dokonał analizy „fantazji dramatycznej” „Zawisza Czarny” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, a Barbara Szargot opowiedziała o znanym raczej tylko badaczom i szczególnym miłośnikom twórczości biografii Henryka Sienkiewicza epizodzie, jakim było napisanie przez niego dramatu „Zagłoba swatem”. Tomasz Sobieraj zajął się „zapomnianym sukcesem debiutanta Zygmunta Kaweckiego, „Dramatem Kaliny”. Hanna Ratuszna napisała „uwagi o „Grodzie słońca” Jerzego Żuławskiego, twórcy „Na Srebrnym Globie”, jako dramacie „bohatera solarnego-bohatera hamletycznego”. Katarzyna Wojewódzka-Downar i Przemysław Pawlak zajęli się dramatami Witkacego. Pierwsza, ich „fragmentami niedoczytanymi”. Pawlak zajął się dobrze znaną i wystawianą, ale „niedoczytaną” „Mątwą”. Kolejni autorzy szkiców zajęli mniej znanymi tekstami dramatycznymi takich znanych autorów, jak Włodzimierz Perzyński („Majowe słońce”), czy Adolfa Nowaczyńskiego „Bóg wojny”), a Dariusz Pachocki kieruje naszą uwagę na Bolesława Leśmiana także jako na dramaturga. Także inni autorzy zajęli się mało znanymi tekstami dramatycznymi znanych autorów (Tadeusz Miciński, Tadeusz Rittner, Wacław Grubiński, Emil Zegadłowicz, Antoni Słonimski, Stefan Żeromski (różne wersje „Białej rękawiczki” oraz teatralna wersja „Dziejów grzechu”). Szkic Magdaleny Daroch o „tematyce obozowej w zapomnianych dramatach Tadeusza Hołuja „Dom pod Oświęcimiem” (1948) i „Puste pole” (1963) otwiera okres historii dramatu po 1945 roku. Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska zajęła się wybranymi aspektami dramaturgii Władysława Terleckiego, Tomasz Wójcik „Kosmogonią’, późnym dramatem Jarosława Iwaszkiewicza, Krystyna Latawiec „Po tamtej stronie świec” Stanisława Grochowiaka, a Michał Zdunik „Tadeusza Różewicza rozliczeniem z wojenną legendą „Do piachu” w kontekście europejskiego modernizmu”. Trzy ostatnie szkice poświęcone są  zapomnianym i niedoczytanym utworom z dramaturgii obcej. Gabriela Matuszek zajęła się „Gdy wstaniemy z martwych” Henryka Ibsena, Joanna Dobrowolska ponownie odczytała „Wassę Żeleznową” Maksyma Gorkiego jako „dramat zapomniany”, a Olga Ciwkacz zajęła się dramatami historycznymi na scenach teatrów w Stanisławowie od końca XVIII wieku do 1939 roku.

Wracam na koniec do uwag wyjściowych, z początku tego tekstu. Lektura literatury (nie tylko skądinąd dramatów) zapomnianej, niedoczytanej, nieoczywistej, a w końcu nawet nie zawsze wybitnej literacko, może przynieść szczególne, unikalne satysfakcje nie tylko estetyczne, ale także poznawcze. Nie tylko bowiem sami autorzy i ich utwory zostały zapomniane czy zlekceważone, ale także podejmowane przez nich, często fascynujące zagadnienia, problematy i zjawiska, czasem dziś już archiwalne, ale niejednokrotnie rezonujące współcześnie. Większość utworów omówionych w tym zbiorze jest trudno dostępnych z przyczyn pospolicie praktycznych i właśnie dlatego jest on tak cenny. Dzięki autorom szkiców w nim pomieszczonych możemy je poznać, w wielu przypadkach, wyłącznie niejako „per procura”, za to z dodatkiem bardzo cennej, unikalnej intelektualnej bazy interpretacyjnej. Bardzo cenna publikacja.

„Dramaty zapomniane – niedoczytane-pominięte. (Re)interpretacje”, redakcja naukowa Maria Jolanta Olszewska, Agnieszka-Skórzewska Skowron, wyd. nakł. Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, str.553, ISBN 978-83-65667-76-2

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko