Jan Stanisław Smalewski W sowieckich obozach śmierci (4)

0
488

W buchcie Wanino

                  Prawie miesiąc trwała podróż Antoniego Rymszy pociągami towarowymi do buchty Wanino, gdzie był ostatni punkt etapowy przed odjazdem na Kołymę. On trafił tam w drugiej połowie sierpnia 1949 roku. Buchta – to po prostu zatoka. Miejsce na ziemi nie będące ani wioską, ani miastem nazywano pasiołkiem. Wanino to nazwa pasiołka, w którym gromadzono więźniów; tysiące ludzi z wyrokami, znajdujących się pod strażą władzy sowieckiej i zamieszkujących w prowizorycznych drewnianych szopach nazywanych zonami.

Oprócz terenu gęsto ogrodzonego kolczastym drutem, było tu także osiedle zamieszkiwane przez wolnych. Kim byli wolni? To ludzie, którzy odbyli już wyroki, lecz z różnych względów i przyczyn nie opuścili ziemi, na którą zostali zesłani. Częstokroć nie mieli jak wydostać się stamtąd lub też po prostu nie mieli dokąd się udać. Znaczącą ich część stanowili ci, którzy wyroki zesłania odbyli, lecz nie otrzymali od władzy sowieckiej prawa repatriacji.

Po „szmonie” (rewizji) i innych formalnościach więźniów rozlokowano w ogromnym baraku z trzypiętrowymi narami nazywanym „wagzałem” (peronem). Zaraz za wejściem do niego znajdowała się „kabinka”: ciasne pomieszczenie obite nieszczelnie deskami, służące za lokum dla brygadirów i czołowych działaczy: „suk” czy „worów” – rządy których zmieniały się niemal co kilka dni. Każdorazowo zmiana takiego rządu pozostawiała za sobą kilka lub kilkanaście ofiar wśród więźniów.

Do władzy dochodziły w tym czasie „gabinety”: Piwowarowa, Uporowa, Uralskiego, Iwana Kołymy, Diadi Wasi i kilku innych. Ci ludzie w zonie czuli się pierwszymi po Stalinie. Co prawda przez krótki czas, ale byli najważniejsi. Dla nich administracja obozowa nie istniała. Ona ich się bała, oni jej nie. Z ich rozkazu, podczas krótkiego tam pobytu Rymszy, zarąbano dwóch dozorców. Przedstawiciele władzy sowieckiej bardzo rzadko zjawiali się w zonie i nigdy pojedynczo.

Więźniów kryminalnych w obozach Związku Radzieckiego powszechnie nazywano „bytowikami”. „Błatnoj” natomiast, to potoczne określenie złodzieja.

Złodzieje zawodowi stanowili odrębną kastę, określaną mianem „błatnyje – urki”. „Urki” z żelazną konsekwencją przestrzegali swoich niepisanych praw, których złamanie karane było śmiercią przez współtowarzyszy kasty, względnie zaszeregowaniem do odrębnej, także licznej kasty „suk”. „Urki” z „sukami” wzajemnie się zwalczali.

„Błatnoj – urka” nie mógł pełnić w obozie żadnej funkcji. Nie wolno mu było współpracować z władzą obozową. Niepisane prawo zabraniało mu pracy przy budowie więzienia, aresztu, ich grodzenia, a także otwierania i zamykania bramy obozowej. „Urce” nie wolno było uderzyć w gong nawołujący na zbiórkę do pracy lub oznajmiający jakikolwiek alarm. Nie miał prawa zabrać, względnie ukraść współwięźniowi czegokolwiek, co dała mu władza więzienna, począwszy od chleba, a na ubiorze skończywszy. Dopuszczalna była jedynie wymiana sort mundurowych i obuwia.

„Błatnyje – urki” charakteryzowali się tym, że nie zapinali wierzchniego odzienia, zakładając poły na siebie i przytrzymując je złożonymi na piersiach rękami. Obuwia nie sznurowali do końca, jedynie tak, by nie spadało z nóg. Czapki uszanki nie podwiązywali pod brodą. Jedzenia nigdy nie kończyli do ostatniej łyżki. Przy każdej nadarzającej się okazji, „urka” musiał uciekać na wolność.

„Suki” to przeciwstawny biegun w stosunku do „urek”. Kasta, która wywodziła się z „błatnych”, ale nie przestrzegała żadnych zasad.

Swego czasu „suki” poszli na usługi władzy sowieckiej, łamiąc zasady „błatnych”. Historycznie były to ofiary wojny, która podzieliła zawodowych złodziei na dwa przeciwstawne obozy. Bożyszczem „błatnych” był Konstanty Rokossowski – marszałek Polski i Związku Radzieckiego, który podczas wojny zwolnił z obozów i więzień wszystkich kryminalistów i wcielił do wojska, obiecując im trzy dni swawoli, po zdobyciu niemieckiego miasta. Pierwszą ofiarą tej obiecanki marszałka był Królewiec. Opowiadali o tym Antoniemu Rymszy jej uczestnicy. Ponoć widoki były porażające, nie do opisania i nie do opowiedzenia. Nie do wyobrażenia nawet, co mogą uczynić ludzie.

Po zakończeniu wojny powstał problem, co zrobić z kryminalistami, którzy nie nadawali się do normalnej pracy, a prawie każdy udekorowany był różnymi medalami i orderami wojennymi; wszyscy czuli się bohaterami współtworzącymi sowieckie zwycięstwo. Kreml musiał się zastanowić nad tym i zadecydować.

I tym razem zwyciężyła koncepcja Rokossowskiego, która uzyskała aprobatę partii. Wszystkich kryminalistów skierowano do milicji i zatrudniono w organach sprawiedliwości. Miało to świadczyć o tym, że ich nawrócenie najlepiej posłuży wymiarowi sprawiedliwości. Ta decyzja definitywnie podzieliła kryminalnych bohaterów na dwa przeciwstawne obozy; na „błatnych – worów” i „błatnych – suki”. „Urki” odmówili współpracy z władzą, zaś „suki” przyjęli proponowane stanowiska w milicji i służbę w organach władzy, w obozach, więzieniach i różnego rodzaju straży.

W ten sposób zrealizowane zostało jedno z leninowskich założeń partii, że świat przestępczy nawzajem się wyniszczy.

W buchcie Wanino było straszne przeludnienie. Transporty więźniów przeznaczonych na Kołymę stale nadchodziły. W połowie września około trzytysięczną grupę więźniów – do której trafił Rymsza – odesłano do zony nr 5, gdzie rzekomo mieli być tylko sami więźniowie polityczni. Okazało się jednak, że tam już mieszka około 70 „suk” czy „worów”. Mieszkali oni w osobnym baraku, wszyscy chodzili z wypuszczonymi koszulami, każdy nosił w ręku karty. Nowo przybyłym proponowali grę. Każdy z nich szukał okazji, a gdy nie znajdowali chętnych, zasiadali sami z sobą, stawiając w bank ubranie, obuwie lub inne szmaty i rzeczy, które do nich nie należały. W takich przypadkach, ten kto przegrał, musiał pójść odebrać je temu, do którego one należały i oddać temu, co je wygrał. Nierzadko w podobny sposób grano o ludzkie życie.

W zonie nr 5 bałagan był nie do opisania. Słyszało się rozmowy wszystkich narodowości Europy i Azji, przeplatane gęsto sowieckimi przekleństwami. Najwyższą władzę w zonie sprawował jej komendant. Do pomocy miał on brygadzistów, którzy każde zarządzenie komendanta gorliwie wykonywali przy pomocy „dryna”. Była to absolutna, niepodzielna władza, od której odwoływać się pozostawało jedynie do Boga. Za wiedzą i zgodą komendanta, a także brygadzistów, błatnyje, to znaczy złodzieje, uprawiali bezkarnie swój zawód: grabili ubrania, obuwie i inne rzeczy, opornych poskramiając widokiem noża czy piki – jak nazywano podobny do niego przyrząd.

Wydawanie posiłku – jeżeli tak można go było nazwać – odbywało się trzy razy na dobę, o różnych porach. Często obiad był o godzinie dwunastej w nocy, a kolacja nad ranem. A nieraz wydawano dwa posiłki zespolone. Nikomu nie wydano żadnych naczyń do jedzenia: ani misek, ani łyżek. Radzili sobie ludzie, jak kto mógł. Na co mogli się zdobyć sprytem i rozumem.

Pożywienie przynosili w beczkach z trzeciej zony, gdzie była kuchnia. Do noszenia beczek wyznaczeni byli na stałe ludzie, których nazywano bałandziorami. Mając możliwość stykania się z inną zoną, uprawiali oni handel. Z zony wynosili różne szmaty i obuwie, a przynosili z kuchni puste bańki konserwowe i różnego rodzaju tłuszcze. Bańki używane były przez więźniów zamiast misek do jedzenia. Nabyte ze spekulacji bańki, nie pokrywały zresztą i jednego procenta ogólnego zapotrzebowania na miski. Wielu spośród więźniów wykorzystywało czapki zamiast misek. Po kilkakrotnym użyciu prawie wcale nie przepuszczały one zupy więc spełniały rolę podwójną: czapki i miski. O łyżkach nikt nawet nie myślał. Używanie łyżki, uchodziło za niedołęstwo.

Zamiast normy cukru otrzymywali cukierki, które docierały do nich w bardzo ograniczonej ilości, prawdopodobnie uszczuplane przez różnej maści spekulantów. Chleb przywożono do zony samochodami, przy których stawiano stoły i wagi. Więźniowie ustawiali się po niego w kolejce, podchodząc brygadami. Na ogół swą pajdkę otrzymywało się do czapki w postaci różnych rozmiarów okruszyn. Wagi ich, wynoszącej 600 gramów, przestrzegano. Chleb, a raczej jego okruchy, rozładowywano z samochodu szuflami. Ludzie, którzy go rozładowywali, deptali po nim butami i dlatego w więziennych porcjach było moc piasku, niedopałków, zapałek i innego śmiecia, nie wchodzącego normalnie w skład pieczywa.

Część chleba jednak trzymała się kupy, to znaczy docierała w postaci bochenków. Do ich otrzymania mieli prawo błatnyje, brygadziry, bałandiory i inni uprzywilejowani, według uznania komendanta.

Otrzymany chleb każdy starał się zjeść od razu, po pierwsze dlatego, że każdy był piekielnie głodny, a po drugie – jadł szybko ze strachu, by mu go nie odebrano lub skradziono. Dotkliwie odczuwany był brak wody, którą także przynoszono beczkami z trzeciej zony. Wodę wydzielano i nigdy dla wszystkich jej nie starczało. Jej dotkliwy brak zmuszał ludzi do picia zlewków kuchennych, które przypadkowo przeciekały przez róg ich zony. Następstwem tego były różnego rodzaju choroby.

Leczenie chorób było bardzo prymitywne. W jednej „pałatce”, oznaczonej czerwonym krzyżem, urzędował lekarz – Niemiec z Berlina, nie znający ani słowa po rosyjsku. W samej tej „pałatce” i w jej pobliżu czuć było w powietrzu obecność śmierci. Wiedzieli, że przebywa tam, mimo iż nikt z nich na własne oczy jej nie mógł zobaczyć…

Codzienne wywożenie umrzyków z zony ręczną dwukółką świadczyło o tym, że śmierć nie próżnuje. Miejsce, w którym ich zgromadzono, znajdowało się w szczerym polu. Teren, na którym rozmieszczono zony, podzielono na rozległe płaszczyzny w formie kwadratów lub prostokątów, oddzielonych od siebie drutami. Cały obóz ogrodzony był pięcioma rzędami drutów kolczastych. Bram było kilka, w tym jedna główna. Przy każdej bramie znajdowała się tak zwana wachta. To taka niedostępna budka, gdzie urzędował przedstawiciel władzy, którego zadaniem było pilnowanie, żeby nikt nielegalnie nie dostał się do zony, ani też z niej nie wyszedł. Kiedy wywożono z zony umarłych, ów przedstawiciel władzy „uroczyście” sprawdzał, czy wśród nich nie ukryto kogoś z żywych. Polegało to na tym, że każdemu z nieboszczyków wbijał w ciemię trzymany w dłoni zaostrzony długi gwóźdź. Widząc naocznie, że umarły nie drgnął, mógł dalej pełnić swoją służbę ze spokojem i przeświadczeniem, że ci, których wywieziono za bramę, żadnego niebezpieczeństwa dla ustroju komunistycznego już nie stworzą.

W zonie segregowały ludzi różnego rodzaju epidemie. Jednych odsyłały do „krainy wiecznych łowów”, a innych do baraku z czerwonym krzyżem, na leczenie. Za zonę mógł dostać się tylko umarły, a do baraku z czerwonym krzyżem tylko taki, którego musiano już nieść na noszach. Zdrowi męczyli się w ciasnych barakach-namiotach. Ludzie spali tam, gdzie kto znalazł sobie miejsce: na narach, pod narami, w przejściach.

Nikt nie miał stałego miejsca. Prawo własności nie funkcjonowało. Większość jednak żyła z sobą w zgodzie. Więźniowie układali się do snu jeden obok drugiego, często nie znając się. Jeżeli było ciepło, to ci, co mieli nieco „barachła”, spali na powietrzu pod barakiem. Tak żyli ci, co wnosili lub mieli wnieść swój trwały wkład w dzieło budowy komunistycznego ustroju, dokładnie zdając sobie sprawę z tego, że ich życie pozostanie na Kołymie. Na wyjazd tam oczekiwali wszyscy.

Po osiedleniu w „wagzale”, przydzieleniu do jednej z brygad i znalezieniu sobie miejsca na drewnianych narach Antoni usnął twardym snem. O świcie obudził go hałas, jaki czyniło dochodzące z zewnątrz dzwonienie metalowym prętem w zawieszony na drucie kawał kolejowej szyny. W ten znamienny sposób brygadiry ogłaszali zbiórki więźniów.

Słysząc nawoływania do opuszczania baraku i stawania na zbiórce na zewnątrz, zerwał się z nar i odruchowo sięgnął ręką w stronę sąsiada, by go obudzić. Szarpnął raz, drugi, lecz on nie poruszył się. Czując, że jego ciało stawia dziwny opór, pochylił się nad leżącym i zauważył, że w miejscu gdzie powinna znajdować się jego głowa, leży jakiś kawał derki. W pierwszej chwili pomyślał, że współtowarzysz celowo owinął nią głowę, żeby nie słyszeć hałasu dochodzącego z zewnątrz. Pociągnął za derkę i… przeszły nim ciarki. Więzień nie miał głowy.

Cholera, a jak mnie posądzą o to? – wystraszył się. Zorientowawszy się, że nikt nie zauważył jego odkrycia, zarzucił ponownie derkę na obciętą szyję denata i wybiegł na zewnątrz. Niedługo potem któryś z brygadirów odnalazł zamordowanego i przeciągające się przeliczanie więźniów zakończono. Kiedy całą brygadą ruszali na posiłek, z „wagzału” dyżurny wywoził ręczną dwukółką zwłoki nieznajomego.

W ciągu kilku pierwszych dni pobytu w buchcie część więźniów otrzymała pracę. Wyłoniono spośród nich kucharzy, sanitariuszy oraz cieśli i stolarzy, którym przydzielono robotę w porcie. Jak okazało się niebawem, przygotowywali oni stojący w zatoce statek „Aleksander Newski” do podróży z transportem więźniów przez Morze Białe do Magadanu. Cieśle i stolarze budowali pod jego pokładem nary, czyli półki dla więźniów. On wytypowany został do grupy, której zadaniem było postawienie olbrzymiego brezentowego namiotu przeznaczonego na punkt sanitarny. Wtedy nie wiedział jeszcze, że niebawem ów szałas będzie służył również jemu.

Brezent, z którego budowali szałas, pochodził z różnych obiektów wojskowych, był niejednolity w swej grubości i w stopniu zużycia. Część była po prostu podarta. Żeby okryć nim całość drewnianej konstrukcji – zbudowanej przez jeden dzień przez cieśli i stolarzy – należało go zeszyć i posztukować.

Dratwę otrzymali od służby obozowej, gorzej było z igłami. Te należało zrobić z drutu. Osobiście wykonał jedną taką igłę, ostrząc ją na kamieniu, a jej ucho przecierając kawałkami szkła.

Pod koniec pracy przy szałasie, z jednego cieńszego kawałka brezentu, uszył sobie podręczną torbę, podwinął jej krawędzie i przeciągnął przez nie kawał zdobycznego sznurka, który potem – dla uniknięcia jej kradzieży – nosił obwiązany wokół nasady dłoni.

Po kilku dniach pobytu w buchcie władza obozowa obdzieliła ich porcją szmat i zużytych koców. Rymsza dostał koszulę, która ledwie sięgała mu pępka i mocno zużyty na połach i rękawach waciak. Wydano im również koce do spania, po jednym na siedem osób. Na szczęście, mając waciak, nie potrzebował – podczas zimowych nocy – rywalizować o koc ze śpiącymi obok więźniami.

Przygotowując więźniów do srogiego klimatu Dalekiej Północy, w zonie rozpoczęto wydawać słannik. Był to wywar z gałęzi jedliny. Podobno najbardziej skuteczny i najtańszy środek przeciwko strasznej chorobie – cyndze, czyli szkorbutowi.

Od rana setki ludzi ustawiło się w kolejce, by otrzymać porcję owego cudownego leku. Na jej czele stanęli bywalcy dalekich stron dzikiej Północy: Kołymy, Peczory, Norylska, Workuty. Wszyscy oni opowiadali o strasznych męczarniach, jakie musieli znosić więźniowie od tej niemiłosiernej choroby; o spluwaniu zębami, niegojących się ranach i innych niewyobrażalnych jej następstwach. Te opowieści rozprzestrzeniały się lotem błyskawicy, budząc wśród zgromadzonych strach i zaganiając ich w niekończącą się kolejkę po zbawienny słannik.

Nastraszony możliwością zapadnięcia na straszną cyngę, Antoni Rymsza ustawił się w kolejce, mimo iż dolegliwości jeszcze żadnych nie odczuwał. Jedyne, co go w tym czasie nękało, to straszliwy głód. Dlatego wiadomość, że słannika wydają tylko maleńką miarkę, która nie była w stanie pohamować łaknienia, denerwowała i jego. – Szkoda, że nie można jednocześnie spożyć czegoś, co zaspokoi głód i zapobiegnie groźnej chorobie – myślał.

Słannik, według ustalonej normy, wydawał lekarz – Niemiec z Berlina. Niczym czarodziej zaklinający wstrętne choróbsko, stojąc przed beczką ze specyfikiem, odmierzał każdemu należną mu normę. Robił to sprawnie i kolejka posuwała się szybko.

Przybliżywszy się do beczki, Antoni zauważył, że jest ona do połowy wypełniona ciemnobrązową masą o gęstości świeżego miodu i roznosi zapach żywicy świerkowego drewna. Już wcześniej zorientował się jednak, że lekarstwo nie jest żadnym rarytasem. Widoczne gołym okiem reakcje więźniów zmuszały do refleksji nad słusznością decyzji wyczekiwania w długiej kolejce, poddawały w wątpliwość zasadność zasłyszanych opinii o wartościach tego „cudownego” leku.

Kolejka posuwała się w milczeniu. Nadzieja na ratunek przed straszną cyngą, która niebawem miała zaatakować, zobojętniała więźniów na to, co wokół się działo. On też starał się nie dostrzegać tego, że kilku spośród tych, co próbowali przytrzymać lekarstwo w ustach, zwymiotowało, nie zdążywszy nawet zbytnio oddalić się od beczki. Jego strach przed cyngą był większy, niż rodzący się wstręt do wywaru.

Każdy, kto chciał otrzymać tę jedyną łyżkę zbawiennego leku, musiał z sobą mieć to narzędzie. A słannik należało przełknąć natychmiast po otrzymaniu, nie odchodząc od beczki. On nie miał oryginalnej łyżki i w jego pobliżu nikt takowej nie posiadał. Miał wyżłobioną drewnianą deseczkę, którą – stojąc w długiej kolejce – zdrowymi wciąż jeszcze zębami przygryzał do stosownej formy, upodabniając do prawdziwej łyżki.

Gdyby nie gęstość płynu, nie otrzymałby swojej porcji. Mimo wszystko z zazdrością spoglądał na podobne łyżki współwięźniów, które były większe i głębsze. By się nie czuć poszkodowanym, nabrał porcję pełną jak oko bawołu i natychmiast połknął paskudztwo.

W pierwszym momencie poczuł słodkawy, ale wstrętny smak. Wstrzymując oddech, pośpiesznie oddalił się od beczki i pokonał strefę pierwszych kilku zaczarowanych metrów, która dla wielu okazywała się nie do przebycia.

Udało się!.. Nie zwymiotował. Chwilę potem wydawało mu się nawet, że spośród jego znajomych, czuł się najlepiej; nie mdliło go. Niektórzy zaczęli mu tego zazdrościć.

– Skoro tak łatwo ci poszło, widocznie twój organizm potrzebuje tego zbawienia – zauważył jeden z tych, których uznawali za bardziej doświadczonych bywalców Północy.

– Drwisz sobie ze mnie? – zapytał Rymsza. Bywalec Północy uniósł obie ręce do góry.

– Uchowaj Boże, jakbym śmiał? Myślę tylko, że skoro słannik nie wzbudził w tobie odrazy, może ta straszliwa choroba już zagnieździła się w tobie. Rozumiesz, siedzi i czeka, żeby zaatakować: dziąsła, zęby, skórę…

– I ja tak myślę – dorzucił jego przyjaciel. – Jeśli twój organizm potrzebuje tego wstrętnego lekarstwa, powinieneś to wykorzystać.

– Próbujecie robić mnie na szaro?… – bronił się Rymsza. Ci, którzy znali daleką Północ, zaprzeczyli jednak.

– Myślimy, że naprawdę powinieneś podejść jeszcze raz. Gdybyś widział, tak jak my, męczarnie tych, którzy podobnej kuracji poprzednio się nie poddali, uwierzyłbyś.

Uwierzył. Za ich radą stanął w kolejce po raz drugi. Lekarz rozdzielający to paskudztwo zorientował się i usiłował go oddalić.

– Wydaję tylko po jednej porcji! Ty podchodzisz po raz drugi.

– Ależ doktorze – odezwał się do niego po niemiecku. – Mój organizm potrzebuje więcej słannika niż organizmy tych, którzy tu dopiero przybyli. Już ponad rok przebywam w niewoli u Ruskich i ta straszna cynga zagnieździła się we mnie. – Lekarz uśmiechnął się i powtórnie odmierzył mu solidną porcję, którą spożył z równym powodzeniem jak i pierwszą. – Niech ci idzie na zdrowie – skwitował.

Trzeci raz nie odważył się stanąć w kolejce. W tym dniu mogłoby to zostać uznane za bezczelność. Na drugi dzień jednak pożyczył sobie łyżkę o normalnej pojemności i podobnie jak poprzedniego dnia zrobił z nią dwa kursy. Dobrał się do tego specyfiku jak głupi do mydła…

Trzeciego dnia nie poszedł już po słannik, gdyż… musiał stanąć w innej kolejce, kolejce do ustępu. W zonie, gdzie znalazł się w 1949 roku – z nieznanych wyroków Opatrzności, a może takim po prostu było jego przeznaczenie – znajdowało się około trzech i pół tysiąca ludzi, a ustęp na dwanaście miejsc był tylko jeden. Umiejscowiony w samym rogu zony nad którym wznosiła się wyżka z ustawionym i skierowanym w jego stronę karabinem maszynowym oraz silnym reflektorem lotniczym.

W normalnych warunkach ustęp ten ledwo zabezpieczał potrzeby zony. Z chwilą wydania więźniom „słannika” liczba chętnych do ustępu osiągnęła rozmiary katastrofy. Już w drugiej dobie wydawania tego specyfiku, baczny obserwator mógł zauważyć, że ludzie stoją w dwóch kolejkach. Jedni do beczki ze słannikiem, inni do ustępu. W trzeciej dobie była już tylko jedna, niekończąca się pielgrzymka, napędzana ponosem.

Cierpień przysparzały nie tylko dolegliwości żołądkowe, przysparzał ich fakt, iż w tej trudnej, wyjątkowej przecież sytuacji, nie dało się skorzystać z innego miejsca oprócz ustępu. Każdy, najmniejszy nawet przysiad obok, bez względu na to z której jego strony, groził śmiercią. I nie były to wcale tylko czcze pogróżki. Ci, którzy jako pierwsi próbowali się o tym przekonać, doświadczyli tego okrutnie. Z wyżki strzelano do ludzi jak do zajęcy. Padali ranni, kilku zostało zabitych. Tak było na początku, później już ludzie pilnowali się. Każdy wolał narobić w spodnie, aniżeli umrzeć od kuli.

Brakuje słów i porównań, by oddać wszystkie odczucia, jakich Antoni doznawał, stojąc w kolejce do wychodka. To nie to samo, co strasznie głodnemu stać w kilometrowej kolejce po chleb, gdzie sam zapach świeżego pieczywa wywołuje mdłości, skurcze żołądka, zawroty głowy i zamroczenie. Gdzie po zamknięciu powiek zjawiają się różnokolorowe witraże i małe, ruchliwe motylki. Te chwilowe objawy wywołane głodem, są daleko łatwiejsze do przeżycia i pokonania niż te, których doznawał człowiek w czasie stania w kolejce do ustępu, gnany straszliwą siłą biegunki.

Stał taki człowiek w kolejce, nieszczęśliwy, całkowicie zależny od tej niezbadanej siły, przestępował z nogi na nogę, wił się jak piskorz, ściskał łydki, przysiadał, wyginał się na wszystkie strony, spodziewając się, że lada chwila cały transport może wylądować w kalesonach. Godziny wyczekiwania wydawały się wiekami, minuty godzinami, a kolejka… posuwała się bardzo wolno.

Jakże łaskawym był los dla tych, co zdobyli się na wysiłek, a i szczęście im dopisało, by wytrzymać do momentu, kiedy można było swobodnie, bez żadnej obawy i skrępowania rozluźnić zwieracze, w przysiadzie oprzeć się plecami o ścianę i na chwilę wyzbyć okrutnego lęku. Jakiż to był wspaniały moment rozluźnić napięte nerwy, zamknąć oczy, by nie widzieć tej okropnej, nie kończącej się kolejki. To nic, że zamiast niej przed oczami pojawiały się różne kółka i kółeczka, zmieniające bezustannie swe położenie i kształty. Że wszystko wirowało, chwiało się… Niestety, ten błogi stan trwał niedługo, zaledwie moment, gdyż w kolejce współtowarzysze niedoli ponaglali, prosili o pośpiech.

Ofiary „ponosu” z niechęcią więc powstawały z miejsca, które przez chwilę tylko pozwalało im czuć się władcą samego siebie (stąd być może porównywanie go do tronu) i dla pewności, na wszelki wypadek, stawały ponownie w kolejce. Tak mijały długie godziny, dni i noce życia przy ustępie.

Nierzadko zdarzało się widzieć, gdy dosłownie o krok od miejsca wieńczącego szczyt marzeń, kończyła się wytrzymałość ludzka i napełniały się spodnie nieszczęśnika, przydając dramatyzmu i tak niesympatycznej atmosferze. Co wtedy pozostawało delikwentowi? Widząc bezcelowość dalszego stania w kolejce, machał on na wszystko ręką zawstydzony, ustępował miejsca innym, stając się pośmiewiskiem dla tych, których okrutny „ponos” łaskawie ominął.

W zonie nie było wody, o praniu nie mogło być mowy. Jedyne wyjście, jakie pozostawało w tej głupiej i trudnej sytuacji, to wysuszyć kalesony na słońcu lub własnym ciałem.

Ci, co w swym nieszczęściu szczęśliwie trafili na słońce, też nie zawsze decydowali się na siedzenie przy gaciach. Mimo iż „ponos” doświadczał setek, może i ponad połowy więźniów, jakoś to głupio było dorosłemu człowiekowi świecić oczami przed innymi, że narobił w spodnie. Straszne uczucie bezradności wobec biegunki prześladowało wszystkich. Bezradna też  była czcigodna medycyna.

A „ponos” segregując ludzi na kategorie: jednych wysyłał na łono Abrahama – tym na drogę wbijano gwóźdź w ciemię, drugich przenosił do tak zwanej san-czaści. Tam płukano ich dwustronnie margancowką.

W śmiertelnych zmaganiach z biegunką więźniowie próbowali stosować głodówkę, ale to też dawało opłakane rezultaty, zmniejszając co prawda liczbę kursów do ustępu i wydajność wydalanych treści żoładkowych oraz częściowo bóle żołądka, wzmagające się ponownie po spożyciu najbardziej niewinnego posiłku.

Walkę z „ponosem” najbardziej utrudniał brak wody, lekarzy i lekarstw. Dla większości spośród nich jedynym ratunkiem było jego przetrwanie. Nie wszystkim to się udało. Oprócz kilku osób zastrzelonych przez strażników, „ponos” uśmiercił ponad 200 więźniów, dla których kuracja słannikiem, mająca ich uchronić przed straszną cyngą, okazała się całkowicie zbędna.

Ale nie tylko „ponos” uśmiercał ludzi. Stojąc w kolejce do ustępu Rymszy raz jeszcze przydarzyło się ujrzeć człowieka z obciętą głową. Tym razem zwłoki wyciągnięto z kloacznego dołu.

– Kim był? Dlaczego obcięto mu głowę? – nie mógł zrozumieć. Dopiero później jego znajomy Ormianin wyjaśnił mu, na czym polega tajemnica.

– To robota błatnych. Zabity był zapewne więźniem, któremu kończył się wyrok.

Tajemnica polega na tym, że błatni mają w swych prawach zapisany nakaz ucieczki z obozu przy każdej nadarzającej się im okazji. Nieskorzystanie z niej spowodowałoby rozliczenia i surowy wyrok ze strony innych błatnych.

To prawo zmuszało do tego typu morderstw. Błatny, który dowiedział się, że w jego pobliżu znajduje się więzień kończący wyrok, podstępnie dowiadywał się wszystkich jego danych osobowych i usunąwszy go, wcielał się w tego, który miał wyjść na wolność.

– A co z głową? A ci, co znali zabitego? A inne ślady? Mają przecież zdjęcie?… – w tę opowieść Rymsza nie chciał wierzyć.

– Jeśli zrobili to błatni, głowy nikt nie znajdzie – wyjaśnił mu Ormianin. – A zdjęcia, świadkowie..? Tu nikt niczego nie powie. Zdjęcie zapewne zostanie podmienione. Błatny, którego przygotowano na to zastępstwo, nie ma linii papilarnych. Już dawno mu je zesmażono gorącym żelazem.

Piątego dnia po spożyciu dubeltowej porcji słannika, Antoni Rymsza trafił do namiotu z czerwonym krzyżem. Leżąc na noszach, w myślach żegnał się z życiem. Żałował zachłanności, z jaką skusił się na ten rzekomo zbawienny specyfik. Żałował także wielu innych rzeczy, począwszy od dnia swoich narodzin, a na walce o prawo do godnego życia w wolnej ojczyźnie kończąc.

Żal ten zapewne nie był pełny – i tym usprawiedliwiał swój egoizm, swoją niewiarę w to, że jego dotychczasowe życie miało jakikolwiek sens, że przydatne było komukolwiek, że w ogóle był potrzebny. Nie był pełny, chociaż był głęboki. Głęboki sercem, które bolało, dziwnie szarpiąc się w klatce piersiowej, ale niepełny z powodu słabości i omdlenia, w które popadał raz po raz.

– Anton, co z tobą?! Ty się nie daj, Anton! Nie załamuj się, bo cię „ponos” pokona. – Leżał w ogromnym, przykrytym brezentem szałasie, na narach wyścielonych grubą warstwą wilgotnych, pachnących żywicą trocin, a obok niego siedział jego znajomy Ormianin.

Łatwo powiedzieć: nie daj się! – A on co tu robi?..

Ich położenie było diametralnie różne. Ormianin był zdrowy. Można to było odczytać z barwy jego głosu. Głos Antoniego był słaby i nie zdradzał żadnych chęci do walki, żadnych nadziei.

– To ty, Grisza..? – było go stać tylko na ciche zdziwienie.

– Jak dobrze, że cię odnalazłem, Anton – ucieszył się Ormianin. – Zaraz się tobą zajmę. Mnie „ponos” ominął, rozumiesz? Ja tutaj robię za sanitariusza, pomogę ci. Postaram się, Anton, ci pomóc – poprawił się.

Oczywiście możliwości były niewielkie. Już sam fakt jednak, że w tak trudnej sytuacji ma się przy sobie kogoś życzliwego, działał jednak pocieszająco. Antoni uśmiechnął się do niego. Przyćmiony, mętny dla jego oczu obraz otoczenia zaczął przybierać normalne kształty i barwy.

Żywica. Pachnie żywicą… Brr – podobny zapach miał słannik. Kręciło mu się w głowie, ale gdzieś w głębi – trudno powiedzieć; w mózgu, czy w piersiach – zaświtała nadzieja.

Grisza pomagał, jak umiał. Na początek zaaplikował mu do wypicia menzurkę rozcieńczonego kwasu solnego i płukanie żołądka margancowką, to znaczy wodą z nadmanganianem potasu. Potem margancowkę zastosował mu dwustronnie. Pomogło. Równowagę odzyskał szybko, ale siły fizyczne opuściły go na dłużej.

Z namiotu opatrzonego czerwonym krzyżem wychodzić można było dowoli. Oczywiście na zewnątrz, w kolejkę do ustępu. Ci, którzy odzyskiwali siły, wybiegali w kolejkę do niego lub szli na słońce suszyć kalesony. Dla tych, którzy nie byli w stanie tego czynić, pozostawały wysypane trocinami nary…

Pod koniec szóstego dnia, kiedy – po odstaniu kolejki do ustępu – wrócił do szałasu, przysiadł się do niego przystojny, młody Irańczyk. Nie był to jednak współtowarzysz znajomego kapitana.

– Słyszałem od Grigorija, że jesteś Polakiem – zwrócił się do niego po rosyjsku.

– Dobrze słyszałeś – przyznał Antoni. Chłopak najpierw oświadczył, że wolałby rozmawiać z nim w bardziej przyjaznych warunkach, ale skoro już tak się stało – pokazał ręką na namiot czerwonego krzyża – ma nadzieję, że wykaraska się z tego paskudztwa. A tak w ogóle, to chciał mu powiedzieć, że ma dla Polaków wiele szacunku za to, że walczyli z Sowietami.

– Gdyby na świecie więcej było takich ludzi jak ty, nie doszłoby do umocnienia się tego barbarzyńskiego imperium – powiedział z przekonaniem.

To było miłe, usłyszeć pochwałę pod adresem narodu, którego jest się synem. Tym bardziej łaskotało serce, gdy mówił to ktoś, kto przemawiał w języku nieprzyjaciół.

– Miło mi to słyszeć – przyznał, a Irańczyk ciągnął dalej. – Kapitan miał rację, nazywając cię wielkim synem polskiego narodu. Jak masz na imię? Chciałbym mówić ci po imieniu.

– Antoni. Ormianie mówią na mnie Anton – wyjaśnił.

– Dziwne imię, nie podoba mi się. A nazwisko? Może ładniejsze masz nazwisko?

– Nazywam się Rymsza. A ty jak się nazywasz?

– Rymsza? To wspaniałe nazwisko. Brzmi dużo lepiej niż twoje śmieszne imię. Mogę mówić ci po nazwisku?

– Skoro tak będzie ci wygodniej – zgadzając się, ponowił pytanie o nazwisko przybysza, który dotąd nie przedstawił się.

– Mój ojciec nazywał się Dżawad. Tursun Zade Ogły Dżawad.

– Śmieszyło cię moje imię, a twoje jest jeszcze dziwniejsze. I takie długie – zauważył Antoni.

– To nie imię podałem ci przed nazwiskiem, tylko tytuł oznaczający pochodzenie książęce. Po ojcu, jak wszyscy, jestem Dżawadow, a na imię mam Ali. Wolisz mi mówić po imieniu, czy też chcesz zwracać się do mnie po nazwisku?

– Twoje nazwisko jest bardzo ładne i ten tytuł także, ale imię najbardziej mi pasuje do ciebie. Jest ładne i krótkie. Będę zwracał się do ciebie Ali, dobrze?

Na tę propozycję Ali Dżawadow podał dłoń Antoniemu i uśmiechnął się. Antoni przez chwilę przyglądał mu się z uwagą.

– Masz ładne ubranie, Ali. Dziwię się, że pozwolili ci go zatrzymać. Powiedz, byłeś może jakimś ważnym politykiem?

– Nie, z politykami nie miałem nigdy nic wspólnego. Brzydzę się polityką – wyznał zagadnięty. – Ty wiesz, Rymsza, co w Związku Sowieckim oznacza bycie politykiem? Politycy to zdrajcy, ludzie niegodni tego miana. – Ali widząc po oczach Rymszy, że jego wypowiedź wzbudziła w nim zdziwienie, wyjaśnił: – Ja mówię o zawodowych politykach, a nie o takich jak ty. Wielu spośród was zostało skrzywdzonych wciągnięciem pod paragraf 58.

– Mimo to wolę uchodzić tutaj za politycznego, niż za kryminalistę. A jak wiesz, innych podziałów nie ma. Chyba zgodzisz się ze mną? – spytał Antoni.

– A widziałeś, ilu tu w Wanino jest błatnych? – Ali odpowiedział pytaniem.

– Tak, kilkuset.

– No właśnie – przyznał Ali. – Czy warto zatem zajmować się polityką, skoro za jej uprawianie można trafić w to samo miejsce, co za zabicie człowieka?

Słuszne spostrzeżenie. Ma chłopak głowę – pomyślał Antoni. – Co więc zrobił, że znalazł się w tym parszywym miejscu obok niego?

– Powiedz Rymsza, obserwowałeś błatnych, znasz ich?

Antoni wzruszył ramionami. Pytanie wydawało się nie tyle trudne, co absurdalne; dlaczego miałby ich znać?

– Czemu pytasz?

– Bo chciałem usłyszeć, jak ty, żołnierz – Ali zawahał się, dodając po chwili – i polityk, zapatrujesz się na taki element? Zastanawiałeś się, dlaczego jest ich tak dużo?

– Nie znam ich i nie obserwowałem – przyznał. – Myślę jednak, że są to ludzie straceni dla społeczeństwa. Nieprzydatni, rozumiesz?

Ali wpatrywał się w niego z uwagą. W jego wzroku pojawiło się coś niezwykłego, coś czego nie mógł odgadnąć. Wydawało mu się, że nie takiej oczekiwał odpowiedzi.

– Uważasz, że jest ich za dużo? – w oczach Antoniego pojawiło się wyczekiwanie, ale Ali milczał. – Dużo, czy mało, powinni być odizolowani od społeczeństwa – dokończył swą myśl.

– Rozumiem zatem, że podzielasz decyzję władzy sowieckiej zesłania ich tutaj?

– Właściwie, Ali, to nie takie proste.

– Dlaczego?

– Bo kiedy się nad tym zastanowić?… Czy pytając mnie o zdanie, nie oczekiwałeś potwierdzenia? Bo czy łagry to coś ludzkiego?

Ali uśmiechał się tajemniczo. I milczał.

– Bo widzisz. Jak rośnie jabłoń – kontynuował Rymsza – która rodzi chore, robaczywe owoce, to kto jest winien? Dla mnie jest to wina Związku Sowieckiego.

– Powiadasz Związku Sowieckiego? – ucieszył się Ali.

– Bo on jako gospodarz, zamiast zadbać o to, żeby drzewa nie chorowały i nie rodziły robaczywych jabłek, znęca się nad owocami. To nie jabłka, tylko chore jabłonie powinny być wykarczowane. Zgadzasz się ze mną?

– Rymsza, jaki ty mądry człowiek?! – zachwycił się Ali.

– Więc według ciebie, to władza sowiecka ponosi winę za to, że wśród nas są tacy ludzie? – Mimo iż rozmowa z Alim odwróciła na krótko jego uwagę od nękającej go dolegliwości, jego żołądek gwałtownie przypomniał mu o nich.

– Dobrze mi z tobą rozmawia się Ali, ale… – Antoni złapał się za brzuch. – Muszę biec do wychodka. – Gdy podnosił się z nar, Ali zauważył: – Współczuję ci, a swoją drogą, dziwię się, że ty, taki mądry człowiek tak głupio dałeś się im nabrać.

– Myślisz o słanniku?

– No pewnie. Nikt wcześniej nie powiedział ci, że wywołuje sraczkę?

Gdy dobiegł do kolejki przy ustępie, podszedł do niego więzień, który widział, jak rozmawia z Dżawadowem. – Tyś polityczny, prawda? – upewnił się najpierw.

– Tak, a dlaczego pytasz?

– Czto ty abałdieł? (Czyś ty zgłupiał?) Ty wiesz, z kim rozmawiasz?

– Z kim? – wystraszył się Antoni.

– Przecież to herszt bandytów i złodziei. Nazywa się Dżawadow. Tutaj – wskazał na teren zony – wszystko zależy od niego. Narazisz się takiemu i po tobie – wykonał dłonią charakterystyczny gest dławiący gardło.

– Mówisz prawdę?! On był taki… – Rymsza chciał powiedzieć nieznajomemu, że wydawał mu się inteligentny lub coś w tym rodzaju, ale zanim znalazł w myślach stosowne określenie, więzień, który go ostrzegł, oddalił się w pośpiechu.

Stojąc w kolejce, w myślach analizował wszystko, o czym rozmawiali. Chyba żadnym słowem nie naraził się Alemu? Wręcz przeciwnie. Jego wywód o kryminalistach spodobał mu się…

cdn.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko