Eugeniusz Czaplejewicz – Archipelag poetycki

0
474
Filip Wrocławski

Najciekawsza osobliwość prezentowanej tutaj poezji wynika z zaskakującego paradoksu, którego źródłem jest niebywały splot sytuacyjny o wielu wymiarach, zwłaszcza kulturowym, estetycznym, poetologicznym. Na tym ogólnym tle mieszczą się  także bardziej szczegółowe poziomy: biograficzny i psychospołeczny wraz z elementami psychofizjologicznymi. Wszystko zaś – bo i splot, i sam paradoks –  bierze się z faktu, iż autor tomu, będącego (jak informuje podtytuł) Wyborem poezji,  Andrzej Rodys, jest poetą młodym – wszak debiutował niecałe 10 lat temu (tomikiem Recuerdo w 2005 roku). Zarazem jednak  ów „małolat” znajduje się w wieku  podeszłym:   debiut swój zaliczył mając 69 wiosen, a dziś  uprawia  intensywnie  twórczość,  przekroczywszy już zdecydowanie osiemdziesiątkę.  Młody poeta młody w wieku podeszłym – co to naprawdę znaczy?

            Koincydencja taka w polskiej literaturze zdarza się niezmiernie rzadko. Właściwie  nie powinna w ogóle mieć miejsca. Dobrze wiemy, przynajmniej od czasów romantyzmu, że na gruncie poezji młodość i starość stanowią kontradykcję i nader skutecznie wykluczają się wzajemnie. Akurat młodość jest zdecydowanie poetycka. I tylko młodość. Poezja zdaje się być najbardziej naturalną funkcją i nieodrodnym dzieckiem młodości, zapewne nawet istotą młodości – z jej  wzlotami „w rajską dziedzinę ułudy” na skrzydłach „czucia i wiary”, by już stamtąd,  „Kędy zapał tworzy cudy, / Nowości potrząsa kwiatem / I obleka w nadziei złote malowidła” (Oda do młodości),   ogarniać spojrzeniem [„jak okiem słońca”] duchowe potrzeby całej ludzkości  i  wnikać głęboko w jej najbardziej istotne problemy. Zatem młodość i poezja niejako od początku łączą się intymnie i głęboko, pozostając ze sobą niczym kochankowie w związku prawdziwie miłosnym – nie do rozerwania.
 Z tego związku – by jeszcze raz przypomnieć nauki, przywołanej już przed chwilą,  romantycznej ewangelii św. Adama – wykluczona zostaje starość, co jedynie

                              Chyląc ku ziemi poradlone czoło,
                               Takie widzi świata koło,
                               Jakie tępymi zakreśla oczy.

Starość nie młodość, lecz jej wróg. Także poezja nie ma już tu nic do roboty. Może co najwyżej przydać się  „mędrca szkiełko i oko” lub jakieś cyrkle, wagi, miary. Wszelako pożytek z tych narzędzi bywa raczej mierny.  Nie tylko przecież Jan Śniadecki [ów zarozumiały Starzec w balladzie Romantyczność] nijak nie potrafił dostrzec tego, co widzieli i wiedzieli inni, także prostaczkowie, lecz – jak poucza Pieśń filaretów – nawet  starożytny odkrywca, genialny Archimedes [„Mierzący świata drogi,/Gwiazdy i nieba strop”] okazał się tak zadziwiająco bezradny [„ubogi”] wobec rzeczywistości, że „Nie miał gdzie oprzeć stóp”. Również dużo późniejszy uczony, wielki  Isaac Newton [1642-1727] – cóż z tego, że „nowożytny”, jeżeli podobnie [właściwie chyba jeszcze bardziej] wiekowy  jak  tamten [czyli Archimedes, ok. 287-ok. 212 p.n.e.]. I znów ten sam, w oczach romantyków, pech – starość! Ta bowiem  unicestwia młodość i poezję, jak też – niejako przy okazji – ogranicza zdolności poznawcze nawet mędrców, osłabiając ich możliwości rewelatorskie, odkrywczość.

 Strach więc  wyobrazić sobie, co mógł pomyśleć o swoim rozmówcy świeżo upieczony polski poeta, który dopiero kończył 30 rok życia,  podczas spotkania w 1829 roku z J. W. Goethem (wtedy  80 lat!) w Weimarze. Nie chcę sugerować, że autorowi Dziadów wileńskich przemknęła myśl mniej więcej tego rodzaju:  „pół wieku temu,  nawet trzydzieści czy dwadzieścia lat wstecz, musiał być  poetą świetnym, ale lata robią swoje i dziś  zrobił się już groteskowym staruchem”.  Jakże jednak zdziwiłby się, gdyby mógł po latach przeszło pięćdziesięciu zobaczyć końcową część swego nie wypowiedzianego zdania  w tytule zbiorku aforyzmów, powstałych w fazie doprawdy późnej starości Aleksandra Fredry Zapiski starucha (wydanym pośmiertnie w roku 1880).

            Programowe wykluczanie starości z poetyckich rajów znajdowało – dziwnym zbiegiem okoliczności – statystyczne potwierdzenie biograficzne: w biologii i losach  romantyków, których przeznaczeniem stawała się śmierć w wieku,  jeżeli nie młodzieńczym (przykładem Ludwik Spitznagel czy Antoni Malczewski), to na pewno dojrzałym (zob. Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński, Adam Mickiewicz), rzadko tylko dobiegającym sześćdziesiątki – z polskich romantyków przytrafiło się coś takiego Norwidowi; przekroczenie osiemdziesiątki przez francuskiego mistrza romantyzmu Victora Hugo [1802 – 1885] było nie lada incydentem.

           W dodatku incydentem wielce chyba kłopotliwym. Poeta w podeszłym wieku tracił siłą rzeczy swą wiarygodność poetycką, jeśli już w wieku dojrzałym stawał się poetycko i artystycznie podejrzany. Znamienne, iż w Nie-Boskiej komedii  Krasińskiego dojrzały Mąż/Hrabia Henryk, uwodzony przez szatańskie pokusy, może być poetą już tylko fałszywym. Prawdziwym poetą jest natomiast jego małoletni syn: „syn światła i pieśni”, „jasnowidzący” – choć oślepły – Orcio.  To „dziecię i poeta zarazem”,  jakby na potwierdzenie  autentyczności jego natchnienia i powołania poetyckiego, ginie trafione kulą w wieku chłopięcym, bo „Kto jest poetą, ten nie żyje długo” (wypowiada podstawowe „przykazanie” romantycznego „dekalogu” Żona w przypływie iluminacji, mimo swego obłędu, do Męża). 

          „Przykazanie” romantyczne nie było pustym li tylko zwrotem retorycznym, lecz spełniało się w realu niejako z naddatkiem. Zapewne dzięki uczynności Atropos, przecinającej pracowicie nici żywota. Młodych wprowadzało to w stan euforii, niekiedy skrajnej. Jednak u starszych budziło lęk i trwogę, wywołując frustrację i różne formy eskapizmu: od  „łamania pióra” (przykład Mickiewicza, a poniekąd i Fredry, przeplatającego twórczość długimi okresami milczenia). przez  paranormalne „widzenia” (w rodzaju choćby „ognia nad głową” – zaledwie 36-letniego – Słowackiego w noc 20/21 kwietnia 1845 roku), do  popadania w mistycyzm czy ezoteryzm (por. oddziaływanie A. Towiańskiego) i obłęd lub samobójstwo. 

         Ciekawe, iż w odniesieniu do klasyków ta sama Atropos nie wykazywała już podobnej gorliwości – wcale liczni są tam przeto  siedemdziesięciolatkowie (St. Trembecki, F. N. Golański, H. Rzewuski, St. E. Koźmian, F. Morawski, były romantyk L. Siemieński, J. I. Kraszewski ) , a nawet osiemdziesięciolatkowie (np. K. Koźmian, 85; J. U. Niemcewicz, 83; A. Fredro, 83 / 85).  Pomińmy jednak w tym miejscu drażliwe pytania: czy strudzona Prządka pozostawiła klasyków do wyłącznej dyspozycji swych sióstr – Kloto i Lachesis?  czy może  była (Atropos) ich, tych klasyków, konfidentką? 

           Niech poszukają odpowiedzi bardziej dociekliwi specjaliści. My zwróćmy uwagę na inną sprzeczność:  Refleksja o literaturze – głównie historycznoliteracka (w tym właśnie okresie powstała), a za nią  krytycznoliteracka –  długo preferowała model romantyczny, mimo iż  tzw. materiał literacki jakby zlekceważył ten trop.  Sama literatura podążała raczej ścieżką wytyczoną przez klasyków, gromadząc coraz więcej ciekawej poezji późnego wieku czy wręcz „późnej starości”. Tym bardziej, że biologiczna granica tej ostatniej, tj. późnej starości, wyraźnie się przesunęła. W następnych  stuleciach zaczęło bowiem – mimo strat poniesionych w dwóch wojnach światowych –  niemal lawinowo przybywać aktywnych twórczo osiemdziesięciolatków [by wymienić Wacława Sieroszewskiego (87), Leopolda Staffa (na progu, bo tylko 79), Stanisława Vincenza (83), Melchiora Wańkowicza (82), Jarosława Iwaszkiewicza (86), Józefa Mackiewicza (83), Mieczysława Jastruna (80), Leopolda Buczkowskiego  (84),  Teodora Parnickiego (80) czy Sławomira Mrożka (83)] , a także  piszących dziewięćdziesięciolatków – i na pewno, zważywszy choćby na obecność dwojga noblistów, nie byle jakich,   np. Józef Czapski (97), Kazimierz Truchanowski (90), Czesław Miłosz (93), Marian Pankowski (92), Jerzy Jochimek (90), Tadeusz Różewicz (93),  Wisława Szymborska (znów na progu:  89).  Co począć z takim bogactwem?!

         Dopiero jednak pod koniec XX stulecia w końcu zajęto się w Polsce  zjawiskiem późnej twórczości. Za początek należy uznać zapewne książkę Marty Wyki  z 1985 roku o późnej twórczości poety starego w sensie biologicznym – Leopolda Staffa. A także chyba, wydaną w tym samym roku,  książkę Danuty Zamącińskiej Słynne – nieznane. Wiersze późne Mickiewicza, Słowackiego, Norwida , gdzie  „późne” ma wymiar tylko względny, bo odnoszący   się do indywidualnej biografii. Potem ruszył z kopyta proces rewaloryzacji tego rodzaju pisarstwa – w obu wymienionych znaczeniach i na obu  płaszczyznach.  Zapewne nie bez pomocy takiego katalizatora, jakim były informacje „ze świata” o analogicznych zjawiskach występujących niejako równolegle  w biografiach  głośnych pisarzy zagranicznych, takich jak Th. Mann (80), W. I.  Iwanow (83), I. A. Bunin (83), S. Beckett (83), B. Hrabal (83), H. Hesse (85), J. L. Borges (87), Saint-John Perse (88).  

            Rezultat przeszedł oczekiwania. W ciągu niecałych 30 lat dokonała się całkowita przemiana aksjologiczna. To, co wcześniej uchodziło za – nieszkodliwą poniekąd – manię lub rozrywkę,  rodzaj „niepróżnującego próżnowania”, nieledwie wstydliwą grafomanię, odsłoniło niedostrzegalne dotąd [dlatego że zbyt wysokie?] walory artystyczne i poznawcze. Okazało się, że późna literatura w ogólności, a poezja w szczególności, zwłaszcza wieku starszego, dysponuje specyficznymi właściwościami,  formami i figurami, które odznaczają się dużą, by nie powiedzieć – nadzwyczajną, „nośnością” artystyczną i komunikacyjną. Mają one do spełnienia wyjątkowo trudne zadanie – sformułowania w postaci pewnego artefaktu [do przekazania  sobie i innym] „mądrościowej” esencji, czerpanej z całego bogactwa intensywnych i wytrwałych doświadczeń życiowych, nieraz w granicznych sytuacjach;  z obfitych przemyśleń  na temat istoty starości, cierpienia i śmierci. Muszą się zmierzyć tedy z rozlicznymi ograniczeniami, nakładanymi przez konwencje, stereotypy, formalizacje,  nade wszystko zaś z niewyrażalnością  tego, co tutaj najbardziej istotowe,  specyficzne, doniosłe.

            Efektem w poezji (i poniekąd w literaturze w ogóle) bywa zaskakująca innowacyjność,  nowatorstwo i odkrywczość. Także staje się  wreszcie możliwy do zrealizowania utopijny program renesansowego klasycyzmu, wyśpiewany przez Chór Panien Trojańskich w tragedii Jana Kochanowskiego:

                     „By rozum był przy młodości,
                     […]
                     Mniej by na świecie trosk było,
                     By się to dwoje łączyło […]”       (Odprawa posłów greckich, stasimon I)

Zlikwidowanie tak groźnej kolizji między rozumem a młodością i zasypanie  głębokiej przepaści okazuje się jednak wykonalne. Ale dopiero  na gruncie starości. Tylko bowiem poeta w wieku podeszłym, będąc w posiadaniu koniecznego – ze względu na  bezpieczeństwo – ekwipunku, w postaci sprawdzonego w życiowej praktyce rozumu i olbrzymiego doświadczenia, jest w stanie skorzystać  z odpowiednich [gotowych lub w razie potrzeby doraźnie skonstruowanych przez siebie] środków transportu, opartych przede wszystkim na funkcjonowaniu [jeszcze?] pamięci. Dzięki temu może on dokonywać, niczym na latającym dywanie,  udanych wypraw – już jako turysta – do odległej  Krainy Młodości, prawie równie  zmitologizowanej jak Kraj Lat Dziecinnych.  Aby  zwiedzać z właściwym dla swej nowej roli dystansem zmieszanym z sentymentem, pomieszkując tam w mniej lub bardziej atrakcyjnych ośrodkach i regenerując swe siły w wybranych [i wybornych] kurortach.  Efektywność tych „przelotów turystycznych” zapewniają wehikuły pamięci w postaci form i figur poetyckich, świadomie rezygnujących z („nadmiernej”?) ozdobności  i kunsztownej architektoniki czy doskonałości wykończenia i wszelkiego rygoryzmu na rzecz prostoty (jak w „teatrze ubogim”?), funkcjonalności, bezpośredniości, fragmentaryczności i – swobody, która nie boi się wykraczać poza poezję czy literaturę w ogóle,  a nawet poza „wszelką formę”.

            W takim oto rejonie świata, jak dobitnie wskazuje sam tytuł prezentowanego wyboru (zwłaszcza tytułowe „retro”),  przekornie  rozkwita barwami jesieni poetycki archipelag Andrzeja Rodysa, nie tylko jako autora wierszy, lecz także inicjatora – i zapewne pierwszego prezesa – Klubu Fanów Jesieni (por. Klub fanów jesieni). Na archipelagu w „złotojesiennym krajobrazie” buduje poeta swój dziwny teatr The Globe, którego repertuar – formalnie liryczny, ale wewnętrznie nacechowany wysokim napięciem dramatycznym, acz sporadycznie tylko posługujący się formą dialogu kompozycyjnego – charakteryzuje celnie fraza z wiersza Przechodnie: „w teatrze trudnych alegorii”.

Urody archipelagowi dodają niewątpliwie i zapachy, zaczerpnięte bodaj z Tuwima, a częściowo od Jasnorzewskiej – Pawlikowskiej, i  śpiewność muzyczna w duchu Gałczyńskiego, i godna podziwu sprawność rytmiczno-stylizacyjna   nacechowana świetnym opanowaniem tradycji literackiej oraz zrównoważonym nowatorstwem (sam układ odniesienia, zważywszy na przywołane nazwiska, dość niebanalny w ostatnich latach). Pozwala to autorowi Randki retro popisywać się efektownym pastiszem lub subtelną parodią, podsłuchując i naśladując „duchy” poetów tak odległych i różnorodnych, jak J. Kochanowski, M. Rej, J. A. Morsztyn, I. Krasicki, A. Puszkin, S. Wiechecki-Wiech, J. Tuwim [tu akurat prawdziwa „perełka”: Bal (Satyra włoska) – parodystyczna stylizacja na poemat Tuwima Bal w operze, będącego arcydziełem polskiej poezji parodystycznej, mało zresztą eksploatowanym]. Albo uprawiać palindrom czy stosować stylizację gwarową. Razem rzecz biorąc – to sztuka trudna i tajemna; mało kogo dziś na nią stać (oprócz Stanisława Barańczaka, oczywiście). 

Niemniej figura „trudnych alegorii”, wskazana przez autora,   robi w tym teatrze swoje. Tworzy zwarte, esencjonalne konstrukcje artystyczne, obdarzone dużą siłą oddziaływania. Dlatego utwory – i zawarte w nich skondensowane obrazy metaforyczne  nabierające niecierpliwie znaczenia alegorycznego – dosłownie zagnieżdżają się w pamięci.  Nie da się potem łatwo wyrugować z pamięci alegorii np. współczesnej cywilizacji jako supermarketu (por. Supermarket), codziennego życia mieszkańców dużego miasta jako metra (por. Metro), dzisiejszegopojmowania makrokosmosu lub Wieży Babel czy  przewodnika po świecie jako internetu (por. Internet), nowoczesnej kultury jako reklamy (por. Reklama). Nawet gdy przywołuje się zestawienia metaforyczne bardziej tradycyjne, ograne poetycko, niemal zbanalizowane, w ramach  „teatru trudnych alegorii” figury te uzyskują lub odzyskują niezbędną świeżość i ponętność. Dzięki temu np.  alegoria pewnego rodzaju trwałości „żywota” (w przeciwieństwie jednak do człowieczego) jako rzeki (por. Rzeka), czy też alegoria losu człowieczego (a nie – utartym zwyczajem – wyłącznie kobiecego) jako róży (por. Róża) posiada znowu /?/ poetyckie  walory i  skuteczność artystycznego oddziaływania. Przy czym „poetyckość” i „artyzm” na pewno znaczą coś innego niż zwykle.  Więcej obejmują i sięgają głębiej, mając w semantykę swoją  wpisaną powagę autentycznego doświadczenia i mądrość dystansu intelektualnego. 

Dużo o tym mówi, i arcyciekawie, wiersz czy raczej krótki poemat o poezji, niejako ars poetica Andrzeja Rodysa pt. Czym jest poezja?:
„Jest uroczą bzdurą, / której nie próbuj do końca zrozumieć, / jest do lepszego życia uwerturą, / jest filozofią  w scenicznym kostiumie… / (…) Jest tchnieniem nadziei, / (…) zapachem niebios i oczekiwaniem / szansy spojrzenia w dół z baśniowej góry…/ (…) Jest ciągłą tęsknotą / (…) jest niezdolnością odczucia różnicy / pomiędzy duchem, a prostackim ciałem… / (…) Jest także cierpieniem, / poczuciem winy za wszelką nikczemność, / jest też ucieczką  przed wszystkim, co nosi / barwę przyziemną lub ciemno-przyziemną… / (…) Jest metodą życia, / (…) ikonografią obłędu i żartu, / naprzemianległą z ludzi słabościami… / (…)”. 
Wielu poetów uprawiało poezję o poezji, tworząc w sumie świetną tradycję, obfitującą w liczne utwory, czasem manifesty poetyckie, nierzadko urzekające, nieraz wręcz uwodzące. Każdy chyba czytelnik ma w pamięci swój ulubiony utwór tego typu. Któż nie pamięta choćby O mej poezji  Gałczyńskiego? Poezja jawi się tam jako „noc księżycowa”, „proste dziwy” oraz „kraj, gdzie w lecie / stary kot usnął pod lufcikiem krzywym / na parapecie”. 

            Autor Randki retro nie tylko dołączył do zacnej tradycji, ale i jej sprostał. Jego Czym jest poezja? jest pod wieloma względami utworem – w swojej klasie genologicznej –  jednym z piękniejszych. Dziś może więcej i dobitniej niż wczoraj – nawet jednym z najbardziej zajmujących. 


Wstęp
[w:] Andrzej Rodys Randka Retro. Poezje wybrane. Z ilustracjami Bogny Hiszpańskiej. Warszawa 2019
           

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko