Nie język, a głębokie treści. Z Januszem Termerem o sprawach młodej literatury dawnych dekad oraz roli Henryka Berezy rozmawia Andrzej Śnioszek

0
310
Janusz Termer

W latach 70. i 80. był Pan aktywnym uczestnikiem życia literackiego. Komentował Pan między innymi sytuację tzw. młodej prozy, która budziła szczególne emocje. Jak po latach interpretuje Pan skalę zamieszania wokół „prozy nowych nazwisk”? Większość debiutujących wówczas autorów to dziś nazwiska całkiem zapomniane.

Istotnie, od 1974 roku pełniłem funkcję redaktora naczelnego „Nowego Wyrazu” – „miesięcznika literackiego młodych”, jak brzmiał jego podtytuł. Przedtem byłem członkiem Koła Młodych przy Warszawskim Oddziale Związku Literatów Polskich. Miałem zatem rzeczywiście całkiem niezłe, „wewnętrzne” niejako, rozeznanie w sprawach i sytuacji życiowej oraz twórczej przedstawicieli całej ówczesnej młodej literatury, w tym oczywiście interesującej Pana cząstki, czyli tzw. młodej prozy, nazywanej czasami „prozą nowych nazwisk” itp. – tutaj w znaczeniu węższym: jako objętej patronatem krytycznym i szczególnie lansowanej przez Henryka Berezę, głównie w miesięczniku „Twórczość”. Zamieszania i sporów o nią, a także wokół koncepcji Berezy, nie brakowało. Najwięcej było głosów sceptycznych, mocno nieprzychylnych wobec propagowanych przez niego tytułów i nazwisk debiutujących prozaików. Nieprzychylnych zresztą nie tylko wśród starszego pokolenia ludzi kultury zainteresowanych literaturą, ale często pośród samych ich rówieśników (np. Krzysztofa Mętraka czy Michała Sprusińskiego). Zastrzeżenia budziła i sama proza owych nieznanych wtedy – a często i potem – nikomu, a tak popieranych przez Berezę pisarzy, i jego entuzjastyczne recenzje czy inne wypowiedzi o nich. Wypowiedzi siłą rzeczy dezawuujące wszystkich innych debiutantów – do tego stopnia, że młodzi twórcy niezauważani przez Berezę czuli się niejednokrotnie osobiście dotknięci pomijaniem ich dorobku. Podobnie zresztą czuli się tak zwani zwyczajni czytelnicy, którzy jak zawsze woleli czytać utwory bardziej konwencjonalne literacko, czyli fabularyzowane, bardziej zrozumiałe „same przez się” – „czytelne” w intencjach narracje.

Skala zamieszania i nieporozumień wokół owej „rewolucyjnej” „prozy nowych nazwisk” była dość duża, a do konsensusu nie dochodziło właściwie chyba nigdy – wszyscy trwali na swoich pozycjach. Poza lansowanymi przez Berezę prozaikami cierpiał na tym on sam i jego krytyczno-środowiskowa pozycja, ale znosił to po swojemu – dzielnie – i daleki był od składania broni.

Ale fakt pozostaje faktem: większość hołubionych przez niego utworów i nazwisk pozostaje po dziś dzień mało znana, a po wielu nawet słuch wszelki zaginął, co mówię z pewnym żalem, bo zrażeni tym wszystkim autorzy z literaturą i pisarstwem rozstawali się częstokroć na zawsze.

Jedną z centralnych postaci literatury tamtych lat był Henryk Bereza. Czy zetknął się Pan z nim osobiście? Jak go Pan zapamiętał?

Tak, naturalnie znaliśmy się na gruncie literackim przede wszystkim, ale i na towarzyskim także, jako współuczestnicy rozmaitych, bardzo licznych wtedy, ogólnopolskich imprez – Biesiad, Dni, Zjazdów, Posiadów, Wiosen czy Jesieni Literackich, organizowanych przez duże, mniejsze, a czasami bardzo małe instytucje kulturalne, na które zapraszani byli przedstawiciele wszystkich formacji pokoleniowych. Można tu się było spotkać z najwybitniejszymi poetami, prozaikami czy krytykami tamtej epoki. Co tu kryć: imprezy te były też dodatkowym źródłem dochodów dla skąpo raczej opłacanych za swoje twórcze prace literatów (nawet wysokonakładowe utwory „karane” były przez fiskusa słynną „degresją podatkową”!). Nota bene, tak osobiście poznałem m.in. profesora Kazimierza Wykę, Ankę Kowalską czy Ludwika Flaszena (w Dzierżoniowie, na imprezie poświęconej Tadeuszowi Różewiczowi, gdzie wygłaszali referaty, a potem toasty przy wspólnym biesiadnym stole). Tak też, chociaż nie pamiętam dokładnej daty, gdy byłem już po studiach polonistycznych, poznaliśmy się z Henrykiem Berezą, w redakcji „Twórczości”, a może było to w stołówce ZLP, gdzie miał on „swój” stolik, do którego można było się dosiąść na pogawędkę… Przegadaliśmy kiedyś całą nocną podróż pociągiem z Katowic do Warszawy, po jakiejś mocno zakrapianej pokonkursowej literackiej kolacji, gdy opowiadał mi o swoich trudnych osobistych relacjach z Markiem Hłaską, rozlicznych, czasem smętnych, czasami wręcz tragikomicznych perypetiach z tym związanych. Byłem też potem, obok niego, Wiesława Myśliwskiego, Eugeniusza Kabatca czy Mariana Pilota, uczestnikiem słynnego, ba, obrosłego nawet dziś pewną „legendą”, spotkania z „młodymi prozaikami” w bieszczadzkim Polańczyku, w roku 1974.

Zapamiętałem go jako człowieka otwartego na poglądy innych, tolerancyjnego i w zasadzie niekonfliktowego (aczkolwiek kryły się za tym różne zadry, urazy wewnętrzne), choć zawsze bardzo twardo broniącego swoich zapatrywań, zwłaszcza na literaturę, szczególnie jej odmianę „rewolucyjną”. Swoim licznym oponentom, polemistom i dyskutantom, czasami rzeczywiście nieprzebierającym w środkach, nie pozostawał dłużny. Potrafił nie szczędzić im mniej lub bardziej zawoalowanych złośliwości, a nawet, jak mówi dziś młodzież, kąśliwej „szydery”.

Jaki jest Pana stosunek do konceptów historyczno- i krytycznoliterackich Berezy? Pytam zwłaszcza o antynomię „języka martwego” i „języka żywego”, który według Berezy cechował prozę „rewolucjonistów”.

Wolałbym na to pytanie nie odpowiadać, ale skoro Pan pyta, to powiem szczerze, że te rozróżnienia do mnie jakoś nigdy nie trafiały – i nie trafiają nadal – jako kategorie czysto estetyczne czy poznawcze, gdyż są tylko pozornie, moim zdaniem rzecz jasna, antynomiczne. Bo zarówno w tzw. języku „martwym” powstawały dzieła wybitne i znaczące (m.in. Lekcja martwego języka Andrzeja Kuśniewicza, Najtrudniejszy język świata Henryka Worcella, utwory Stanisława Srokowskiego), jak i w tym tzw. języku „żywym” (np. proza Ryszarda Schuberta, Józefa Łozińskiego, Donata Kirscha czy Jana Drzeżdżona). Ich wartość wynikała z czegoś całkiem innego niż używanie takiego bądź innego „języka”: według mnie brała się z wagi głębszych treści, walorów poznawczych w nich zawartych, które miały przez to znacznie większą szansę i szczęście dotarcia do szerszych kategorii czytelników…

Co Pana zdaniem spowodowało niemal zupełny – czytelniczy i krytyczny – odwrót od artystycznej prozy spod znaku Henryka Berezy i „Twórczości”?

Na to pytanie już poniekąd odpowiedziałem w poprzednich punktach. Ów niemal zupełny, czytelniczy i krytyczny, odwrót od artystycznej prozy spod znaku Henryka Berezy i „Twórczości” – tak skądinąd ciekawej, pełnej eksperymentatorskich pasji – jak się wydaje spowodowała przede wszystkim, z wyjątkami oczywiście, jej mała „czytelność” u odbiorców nastawionych na psychologiczną i społeczną warstwę literatury. Inną przyczyną odwrotu było – paradoksalnie – samo wsparcie interpretacyjne i popularyzatorskie Henryka Berezy – jego przeciwnicy nie różnicowali i nie rozróżniali często nawet poszczególnych tekstów czy nazwisk, raczej potępiali w czambuł i odrzucali wszystko hurtem.

Czy to był brak siły i talentów perswazyjnych tudzież koncyliacyjnych z jego strony, czy dumne zamykanie się w swojej „wieży” krytycznoliterackiej, czy jeszcze coś innego (np. atmosfera i „duch” czasów) – tego nie wiem, a tylko trochę mogę się domyślać…

Czy prozie „bereziaków” bliżej do modernizmu czy postmodernizmu? Niektórzy badacze widzą w Marku Słyku pierwszego w Polsce postmodernistę. Inni, jak choćby Włodzimierz Bolecki, bardzo niechętnie używają terminu postmodernizm, opisując literaturę XX wieku w kategoriach modernizmu.

Nie mam większej atencji i zrozumienia dla takich terminów jak „modernizm” czy „postmodernizm”, bo tak po prawdzie, to nikt nie wie, co one znaczą. Lecz jeśli już, to postawiłbym na ów „postmodernizm” jako termin szerszy i bardziej pojemny, choć rozumiem niechęć Włodzimierza Boleckiego, historyka literatury XX wieku, z którym się często nie zgadzałem w ocenach, ale patrzącego z szerszej perspektywy na literaturę tego okresu.

Nota bene zatrudniłem swego czasu Boleckiego w „Nowym Wyrazie” – jako kierownika działu krytyki literackiej – bo upominał się o obecność na naszych łamach Marka Hłaski. I wspólnie dopięliśmy swego, mimo ogromnych, wrogich nacisków cenzury ówczesnej. Tutaj na marginesie zupełnym dodam, że decydenci polityczni bywali bardziej otwarci niż owi cenzorzy, bo gdy wydawałem w PIW-ie swoją książeczkę o Wilhelmie Machu (w serii „Portrety Współczesnych Pisarzy Polskich”), to Lucjan Motyka (minister kultury), do którego się za radą PIW-u odwołałem, anulował negatywną opinię cenzury!

A owa słynna „zupna” trylogia Marka Słyka (W barszczu przygód, W rosole powikłań, W krupniku rozstrzygnięć)częstokroć traktowana była przez wielu naszych rówieśnych, nie mówiąc już o starszych kolegach, jako swego rodzaju pyszny literacki wygłup i doskonały żart! Dawno tam nie zaglądałem i nie wiem, jak czytałoby się to dzisiaj…

Jednym z bardziej dotkliwych zarzutów wobec debiutujących w latach 70. i 80. prozaików był „socparnasizm”. Pojawiły się sugestie, jakoby pisarze celowo unikali wątków nieprzychylnych władzy, a co za tym idzie kolaborowali z Partią. Dzięki temu mogli publikować w obiegu oficjalnym. Czy w Pana opinii takie zarzuty były słuszne?

Moim zdaniem były to zarzuty absolutnie nietrafione. Oni po prostu pisać inaczej nie umieli, a przeważnie też i nie chcieli. Wcale nie musieli się wprost opowiadać po żadnej ze stron ówczesnego „układu”, nikt od nich tego specjalnie nie wymagał, a i reguły gry z ówczesną cenzurą były twardo określone i jasne dla wszystkich twórców. Co nie znaczy, iż nie było z ich strony prób jej „przechytrzenia”. Nie była to jednak najczęściej żadna tam taktyka polityczna czy wyrachowana strategia, ile przede wszystkim – rzecz jasna nie każdego z „rewolucjonistów” Berezy dotyczyło to w równym stopniu – świadomy, czyli dumny artystowski „gest” pisarski: wybór Parnasu na własną literacką siedzibę.

Czy utrzymuje Pan kontakty z „młodymi prozaikami” tamtych dekad? Czy interesowały Pana ich dalsze losy?

Tak, oczywiście tak, choć z rozmaitych powodów tylko z nielicznymi, od przypadku do przypadku, i to – zwłaszcza w ostatnich dekadach – raczej na odległość, a wielu niestety odeszło na zawsze… Z czasowego dystansu zatem tylko, i raczej z kapryśnie przypadkowych okoliczności informacje o nich zbieram, obserwując zawsze z zaciekawieniem ich późniejsze losy pisarskie, literackie kariery (np. Marka Sołtysika), życiowe perypetie…

Nad czym pracuje Pan obecnie? Czy można spodziewać się nowych tekstów?

Cóż, w moim wieku pracuje się już na tzw. zwolnionych obrotach. Po opublikowaniu w tym roku wyboru i zbioru testów, który Pan zna – Myślenie literaturą. Eseje, szkice, wspomnienia – mogę się co najwyżej spodziewać, że w ciągu paru lat uzbieram trochę szkiców na następny zbiór. I tyle…

*

Rozmowa z Januszem Termerem stanowi w istocie odpowiedź na ankietę, którą od 2018 roku, w ramach pracy nad rozprawą doktorską, wysłałem – i wciąż wysyłam – do kilkuset osób, przede wszystkim pisarzy, ale także krytyków, badaczy, pamiętających Henryka Berezę z różnych okresów jego życia i aktywności krytycznoliterackiej. Według stanu na listopad 2019 otrzymałem ponad 90 wypełnionych ankiet. Wśród najstarszych uczestników moich badań jest Andrzej Lam, urodzony w roku 1929, kolega Berezy jeszcze z lat studenckich i doktoranckich, kiedy razem odbywali asystenturę pod kierunkiem Stefana Żółkiewskiego. Na drugim biegunie – Paweł Orzeł, rocznik 1985, najmłodszy „bereziak”, ostatni przyjaciel krytyka, redaktor wydanej w PIW-ie Alfabetyczności.

Skąd pomysł, żeby informacje i wspomnienia zdobywać w taki właśnie sposób? Czy nie lepiej byłoby udać się do czytelni, wertować książki, stare czasopisma? Po pierwsze, nie znalazłbym wiele. Brakuje zwłaszcza wypowiedzi pisarzy Berezie najbliższych, łączonych z rewolucją artystyczną w prozie. A po drugie, rzadko doznawałem satysfakcji większej niż wymiana listów z autorami, którzy stoją nieco z boku, dzięki czemu ich perspektywa wychyla się istotnie poza truizmy głównego nurtu. Bo choć ankieta dotyczy Berezy i życia literackiego, wiele odpowiedzi zawiera cenne refleksje natury egzystencjalnej, chciałoby się rzec, wskazówki pochodzące ze światów mniej tłocznych, bardziej uważnych, wnikliwych.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko