Leszek Żuliński – Wspomnienia weterana (15) – Epoka przedkomputerowa i inne wspominki

0
398

            Należę do pokolenia, które nie pisało na komputerze. W tamtych czasach naszym narzędziem była maszyna do pisania. Kiedy mój Ojciec kupił mi w warszawskim komisie na Nowym Świecie Consula, to koledzy mi zazdrościli. No bo po prostu pisało się ręcznie na papierze… Ale co potem? Wydawcy i redaktorzy pism żądali jednak maszynopisów. No więc kto już chciał być poetą czy prozaikiem, to maszynę do pisania kupował. A inni musieli rękopisy dawać do przepisania maszynistkom. Moja ówczesna maszyna Consul stoi teraz na półce i jest „obiektem muzealnym”, do którego mam sentymentalny stosunek.
            Kiedy wysyłałeś do wydawnictwa swój zbiór wierszy lub powieść, to – jak teraz – nic cię już nie obchodziło. Było jak teraz, czyli wydawca przyjmował lub odrzucał twoją propozycję.
            Ja pierwszą książkę wydałem w 1975 roku. Wtedy było tylko 35 debiutów literackich. A dzisiaj? Ha, dzisiaj to hulaj-dusza! Każdy publikuje co chce i często, także własnym sumptem. Nikt ci już książki nie odrzuci – sam sobie ją wydasz.
            W ciągu jednego życia, chociażby takiego jak moje, wszystko się zmieniło. Jednak fenomenalny wynalazek komputera był niczym „przewrót kopernikański”.
            Odejdźmy jednak w jeszcze wcześniejszy czas. Pamiętam (to były lata 50-te) jak Pan Wiśniewski pierwszy w naszej kamienicy kupił sobie Wartburga. Wszyscy mieszkańcy powychodzili z domów i otoczyli to auto z atencją kiwając głowami i cmokając. Motocykle zaczęły znikać. Są oczywiście do dzisiaj, lecz wtedy były czymś pożądanym.
            No i nadszedł czas Telewizji. W szeregu naszych budynków pierwszy telewizor mieli Państwo Filusiowie. Kochani byli: nas, dzieciaków, wpuszczali do swojego domu i pozwalali nam oglądać Disneya. Ajajaj!, Aż nam oczy płonęły z zachwytu. Dzisiaj Pies Pluto lub Myszka Miki przeszły do lamusa, a wtedy dla nas to był coś cudownego.
            Lecz trzeba powiedzieć, że czas galopował. Auto sobie kupiłem – Fiata 126p. Potem miałem Trabanta Combi… No, imponowałem kolegom. A mój Ojciec, który był dyrektorem fabryki, był wożony do pracy przez szofera. Holdek mu było na imię i woził mojego Ojca do roboty autem marki Warszawa. Pamiętacie takie auto? No, solidna to była limuzyna, niemalże pancerna. A Holdek to był skrót od imienia Rainholld – rdzenny Ślązak.
            Aż do matury mieszkałem w mieście powiatowym między Opolem a Gliwicami. Ludność była bardzo wymieszana. Jednak tam krwią ziemi byli prawdziwi Ślązacy. W większości posługiwali się gwarą śląską lub językiem niemieckim. Moja rodzina pochodziła „z frakcji lwowskiej”. Ale, jak wiadomo, takie konglomeraty ludzkie to arcyciekawa sprawa.
            Najlepsza piekarnia w moim mieście Należała do Frau Pawelek. Tam Mama wysyłała mnie po pieczywo… Brodę opierałem o pulpit lady i mówiłem: Frau Pawelek, einz broad, zgodne pieniądze
            My byliśmy przyjezdnymi. Rodzinny Lwów historia nam odebrała. Do Ojca często przychodził jego kolega ze szkoły, Pan Szybalski (był w mojej szkole nauczycielem matematyki i fizyki). Rozkładali mapę Lwowa na dywanie i jeździli palcem po tej mapie. Mieszkali TU, ale byli nieustannie TAM – we Lwowie.
            Minęły lata… Czasami jeszcze jeżdżę do miasta mego urodzenia. Ale wciąż stoję w rozkroku pomiędzy „lwowskością”, Opolszczyzną a Warszawą.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko