Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (3)

0
519

Nowosybirsk

 Kolejny punkt rozdzielczy znajdował się w Kujbyszewie. Tam codziennie wybierano skazanych na łagry więźniów do formowanych składów transportów odchodzących w różnych kierunkach Związku Sowieckiego. Uzupełniano nimi obozy, szukano różnych specjalistów, grupowano wyrokami, narodowościami. Na ogół jednak bez żadnych stałych zasad i prawideł. Może tylko jedna zasada sprawdzała się: do obozów w głębi Związku Sowieckiego nie typowano więźniów politycznych z dużymi wyrokami. Takich jak Antoni Rymsza zostawiano na koniec.

W ponad dwustuosobowej grupie, przeznaczonej na wyjazd do Nowosybirska, pozostali wraz z nim Ormianie oraz kapitan – dowódca batalionu armii irańskiej. W przeddzień wyjazdu wydano im po bochenku chleba, po starym kocu i znoszonym żołnierskim płaszczu.

                  Po podróży „stołypinem” z Kujbyszewa Antoni Rymsza przybył wraz z dwustuosobową grupą więźniów w „gościnne progi” drewnianej pieresyłki, położonej na skraju miasta. Wszytkie jej budynki wykonane były z drewna. Okratowane małe okienka, podwójne ciągłe nary i szerokie żelazne sztaby na drzwiach z ogromnymi, ciężkimi kłódami, uświadamiały im straszliwą więzienną rzeczywistość.

W ciemnym, zawilgoconym korytarzu przywitały ich pozamykane drzwi prowadzące do obszernych cel o jednakowej pojemności, na około sto osób każda.

W celach, gdzie ich rozlokowano, przeludnienie było ogromne. Ludzie układali się do snu na narach, pod narami i na każdym, najmniejszym nawet skrawku podłogi, aż do samej paraszy obok drzwi. On ulokował się pod narami.

Zapluskwienie pieresyłki było katastrofalne. Nieobliczalna wprost ilość tych pasożytów żyła jak w najlepszych czasach, w warunkach, jakie zapewne nigdy się im nie powtórzą. Pasożyty do syta karmiły się krwią, potem i łzami swych żywicieli – ludzi różnych narodowości, pochodzenia, wykształcenia, wyznań oraz przekonań politycznych. A także – co zrozumiałe – kondycji fizycznej.

Podczas dnia, jeżeli ktoś położył się i zasnął, pluskwy szczególnie nie dokuczały. Ukrywały się głęboko w szparach przed światłem dziennym. Dopiero z chwilą nastania ciemności, gdy na sali paliła się jedna słaba żarówka, nastawał czas ich aktywnej działalności. Ściany pokrywały się robactwem, które po dziennym odpoczynku ze szczególną aktywnością rozpoczynało swój żer.

Przed pluskwami nie było skutecznej obrony. Gdy nacierały w zmasowanym ataku, każdy musiał kapitulować. Nawet najszczelniej zawijając ciało w koc, nie miało się gwarancji na spokój. Wszystkie insekty wędrowały na sufit, lokując się dokładnie nad swą ofiarą i z zadziwiającą wprost precyzją pikowały na nią – w miejsce, gdzie pozostawiała ona szczelinę dla dostępu powietrza, lub gdzie znajdowała się krawędź materiału, od której można było rozpocząć pokonywanie uszczelnionego w ten sposób pakunku.

Gdy więzień spał pod narami owinięty kocem i płaszczem, z chwilą nastania ciemności, pluskwy pikowały na niego z góry, jak padający deszcz.

Sen w celi pełnej „budowniczych socjalizmu” był bardzo niespokojny. Co chwilę ktoś krzyczał i drapiąc się, miotał przekleństwami. W pomieszczeniu przez całą noc był ciągły ruch, a rano wszyscy wstawali zmęczeni, umordowani i wysmarowani krwią po rozgniecionych insektach, na które trafić ręką podczas snu wcale nie było trudno.

Oprócz pluskiew dawały się im we znaki również wszy. Od tychże doskonale ratowała jednak tak zwana wszabojka – specjalne krematorium-prażarka.

Zgodnie z obowiązującymi w Związku Sowieckim przepisami sanitarnymi, każdy więzień na punkcie etapowym musiał przejść tak zwaną san-obrabotkę (obróbkę sanitarną). Po kilkudniowym pobycie w nowosybirskiej pieresyłce i oni zostali jej poddani. Grupami po dwadzieścia osób kierowano ich do bani (łaźni), która znajdowała się w zonie pieresyłki. Antoni, wraz z irańskim kapitanem – laureatem stalinowskiej premii, trafił tam w drugiej grupie. Tłumacza z nimi nie było.

W niedużym przedsionku kazano im rozebrać się do naga i ubranie zdać do dezynfekcji w prażarce. Urządzenie to było zapewne jednym z charakterystycznych osiągnięć ustroju socjalistycznego. Zdaniem Antoniego Rymszy („Maksa”) w kremacji wesz, produkcji drutu kolczastego i zawodowego kłamstwa kraj ten bezsprzecznie zajmował pierwsze miejsce na kuli ziemskiej.

Prażarka mieściła się obok rozdziewalni. Każdy musiał osobiście zdjęte z siebie barachło nadziać na kółka z drutu i zdać go do odwszawienia. Gdy przyszła kolej na niego, otworzył drzwi do krematorium na wszy i zdrętwiał. Tuż za drzwiami czekała prawie naga (tylko w majtkach) kobieta. Jej tłuste ciało ociekało potem, twarz płonęła. Przerażony cofnął się za próg, usiłując zamknąć drzwi z powrotem, lecz powstrzymała go.

– Nie bojsa, wchadi! – zachęciła go uśmiechem. Z trudem odjął rękę od osłanianego krocza i trzymane w niej haki z barachłem podał kobiecie. Dopiero gdy stanął przy niej nagi, poczuł bijący z głębi żar. Kobieta nie zbywając z twarzy uśmiechu, zlustrowała go wzrokiem i skierowała się w stronę ogromnej szafy, skąd ziało gorącem.

– Poczekaj na numer! – poleciła.

W sąsiednim pomieszczeniu mieściła się właściwa bania. Na cementowej posadzce stał rząd sosnowych ław z grubych ociosów . W ścianie widoczne były dwa kurki do nabierania wody; zimnej i gorącej. Na dwadzieścia osób przypadało tylko dwanaście szojek, z których połowa wykonana była z drewnianych klepek, a reszta – bardzo prymitywnie – z blachy ocynkowanej. Korzystając z nich, każdy musiał „bystro” umyć swe grzeszne ciało, a raczej skórę naciągniętą na armaturę kostną. W tym celu dostali po kawałeczku mydła; podobno według należnej im normy. – Wszystko oprócz powietrza, było dla nich normowane.

Po umyciu – zgodnie z zarządzeniem władz więziennych – każdy musiał poddać się goleniu, które odbywało się w oddzielnym, sąsiadującym z banią pomieszczeniu. Na drzwiach pakamery, do której ich kolejno wysyłano, widniał napis: „Parikmacher”.

Golenie rozpoczęto od Irańczyka. Nadzorujący kąpiel strażnik odczytał nazwisko kapitana. Gdy wychodził, ogolony na łyso ze wszystkiego co możliwe, Antoni nie rozumiał jego zdenerwowania, był jednak przekonany, że słowa, jakie z oburzeniem wypowiada, są przekleństwami. Jak później okazało się, miał rację.

Rymsza wiedział, że w warunkach w jakich się znalazł, wielu rzeczy musi uczyć się od nowa. Przede wszystkim musiał nauczyć się pokory. Teraz też chciał to jak najszybciej mieć za sobą. Przede wszystkim żal mu było brody. Podobno u innych przysparzała szacunku. – W partyzantce tak, ale tutaj?…

„Ach, parszywy los. Jak można się z nim nie zgodzić? Będzie się buntował, trudniej będzie mu przeżyć. Ogolą mu brodę, będzie młodziej wyglądał. Czy to ma zresztą jakieś znaczenie?” – pogodził się z losem.

Na komendę „Sieom – juszczuj!” śmiało ruszył do fryzjerni, by pokornie poddać się oczekującemu go zabiegowi. Lecz co to? Po przekroczeniu drzwi raz jeszcze tego dnia rzeczywistość przerosła jego najgorsze oczekiwania.

– No! Wchadi! – usłyszał ponaglenie. Za drzwiami znów czekała na niego kobieta. Tym razem z brzytwą w ręku. Była to młoda dziewczyna z piegowatą twarzą, rdzawągłową i miną tak groźną, jakby nie golić go miała, ale… kastrować?

Widząc babę z brzytwą w ręku, poczuł ogromny strach. Wycofać się jednak nijak nie mógł. Usiadł więc szybko na ławie i wstydząc się okrutnie swej golizny, założył nogę na nogę. Niesamowicie spięty siedział bez ruchu, mimo iż golenie okazało się udręką.

Ta pseudo-fryzjerka, która – o czym był przekonany – nigdy przedtem nie miała brzytwy w ręku, skrobała jego twarz niczym brudną brukiew. Trudno powiedzieć, czy fakt iż narzędzie którym się posługiwała, było przytępione, należało uznać za tragiczny, czy był to szczęśliwy zbieg okoliczności?

Ten „żeńsko-obraznyj” fryzjer nie znał bólu wyrywanych z cebulkami włosów i… jak szybko przekonał się, obce mu były wszelkie uczucia współczucia i litości. Uwalniane od zarostu części twarzy paliły żywym ogniem. Momentami miał wrażenie, że wraz z brodą obdzierano mu skórę. Oczekiwał, że niebawem po policzkach spływać zacznie krew. Póki co, popłynęły dwie zimne i piekące łzy.

– Ci, którzy tutaj wejdą po mnie, będą mieli jeszcze gorzej – dręczyła go myśl, że w tej udręce nie był sam. Kobieta nie miała pojęcia o ostrzeniu brzytwy i narzędzie to z każdym kolejnym nieszczęśnikiem, którego nim torturowała, stawało się coraz bardziej tępe.

Fryzjerka w milczeniu, obojętna na warunki i otoczenie, czyniła swoją powinność. Stojąc przy prawym jego boku, ogoliła mu pół głowy i pół twarzy, po czym postanowiła nagle przejść na lewą stronę. Przez nieuwagę zawadziła jednak o jego założoną na kolano nogę i potknęła się. Moment ten przeistoczył stworzoną przecież na obraz i podobieństwo Boże istotę w istnego szatana, który wyzionął na niego ogień przekleństw. Najpierw jednak z całej siły kopnęła go w nogę, a potem podniosła wrzask.

– Ty chrenie! Padumajesz, naszoł czto priatać! Ja nie takije widieła! (Ty kutasie! Myślisz, że masz co zasłaniać! Ja nie takie widziałam!)

W tym momencie trzymana przez nią brzytwa wydała mu się bardzo ostra i bólu dalszego golenia już tak nie odczuwał. Byleby prędzej, byleby mieć to już za sobą… – pragnął.

Ogolenie twarzy i głowy nie skończyło jednak tej udręki. Niebawem zrozumiał, że było to tylko preludium.

– Padnimaj ruki! – parikmacher tonem rozkazującym zwróciła się do niego. Podniósł ręce i stał jak pod bronią. Fryzjerka szybko wygoliła mu pod pachami, zgoliła zarost na piersi i nie zmieniając barwy głosu oświadczyła: Tiepier budu brić łabok! (Teraz będę golić łono. Na co czekasz?! Stawaj na ławę!)

W oczach mu pociemniało. Gdy przymknął powieki, zobaczył w nich rój wirujących, maleńkich muszek. Do tej pory sam był w strachu. Teraz w panikę wpadł również jego członek. Przed brzytwą zamaskował się najlepiej, jak umiał. Szkoda – pomyślał w tym momencie – że i on nie może nagle stać się taki mały.

Lecz cóż to? Daremny trud, próżne nadzieje. Ten oprawca w żeńskiej skórze, jednym wprawnym chwytem już miał go w ręce. Jego członek w obliczu płci odmiennej zachował się nienagannie i byłby dżentelmenem do końca, gdyby nie straszny widok przyłożonej do niego lśniącej brzytwy.

Parikmacher, trzymając go w dłoni jak gąsiora za szyję, oskrobała mu piórka i naciągając mocno skórę, zabrała się za worek, w którym od urodzenia przechowywał swe jajka. Widok połyskującej w tej okolicy brzytwy przyprawił go o ponowny zawrót głowy. Zamknął oczy. – Cobędzie? Boże, jeśli…– bał się pomyśleć. – On, co przez kilka lat z rzędu nosił po lasach na plecach ziejące ogniem narzędzie… On, który w obliczu śmierci nie zdradzał lęku, teraz drżał jak liść osiki w rękach tego potwora, uzbrojonego tylko w przytępioną brzytwę.

To nie żarty. Ten strach potęgował brak zaufania do tego szatana w kobiecym ciele, który dostrzegłszy to, umyślnie przedłużał ceremonię golenia.

Tego jeszcze w życiu Antoni nie przeżywał, żeby obca istota – baba z brzytwą w ręku – operowała koło tej części jego ciała. Bał się nawet spojrzeć w dół, by nie widzieć zniszczenia, jakie czyniło to narzędzie. A parikmacher wprawną ręką naciągała skórę i zbierała z worka najdrobniejsze włoski, o istnieniu których dotychczas nie miał pojęcia. Skrobała jego worek jak młodego ziemniaka.

Gdyby w chwili, kiedy pierwszy raz po urodzeniu ujrzał świat, mógł objąć swym rozumem ten ogrom nieszczęść i cierpień, jakie przyjdzie mu przeżyć, gdyby ujrzał wówczas tę piekielną san-obrabotkę, na pewno natychmiast zrobiłby w tył zwrot i wrócił, skąd przybył. I kto wie, czy kiedykolwiek nabrałby odwagi, by ponownie się urodzić.

A tymczasem jego niemiłosierny fryzjer szturchnął go w bok. – Smatri! Popatrz! – rozkazała. – On otworzył oczy. Piegowata dziewczyna z zardzewiałą głową szczerzyła do niego zęby w szatańskim uśmiechu. Zebrał w sobie siły, by zdobyć się na odwagę i spojrzeć w dół, co ona natychmiast wykorzystała, chwytając ponownie w dłoń jego członka, naciągając go i przykładając do niego połyskującą brzytew. Zbladł, zimny pot ponownie oblał mu czoło.

– Nie bojsa… – usłyszał szyderczy śmiech szatana. Żeby go nastraszyć, kobieta udawała, że ostrzy brzytwę na jego członku. Chciał coś zrobić, coś co przerwałoby wreszcie jego udrękę, lecz nic mu nie przychodziło do głowy.

– Spaasiiba – wydukał wreszcie z trudem. – Pomogło. Twarz tego szatana w kobiecym ciele roześmiała się.

– Praszu – z drwiną w głosie odpowiedziała i popchnęła go w stronę drzwi. – Do swidania – rzuciła za nim jeszcze.

– Do swidania?… – Boże spraw: nigdy więcej!

Spocony i rozdygotany opuścił pakamerę parikmachera i dołączył do grupy.

– Idź, opłucz się wodą, jesteś cały czerwony – poradził mu znajomy Ormianin. – Piecze cię, prawda? – Antoni spojrzał niepewnie na strażnika. Na szczęście podzielił on opinię Ormianina. – Idi, idi.

Opłukał ciało wodą i otrzepując się jak zmokły kogut, podszedł do irańskiego kapitana. Irańczyk nerwowo potrząsnął głową i pokazując na drzwi parikmachera, postukał się w czoło. Kiedy mu przytaknął, wypowiedział jakieś niezrozumiałe dla niego słowo.

– Idi tiepier w woszabojku – zwrócił się do niego strażnik. Uwolnił z zaciśniętej dłoni wilgotną od potu blaszkę z wyrytym na niej numerem i ponownie przekroczył próg tego wymyślnego czyśćca. Obsługująca go kobieta wydała mu się teraz aniołem.

– Idi suda, nie bojsa – zachęciła. – A ja jaj, szto ani z taboj zdiełali? – wyraziła współczucie. Nie odpowiedział. Podał jej żeton… Czekał. Zdjęte z haków łachy parowały gorącem, parzyły.

– Nawet dla wesz nie mają tu litości – pomyślał.

Po powrocie do celi podszedł do niego Nadżi. – Mój kapitan kazał ci powiedzieć, że jest oburzony na tych barbarzyńców. Przeklina ich i domyśla się, że ty czujesz i czynisz to samo.

– Tak, to dzicz. Twój przyjaciel nie myli się – przyznał Antoni. – W życiu nie czułem się tak upokorzony jak dzisiaj. Obawiam się jednak, Nadżi, że to nie wszystko, z czym możemy się tutaj spotkać.

– Czy chcesz, żebym to powtórzył kapitanowi?

– Powtórz i powiedz mu, że mam dla niego wiele współczucia, iż trafił tutaj nie poprzez walkę z nimi, ale szukając wśród nich przyjaciół…

W kolejnych dniach ich ciała pokryły strupy. Czasowo skóra nie cierpiała z powodu insektów, bolały jednak rany po san-obrabotce. Bolała także dusza.

Podczas jednego z krótkich spacerów więziennych, widział, jak na teren więzienia wpędzono dość liczną grupę ludzi, wydających się być wolnymi. W grupie były też kobiety i dzieci.

– Jeżeli są to wolni, to dlaczego przygonili ich tutaj do więzienia? Całą grupę skierowano do bani i rozebrano z odzieży.

– A może chodzi o oczyszczenie z insektów? O woszabojkę? – domyślał się Nadżi. Irański kapitan raz jeszcze był ogromnie wzburzony.

– Nagich ludzi, mężczyzn razem z kobietami i dziećmi wgoniono do bani?.. – Później Ormianin zaczepił strażnika. – Czy to prawda, że kąpiecie wszystkich wspólnie?

– Co znaczy wspólnie? – Rosjanin nie zrozumiał, o co chodzi.

– Znaczy, że kobiety i chłopów razem… I dzieci też.

– To nie łaźnia carska – odpowiedział strażnik. – U nas wszyscy równi i wszy gryzą wszystkich jednakowo.

– To prawda, wobec wesz na pewno wszyscy są równi – potwierdził Rymsza.

– Niech się cieszą – kontynuował strażnik – że władza sowiecka nie pozwała im popaść w epidemię.

– Tak, cieszą się. Tak samo jak my się cieszymy – Antoni zwrócił się do Nadżiego.

Wieczorem rozbolały go zęby. – To trzonowy, kiepska sprawa – skarżył się Ormianinowi. – Wątpię, żeby mieli tutaj dentystę.

– Mają, nie mają, ale po co masz cierpieć? Strażnikowi trzeba zgłosić.

– Strażnikowi? – zdziwił się. – A co on mi poradzi?

– Jak to co? Zaprowadzi cię do lekarza. Spróbuj.

W maleńkiej budce w końcu korytarza funkcjonowała tak zwana san-czaść. Codziennie, w określonych godzinach, przyjmowała chorych felczerka – malutka, pulchna staruszka z posrebrzonymi włosami. Strażnik zaprowadził go do niej.

Starowina miała dobre serce; współczuła mu, roniła łzy nad ludzką niedolą, ale pomóc w niczym nie mogła.

– Cóż ja biedna mogę wam poradzić? Oprócz tranu z wieloryba niczego tutaj nie mam. Wy skąd trafili do nas?

– Z Polski.

– Uuu, z Polski. A ile wam lat?… – Staruszka wyjęła z białej oszklonej szafki menzurkę i podeszła z nią do kranu z wodą.

– A rodzina u was jest?

– Jest. Żona i dziecko.

– I piszecie do nich? – Do menzurki z wodą wpuściła ostrożnie z dużej ciemnej butelki kilka kropel tranu. Potrząsając naczyniem, podeszła do niego.

– Jak mam do nich pisać? Przecież nie wolno.

– Aj, nie wolno? – udała zdziwienie. – I żona nie wie, co dzieje się z wami?

– Nie wie. Skąd miałaby wiedzieć?

– Aj, to źle. To ona martwi się o was. Wypijcie to – podała mu menzurkę z wodą, zakropioną tranem.

– Myślicie, że pomoże?

– Na pewno nie zaszkodzi, wypijcie. Chcecie napisać do żony pismo?

– Czy chcę? Nie zastanawiałem się nad tym. Pewnie chcę.

– Powinniście jej napisać, gdzie jesteście i uspokoić, żeście zdrów. – Staruszka podeszła do stołu i z szuflady wyjęła pocztową kartkę. Trzymając ją w drżącej dłoni, ściszyła głos.

– Bierzcie i schowajcie za rubaszkę. W nocy napiszecie do żony pismo i jutro przyniesiecie go do mnie. Tylko nie zapomnijcie podać adresu.

– A jak nie pozwolą mi jutro przyjść do was?

– Pozwolą. No idźcie już, powiem strażnikowi, żeby rano z powrotem tu was przyprowadził.

Antoni napisał kilka słów i wypełnił adres do siostry żony, pozostającej na Wileńszczyźnie. Nazajutrz staruszka wzięła od niego kartkę, pokiwała siwą głową i podała do wypicia kolejną menzurkę wody z tranem.

– I co, pomogło wczoraj? – zapytała.

– W nocy ząb sam przestał boleć – wyjaśnił.

– Znaczy się pomogło – zauważyła. – No idź już, pismo wyślę.

A ząb, gdyby bolał nadal, przyjdź do doktórki, będzie jutro po dziesiątej.

– Po dziesiątej? – słysząc określenie konkretnej godziny zdziwił się, że w więzieniu ktoś przestrzega czasowych ustaleń. Nikt z więźniów nie miał zegarka, a orientowanie się po czynnościach, którym codziennie byli poddawani, wydawało się złudne. Nawet posiłki wydawano o różnych porach. Jedyną czasową orientacją pozostawał podział: dzień – noc.

Ormianin miał palce silne jak szczypce kowala. – Wyrwę ci tego zęba – oświadczył, obejrzawszy go uprzednio.

– Timka, potrzymasz głowę Antona. A ty Anton szeroko rozewrzyj gębę. I dobrze by było, gdybyś uprzednio trochę go obruszał.

– Wiecie co? Felczerka mówiła, że dzisiaj przyjmuje doktor. Zawołajmy strażnika. Wolę, żeby zęba wyrwał mi fachowiec. – Znów, głupi, miał nadzieję… W budce, gdzie uprzednio przyjmowany był przez felczerkę – staruszkę po raz kolejny nadział się na… kobietę. Żeby jednak była to prawdziwa kobieta. Niestety, był to następny potwór w kobiecym ciele.

– Z czym go przyprowadziliście? – usłyszał, jak najpierw rozmawia ze strażnikiem, który go do niej zaprowadził.

– Boli go ząb – tłumaczył strażnik.

– Ząb boli?! To nie mogliście mu go wybić? Ano pokażcie tego sukinsyna.

Antoni wystraszył się. Ta, pozbawiona współczucia istota, wcale nie żartowała. Z zębem mogliście się zgłosić do strażnika! Lekarza mu się zachciewa?! Takim bandytom powinno się wybijać zęby!

– Wybijać?… – zdziwił się Rymsza. – Ja nie jestem żadnym kryminalistą. Wy naprawdę jesteście lekarzem?

– A co ty, chrenie myślałeś?! Wracz, znaczy się wracz! Ja zębów nie wyrywam! Ja pilnuję, żeby tacy jak wy, zarazy nie roznosili!

Boże, czy ja śnię? Może ta baba jest pijana?… – Antoni wycofał się szybko na korytarz. Strażnik, bąkając pod nosem jakieś przeprosiny, zrobił to samo.

– I co, wyrwali ci zęba? – jego znajomi z niecierpliwością oczekiwali na rezultat.

– Wyrwali?! Wy wiecie kto tam był? Puści Maszku w Europu! Blać jakaś, nie lekarz. Powiedziała, że takim jak ja, trzeba wybijać zęby, a nie leczyć.

– Uuu… – irański kapitan pobladł ze złości. – I ty tak dałeś się poniżyć?!

– A dałem. Miałem inne wyjście? Mówiłem ci już, kapitanie, że im prędzej to zrozumiesz, tym łatwiej będzie ci przeżyć.

– No to jak, Anton? – podszedł do niego znajomy Ormianin. – Chcesz, żebym ci pomógł?

– Nie mam innego wyjścia, Grigorij. Zrób to. Ale sam. Nie każ Timce trzymać mnie za głowę.

– A nie wyłamiesz mu szczęki? – dopytywał się Nadżi.

– Będę ostrożny, nie bój się.

Dwa tygodnie Antoni Rymsza spędził na punkcie przesyłowym w Nowosybirsku. Każdy dzień przynosił nowe doświadczenia, wzbogacając jego rozczarowanie życiem i szacunek dla śmierci.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko