Zawsze wchodzimy po jakichś schodach – z Piotrem Müldnerem-Nieckowskim rozmawia Andrzej Walter – Część 2

0
445

Kiedy podążam za Twoimi odpowiedziami, nasuwa mi się pytanie, jak właściwie nazwać tę naszą nową XXI-wieczną epokę w kontekście zmian i przekształceń żywego języka? To już raczej nie jest postnowoczesność, a coś zupełnie innego.

Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym, może powinniśmy zaznaczyć związek zarówno z „klasycznym modernizmem”, jak i „postmodernizmem”. Ta druga nazwa zawsze wydawała mi się niefortunna, tymczasowa, no i okazało się, że kierunek też nie żył zbyt długo. Może nadchodzi „nowy modernizm”? To z kolei brzmi trochę jak nieudany tytuł podręcznika, np.: „Nowy podręcznik historii literatury”. Od kiedy nowy? I do kiedy? Może po prostu „modernizm XXI w. (wieku)” albo „modernizm odrodzony”? Ta ostatnia nazwa jest mi bliska, bo uważam, że w ogólnym zarysie postmodernizm był przede wszystkim próbą face liftingu modernizmu i ten mechanizm miał unieść nowe podejście do ponownego wdrażania komunizmu w świecie. To się po części udało, ale postmodernizm jako styl wypowiedzi przestał już być tej tendencji politycznej potrzebny.

A skoro, jak zdecydowanie podkreślasz – język jest akumulatorem wszystkiego, to warto zauważyć podgrzewane medialnie napięcie pomiędzy językiem a formami komunikacji. Tylko dlatego chyba niektórzy nieproszeni mędrcy mogą się dziś powszechnie wymądrzać, nawet nie mając nic ciekawego w danym temacie do powiedzenia. Otrzymali tubę i jej używają. Ktoś ich na tych mędrców wykreował.

Trafne uwagi. Niektórzy doznają złudzenia, że nowe media (głównie Internet i przekaz telefoniczny) docierają do wszystkich i dają przekaz jednoznaczny. Ale tak nie jest. Media działają niejako z tylnego siedzenia i dość rygorystycznie dobierają sobie tych, którzy mają grzmieć swoją tubą na froncie.

Na czym to polega?

Przeważnie chodzi o ignorancję i małe zdolności zawodowe, choć także o precyzyjne sterowanie propagandą. Co do ignorancji – wielu dziennikarzy (na szczęście nie wszyscy) nie potrafi poradzić sobie z dużą liczbą istotnych dla kultury osób, wobec czego wybierają tylko te, których nazwiska znają, i tylko te są przez nich promowane, mimo że promocji wcale nie potrzebują. Nieznane są pomijane bez względu na wielkość ich osiągnięć. Jeśli na przykład dwie osoby dostają jakieś ważne odznaczenie, takie jak np. niedawno w wypadku Orła Białego: order otrzymali historyk prof. Andrzej Nowak i lekarz prof. Grażyna Świątecka. Ale media, łącznie z Wikipedią (sic!), wymieniają tylko profesora Nowaka. Ponieważ o profesor Świąteckiej dziennikarze dowiedzieli się dopiero teraz przy okazji uroczystości wręczenia, to już jej nazwiska w ogóle nie podają. To straszne! Ten mechanizm działa cały czas, codziennie. Dlatego tak trudno w Polsce przebić się wybitnym ludziom, w tym pisarzom. I dlatego w mediach często brylują słabi, ale za to znani..

Do tego dochodzi położenie na szali – co ewoluuje dziś szybciej: język czy komunikacja?

Nie ma statystyk, które by to przedstawiły, więc nie wiem. Widać ruch w obu tych dziedzinach, z tym że dla rozróżnienia tych zjawisk trzeba przypomnieć z grubsza o czym mowa. Język to według definicji podstawowej kombinacje dźwięków i wyznaczane przez nie znaczenia oraz zapis tych kombinacji w postaci pisma, natomiast media to nośniki języka, czyli środki oznajmiania tych kombinacji. Nie zapominajmy przy tym jednak, że język to nie tylko zdania i akapity.

    Język ma także wyższe piętra organizacji, które nie są mediami, a więc gatunki mowy, gatunki literackie, formy wywodzące się z literatury takie jak język obrazowania, na przykład w filmie, a także formy opisywane przez semiotykę, które też można zaliczyć do swoistych języków i „literatur”, do czynników opowiadających – plastykę i muzykę.

Język musi być komunikowany, a komunikacja musi mieć co przenosić.

Tak, są sobie bezwzględnie potrzebne, ale wciąż pozostają pojęciami osobnymi. Zdarza się jednak, że media i języki zatracają granicę, która je rozdziela, i wtedy trudno powiedzieć, co jest czym. Próby zacierania granic podejmują głównie artyści plastycy, ale widuje się to też w twórczości pisarzy, w tym poetów i zwłaszcza dramatopisarzy, a także filmowców.

I konkluzja finalna: faza postmodernizmu w rozwoju kultury na tyle zrewolucjonizowała świat, że powrotu do świata starego, do świata skamandrytów, do świata modernistów, czy po prostu do świata końca XX wieku już nie ma. My w tym nowym już tkwimy, choć być może nie potrafimy jedynie tego „nowego” jeszcze nazwać i zdefiniować. Tak się dzieje i w prozie, i w poezji. Niektórzy jednak nazywają to chaosem. Niekiedy chaosem oswojonym, w którym zaczęliśmy się urządzać. Tak jak swego czasu powiedział nieodżałowany Stefan Kisielewski – jesteśmy w dupie, ale najgorsze, że zaczynamy się w niej urządzać…

Słowa Kisiela można odnieść do każdego okresu, bo zawsze nowe było kłopotliwe i uważane za chaotyczne, dopóki nie poznano i opanowano jego cech i reguł. Rzeczywiście postmodernizm jaskrawo odsłonił wady i braki modernizmu, ale ja bym tego nie widział jako walkę nowego ze starym, lecz raczej gorączkowe poszukiwanie warsztatu, w którym można by się od początku rozeznać, korzystając ze starej mowy, ale z użyciem nowszych narzędzi jej organizacji. „Nowszych”, bo nie tyle nowych, ile przestrojonych na trochę inne rejestry. Zanim pojawiły się kompletne, doskonałe utwory postmodernistyczne, chaos sygnalizowany przez protesty krytyki, czytelników czy widzów rzeczywiście był zauważalny. Teraz to niemal zanikło. A odbiorcy sztuki głosują nogami, to znaczy stopniowo odrzucają to, co im nie odpowiada, aż całkiem zarzucą korzystanie z dóbr im nieodpowiadających.

Jakie są Twoje relacje z metafizyką?

Sprawy bytu to mój byt i jako lekarza, i jako pisarza. Ponieważ rozum mi nie pozwala na więcej, bo jestem tylko człowiekiem, wierzę za Parmenidesem, że byt nie ma początku, końca ani przerw, a dla zrozumienia zmian konieczne było stworzenie parametru, który nosi nazwę „czas”. Ale czasu chyba nie ma, to pojęcie jednak jest tylko wymyślone. Nie chcę rozwijać tego zagadnienia, bo wymagałoby to dużej ilości papieru i atramentu, ale powiem tyle, że – skoro mnie pytasz o kwestie związane z wiarą – wierzę, że pewnego dnia ludzkość osiągnie wiedzę o zjawiskach, które dziś uważamy za cuda i w najlepszym razie zjawiska paranormalne.

A co z absolutem?

Bez Absolutu nic by nie zaistniało, więc jestem wdzięczny, że jest i że umożliwił mi tak piękną przygodę jak życie i wspólnota z ludźmi. Cud życia – to zobowiązuje. Za to trzeba mu, a właściwie wielką literą pisząc: Jemu, się wypłacać. Bez Niego pozostałoby zawisnąć w próżni pozbawionej wartości i nieudolnie po ludzku wymyślać sposoby przetrwania do śmierci, okraszając to jakościowo wątpliwymi przyjemnościami. Niezwykle inteligentnie rozwiązuje problemy wiary chrześcijaństwo – przestrzenią transcendencji oddziela Boga od świata materialnego i społeczności ożywionych, i łączy przywiązanie do Boga z przywiązaniem do człowieka wraz z całym światem ożywionym. W ten sposób wytwarza sferę obowiązków, których tak boi się wielu niewierzących. Do dlatego moim zdaniem tak wielu walczy z chrześcijaństwem, zwłaszcza z rzymskokatolickim, które zachęca do przestrzegania powinności opartych na konkretnych, ściśle zdefiniowanych kryteriach moralnych i zasadach. Wynikają one z natury Świata i są osadzone w ramach aktualnej wiedzy naukowej. Chrześcijaństwo, szczególnie katolicyzm, jest kulturą ideowo bardzo spójną i stawia granice dla dowolności, aby zachować dla nas wolność. To ponadto nawiązanie do religii i kultur poprzedzających, starożytnych, judaizmu, a nawet odrzuconych, ale nie poniżonych wierzeń pogańskich.

Czy wierzysz, że spotykasz tych, których miałeś w życiu spotkać?

Tak, nie chcę się wymądrzać, ale muszę powiedzieć, że to nie ja tym rządzę. Odruchowo staram się dobierać znajomych i przyjaciół, kierując się nie zawsze uświadamianymi kryteriami, na przykład estetycznymi, ale zdaję sobie sprawę z tego, że kontakt z nimi jest skutkiem niezwykle skomplikowanych procesów, na które nie mam żadnego wpływu.

Jakie są Twoje relacje z przypadkiem?

Zdaję sobie sprawę z tego, że przypadek nie istnieje i że wszystko jest urządzone, i to matematycznie. Jeśli nie widzimy związku między faktami, to tylko dlatego, że nie wiemy, jak doszło do tego, że zaistniały, albo nie jesteśmy w stanie wypełnić treścią odstępu między nimi. Jednak coś było ich przyczyną, a jeśli jest przyczyna, to nie jako los, ale konieczność. Przyroda nie losuje. Tak też traktuję to, co „wymyślam”, kiedy staram się opisać rzeczywistość obecną i dawną, czasem przyszłą. Nic w literaturze nie może wyskakiwać jak diabełek z pudełka. Jeżeli pisarz to w ten sposób przedstawia, to robi błąd. Nie może być tak, że przechodniowi doniczka spada z balkonu na głowę zupełnie przypadkowo, i to tylko dlatego, że autor nie wie, jak zabić tego bohatera swojej powieści.

Czy rozwój wewnętrzny zawdzięczamy tylko pracy nad sobą, czytelnictwu, rozwojowi swojego słownictwa – słowem pielęgnacji swojego języka, którym uczymy się lepiej wyrażać myśli, czy też są jakieś impulsy zewnętrzne, natchnienia, emocje, niewyjaśnione słowa skądś przychodzące do człowieka?

Zawdzięczamy to wszystkiemu po trochu – lepszej czy gorszej konfiguracji zajęć, hierarchii i organizacji czynności, ale też nastawieniu do otoczenia i własnej głębi, ze snami włącznie. Trzeba je obserwować. To kształtuje język, a język to podstawa myśli.

To też pytanie o podstawy poezji?

Tak, poezji, która przecież jest narzędziem analityczno-syntetycznym.

Ma ona wiele stron medalu. I kiedyś miała też wielu różnych czytelników. Z reguły kto zachwycał się Leśmianem, ten nie może zdzierżyć Świetlickiego, i na odwrót.

Trochę tego w postawach ludzi nie rozumiem. Wydaje mi się swoistym lenistwem niechęć do przyglądania się temu, czego nie lubimy. Czy nie jest ważne zrozumienie, dlaczego nie lubimy? Może nie lubimy, bo czegoś nie wiemy? A może warto byłoby to nielubienie czymś uzasadnić, sformułować zarzuty? To poszerza perspektywy, wzmaga zainteresowanie światem, oddala nudę i rozczarowanie, depresję. Sam czasem popadam w takie stany osłabienia wiary w sens życia i wtedy ratunkiem jest ciekawość. Zajrzenie tam, gdzie się nigdy nie zajrzało. Od Leśmiana do Świetlickiego jest tylko niewielki krok. Czym ten krok jest, jakie ma cechy? Warto byłoby to rozpoznać…

Cóż powiedzieć o stanach pośrednich, o odcieniach szarości, o poetyce na wskroś prozatorskiej, w której metafora ukrywa się w sytuacji, w skrócie, w tym, co jest niewypowiedziane? A cóż powiedzieć o niesłychanej energii wielu środowisk (w naszym życiu literackim chodzi o pewne zamknięte enklawy), które lansują (a fe, co za słowo) poetów, których język jest kompletnie niezrozumiały. Jak czymś takim można przyciągnąć Kowalskiego? Jak przyciągnąć ucznia szkoły, ba, nauczycielkę tej szkoły?

Myślę, że to zależy w dużej mierze od osobowości nauczyciela, od tego, czy potrafi pokazać emocje i argumenty. Jeśli nie umie rozpoznać piękna poezji, nazwać go i przedstawić po swojemu, to nikogo nie nauczy odbioru poezji. Trzeba jasno postawić sprawę: poezja może być nie tylko dobra, ale i marna, niezrozumiała, bełkotliwa – to prawda, ale jednak najczęściej brakuje klucza do jej przyjęcia i zrozumienia. A klucz jest w oczytaniu, w znajomości innych tekstów poetyckich niż tylko ten, który właśnie jest dla odbiorcy nieczytelny. Poezja posługuje się językiem skrótu myślowego, metaforą, naruszeniem gramatyki i leksyki, aby pokazać nowe sensy słów. Ktoś, kto nie rozpoznaje chwytów językowych, środków poetyckich, nie ma czego w poezji szukać jako autor i jako odbiorca. Szkoła powinna uczyć właśnie tego i pokazywać, jak sobie dawać radę z łamigłówką, którą generuje brak obycia. Szkoła powinna też oduczać brzydkich stereotypów, na przykład tego, który mówi, że jeżeli nie ma rymów, to nie ma wiersza. Myślę, że niektóre środowiska, o których wspominasz, są tego świadome.

Jak głęboko w szkołę wierzysz?

Wierzę bardzo, ale są różne szkoły. Mamy świetnych nauczycieli, wiem jednak, że program szkolny i wprowadzane od kilkudziesięciu lat metody dydaktyczne, zwłaszcza wymóg trzymania się tak zwanej podstawy programowej, bardzo krępują nauczycieli, odbierają im samodzielność i utrudniają wykorzystanie osobistych talentów dydaktycznych. To musi być zmienione, w dużej mierze po prostu przywrócone. Uważam, że pseudoliberalne zarządzanie programem szkolnym i zachowaniem nauczycieli poszło za daleko w upraszczaniu programu przez zastępowanie nauki myślenia wkuwaniem wiedzy encyklopedycznej i nauką rozwiązywania testów. To samo dotyczy uczelni.

Może też przy okazji nam przybliżysz koncepcję powołania Instytutu Literatury. Jak również czasopisma literackiego „Nowy Napis”.

Instytut Literatury (nie mylić z Instytutem Książki) powstał dlatego, że na skutek zbyt liberalnego „systemu braku ochrony twórczości literackiej” (tak to nazywam na swój użytek), wprowadzonego w Polsce w 1989 roku, do dziś jest widoczna luka w organizacji dostępu do kultury literackiej w Polsce, w tym na poziomie edukacji podstawowej i średniej.

Media odtrąbiły horror na temat powstania Instytutu Literatury, a pisarze, wydawcy, krytycy przestraszyli się nowej instytucji dokładnie na takiej samej zasadzie, na jakiej pracownicy, którym szef proponuje przeniesienie do większego pokoju, wszczynają bunt. Tymczasem chodzi o to, że mimo istnienia Instytutu Książki dostęp do literatury wysokiej, a pośrednio w ogóle do kultury wysokiej, jest zdecydowanie utrudniony. Dotyczy to szczególnie szkół. Instytut Książki, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się książką, a więc w większości produktem gotowym, i szczególnie taką książką, która znajduje zbyt i która jest lub może być dobrze przyjęta za granicą.

Czy to ma być jakaś próba scalenia środowisk, czy ma to być koncepcja „jednego głosu literatury” wobec mecenatu?

Ani jedno, ani drugie. Zadaniem osiowym jest ratowanie zanikającego dostępu do kultury wyższej, która stymuluje tworzenie się literatury dziś o niskich nakładach, a w przyszłości – jak byśmy sobie życzyli – może wysokich. Przed literaturą niskonakładową wydawcy bronią się rękami i nogami. Rzadko udaje im się dokonać heroicznego czynu dotowania niewielkich nakładów, na przykład poezji, ze środków uzyskanych z produkcji poczytnego chłamu typu Pięćdziesiąt twarzy Greya.

Z tego powodu większość książek wartościowych ukazuje się w nakładach mikroskopijnych, rzędu 200-300 egzemplarzy, i to na koszt autorów. Są to produkcje pozbawione promocji wydawniczej, handlowej i merytorycznej, a także krytycznej. Ta niezmiernie istotna część kultury literackiej nie ma więc nawet cienia szans na dotarcie do świadomości krytyki, mediów i – co najważniejsze – nauczycieli i uczniów, z bibliotekami szkolnymi jako punktami przekazu. Również w fatalnej sytuacji są debiutanci i pisarze młodzi, których paradoksalnie nikt nie chce znać, bo są nieznani. Stan ten uważam za nienormalny, to polski stan wyjątkowy w Europie, a może i na świecie. To jedna z przyczyn, dla których tworzą się wspomniane przez Ciebie koterie wokół czasopism i wydawców – grupki wzajemnej adoracji. A to właśnie one pogłębiają blokadę dostępu literatów do publikowania.

Czy ma sens mnożenie nowych instytucji jako swego rodzaju magnesu dla kolejnych zamkniętych na innych środowisk okołoliterackich?

Nie powstaje żadne zamknięte środowisko, żadna koteria ani gildia. Twórcy Instytutu Literatury mają intencje przeciwne. Książkami niskonakładowymi i atrakcyjnymi dla środowisk intelektualnych Instytut Książki zająć się nie może, to nie jego domena. Stąd idea obmyślona i opracowana przez dra Józefa Ruszara z Krakowa, wybitnego znawcy literatury i środowiska literackiego, ale i świetnego organizatora. To on uruchomił Instytut Literatury pod egidą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zaczęło się od stworzenia kwartalnika „Nowy Napis”, który ma nietypową konstrukcję wewnętrzną, pomyślaną jako atrakcyjny zbiór materiałów krytycznoliterackich z przykładami, pisanych z zacięciem dydaktycznym, dających się jednocześnie czytać przez zawodowych pisarzy i zarazem nauczycieli, zaawansowanych uczniów, miłośników literatury. Są tam teksty nowe pisane przez ciekawych, nieraz wybitnych a niezauważanych w mediach i szkołach autorów. Jest miejsce dla debiutantów, dla których Instytut organizuje konkursy literackie. Każdemu numerowi „Nowego Napisu” towarzyszy kilka wartościowych książek autorstwa wybitnych specjalistów. Zdarzają się też wyróżniające się prace dyplomowe, magisterskie i doktorskie.

Żaden wydawca nie zechciałby za swoje środki wydać tych wartościowych dzieł nawet w małym nakładzie, a to ze względu na nieopłacalność. Trzeba było sobie z tym jakoś poradzić, bo pisarze od lat grzmią, że z dostępem do literatury w Polsce jest coraz gorzej, a potem się mówi, że kiepskie jest czytelnictwo.

Kwartalnik i towarzyszące mu książki są w nakładzie ponad 7 tysięcy egzemplarzy wysyłane bezpłatnie do bibliotek szkolnych, można je też kupić. Gdybyśmy zaproponowali takie działania wydawcom, popukaliby się w głowę: to nie jest żaden biznes. Natomiast jest to interes państwa.

Dziś, w dobie wszechobecnej konkurencji, zwłaszcza w dziedzinie sztuki, a zatem i literatury, panuje powszechna skłonność do postaw deprecjonujących inną twórczość (innych artystów), którzy do zamkniętych enklaw wpuszczają tylko swoich i sprawdzonych autorów.

Tak było od niepamiętnych czasów i nic się nie zmieniło. Scriptor scriptori lupus est [łac. pisarz pisarzowi wilkiem]. Członkowie każdej profesji lubią się nawzajem zwalczać, bo to co prawda jest głupie, nonsensowne, działa destrukcyjnie, ale cudownie nadyma ich ego.

Kryterium stylu, meritum oraz wartości tekstu schodzi na plan dalszy. Liczą się najczęściej jakieś ukryte własne „interesy” danego literackiego decydenta. Przekonałem się o tym, nieraz posyłając naprawdę dobre teksty tu i tam. Spotkałem się z jawną wręcz i otwartą deklaracją – puścimy ten gorszy tekst, ale to jest nasz tekst, naszego „znanego i uznanego już” autora. Tak to dziś działa w życiu literackim w Polsce.

Najważniejszą cechą Instytutu Literatury i ludzi, którzy go tworzą, z dyrektorem Ruszarem włącznie, jest otwartość na rozmaite idee, ideologie, poglądy i postawy kulturalne, polityczne, naukowe. Wbrew obawom czy nawet oszczerstwom, płynącym z różnych środowisk literackich i czasopiśmienniczych, nie ma tu żadnej grupy kolesiów, przyjaciół i znajomych królika, ani ideologów, nie jest to żadna formacja polityczna, choć pracownicy Instytutu jakieś swoje poglądy przecież muszą mieć.

Decyduje jakość literacka, artystyczna i – w wypadku prac krytycznoliterackich – także naukowa. Stopniowo przywraca się znane mechanizmy, które to zapewniają.

O takim nastawieniu Instytutu powoli przekonują się ci, którzy na adres „Nowego Napisu” na próbę (a niektórzy nawet prowokacyjnie) wysłali propozycję druku jakiegoś utworu. Byli i tacy, którzy kierując się opiniami środowiskowymi, najpierw odmówili współpracy, ale po jakimś czasie jednak przyjęli propozycję napisania zamówionego tekstu.

Będę drążył dalej temat Instytutu oraz pisma z nim związanego (pięknie wydanego, jak antologia czy świetnie zredagowane książki). Czy nie lepiej by było w jakiś sposób (w ramach tej samej koncepcji) wskrzesić niejako coś, co kiedyś się znakomicie sprawdziło, a mianowicie pismo takie jak „Życie Literackie” – formę, zasięg i częstotliwość pozostawiam do dyskusji.

Czasopismo literackie to jednak kompletnie inna koncepcja, inny typ działalności. „Życie Literackie” było tygodnikiem, który wpisywał się w nurt bieżącego życia (wbrew tytułowi nie tylko literackiego, co miało swój sens) i który nie załatwiał żadnych problemów środowiska literackiego, twórców, edukacji ani samej literatury publikowanej w formacie książkowym. Trzeba też dodać, że w tamtych czasach (do ok. 1985-1989 r.) żywo działała dziś prawnie nieistniejąca krytyka literacka i problemu niedocierania do adresatów literatury niskonakładowej praktycznie nie było.

To było pismo popularne, żywe – czytane zarówno w szkołach, bibliotekach czy uczelniach, jak i masowo, powszechnie wśród intelektualistów. Dorównywało poziomem „Tygodnikowi Powszechnemu” czy „Kulturze”. Ja dziś odczuwam potrzebę takiego (wciąż jeszcze drukowanego i sprzedawanego w salonikach prasowych) pisma. I sądzę, że całe środowisko literackie dziś by je poparło. Pismo z jedną, podstawową, że się tak wyrażę elementarną, wręcz konstytucyjną zasadą, na sto procent nie do złamania – jesteśmy otwarci DLA WSZYSTKICH AUTORÓW, z lewej i z prawej, z „Toposu” i z „Biura Literackiego”, z Krakowa czy z Warszawy, z SPP czy z ZLP, obojętnie, kryterium – dobry tekst, dobra poezja, dobra krytyka literacka – żadnych układów, żadnych „lubień”, żadnych preferencji, żadnych namaszczeń salonowych… Może jestem zbyt naiwny?

A co stoi na przeszkodzie, aby takie pismo stworzyć? Brak dobrych chęci, pieniędzy, materiałów? To wszystko, jak się poszuka, jest. Tyle że w związku ze zmianami strukturalnymi rynku i na nim mediów oraz przerzuceniem ciężaru komunikacji do sieci elektronicznej – gazety i czasopisma drukowane, takie jak dawne tygodniki intelektualne, tracą rację bytu, powstają i po paru numerach giną. Trzymają się resztkami sił, a kiedy tylko zabraknie dotacji albo inwencji, zaczynają się niebezpiecznie chylić ku upadkowi, tak jak się dzieje teraz z „Migotaniami”. Co więcej, drastycznie spadają nakłady czasopism ilustrowanych, nawet tak jeszcze niedawno atrakcyjnych czytelniczo i handlowo jak „Playboy”, „CKM”, „Cosmopolitan”, „Esquire”, „Harper’s Bazaar”, czy „Joy”, których polskie wydania właśnie są likwidowane. To jest znak naszego czasu.

A co do przeciwników Instytutu Literatury, którzy nie zadali sobie trudu, aby rzetelnie zbadać sprawę – nie możemy ciągle rozumować kategoriami PRL-u, kiedy zakładano, że jeśli uda się zrobić jedno, to automatycznie nastąpi blokada czegoś innego. Nie, Instytut Literatury nie hamuje żadnej innej inicjatywy, przeciwnie, myślę, że współpraca z nim jeszcze niejedną wesprze i postawi na nogi.

cdn.

Linki do pozostałych części rozmowy:

Zawsze wchodzimy po jakichś schodach – z Piotrem Müldnerem-Nieckowskim rozmawia Andrzej Walter – Część 1

Zawsze wchodzimy po jakichś schodach – z Piotrem Müldnerem-Nieckowskim rozmawia Andrzej Walter – Część 3

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko