Miroslav Kapusta – wiersze w tłumaczeniu Antoniego Matuszkiewicza

0
195
Miroslav Kapusta

A ráno bude zas deň kvitnúť slnečnicami

Neviem sa úpenlivo modliť k bohu
dokonca ani len sťažovať sa
či dvakrát sa prosiť človeku
a možno ani neviem písať básne
iba vyslovovať vlastné slová
smerom k iným
ale i do seba
a keď nimi do prázdna vytečiem
ostávam na chvíľu sám
ale stále s cieľom dôjsť tam
kde mi raz možno odpustia
že už nemám
mliečne biely úsmev
študentskú tvár
tak ako ty mi snáď raz odpustíš
samú seba
svoje mliečne doky
ktoré si mi dala
aby som v nich zakotvil
a spáchal v nich niečo večné
možno až nečlovečie
čo sa hlboko vryje
vrátiť sa späť nedá
z mysle ani z tela namäkko
tak ako hrdelný zločin
ako slovo
guľka
keď už je od ústia hlavne ďaleko
od pasu vystrelená
bez konca ako Ariadnina niť

Ale dážď mám rád
každú jeho kvapku
lebo tá sa vie vždy vrátiť
osviežujúco chladná
do dlaní
i na čelo…


A znova len slová, slová, slová…

V ten deň som Boha nevidel
v ten deň som nevidel nikoho
v ten deň bol slepý celý svet
a ja som šiel náhodou okolo
stíšený – priam svätý
ako zamlčaný podmet pred spoveďou
ktorá ešte nedozrela k slovu

Vtedy nie je ľahké byť nahý
dušou iba Dávid
a taký sa zohnúť
až do kľaku na kolená
hrýzť pritom ticho v päte Goliáša
a čudovať sa
– kto to mohol takto spraviť
že sa už na seba nik neponáša…

Nič
ani láska nie
ani nenávisť
ani antikrist skrytý za priateľa
ani facka
ani láskanie
iba jedna otázka znie ešte stále rovnako

– Čo tým chcel básnik povedať…?

A vtom ma ktosi preťal napoly
znakovou rečou vztýčeného prostredníka
bodol ako bodákom v otázke
či som vraj nie len ďalší debil
hľadajúci odpovede
uprostred nesprávnej galaxie
tupo vyvedený z dráhy i chodníka
vedúceho kamsi k mliečnej dráhe
ale na cudzej orbite

Tak si ma teda zabite
lebo vinný som každou vetou
ktorú vyslovím
a kašlem vám na nahé slová!


Každé zlo je len pohodlnejšia cesta

Človek sa nerodí zlým
iba slabým
odkázaným na život a na smrť
aj keď o nič z toho nehral vabank
ani nežiadal
lebo…
sex je niekedy len šach s matom na dva ťahy
spravodlivosť slepá
inokedy je zas pravdou lož
a obyčajne ani láska dobre nevidí
iba ti dá vo chvíli po papuli
alebo aspoň košom

V tom božom je však niekedy ťažko
moja…
a aj keď sa ťa tu bojím nechať samu
občas ma čosi núti
nekompromisne odísť kamsi do nenávratna
vykašlať sa na ľudí i na seba…
s myšlienkou
že keď príde jej správny čas
ani smrť nie je zlá
nemusí byť – snáď…
zlé je iba každodenné umieranie zaživa
a v plači vyschnutý vodopád

Ľudia sa nerodia zlí
iba slabí
a ešte
aby časom prišli k rozumu
ibaže niektorí si myslia
že k nemu dôjdu skôr
keď pôjdu smerom nadol…!

Ale takú horu zísť nemožno
také kroky vedú nikam
lebo každé zlo je len pohodlnejšia cesta
na ktorú sa ľahko zvyká


A ranek znów bedzie kwitnąć
słonecznikami

Nie potrafię uparcie modlić się do Boga
ani nawet narzekać
czy dwa razy prosić człowieka
i może nawet nie umiem pisać wierszy
jedynie wypowiadać swoje słowa
w stronę innych
lecz i do siebie
a kiedy już do końca wypłynę nimi
zostaję na chwilę sam
ale wciąż mając na celu by dojść tam
gdzie mi raz na zawsze darują
że nie mam już
mlecznie białego uśmiechu
uczniowskiej twarzy
tak jak ty mi może kiedyś przebaczysz
samą siebie
swe mleczne doki
któreś mi dała
abym w nich zakotwiczył
i stworzył tam coś wiecznego
może nawet nadludzkiego
co się zaryje głęboko
odwrócić się już nie da
tak łatwo ni z myśli ni z ciała
jak zbrodnia karana śmiercią
jak słowo
kula
szczególnie kiedy jest już od lufy daleko
wystrzelona od biodra
jak nić Ariadny nie mająca końca

Ale deszcz lubię
każdą jego kroplę
ponieważ ona zawsze potrafi powrócić
orzeźwiająco chłodna
do dłoni
i na czoło…


I znowu tylko słowa, słowa, słowa…

Tego dnia Boga nie widziałem
tego dnia nie widziałem nikogo
tego dnia cały świat był ślepy
a ja przypadkiem szedłem obok
wyciszony – wręcz święty
jak zamilczany temat przed spowiedzią
która jeszcze nie dojrzała do słów

Wtedy nie jest łatwo być nagim
duszą jak Dawid
i tak się ugiąć
aż do padnięcia na kolana
milczkiem gryząc przy tym w piętę Goliata
i nie móc się nadziwić
– któżto mógł tak to sprawić
że już nikt nie przypomina siebie…

Nic
ani miłość nie
ani nienawiść
ani antychryst w przebraniu przyjaciela
ani policzek
ani głaskanie
tylko jedna kwestia brzmi nadal tak samo

– Co chciał przez to poeta powiedzieć?

I nagle ktoś przerwał mi w połowie
mową znaków wzniesieniem środkowego palca
użądlił pytaniem
czy nie jestem przypadkiem jeszcze jednym
debilem
poszukującym odpowiedzi
w nieodpowiedniej galaktyce
bezdusznie sprowadzonym na manowce z chodnika
wiodącego dokądś ku Drodze Mlecznej
ale po cudzej orbicie

Tak więc zabijcie mnie
ponieważ jestem winien każdym zdaniem
jakie wypowiadam
i w nosie mam wasze puste słowa!


Każde zło to tylko wygodniejsza ścieżka

Człowiek nie rodzi się zły
tylko słaby
skazany na życie i śmierć
choć o nic z tego nie grał va banc
i niczego nie domagał
ponieważ…
seks jest czasem szachem i matem w dwóch ruchach
sprawiedliwość ślepa
a kiedy indziej zaś prawdą kłamstwo
a zwykle nawet miłość nie widzi dobrze
tylko da ci nagle po pysku
albo przynajmniej kosza

W tym bożym jest mi jednak czasem ciężko…
i także kiedy boję się tu ciebie zostawić samą
coś mnie niekiedy korci
bezkompromisowo odejść gdzieś bezpowrotnie
wykichać się na ludzi i na siebie…
z myślą
iż kiedy przyjdzie jej właściwy czas
nawet smierć nie jest zła
nie musi być taka – pewnie
złe jest tylko codzienne umieranie żywcem
i w płaczu wysychający wodospad

Ludzie nie rodzą się źli
tylko słabi
i jeszcze
z czasem nabyliby rozumu
tylko że niektórzy myślą sobie
że doń dotrą prędzej
drogą prosto w dół…!

Ale w taki sposób nie wejdzie się na górę
taka droga wiedzie donikąd
każde zło to tylko wygodniejsza ścieżka
do której człowiek przywyka


Iba k človeku – k nemu kráčam

Raz ťa nájdem
aj keď možno až vtedy
keď budem sám soľou
a ty chlebom
ktorý sa len vzácnym hosťom
z príchodu ponúka

– Vitajte a posaďte sa
aby ste nám spánok neodniesli…!
A staré drevo letokruhmi praská
dutinami tlie
škľabí sa vráskam na hladkom nebi
ale zrakom necúva
dopredu hľadí
uprene
hadím blues
akým sa len Boh díva
na tých
ktorých vraj stvoril

Ale už stráca kontúry
míňa sa mi
tou obludnou bodkou za vetou
vo viere v poslednú mincu z hrste drobných
ktorou raz zaplatím účet
ani neviem za koho

Stratený prípad

A možno ma raz ty nájdeš
keď sa polepším
potom si sadneš na mňa
ako na suchý klátik skraja lesa
odkiaľ dovidíš všade
to ti sľubujem
pri mojej šedivej brade
s bosými nohami v bystrine horského potoka
na hrane raja


Nedotýkajte sa ma!

Ticho sa počuť nedá
v kmitočtoch vnútornej ozveny sa dá iba cítiť
a tam kdesi
v súhvezdí Blížencov
sú tisíce tích
až v ušiach zalieha
a v jednom z nich je skryté aj to moje
inkognito
čaká
kým ho výkriky tých iných prebolia
potom do mňa vstúpi
cez svedomie
a spraví ma jedným z nich
po ktorom sa neodporúča napriahať
len ak pozrieť kamsi hore
alebo prevrátiť oči
dole – dovnútra
aj to len
na vlastné nebezpečie
ako dieťa zmrzlinu
z nie veľmi sladkého kornúta


Tylko do człowieka – do niego idę

Kiedyś cię spotkam
może aż dopiero wtedy
kiedy sam będę solą
a ty chlebem
który się tylko godnym gościom
podaje u wejścia

– Witajcie i usiądźcie!
Abyście nam nie wynieśli snu…!
I stare drzewo pęka kręgami lat
szczelinami tli się
szczerzy zmarszczkami na gładkim niebie
lecz wzroku nie cofa
patrzy w przód
upacie
wężowym blusem
jakim Bóg tylko patrzy
na tych
których ponoć stworzył

Ale już traci kontury
znika mi
ową obłudną kropką po zdaniu
kiedy liczę na tę ostatnią monetę
                                                z garści drobnych
którą wreszcie zapłacę rachunek
nawet nie wiedząc za kogo

Zmarnowana okazja

A może to ty mnie znajdziesz
kiedy mi się polepszy
potem usiądziesz sobie na mnie
jak na suchym pniu na skraju lasu
skąd wszędzie sięgniesz wzrokiem
to ci przysięgam
z moją siwą brodą
z bosymi nogami w bystrzynie górskiego
                                                                potoku
na granicy raju


Nie dotykaj mnie!

Ciszy nie można poczuć
w częstotliwościach echa wewnętrznego
da się tylko uchwycić
i tam gdzieś
w konstelacji Bliźniąt
są tysiące ciszy
co zalega w uszach
a w jednej z nich ukryta jest też ta moja
incognito
czeka
póki wrzaski tych innych przetrwa
potem wstąpi we mnie
poprzez sumienie
i uczyni mnie jednym z nich
z którym nie poleca się złączyć
tak tylko spojrzeć gdzieś w górę
lub oczy przewrócić
na dół – do wnetrza
i to również tylko
na własną odpowiedzialność
jak lody dla dziecka
z niezbyt słodkiego rożka


Žijem nanečisto – načisto iba zomriem

Keď nemáš kam ísť
to ešte nie je také hrozné
horšie je
keď sa tam nemáš ako dostať

Potom iba hrozíš prstom
zo zálohy kúta dúpnieš pohľadom
ako keď sa ťa ktosi iný chystá spútať
a ty sa tváriš ako obeť
pričom ťa nik neberie vážne
ani život – ani smrť
ani ty sám seba…

Niekedy sa mi vracia márnotratný sen
najmä vtedy
keď je mlčanie príliš verejné
a osobný výkrik priveľmi živý
až ma zadúša

Ale kráčať treba ďalej
aj keď sa ti zdá
že všetko je len o šiestom páde
– o ničom a o nikom…
lenže práve o tom to je
žiť nanečisto a načisto iba zomrieť
a kašlať na to
že na záver aj tak ktosi povie:

Aha – bohém!

alebo:

Tak vám treba – básnikom!


Żyjemy na brudno – na czysto
dopiero umrzemy

Gdy nie masz dokąd iść
to jeszcze nie jest takie groźne
gorzej
kiedy nie masz jak się tam dostać

Potem tylko grozisz palcem
z głębi kąta jękniesz wyglądając
jakby ciebie ktoś inny chciał schwytać
a ty przedstawiasz się jako ofiara
przy czym nikt nie traktuje cię poważnie
ani życie – ani śmierć
ani ty sam siebie…

Czasami powraca do mnie sen marnotrawny
szczególnie wtedy
gdy milczenie jest zbyt publiczne
a osobisty krzyk nadmiernie żywy
aż mnie dusi

Ale iść trzeba dalej
nawet kiedy ci się wydaje
że wszystko jest tylko w szustym przypadku
– o niczym i o nikim…
jednak własnie na tym to polega
żyć na brudno a na czysto dopiero umrzeć
i kichać na to
że na koniec i tak ktoś powie:

Aha – cygan!

albo:

Dobrze wam tak – poetom!


Miroslav Kapusta

*1953 v Tepličce nad Váhem
Od roku 1974 žije v Bánské Bystrici

Studiował prawo w Pradze. Trzydzieści lat pracował w policji. Od czasów studenckich ćwiczył sztuki walki, przede wszystkim karate i do dzisiaj aikido (1. kyu), i zajmował się poezją. Należy do klubu LITERA 2 w Bańskiej Bystrzycy, gdzie mieszka od 1974 roku i grupy literackiej PARS ARTEM. Jest członkiem Spolku slovenských spisovatelů. W 2011 roku zainicjował i pozostaje głównym organizatorem projektu Ars Poetica Neosoliensis, łączącego poezję z innymi sztukami. Wydał 5 książek poetyckich, 2 zbiory wierszy dla dzieci, aforyzmy i opowiadania. Pisze teksty piosenek. Nagradzany w licznych konkursach.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko