Krystyna Habrat – KSIĄŻKI, DO KTÓRYCH SIĘ POWRACA

0
487

  Ktoś  w Internecie zapytał: Czy macie takie książki do których wracacie?

Szybko napisałam: Ciągle wracam do Conrada, Czechowa, Bunina. Niektóre czytam od nowa, np Prousta. T. Manna, Dąbrowską i innych.

   Kiedy pytająca skwitowała to z wyższością jednym słowem: “Klasyka.”, ja jak grzeczna dziewczynka, wywołana w szkole do odpowiedzi, dodałam:

  Podczytuję też fragmentami różne książki, które stoją w domowym księgozbiorze, a tu już trudno wymienić, Np: “Dzieci kapitana Granta” (ulubiona w dzieciństwie); “Eugeniusz Oniegin” (ulubiona w liceum); “Anna i jej rodzina” (zapomnianej czeskiej autorki: Marii Szpetowej), opowiadania Maupassanta (szczególnie “Panna Perełka”) itd. A od kilku dni czekają na stoliku opowiadania Irwina Shawa “Poszukiwania na ulicach miasta”. Ta ostatnia choćby przez sentyment, bo jak zaliczyłam I rok studiów, tato zapytał, co mi kupić i powiedziałam, że książkę na pamiątkę. Poszliśmy więc do księgarni i tę wybrałam (580 stron) i chyba jeszcze coś. Każda z moich ulubionych książek wiąże się z jakimś miłym przeżyciem, z emocjami i takie się pamięta i do nich wraca. Mogłabym o tym dużo.

   W tym momencie usunęłam mój fejsbukowy  komentarz,  uznawszy, że chyba mam temat na felieton do Pisarzy.pl. Przecież znalazłam się w swoim żywiole, bo o książkach, mogę mówić i mówić, i mówić. Niekoniecznie o tych, które są w porządnym spisie podręcznika polonisty.

  Mój spis jest  inny. Ja nie muszę obdarzać miłością wszystkich  książek, które się powinno traktować zgodnie z oceną autorytetów, a mogę lubić też  takie, jakich autorytet nie czytał. Pamiętam moje zaskoczenie, gdy wyjawiłam moje wątpliwości wobec “Duszy zaczarowanej” Rollanda, a znawca przyznał, że jej nie zna, bo nie  jest w stanie przeczytać wszystkiego. Niby to oczywiste – myślałam rozczarowana – ale powinien. Ja chciałam czytać wszystko! Dużo później nauczyłam się odrzucać coś, co podoba się wszystkim, a mnie nie. Chociaż przeoczyłam jedno, odrzucałam od zawsze płaczliwe, pozytywistyczne nowele i powieści, jak: “Antek”, “Anielka”, “Kamizelka”, “Jaś nie doczekał”, “W piwnicznej izbie”, “Placówka”, “Janko muzykant”, “Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela”. Autorzy tych utworów chcieli wzbudzać litość poprzez pokazywanie cierpień dzieci i śmierci. Dorzucę tu jeszcze “Między niebem a morzem” szwedzkiej pisarki Birgitty Trotzig. Trudno,  

  Przed laty znany krytyk literacki, o ile pamiętam to Artur Sandauer,   przyznał, że czyta tylko te książki, które ktoś zaufany określi jako dobre. Sam nie szuka, bo szkoda mu czasu. Wtedy dziennikarka zapytała go o jakiś  tytuł i on przyznał, że nie czytał. Zatriumfowała,  oceniając jego metodę doboru lektur, jako nietrafioną.  Odparł, że wprost przeciwnie, bo właśnie  się od niej dowiedział, iż ta pozycja  jest godna przeczytania i po nią sięgnie.

  Ja stosuję chyba podobną metodę poszukiwania książek. Wybieram najczęściej te,  które ktoś, kogo mam za autorytet, ocenił jako dobre. Ale  nieraz się przekonuję, iż autorytet nie zna wszystkiego. Umykają mu też perełki.

  Każdy chyba zagorzały czytelnik ma takie ukryte perełki. Czasem o nich nawet nie piśnie, bo cóż by krytyk na to? Albo inny czytelnik,  wierzący tylko autorytetom?

  Ale ja nie piszę podręcznika literatury, nie staję do egzaminu na Polonistyce, ani nawet do matury z języka polskiego. Nie muszę więc powtarzać utartych opinii. Nie muszę mówić, dlaczego w większości cenię te uznane za arcydzieła, bo wszyscy to wiedzą. Za to  chętnie opowiadam o moich ulubionych książkach z półki domowej,  za mało czasem znanych.

  Jak się  u mnie znalazły? Obok klasyki stawiam tu takie, które lubię z najprzeróżniejszych względów.  Ot choćby tak: usłyszałam raz w radio o książce “Paryskie ABC”,  że pośród wielu ciekawych informacji, jest też  o Edith Piaf, a ja już wtedy przepadałam za nią, a szczególnie jej piosenką “Milord”. I tak, nie dbając o zasób mej studenckiej portmonetki,   kupiłam tę, a potem po kolei wszystkie książki z tej serii. Wreszcie podobne serie i dlatego na pierwszą wymarzoną podróż zagraniczną wybrałam Paryż,  Vaduz, Innsbruck, Bazyleę, Wenecję… potem dalsze stolice, ciekawe miasta, zabytki, piękno przyrody. A wraz z  naocznym poznawaniem Europy rosła kolekcja książek i albumów o tych miejscach i kolejnych do zobaczenia.

  Teraz przyznam, że mam słabość do książek, jakie, ledwo nauczywszy się czytać, podczytywałam w skrytości dorosłym. Na pewno mama by mi nie pozwoliła już wtedy czytać Maupassanta, a ja tak zdobyłam wiedzę o istnieniu gdzieś daleko i , jak mi się zdawało, w odległej przeszłości, brudnego świata. Ale jedną z nowel tegoż autora dotąd lubię. To “Panna Perełka” – o dziewczynce podrzuconej w noc Trzech Króli pod  bramę dworu bogatych Anglików. Dotąd tę książkę 6 stycznia podczytuję i się wzruszam.

  Inne książki “dorosłe” mego dzieciństwa to wciągające tajemniczością i czymś niecodziennym:

 Np. “Kacper Hauser”  autorstwa Jakoba Wassermanna, z 1928 roku, już bez okładki,  opowiada o znanym historycznie młodzieńcu, który 100 lat wcześniej, w 1828 roku, nie wiadomo skąd pojawił się nagle na ulicach Norymbergii i nie umiał mówić, ani zachowywać się po ludzku. To intrygujące wydarzenie z nigdy niewyjaśnionym zakończeniem, ani początkiem, znalazło się nawet w podręcznikach psychologii jako temat znaczenia uspołecznienia dla prawidłowego rozwoju człowieka.

  Inna książka, też z 1928 r., oprawiona w czerwone płótno, pt “Kobieta o aksamitnym naszyjniku”-  napisana przez  Aleksandra Dumasa – ojca,  oprócz tytułowej  powieści zawiera drugą pt “Paulina”.  Pierwsza intryguje znanymi wydarzeniami z Wielkiej Rewolucji Francuskiej z gilotyną w roli wyroczni losu. Widać w niej pewne podobieństwa treściowe do “Wiosennych wód” Turgieniewa.  W drugiej są ruiny zamku, porwanie, zbójcy, trucizna, miłość i śmierć. Coś niesamowitego.

  Na pewno takie książki “nie dla dzieci” a czytane we wczesnym dzieciństwie, wywarły na mnie jakieś piętno, a jakie? nie będę tu rozstrzygać. Co ciekawe, później, w odpowiednim do tego wieku,  do podobnych książek nie wracałam oprócz “Hrabiego Monte Christo”, co też pod koniec  ostatniego tomu już mnie znudziło. No, bo zabrakło autorowi inwencji do opisania, jak ma wyglądać w szczegółach szczęśliwe życie, gdy już bohater osiągnął bogactwo, miłość i pomścił kogo trzeba. A mnie w wieku 15-16 lat  szczególnie to interesowało: jak wygląda szczęście? To niezwykłe? Nie to dostępne każdemu, przeplatane zmartwieniami.

  Wcześniej w wieku lat 9-ciu przeczytałam “Anię z Zielonego Wzgórza” i ta najbardziej wpłynęła na moją osobowość. Mam nadzieję, że nigdy nie zatraciłam czerpanego z tej książki pozytywnego spojrzenia na ludzi i świat, z nastawieniem na szukanie wszędzie dobra i piękna. Jestem przekonana, że kobieta, która w dzieciństwie pokochała tę właśnie książkę, jest inna, lepsza i umiejąca pięknie żyć, niż inna kobieta, której tej książki nikt nie podsunął.

  U mnie później był Conrad, Hemingway, Czechow i inni. No tak, klasyka!  A dlaczego one?

 Mnie, wychowaną wśród sosen i w  prostych liniach, modernistycznej architektury Stalowej Woli, Conrad pociągał swą egzotyką oraz prawdą moralną. A zakochałam się w pierwszej jego powieści “Szaleństwo Almayera” z  egzotyczną przyrodą  i ludźmi o innych problemach niż ci z naszych lektur szkolnych. Dotąd czytam w kółko wszystkie jego 27 tomów. Nawet  uważam, że rok bez jego książki jest jakoś niepełny i czeka już na ponowne czytanie kolejny tom. Tym razem: “Zwierciadło morza”.

  A Czechow? U niego  wciągnęło mnie  piękno zwykłości. Zwyczajni ludzie, codzienne drobiazgi, nic się niby nie wydarza, a on tworzy z tego coś niezwykłego. I banalne zdanie prostego człowieka: “Dlaczego ludzie nie dają żyć jeden drugiemu?” –  wyraża tak wiele.  Właściwie wszystko.

   Tak więc moje ulubione książki to najczęściej pozycje skojarzone z czymś w sposób niezwykły albo otrzymane w prezencie od kogoś bliskiego.

  Przed laty w końcu listopada długo wyglądałam w wieczorną ciemność za oknem, bo mój kilkuletni syn długo nie wracał po zajęciach pozalekcyjnych, a tu jeszcze wiatr się zerwał.  Wreszcie się pojawił, zmarznięty, z wykrzywionym od wiatru bukietem i książką na moje akurat urodziny. Kupił je po drodze ze swych oszczędności. Zabrakło mu trochę pieniędzy, gdy w kwiaciarni wybrał wiązankę zbyt okazałą, ale stojąca obok pani mu dołożyła. I jak tu potem nie lubić właśnie takiej książki?!  Młodszy postępował   podobnie. Dostawałam też książki od męża i rodziców. I znajomych, i nie tylko. Dlatego czytam znowu różne opowiadania z tomu Irvina Shawa “Poszukiwania na ulicach miasta”. Teraz lepiej doceniam kunszt tego pisarza. Czy gdzieś w podświadomości miałam tytuł  pierwszego  z tego tomu opowiadania “Dziewczyny w letnich sukienkach”, gdy niedawno po latach wymyślałam tytuł dla swojego: “Dziewczyna pląsająca w jednym pantofelku”, jaki nadał tytuł całemu tomowi moich opowiadań?  Chyba nie. Ale artystka, robiąca okładkę dla tej książki, narysowała akurat coś podobnego, jakby czytała w moich myślach:  zgrabną blondynkę w letniej sukience z książkami pod pachą. Tak wtedy wszystkie biegałyśmy na wykłady. I kwiatki wkoło, jak nasze wtedy myśli. To był inny świat. Ale, jak się dowiaduję, w moim pokoleniu przetrwał. A wyjątków nie znałam. Są gdzieś daleko.

  Zawsze lubię dostawać książki. Ja nigdy bym nie napisała w internecie, że autorzy przysyłają mi tyle swoich książek, iż je bez czytania oddaję do antykwariatu. Chociaż   gdybym pełniła funkcję krytyka, ważnego redaktora, to byłam pewnie inna. Ważna i bezceremonialna. Tylko wtedy musiałoby mi się podobać wszystko według jakiegoś klucza, zgodnie z teorią. Tak, jak wszyscy mówią. Tymczasem ja mogę sobie kaprysić.

  Na tym zakończę zanim to moje pisanie przestanie mi się podobać. To często się zdarza, gdy piszę coś zbyt długo, bo robię przerwy, poprawiam. Dziś mnie od komputera odrywa rodzina. W dodatku syn przywiózł mi nowe książki. Jedna o Przekroju. Podczytuję więc ją tu i ówdzie, zanim zacznę po kolei i od początku. Obawiam się, że  ten felieton już naprawdę przestanie mi się podobać, gdy znowu wejdę w klimaty przekrojowego  dowcipu, skrótu i podtekstu. Więc kończę, choć tematu nie wyczerpałam. Ale tak możnaby bez końca.

Krystyna Habrat.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko