Andrzej Walter – Gdzie znikają poeci?

0
563


   Nagle powiało na mnie chłodem. Tylu poetów już przecież gdzieś zniknęło…

   Ja jeszcze żyję, choć widzę wyraźnie, że świat zredukował mnie do przypadku ledwie zwyczajnego, do przypadku bardzo trywialnego, żeby nie powiedzieć utylitarnego, do przypadku skończonego, przypadku, któremu na imię, a jakże – człowiek współczesny – obojętny i mało istotny tryb w tej pędzącej na oślep maszynie zdziwaczenia.

   Powiało też na mnie chłodem, kiedy zetknąłem się z tym tomem. Był to jednak w odróżnieniu od wcześniej przywołanego chłodu – chłód jakże ożywczy. Tom ten jest bowiem: przeogromny, wyciszony, stonowany i w wymowie swej jakże przepiękny.

   Chodzi mi tu o najnowszy tom poezji Urszuli Kozioł pod znamiennym tytułem „Znikopis”. Już sam tytuł przywołał we mnie wspomnienie  dzieciństwa, kiedy naszą fascynację wzbudzał przedziwny szary, niepozorny przyrząd, po powierzchni którego można było specjalnym rysikiem pisać albo malować, a potem ruszając odpowiednim suwakiem wymazywać całkowicie naszkicowane znaki oraz zapisane doraźnie słowa. Słowem… – znikopis. Tekst pojawiał się i znikał, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tyle, że (my, dzieci końca wieku, tamtego dojmującego, krwawego wieku) doskonale przecież wiedzieliśmy, że nie ma tam już żadnych czarów, żadnej „różdżki”, a sam przyrządzik to po prostu zwyczajna zabawka…

   Jakże wiele się dziś, od tamtego czasu zmieniło. I jakże niewiele zarazem.

   Znikopis przestał już zadziwiać. Pojawianie się, a w zasadzie „pojawianie i znikanie” na przykład w sieci internetowej – ot tak, na życzenie, weszło jak gdyby do kategorii realizacji potrzeb, podstawowej cechy społeczeństw wirtualnych, czy może nazwijmy je dla pełniejszego obrazu społeczeństwami cyfrowymi.

   Jednak czy tylko, albo i w ogóle, o to chodzi Urszuli Kozioł, poetce z innego przecież świata w swoim życiowym manifeście, albo też życiowym credo wraz z arcyważnym prze-życiowym rozrachunkiem, który zdecydowała się przewrotnie zatytułować słowem „Znikopis”, być może dla najmłodszych dziś mało zrozumiałym?

   Ten świat właściwie każe nam zniknąć. Właśnie nam, nam: poetom, wszelkim wrażliwcom, ludziom niedostoswanym do wymogów postnowoczesności, ludziom brzydko pachnącym wątpliwościami, skrupułami czy choćby, o zgrozo – miłością. To przecież taki sztuczny, policzalny i prozaiczny postświat, ze swoimi postprawdami, w sposób zrelatywizowany generalnie postponuje nasze jestestwo i nasze człowieczeństwo.

   Ale, ale, kochani, nie odbiegajmy od znikania… może to w ogóle nie o tym. O czym jest zatem ten znakomity nowy tom Urszuli Kozioł? Wydawca okazał się bardzo powściągliwy, a jednocześnie nieco rubasznie barokowy w swoim przedziwnym i zarazem bardzo współczesnym stylu marketingu i tak zapowiedział tom Pani Kozioł:

   „Znikopis”, najnowszy tom wierszy Urszuli Kozioł, jest kontynuacją i dopełnieniem wydanych w 2016 roku Ucieczek. Poetka znów zadziwia mistrzostwem, łącząc w spójną całość wiersze o skrajnie różnorodnych formach – od urzekających, pozornie naiwnych „piosnek”, po zgliszcza rozdartych fraz, i bogatej tematyce – od podszytych felietonowym sarkazmem obserwacji społecznych, po rozdzierające wołanie skierowane w zaświaty.

   Zadziwiające jest to, że przy całym dramatyzmie poetka potrafi bawić się formą, nie stroni od lirycznego żartu i kokieterii, igra tematem ostatecznym jakby przymierzała kostiumy, próbowała ról.

   Rozczuliły mnie zwłaszcza „zgliszcza rozdartych fraz” oraz „igranie tematem ostatecznym”. Poigrajmy zatem wspólnie, może dowiemy się też przy okazji … gdzie odchodzą poeci.

   Urszula Kozioł opublikowała tom znakomity. Większy niż słowa go opisujące. Opublikowała tom przejmujący, do bólu prawdziwy, szczery i nie bawiący się w żadne konwenanse. Jej „rozdarte” frazy są po prostu zapisem żegnania się z tym światem, stanem tak uciążliwie wypieranym przez współczesność, stanem chowanym czy zamiatanym jak kto woli pod dywan, stanem niemile na salonach widzianym. Jej „igranie” tematem ostatecznym jest najzwyczajniej w świecie udaną próbą zapisania rozterek i dylematów tego wypieranego z przestrzeni żyjących człowieka na pograniczu przywitania się z wiecznością, którą również przeniesiono w zaświaty albo ostatecznie już wyszydzono. To napisana zwyczajnym, przystępnym językiem, acz, nie okłamujmy się – pełnym świetnych metafor – próba uzmysłowienia czytelnikowi jego dzisiejszej nędzy, rozpaczy i stanu, jakże żałosnego, jego wątłości wobec tak skrzętnie wypieranej ze świadomości owej świetlanej rzeczywistości z nowoczesnością na czele. Urszula Kozioł przemówiła łagodnie, spokojnie, ale nad wyraz stanowczo. Od samego początku zaczepia nas zdecydowanie:

wierzę w rzeczy niewidzialne / wierzę w niewypowiedziane słowa / (…) wierzę w krzyk milczenia / (…) / wierzę w nieistniejące, że przywołamy tu te zdecydowane deklaracje poetki.

   Słowem Kozioł wierzy we wszystko to, w co współcześni już raczej nie wierzą. Oni, nasi nieocenieni współcześni nam, nowi wspaniali ludzie, wierzą przecież bezdyskusyjnie w Googla, w New York Times’a, w Facebooka i w dobrze wypieczony popcorn w multipleksie. Wierzą w telewizyjny obrazek i w komputerowy skrót, w rozplotkowane dziennikarstwo, w siłę naukowego dowodzenia, w balonik na cmentarzu… w obrazek na ekranie. W hasła propagandowe i coraz doskonalsze znieczulacze codzienności. Wierzą w dziurę ozonową, w Halloween, w paskudny smog i w ekoświra przypiętęgo do drzewa. Wierzą w zasadzie we wszystko … i, tak naprawdę nie wierzą zarazem w nic. A najbardziej dziś oni wszyscy wierzą w siebie. Tak tak, to ja, tam w lustrze to niestety ja, ten sam… że zacytuję już klasyka, przedwcześnie dokądś odeszłego od nas poety pieśniarza Grzegorza Ciechowskiego, który już przecież wie jak tam jest. Jeśli jest gdziekolwiek to nasze wytęsknione „Tam”…

   „Znikopis” jest ostry jak brzytwa, jak musztarda rosyjska i chilli z pepperoni razem wzięte do potęgi nawiasu, ale i nawiasem mówiąc jest to poezja jednocześnie bardzo zamyślona, liryczna i czuła. Żartowałem. Wulgarnie, dosadnie i sarkastycznie. To i owszem, sarkazm, wyrafinowane szyderstwo, prowokacja, ale jakaż to prowokacja, literacko prawie doskonała i … doprawdy, z najwyższej półki. Spójrzmy na wiersz


„Z przeinaczeń”

Piszę grochem o ścianę nie czytają
piszę głosem wołającego na puszczy nie słuchają
piszę palcem na wodzie nawet nie spojrzą
nie otwierają ust nie mrugną okiem

zakutani w te swoje kable jak kneble
w sznurki troki wtyczki do uszu do
podnoszenia brwi do breloczka tabletu smartfona
patrząc nie widzą słuchając nie słyszą
oprzyrządowanie od stóp do głów że mucha nie siada
przywarci do swych migających palców
do szklistych bezosobowych ekranów
guzików
klawiszy
wykonują dyktowane im polecenia
włącz
wyłącz
przełącz
attention
ten guzik przywraca do życia
z tamtym drugim umierasz
zalani radio-falą od
człowieczają się moszcząc plac namiastce człowieka
sztucznej inteligencji
a niektórzy już mają wykute na blachę
jak być jak stać się wycywilizowanym do połysku

robotem

   I po tym jakże zbuntowanym, wyrazistym wierszu Pani Urszuli, legendy już polskiej poezji współczesnej otrzymujemy po kilku stronach liryczny, przejmujący mega wiersz (par excellence)

Nagle powiało na mnie chłodem

wiersz – dodam od siebie, który wszedł bardzo głęboko w moją zatrutą przecież jaźń i tkwi tam bezczelnie do dziś jako jeden z najpiękniejszych wierszy, które dane mi było czytać (ba i mocno przeżyć) w tym swoim nędznym przecież z perspektyw tych nowoczesnych życiu…

Nagle powiało na mnie chłodem

Kto przeprowadzi mnie przez lód i nocą ujmie mnie za rękę
kiedy się własnych snów przelęknę
i kto mi szklankę wody poda

kto przeprowadzi mnie przez lód
na drugą
ciemną stronę świata
gdzie oblodzone stopnie
stromo
donikąd wiodą mnie
przez pustkę
wrogą i myślą mym
i ustom
tę co na słowa i na ciało
właśnie zaciąga czarny całun

kto przeprowadzi mnie przez lód
i kto położy na powieki
obydwu oczu dwie monety
by udawały szale wagi
choć nie są w stanie nic wyważyć
i są jak oba oczy
ślepe

kto przeprowadzi mnie przez lód

a jeśli jest nim jakaś kra
która zatraca się w odmętach
ta postać tam to już nie ja
a słowo ledwo widmem słowa
i już je sobie upodobał
jak łzę zeszkloną
    sopel lodu Nagle powiało na mnie chłodem.


(…)

   Gdzie, kochani, znikają poeci?

Umierają? Jak to się mówi „odchodzą”? Przechodzą na drugą stronę tęczy? Czy tak po prostu, znikają jak znaki w znikopisie? Jak szara rysa z dziecięcej zabawki sprzed pół wieku, jak znikają sny i jak znikają krople deszczu?

   Dokąd idą, z kim idą, z czym idą i kto tam na nich czeka? Bo tutaj już nikt na nich nie czeka. Są kłopotem, problemem, brzęczącą muchą, insektem, namolnym żebrakiem u bram osła – posła, burmistrza, prezydenta, wojewody, ba, nawet Pani derektorki szkoły tej czy owej albo innej, albo i innej, podrzędnej biblioteki… w Pipidowie Głuchym. Przychodzi taki poeta i co? Pies z kulawą nogą na niego przecież nie przyjdzie, a młodzież będzie ziewać gastronomicznie i przeogromnie, aż im ta śmierdząca mucha wpadnie i zatruje ich jak ten straszliwy smog, och przepraszam, albo jak  ten smok, może i Wawelski … któż to dziś rozróżni?

   Tak kochani, jakże nisko dziś upadliśmy. Do najniższej, najmniej potrzebnej i właściwie całkowicie zbędnej warstwy społecznej. Pomimo kiczowatego czytania Wyspiańskiego przez pana Prezydenta, pomimo Szymborskich, Miłoszy i nawet Tokarczuk poeta to dziś wyjątkowy dziwoląg, obrzydliwa efemeryda, zjawisko z całkiem innej planety. Spójrzmy prawdzie w oczy. A prawda ta jest jak bazyliszek, uśmierci nas po raz wtóry… Tym razem skutecznie.

   Czy jest zatem „Znikopis” manifestem nas wszystkich – wierszokletów współcześnie egzystujących na tym łez padole? Nie sądzę. To zapis jakże osobisty, gorzki i wytrawny, a poprzez to jakże prawdziwy i jakiż piękny. W moim odczuciu to kwintesencja współczesnej polskiej poezji, jej dumy, jej wiary i wreszcie jej miłości – do słów, do prawdy, do wartości, do poszukiwań. Takich jakie toczą, toczyli i toczyć będą wciąż wszyscy poeci wszystkich czasów i pod każdą szerokością czy długością geograficzną. I nie zabije tego żadna naukowość, policzalność, ani żaden utylitaryzm czy oświecony społecznie troglodyta.

   Tyle, że na co dzień, właściwie wszędzie spotyka nas to przepotworne schamienie, zblazowanie i zbłąkanie społeczne. Wyrażone nawet przez warstwy zdawałoby się powołane do podtrzymania na duchu jako podstawy przetrwania kultury w naszym kraju – polskiej poezji właśnie… bo przecież z polskiej poezji wyrośliśmy jako byt, twór, naród. Pierwszym polskim tekstem jest, jeśli można tu nieskromnie przypomnieć „Bogurodzica”, ech, po cóż i do kogo ja to piszę… Pora umierać. Umierać naprawdę i w przenośni.

   Jakaś wieczność? Jakaś duchowość? Jakaś głębia – ba, poezja? A na co to komu?

Nagle powiało na mnie chłodem.

   Powiedzcie mi, proszę, gdzie znikają poeci?

Andrzej Walter

Urszula Kozioł „Znikopis”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019. Okładka miękka, stron 64, ISBN 978-83-08-06881-6

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko