Jan Stanisław Smalewski – wiersze

0
244
Jan Stanisław Smalewski


Pytania

Mam dziesięć lat,
chodzę do szkoły
i uczę się historii,
ale…
Nie wiem jeszcze, kim był Anders
i dlaczego mój wujek
Janek Wasilewski
mu służył? – Samo służenie
kojarzy się dziwnie.
Czyżby był królem?
To dlaczego swojego sługę
zostawił w Anglii?
Dlaczego nie można do niego
pisać listów?
Kto zabrania mojej matce
pisać do brata?
Skoro moja matka jest wolną kobietą
i ojciec jest wolnym mężczyzną,
to dlaczego…
mnie nie wolno napisać listu do wujka?
Czy on dalej pozostaje
niewolnikiem?
A… czy stryj Franciszek,
który podczas wojny służył
u generała Maczka,
też był czyimś sługą?
Ojciec żartował, że tak,
był sługą armaty,
rozpierdzielił nią kilka niemieckich czołgów,
a w bitwie pod Monte Casino
razem ze swoimi żołnierzami
wtoczył ją pod sam klasztor.
Dostał Virtuti od obcego rządu.
Nasz rząd nie uznaje
tego bohaterstwa.
Czy dlatego, że stryjek rozpierdzielił wroga,
czy może wtoczył za wysoko armatę?
Nie rozumiem…
żeby zarówno z jednego jak i drugiego powodu
nie pozwolić mu wrócić do Polski;
żeby musiał jako dekarz naprawiać dachy
farmerom w Kanadzie.
Nie mogę pojąć
dlaczego
nie wolno napisać do niego listu?
Dlaczego mam o tym nie mówić kolegom?
– Broń Boże, nikomu nie wolno,
a już w ogóle w szkole, bo…?
– Dlaczego mamo, dlaczego tato?
Nie, nie chcę,
żeby nas stąd wyrzucono
i żebym musiał służyć
jakiemuś Andersowi,
albo wciągać armaty na obce wzgórza.
Będę milczał.


Miłość

Naucz mnie kochać ojcze, matko.
Poeto, któryś jest mi bratem,
bądź nauczycielem moim, mistrzem.
Noś się prawdziwie, wypowiadaj sprawnie,
śpiewaj najpiękniej, jak możliwe.

Od czego zacznie się ta scena,
kiedy kurtyna pójdzie w górę?
Od czerstwej kromki wiejskiego chleba
Od słów pacierza “Ojcze któryś w niebie”,
po “Z prochu powstałeś,
w proch się obrócisz” po pogrzebie.

Kocham cię ziemio, boś mi matką.
Matką wciąż jesteś Ojczyzno moja.
Matka to słowo z wszystkich wzięte
w słownik słów świętych;
zrozumiałych i pojętych,
jak ta, która mnie urodziła.

Kocham cię, ojcze. Boś jest twardy.
Bo twoje silne, męskie ramie, będzie mnie wieść
przez bagna, brody, łąki i pola rozorane.
Bo ty nauczysz mnie męskości,
której ja dziecko nie mam w sobie.

Ty mnie nauczysz, że przed burzą
nie święty obraz chroni,
lecz pracowity drugi człowiek.
Ty mi grot strzały włożysz w drzewce,
nauczysz pokarm dawać innym
i wiele innych rzeczy jeszcze
nauczysz mnie, bo też mnie kochasz 
jako siebie.


Zaduszki

W zaduszkową noc przyśnił mi się mój ojciec,
Naprawiał drabinę. Rozmawiał z matką.
Matki głos słyszałem,
ale jej obecności nie zaznaczał żaden obraz.
Tylko słowa.

Ojciec był cały, we śnie, w obrazie,
przy drabinie, przy pracy.
Przybijał gwoździe, przycinał deski
i naprawiał drabinę.

Widziałem tę drabinę, była z życia,
z prawdy, cała w drewnie,
wyglądała jak ciągnący się pas D N A,
który łączył mnie z ojcem.
Poprzez prawdę, pracę, poprzez sen.

Ojciec naprawiał drabinę,
jakby chciał połączyć mnie
ze swoim snem, swoim życiem.
Życie mojego ojca to już sen. Tylko sen.

Tej zaduszkowej nocy
połączyła mnie z nim drabina snu,
po której zszedłem do ojca,
by z nim razem pracować.
By naprawić drabinę,
która nas łączyła w sadzie,
gdy zrywaliśmy jabłka i inne owoce życia.

Z tej drabiny zrywaliśmy nasze życie.
Sen o życiu mojego ojca
podtrzymuje jeszcze tylko
ta zepsuta drabina.

W Zaduszkową noc
przybijałem oderwane,
ale wciąż łączące nas ogniwa
wspólnego D N A śmierci z życiem,
życia ze snem.


Barwy

Barw było wiele, wśród nich zieleń – najsurowsza, zawsze zdrowa.
I najchłodniejsza z najcieplejszych, dlatego taka kolorowa.
Może w odcieniach równać się z nią jeszcze ta tylko z tych najsroższych,
barwa brązowa, do czerwieni podążająca drogą pleśni.

Barwy młodości, lat najmłodszych, lat które zawsze ze mną były.
Które odeszły, poszły, gdzie dawno iść już miały.
Poszły i więcej nie wróciły. – Tak zapisuję późną wiosnę
i początkowo wczesne lato. Potem mi przyjdzie wszystko zmienić.
Na dwu-kolorowość, na to co białe i co czarne.
Czarne i białe, nic ponadto.

Zapytasz pewnie, a co z szarym? Gdzie się wieczory twoje kryją?
Gdzie chcesz zapisać fiolet nieba, gdzie twoje serce, twoja miłość?
Odpowiem krótko: w tych dwóch barwach inne kolory muszę zmieścić.
Miłość jest biała, serce w czerni. Reszta już tylko w słowie, w pieśni.


Wieża Babel

Przypowieść o Wieży Babel
intrygowała mnie od dziecka.
Wtedy, gdy po raz pierwszy
otworzyłem podręcznik do języka rosyjskiego…
To było w… piątej klasie?

Uczono mnie także języka łacińskiego.
Przydatny był jedynie dla tych,
co wybierali prawo, medycynę, biologię.
Że przemówię kiedyś w języku poezji,
wiedział tylko mój Anioł Stróż.

To On ukrywał się przede mną w Wieży Babel,
a raczej na jej zapleczu.
Do prawdziwego holu z językami świata
wejść mu nie pozwolono.
– Poezja przemawia wszystkimi językami –
podpowiadał mi, gdy zasypiałem.
– Poczytaj Jesienina, Achmatową, zajrzyj do Puszkina…
A znasz już Wergiliusza?…
Ich wierszy uczyłem się na pamięć.

Na ślizowskim poniemieckim cmentarzu
inskrypcje i epitafia nagrobne frasowały mnie
zawsze niewiedzą. Długo, bardzo długo
zastanawiałem się, dlaczego zmarli
ponoszą konsekwencje wojen
wywołanych przez ich wnuków i dzieci?
Nienawiść niszczy nawet cmentarze?


Babcia Cecylia

Jak większość dzieci miałem babcię.
Na własność, jak podwórko i ogródek.
Do przedszkola nie chodziłem.
Latem babcia Cecylia zabierała mnie do siebie.
Opowiadała bajki na dobranoc,
prowadziła za rączkę w niedzielę
do drewnianego kościółka na Idalinie.

Daleko tam było,
pamiętam, trochę mi nóżki się męczyły.
O nóżki babcia nie pytała,
raz tylko powiedziała głośno:
twoje, wnuczku, nóżki
do Bozi teraz cię poniosą.

Zapamiętałem – babcia Cecylia przystawała
– kazała mi odpocząć w drodze,
o serduszko moje się martwiła.
Po latach teraz myślę sobie,
że moje za młode, jej za stare,
były te trudy o łaski Boże.

Babcia, jak na początku każdej bajki,
tak “dawno, dawno temu…”, odeszła w niebyt,
wnuczka samego zostawiła,
nie kończąc gorącej modlitwy,
by został księdzem.
Odeszła, nie dopilnowała drogi.
Nie wiem, dlaczego tak się pośpieszyła.


Pamięć

Moja pamięć jest jak długa ciąża.
Domyślam się jej początku.
Jej zawiązek to moje De eN A.
Wszystko poza nim jest opowiadaniem o pamięci.
O niedonoszonej ciąży pamięci innych,
o poronieniach i krwawych porodach tych obok,
z tyłu, z boku, poza mną, daleko od nas.

Nasza pamięć jest wciąż dojrzewającą ciążą bytu,
który został w nas spłodzony i albo już narodzony,
albo wciąż jeszcze noszony pod sercem,
by w odpowiednim czasie mógł się urodzić.

Opowiadanie o pamięci, to opowiadanie o nas,
o życiu, o śmierci.
Poza życiem i śmiercią nasza pamięć
jest niedonoszonym płodem.
Ten niedonoszony płód w postaci De eN A
to cały Wszechświat.


Jesień

Listopad, wieczór ciemny i ptaki gdzieś się zapodziały.
Już chłodem parzy, wiatrem smutku wieje.
W spadłych liści gęstwie łatwo jest zgubić ślad swój,
a droga do podróży wcale ni się uśmiecha, ni też rwie się.

Wszystko takie dziś rozmyte, jakby już nic się nie miało zdarzyć,
ale ja wiem, że to ta chwila, by resztę ciepła z domu zabrać,
by się przy piecu jeszcze ogrzać, na kuchennej blasze coś upitrasić.

To jest ten moment, w którym trzeba przysiąść na krześle przed podróżą
i spojrzeć w smutne oczy matki, która jest jeszcze, choć jej nie ma.

Gonię te ciepłe chwile wspomnień, chwytam ich strzępy w chłodne dłonie,
w słowach zamykam jeszcze świeżych, choć gaśnie we mnie serca płomień.
Wygasa żar, co tlił się wiosną, co przez gorące noce letnie
kazał mi kochać tylko jedno. Jedno, jedyne – wsi wspomnienie.


Muchy

Latem co kilka dni matka wypowiadała wojnę muchom.
Ciepło i zapachy płynące z kuchni zachęcały owady
do natrętnego udziału w życiu matki.
Zapamiętałem ten obraz wojny na zawsze.
 
Ojciec zatrzymywał mnie przed progiem –
matka urządziła w kuchni krematorium.
Znałem to pojęcie – dziadek Józef mi opowiadał
jak podczas wojny Niemcy w obozach zagłady
w krematoriach gazowali i palili ludzi.
W krematoriach ludzie padali jak muchy.

Specjalną pompką z dozownikiem na azotox
matka wprowadzała chmurę gazu
a potem na godzinę zamykała drzwi.
Wystarczyło później przewietrzyć pomieszczenie
i pozmiatać owadzie truchła.
Muchy padały, jak… ludzie w krematorium?


Przeszłość

Remont naszego starego domu wymagał
niepoetyckiego podejścia do staroci.
Usunięcia starej sieni,
likwidacji chlebowego pieca i przypiecka
oddającego ciepło dla sypialnego pokoju.

Poetyckie podejście do starości to zaśpiew
z ludowego śpiewnika, gdy tymczasem nowoczesność
bije po oczach, zwłaszcza nas liryków
z sentymentem odnoszących się do przeszłości.
– Nie przemijaj. Przynajmniej nie niszcz za sobą mostów,
po których mógłbym w razie czego uciec w dzieciństwo.

Nie burz bram, schodów, skansenów,
w których skryły się duchy przeszłości,
po których można by wspinać się do nieba,
schodzić do głębin, pić z najczystszych źródeł
rodowych studni. Ech, marzenie…

Marzenie starej, posiwiałej głowy.
Przeszłość to nie wiązadło starości z przyszłością.
To jedynie pomost, po którym można przejść,
z którego jednorazowo można skorzystać,
jak podanie ręki ze strony matki, lub ojca.

Podaliśmy ci dłoń, abyś nie błądził,
abyś łatwiej mógł przejść przez podmokły teren,
nie poślizgnął się na śliskiej powierzchni,
nie upadł, kiedy upadają inni.

Pozwól mi na chwilę śmieszności starca
wobec pięknej, młodej kobiety, jaką była młodość.
Pozwól na tę jedną, jedyną chwilę śmieszności
wobec ciebie, który nie piłeś wody z wiejskiej studni,
nie jadłeś chleba z mojego domowego pieca,
nie ogrzewałeś się ciepłem chlebowego przypiecka,
nie kochałeś się na nim.

Nie wystawiałeś na noc do chłodnej sieni mleka, ani gorzałki,
a w znajdującej się tam wędzarce nie odcinałeś z pęta kiełbas
tego jednego, jedynego sznyta dla siebie. Wędzonki
pachnącej, jak nic już nigdy w twoim życiu nie zapachnie.
Oprócz wspomnienia dzieciństwa.


Jeszcze jeden kadr z życia

Z życia zdjęte, jak z wieszaka.
Jak się jagodę zdejmuje z gałązki.
Jakąś szmatę z płotu, z oczu bielmo.
Zdjęte z krzyża, po podaniu z mirrą octu.

Leżał wrak niemieckiego samolotu na jego polu.
Długo leżał. A pole czyje?
Wyjął więc części z radiostacji, zrobił radio na kryształek,
wykorzystał nawiniętą na szpulę z drutem opornicę.

Zamiast podziwu, że to działa – słuchawki też
z niemieckiego spitfajera – dotknęła go zawiść
jakiegoś sukinsyna. Doniósł do Urzędu Bezpieczeństwa,
że mój ojciec słucha radia Wolnej Europy

Tak z patrioty ciekawego świata i prawdy
zrobiono z niego zdrajcę… socjalistycznej Ojczyzny.
Radio mu rozbili, połamali żebra.
Strach w nim zasiali na długie lata.

Jakim że zdrajcą może być wieśniak
niepiśmienny?
Jakim parawanem dla wygody
stanie się zdjęta z życia prawda?


Kolory

Białe i czarne, czarne i białe.
Kiedy przywołujemy te dwa kolory,
nasz świat cofa się do minionej epoki, 
do czasów zdjęć i filmów analogowych.
Do przeszłości, która wydawałoby się
nic wspólnego z kolorową przyszłością
obiecywaną nam przez rodziców, nie ma.

A może się mylę? Jest tak kolorowo
– w miastach, na wsi, w przybytkach kultury, sklepach.
Fruwamy jak kolibry pośród sztucznych kwiatów…
Mamią nas projektanci, architekci stylu,
głosy z mediów – Bogowie Mód Wszelakich.

Zmieniamy samochody, mieszkania, ogrody.
Nawet kariery: społeczne, naukowe, czy też polityczne.
I tylko jedno się nie zmienia.
Nasze ludzkie, codzienne przywary:
Zawiść, podłość, gnuśność, zbyt łatwe ocenianie innych.

Prócz upodobań przywierających do nas
jak rzepy do psiego ogona,
przypisujemy sobie zalety niesłusznie należne…
I traktujemy wszystko analogowo.
Czerń – biel. Zło – dobro. Bez różnicowania
otaczających nas wokół barw.

Bez szukania cieni, postrzegania szarości
i wschodzącej na nieboskłon tęczy.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko