Adam Komorowski – Ta nasza młodość 68

1
513

Gdyby nie było nas tak wielu świat zapewne wyglądałby inaczej. Powojenny boom demograficzny w połączeniu z postępem medycyny, spadkiem śmiertelności niemowląt sprawił, że nagle zaczęło brakować dla nas, baby boomers, przestrzeni. Z trudem mieściliśmy się w klasach szkolnych, licealnych i salach uniwersyteckich. Tak było USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii, Meksyku, Jugosławii, Włoszech, Czechosłowacji i Polsce. Kraje bogate i biedniejsze, pogrążone w realnym socjalizmie i kapitalizmie okazały się słabo przygotowane na wymrowienie się mas dorastających młodych ludzi, powojennego wyżu demograficznego. W tym zagęszczeniu nieustannie ocieraliśmy się o siebie, byliśmy dla siebie widoczni.
Dorastający w czasach pokoju, wolni od wojennych traum naszych rodziców traktowaliśmy świat jako w zasadzie przyjazny. Mimo “zimnej wojny” jakoś uładzony, domagający się raczej korekt aniżeli rewolucji. Taką podstawową korektą miało być uwzględnienie naszej obecności, wysłuchanie i uznanie, że być może młodość nie jest najwyższą wartością, ale jej rolą nie jest jedynie dopisanie się i asymilacja do zastanego świata. Jako studenci byliśmy tego świata beneficjentami, mieliśmy stypendia i poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie opisał tego długu lepiej aniżeli, urodzony w 1948, Tony Judt w “Pensjonacie pamięci”. Otrzymywaliśmy też niezgorsze wykształcenie w Warszawie, Krakowie, Zagrzebiu, Paryżu, Padwie, Berkeley czy Meksyku. Właściwie poza tym, że studiowaliśmy upchnięci nie było wiele powodów do utyskiwania. W Padwie, Rzymie, Paryżu i Mieście Meksyk zagęszczenie w salach wykładowych było większe aniżeli w Krakowie czy Warszawie.

Świat początków lat 60 zeszłego wieku to okres “małej stabilizacji” po obu stronach Muru Berlińskiego. Wbrew pozorom Rewolucja Kubańska nie wzbudziła entuzjazmu, wśród wchodzącego w życie pokolenia, swoim ideowym antyimperialistycznym, antykapitalistycznym potencjałem. W pierwszych latach nie był on jednoznaczny. Ta rewolucja fascynowała, przede wszystkim, młodością, młodym wiekiem swoich protagonistów. Che Guevara stał się ikoną młodości, która wkroczyła na arenę dziejów. To się musiało nam podobać. To się wszystkim zaczęło podobać, czego najlepszym dowodem było wybranie J.F. Kennedy’ego na prezydenta USA. Che i JFK otwierają drogę, zdejmują z młodości stygmat braku doświadczenia, podporządkowania się nakazowi powstrzymywania się młodych od przejmowania odpowiedzialności za historię, która zdawała się zalegać w rękach ludzi o zmęczonych twarzach De Gaulle’a, Gomułki, Tity, Nowotnego, Chruszczowa czy Diaz Ordaza. Dzięki Che i JFK mogło się wydawać, że świat otworzył się na młodość.

Takim otwarciem się na młodość mogła wydawać się także Rewolucja Kulturalna w Chinach. Młodość, a właściwie prawo do młodości przesłoniło ideologię. To jest powodem dla którego obnoszący się z maską gerontokracji ZSSR nie będzie przywoływany, staje się dla młodych nieatrakcyjny. Kuba tak, Chiny tak, ZSSR nie. Ten źródłowy substrat młodości objawiającej swoją sprawczość zawiesił ideologię, prowadził do mętliku w głowach, chaosu i uznania Mao za jej promotora. Machający “czerwoną książeczką”, skandujący myśli Mao traktowani są jako młodzi wyzwoleni, a nie zniewoleni. Wkraczamy w epokę świata-obrazu, telewizji w której młodość zyskuje uprzywilejowane miejsce, obrazy młodości zaczynają przesłaniać starsze, świat zdaje się być o wiele młodszy niż jest w rzeczywistości. W tym medialnym obrazie wszystko, co nie jest młodością zaczyna być coraz bardziej marginalizowane.

Chuck Berry w autobiografii zwrócił uwagę na pozornie drobną sprawę. Powiązał rozwój swojej kariery muzycznej z rozpowszechnieniem radia tranzystorowego. Jeszcze w latach 50, w amerykańskim domu był jeden odbiornik radiowy. Programu słuchała cała wielopokoleniowa rodzina i do takiej rodziny był on skierowany. W pod koniec tych lat, upowszechniają się tanie odbiorniki tranzystorowe, młodzi ludzie mogą i chcą słuchać innej muzyki aniżeli ich rodzice. W kulturze masowej następuje pierwsze pęknięcie, jej przekaz – w początkowym okresie dotyczy to muzyki – zostaje ukierunkowany pokoleniowo. Młodość ma swoich bardów, jak Joan Baez, Peter Seeger, Bob Dylan czy Chuck Berry. Starsi nadal słuchają Franka Siniatry i Nat King Cole’a. To kulturowe rozwarstwienie pokoleń zaczyna przenikać do kultury elitarnej. Bitnicy, zwłaszcza Allen Ginsberg, kierują swoje poetyckie przesłanie do młodego pokolenia i ono się w nie wsłuchuje. Rolling Stones i The Beatles są tego rozwarstwienia dopełnieniem i zapowiedzią przyszłości, kiedy młodość stanie się logo.

Christopher Hitchens, w swoich wspomnieniach “Hitch 22”, opisuje, jak w latach 60 zajmował się propagowaniem w Oxfordzie “Listu otwartego do partii” Kuronia i Modzelewskiego. To, że był on wówczas dla niego świadectwem żywotności trockistowskich idei jest kwestią drugorzędną. Istotne jest, że był dowodem, że po obu stronach Żelaznej Kurtyny, młodzi ludzie myślą podobnie. Kiedy w 1966 pojawił się w Krakowie (wyrzucony z Pragi) Allen Ginsberg, ci którzy się z nim zetknęli, traktowali go podobnie. “Skowyt” był o nas. Roman Pytel, u którego Allen nocował, przywiózł co prawda, ze stypendium w Jerozolimie “Khadish”, ale ten poemat o matce poety, to była dla nas obca sprawa. “Skowyt” i “Amerykę” mogliśmy odnieść do nas, choć wierni “starej kulturze alkoholowej” nie „błądziliśmy po nocach za narkotykami”. Piszę o tym aby podkreślić, że przepływy, pomimo izolacji PRL, istniały i działały w obie strony. Nie ma na to lepszego dowodu aniżeli ”Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Do Czechosłowacji jeździliśmy nie przestrzegając granicy zakreślonej przez przepustki dla ruchu turystycznego, podobnie jak nasi koledzy z Czechosłowacji. To były czasy, kiedy studiujący w Krakowie Laco Volko mógł w Bratysławie być prenumeratorem paryskiej “Kultury”.

Miejsca inkubacji świadomości pokoleniowej były różne. W Krakowie były nimi kluby studenckie, Teatr STU założony przez Krzysztofa Jasińskiego w 1966, organizująca się redakcja STUDENTA, Jazz Klub i mieszkanie Romana Pytla, a właściwie pokój, przy ulicy św. Marka 6. W Krakowie nikomu nie przychodziło do głowy, że takim miejscem może być, jak w Warszawie, ZMS.
Nie ulega wątpliwości, że w latach bezpośrednio przed rokiem 1968 potrzeba nieustannego przebywania razem w grupie jednorodnej pokoleniowo staje się kompulsywna, obejmuje swoim zasięgiem wszystkie ośrodki uniwersyteckie w Polsce. Kluby studenckie z trudem mogą pomieścić chętnych nie tylko na spotkaniach ze znanymi ludźmi ale także na wieczorach poetyckich bliżej nieznanych w świecie kultury poetów naszego pokolenia.

Czytając wspomnienia (wzorcowe są dla mnie Hitchensa i Emila Sadera), rozmawiając rówieśnikami w Meksyku, Nowym Jorku, Zagrzebiu, Rzymie czy Bratysławie zauważyłem, że ta atmosfera nieustannego docierania się, potrzeba nieustannego przebywania w grupach pokoleniowo jednorodnych zawsze powraca. Tak jakby nasza młodość była wyraźnie podzielona na dwie części; samotne siedzenie nad książkami i starymi czasopismami w uniwersyteckich bibliotekach i dyskutowanie i balangowanie w grupie pokoleniowej. Przestrzeń domu, kościoła czy synagogi, a nawet rodziny znika. Jest tylko nieustanna oscylacja między bibliotekami i pokoleniową wspólnotą.

Przyczyny dla których, my baby boomers, byliśmy pokoleniem tak mocno zsekularyzowanym, w znikomym stopniu doświadczającym i poddanym kontroli kościołów, nie są do końca wyjaśnione. W PRL, Czechosłowacji czy Meksyku  na pewno nie było to jedynie wynikiem skuteczności forsowanej przez władze laicyzacji i ateizacji. Zachód nie doświadczył nic takiego a indyferentyzm wobec instytucjonalnych religii szerzył się tam bardziej aniżeli np. w PRL. Proces ten był raczej konsekwencją postawy naszych rodziców, u których doświadczenie wojenne zachwiało zaufanie do Kościołów. Wzrastaliśmy, niezależnie od wyznania, w atmosferze postępującej interioryzacji i prywatyzacji religii. Tego, co Thomas Luckmann nazwie „niewidzialną religią”.

Ci, którzy mieli szczęście dorastać w wielopokoleniowych rodzinach mogli obserwować różnice. To dziadkowie i babcie zabierali nas do kościołów czy synagog, stali na straży kalendarza liturgicznego. Pomimo rozluźnienia więzi międzypokoleniowych formatywna rola naszych rodziców była znacząca. Paradoks II Wojny polega na tym, że była niewyobrażalnym koszmarem, ale dla naszych rodziców, tych którzy przeżyli, jej koniec był obietnicą nowego początku. Wysoka rata urodzin to jedno, ale ważniejsza jest powszechna wola prokreacji.

Po wojnie następuje odwrócenie trendu spadku urodzin, który zaznaczył się od 1929 roku Wielkiej Depresji. Już w 1944 następuje, ku zaskoczeniu demografów, następuje odwrócenie trendu. Jest tak jakby koniec wojny miał definitywnie zakończyć nie tylko jej koszmar ale także udrękę niepewności czasów Wielkiego Kryzysu. Nie dość, że zanika widmo bezrobocia, ale rynek pracy zagarnia kobiety. Byliśmy pierwszym pokoleniem mającym pracujące matki, w tak wielkim stopniu kształtujących swoje osobowości w grupach rówieśników, od przedszkola do uniwersytetu.  Te hordy powojennej dzieciarni w latach 60 wkraczają w dorosłość. To będzie już inna publiczność, o odmiennej wrażliwości. Publiczność oglądająca się przede wszystkim na siebie.

 Wyłaniają się alternatywne przestrzenie obiegu kulturowego. W Krakowie takim pionierskim miejscem na pewno była Piwnica pod Baranami, choć Ewa Demarczyk występowała początkowo w kabarecie studentów medycyny Cyrulik. Kultura oficjalna staje się coraz mniej atrakcyjna, jest kulturą dojrzałej, starszej mniejszości. Nas jest więcej. Paul Valery nazywał to „warunkiem statystycznym”. Poetów naszego pokolenia słuchamy raczej aniżeli czytamy. Oralność pozwala omijać cenzurę. Wobec wygłaszanych monologów Wiesława Dymnego jest ona bezbronna, podobnie jak wobec recytujących swoje wiersze w Jaszczurach Wita Jaworskiego, Juliana Kornhausera, Jerzego Kronholda czy Adama Zagajewskiego. To czas w PRL gdy każde uniwersyteckie miasto ma swoich poetów, budowane poza drukiem i mediami hierarchie. Rodzi się pewien pokoleniowy solipsyzm. Wiersz czytany ma oddziaływać natychmiast, tu ezopowy aluzyjny język nie sprawdza się. Trzeba mówić wprost. Najlepiej o sobie i własnym uwikłaniu w świat:

Ja pieniacz nowej epoki –
przebudzenia ludzi
z gniewu.
Marny opisywacz
dobroci,
kalectwa.
Ja
nadzieja prokuratora
na dostatnie życie.

     (Leszek Aleksander Moczulski: „W obronie”)

Nie kocham mojej ojczyzny. Jej
abstrakcyjny blask
nic mi nie mówi.
Natomiast (choć brzmi to głupio)
oddałbym życie za dziesięć jej zakątków, za niektórych ludzi,

      (Jose Emilio Pacheco: „Wielka zdrada”, przeł. Krystyna Rodowska)

Ten pokoleniowy solipsyzm, który Francois Ricard w „La generation lyrique”, nazwał „demograficznym narcyzmem”, narastał i został nagle przerwany. Konwulsje 1968 roku, nasz marzec, paryski maj, blisko 300 zabitych na Placu Trzech Kultur w Meksyku, starcia z policją są oznaką wejścia realnego.

11 marca 1968 przechodziłem ulicą Pijarską w Krakowie, stały tam wozy opancerzone, budy z milicją, pierwszy raz zobaczyłem armatki wodne. Był ranek, potwornie zimno, szedłem do Biblioteki Jagiellońskiej i nagle uświadomiłem sobie, że utrzymywanie “radosnych pozorów trwania pochodu” (Jarosław Markiewicz), to nie jest kwintesencja władzy ludowej. Że władza od lat na coś się przygotowywała. Czy na to, żeby pokazać swoją siłę pokoleniu, które jako pierwsze pokolenie Polski Ludowej miało być jej siłą i dumą? W porannej marcowej mgle ten widmowy konwój wyłaniał się jak demoniczny przekaz z wypartej przeszłości. To już nie były „Policje – tajne, widne i dwu-płciowe” z którymi byliśmy oswojeni i z których żartowaliśmy, ale potężne instrumentarium przemocy. W marcu 1968 przebudziliśmy się w starym świecie.

Prawdopodobnie dla nas w PRL, pokolenia dla którego „poznański czerwiec” był dalekim wspomnieniem, refleksem narracji dorosłych, to spotkanie z instrumentarium przemocy było większym szokiem aniżeli dla naszych rówieśników z drugiej strony Żelaznej Kurtyny. Tam to instrumentarium nie było skrywane. Dla nas gaz łzawiący i sikawki na wozach opancerzonych, okulary ochronne milicji to była technologiczna nowość. Że mieli to na Zachodzie, było oczywiste ale u nas? Przecież z geopolitycznym fatalizmem byliśmy pogodzeni. Dotyczy to także tych, którzy na spotkaniach studenckich domagali się „prawdy o Katyniu”. Przynajmniej w moim otoczeniu, nie spotykałem rówieśników, którzy uważali się za zagrażających ładowi. Ten ład był do poprawki, ale wiedzieliśmy, że nie do zmiany. Być może na Zachodzie było nieco inaczej. W 1970 rozmawiałem sporo ze studentami w Padwie, ich radykalizm był dla mnie zaskoczeniem, podobnie jak dla marcowej emigracji przebywającej wówczas we Rzymie. Ale nie jestem przekonany, że był taki sam jeszcze w 1968. „Butiamo al mare le basi americane”, popularna masowo śpiewana pieśń Rudiego Assuntino, bynajmniej nie zapowiadała rewolucyjnej zmiany ustroju, jedynie zepchnięcie do morza amerykańskich baz we Włoszech. Radykalizacja była skutkiem wyczerpywania się masowości ruchu.

We Włoszech ciągle gdzieś strajkowano, Wywieszkę „Chiuso per il sciopero” spotykało się często. W Rzymie przesiadywałem w Bibliotece Akademii Hiszpańskiej w Villa Albani, ponieważ była to jedna z nielicznych czynnych dużych bibliotek. „Sit in” naprzeciw Ambasady USA w Rzymie ograniczał się do skandowania „Ho! Ho! Ho-shi-min!”, śpiewania Bandera Rosa, Międzynarodówki i pieśni Assuntino. Marcowcy czekali na wizy do Danii, Szwecji czy USA i patrzyliśmy na swoich rówieśników z sympatią ale zaskoczeni ich beztroską, nieco urażeni brakiem powagi, tego naddatku patosu, który jest skazą i losem polskich buntów.

Jerzy Eisler w „Polskim roku 1968”, korzystając z diagnozy Zygmunta Baumana, słusznie podkreśla odmienność protestów studenckich w Polsce, Czechosłowacji i na Zachodzie. Warto przytoczyć dłuższy cytat: „Po pierwsze, studenci we Francji, RFN, Wielkiej Brytanii i – szczególnie – w Stanach Zjednoczonych mogli być pewni, że ich protest będzie szeroko odnotowany przez tamtejsze środki masowego przekazu, a nawet obdarzony życzliwością. Polscy studenci żyjąc w kraju, gdzie jedynym niemal właścicielem i dysponentem środków masowego przekazu było państwo, nie tylko nie mogli na to liczyć, ale, co więcej, sami musieli się przeciwstawiać dezinformacji, kłamstwom i oszczercom na łamach prasy, w radiu i telewizji (…) Wypaczano sens protestu młodych ludzi, którzy powołując się na Konstytucję – domagali się przestrzegania wolności słowa i wolności zgromadzeń. Ich żądania zostały jednak skarykaturowane, ośmieszone i nazwane działaniami tajemniczych wichrzycieli, inspiratorów i bankrutów politycznych. Przywódcy studenccy na Zachodzie z dnia na dzień stawali się bohaterami tłumów, nierzadko swoją popularnością dystansując gwiazdy estrady i sportu. W Polsce trafiali do więzień w atmosferze nagonki i zaszczucia.”

Ale ten sam Eisler pisze: „Pamiętać przy tym trzeba…, że niezależnie od wszystkich innych czynników – w dużym stopniu mieliśmy wówczas do czynienia z buntem o charakterze generacyjnym.” Właśnie przed przyjęciem tego prostego faktu władza ludowa, a tow. Wiesław szczególnie, uparcie nie chciała przyjąć do wiadomości. Nie godziła się z myślą, że pokolenie ukształtowane w PRL, „pierwsze pokolenie Polski Ludowej”, przeciw czemuś się buntuje. Nie zdawała sobie sprawy, że bunt ten nie był porażką „socjalistycznej edukacji”, ale jej największym sukcesem. Ta edukacja nie uformowała oportunistów, my nie musieliśmy studiować biznesu, administracji i zarządzania, przechodzić tresury drylu korporacyjnego by myśleć o przyszłości. Dano nam czas na studiowanie Platona, Arystotelesa, św. Tomasza, Hegla i Marksa, arcydzieł literatury światowej. Po takim treningu byliśmy gotowi do samodzielnej lektury wszystkiego.

Ta odmienność reakcji na bunt studencki zamazuje to co było wspólne – manifestacji podmiotowości młodych ludzi i domaganie się jej uznania. Zgadzam się z Eislerem, że w porównaniu z Zachodem, postulaty studentów w Polsce były bardziej ogólnospołeczne (ostatecznie detonatorem marca był zakaz wystawiania „Dziadów”) aniżeli środowiskowe (reforma uniwersytecka), jak było szczególnie we Francji. Ale zbytnie upieranie się przy różnicy prowadziłoby do ryzykownych wniosków. A przecież amerykańscy studenci nie protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie jedynie z tego powodu by uniknąć powołania. Dynamika buntu na Zachodzie prowadziła do minimalizowania postulatów środowiskowych i podkreślania ogólnospołecznych.

Zadziwiająco szybkie zabsorbowanie zarówno protagonistów buntu jak i jego mistyki młodości na Zachodzie, w porównaniu z przedłużającym się jego represjonowaniem w Polsce, nie da się wytłumaczyć jedynie niedemokratycznym reżymem. Nie bez znaczenia było, że władza w Polsce nigdy nie wyzwoliła się z powstańczych paradygmatów. Skłonna była każdy masowy sprzeciw i bunt traktować jako preludium do powstania, tak jakby celem każdego masowego protestu była zawsze irredenta, obalenie władzy. Dla władzy w Polsce, nie tylko w PRL ale także w II RP,  myśl o spontanicznym buncie czy proteście była niedopuszczalna. Zawsze musiała za nimi być jakaś konspiracja, spisek a ich ostatecznym celem obalenie władzy, powstanie. Kiedy czyta się obficie cytowane przez Eislera materiały operacyjne SB ten monopol paradygmatu ośmiornicy spisku i konspiracji przypomina zbiorową paranoję. Na Zachodzie tego typu podejście zdarzało się, ale nie było znaczące, nie kształtowało oficjalnej polityki. Tylko po części było to skutkiem faktu, że tam była demokracja a u nas „realny socjalizm”. Nie bez znaczenia był, fakt że sprawujący władzę w Polsce, w sytuacji zetknięcia się manifestacjami protestu czy buntu, do dziś nie mogą uwolnić się od paradygmatu powstańczego spisku i konspiracji.

Marzec 1968 był klęską PRL, nie buntu. Był klęską PRL ponieważ władza i partia w histerycznym odruchu samoobrony, sięgając po teorie spiskowe i antysemityzm ideowo zdelegalizowała samą siebie. Okazało się, że programowo internacjonalistyczna partia może zmobilizować własny aparat i kadry jedynie odwołując się do nacjonalizmu. To protestujący studenci śpiewali, na Rynku w Krakowie, Międzynarodówkę.

Osobliwością naszego marca było właśnie owo zderzenie się nie tyle z przemocą państwa (to miało miejsce i na Zachodzie) ale z natychmiastową kontrnarracją nacjonalistyczą. Studenci domagali się przywrócenia relegowanych, a władza twierdziła, że domagają się przywrócenia do władzy Romana Zambrowskiego i oddania jej w ręce „syjonistów”.
Pierwszą reakcją było powszechne wykrzykiwanie „Prasa kłamie”, pisanie przez kalkę ulotek, w których od kłamstw i kalumnii „przekaziorów” chciano się odciąć. Nieustannie przypominano minimalizm żądań:   odwołanie zakazu wystawiania „Dziadów”, przywrócenie praw studenckich relegowanym studentom, autonomia uczelni. Postulatem najbardziej radykalnym bywało jedynie postulowanie ograniczenia cenzury. W Krakowie skazanymi zostali w zasadzie tylko ci, którzy je pisali: ze znanych mi Marek Gasiun, Leopold Neuger i Krzysztof Krcha.

Paradoksem jest, że ta nachalna przemoc propagandowa do dziś nie pozwala wielu przyjąć tego, co jasno i prosto wyłożył Józef Dajczgewand w ostatnich słowach przed sądem: „Szukaliśmy prawdy społecznej. Byliśmy wyrzucani, represjonowani bez dyskusji, bez motywacji. Po 8 marca powstał ruch młodzieży studenckiej, który prasa kompromituje i zohydza. Jest to spontaniczny bunt młodzieży przeciwko złu. Wyroki niczego nie załatwią, ani splugawienie intencji, ani dorabianie metryk politycznych.” (cyt. za Eislerem).

Dorabianie metryk politycznych spontanicznym buntom nie jest niczym nowym w historii. Poszukiwanie inspiratorów do roli kozłów ofiarnych to elementarz politycznej socjotechniki. Zdarza się też stylizacja politycznych manifestacji na spontaniczny bunt, co ostatnio często widzimy. Ale stylizacja politycznych manifestacji na spontaniczny bunt, nie ma charakteru globalnego i ponad ustrojowego.

 Podobnie zmasowana próba obrzydzenia ruchu studenckiego miała miejsce w Meksyku. Nie było tam „syjonistów”, ale było KGB i CIA, które wykorzystały studentów by zdyskredytować państwo i naród meksykański wobec świata w momencie gdy miały one pokazać swoją wielkość jako gospodarz Olimpiady. Wśród wielu postulatów studenckich pojawiały się głosy krytyczne wobec faraońskich inwestycji olimpijskich, kosztem nakładów na szkolnictwo. Ale były one marginesem. Znaczące jest, że Komitet Olimpijski nawet się nie zająknął na temat pacyfikacji ruchu studenckiego w przededniu Olimpiady, blisko 300 zabitych i ponad tysiąca przetrzymywanych w więzieniu Lecumberi studentów (a także rektora UNAM i Jose Revueltasa, jednego z największych pisarzy kraju). Zabici i przepełnione więzienia nie przeszkodziły w przyjeździe żadnej ekipy.
W 1978 byłem na demonstracji w 10 rocznicę masakry studentów na Placu Trzech Kultur. Była to największa demonstracja w jakiej zdarzyło mi się uczestniczyć. Byli wszyscy, którzy w Meksyku się liczyli. Sprawiedliwi, jak Elena Poniatowska, jedna z nielicznych, która od początku walczyła o prawdę. Zapewne  wielu z tych intelektualistów, którzy w 1968 wypisywali kalumnie broniąc „narodowej godności” przed rzekomymi wichrzycielami usiłującymi, na zlecenie obcych sił, zakłócić olimpijskie święto. W odróżnieniu od ich polskich kolegów postarali się by, niemal we wszystkich bibliotekach, oczyścić stare gazety ze swoich niesławnych tekstów. Sami wycinając lub zlecając to innym. Lektura blisko 1000 stron „Czarnej Księgi”, z zapisami procesów setek skazanych studentów, przekonała mnie, że pomimo wszystko w 1968 PRL nie był najgorszym miejscem do bycia studentem (sam byłem już wtedy stażystą na UJ).

W 1971 przyjechał na zaproszenie UJ do Krakowa profesor Eli de Gortari. Poproszono mnie bym pojechał z nim do Oświęcimia. Gdy opuszczaliśmy obóz, profesor powiedział: „Znam to. Siedziałem, po 68, dwa lata w Lecumberi. Coraz to rozkazywali nam kłaść się plackiem na dziedzińcu i puszczali nad głowami serie z karabinów maszynowych. Potem było już lepiej, dano mi osobną celę, pozwolono na maszynę do pisania i książki. Pod koniec, miałem w celi nawet dywan.” Nie miałem serca tłumaczyć znanemu logikowi, że Auschwitz to jednak nie było „to”. Przebywając w Meksyku poznałem tylu kompletnie straumatyzowanych kolegów, jakich nigdy nie widziałem wśród mających za sobą pomarcową odsiadkę przyjaciół i znajomych w Polsce i na świecie.

13 marca wrócił, skracając na wieść o wydarzeniach w Polsce pobyt w Paryżu, z walizką pełną „Etudes Juive” (był tam na zaproszenie Michała Borwicza – Boruchowicza) Roman Pytel. Z dworca, przed 6 rano, przyszedł prosto do mnie i już od drzwi zadał mi, ledwie przebudzonemu, pytanie: „Adam, co tu się właściwie dzieje?” Przez większość życia próbowałem sobie na nie odpowiedzieć. Ale dziś przestało mnie niepokoić. Pojawiło się inne. Jeśli demograficznie tak wiele znaczyliśmy, że wejście naszego pokolenia na scenę historii było tak gwałtowne, tak nabrzmiałe konsekwencjami, nie tylko politycznymi ale cywilizacyjnymi, to czym będzie jego/nasze zniknięcie?

PS.  W któryś z ostatnich dni marca siedzieliśmy u Romka Pytla. Nastrój był marny, oznak wiosny nie było widać. Od czasu przyjazdu Romka, przewinęło się przez jego mieszkanie dziesiątki osób, wypiliśmy dziesiątki butelek alkoholu. Zaglądali zagraniczni dziennikarze m.in.: Richard Davy i Karel Jezdinsky, który spędził z nami kilka dni, i wielu innych których nazwisk nie pamiętam. Wpadali  Jan Pieszczachowicz, Jerzy Kronhold, Julian Kornhauser, Adam Zagajewski ale jako słabo tolerujący alkohol nigdy nie zagrzali dłużej miejsca. Pojawili się z Wrocławia Rafał Wojaczek i Olek Rozenfeld. Stałą grupę, obok gospodarza, stanowiliśmy: Andrzej Reiter, Wit Jaworski i Zbyszek Warpechowski (który u Romka przemieszkiwał). Zjawiały się dziewczyny, ponieważ prowadziliśmy dość chaotyczne życie erotyczne nie wymieniam ich imion. Po ponad dwóch tygodniach nieustających dyskusji, alkoholu i seksu byliśmy zmęczeni. Nastrój był marny, ale nie wpadaliśmy w depresje. Roman został zwolniony z funkcji kierownika oddziału historii Żydów w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, ale zaproponowano mu pracę w dziale eksportu Befamy (znał 8 języków), a poza tym nagle pojawiło się nadzwyczajne zapotrzebowanie na udzielanie prywatnych lekcji hebrajskiego.

 Andrzej Reiter, o którym z artykułu w „Gazecie Krakowskiej” pt. „Kim są nauczyciele naszej młodzieży”, dowiedzieliśmy się, że naprawdę nazywa się von Rautten-Reiter (to akurat wiedzieliśmy) i tylko dzięki reformie rolnej nie odziedziczył wielkiego majątku pod Kartuzami (o tym nie wiedział ani on, ani my) jest Prusakiem, rewizjonistą i syjonistą (przyjęliśmy to z rezygnacją do wiadomości) został zwolniony (jako jedyny na UJ) z pracy, a także z funkcji szefa Klubu Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli „Euhemer”. Zbyszek Warpechowski, który wówczas jako scenograf współpracował z ekipą Mosfilmu, kręcącą w Krakowie film o Borysie Sawinkowie, załatwił mu pracę kierownika planu. Z propozycją pomocy Andrzejowi wystąpili sami Rosjanie, po tym jak przeczytali wiadomość o jego wyrzuceniu z UJ w nabytym w kiosku, w hotelu Cracovia, „Le Monde”.
Krysia Horowitz szykowała się do wyjazdu z rodzicami i siostrą. Dopijaliśmy podarowaną na przez nią pożegnalną Whisky (kanadyjską, kupioną za 2,50 $ w Pewexie). Zbyszek stawiał ostatnie pociągnięcia pędzla na swojej „Łaźni” (dziś w Muzeum w Łodzi), Romek czytał na głos gorzki, ale pełen empatii, list od Edwarda Poznańskiego, prorektora Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. I nagle dzwonek, poszedłem otworzyć drzwi, stał w nich nieznany mi starszy człowiek z czarną skórzaną teczką: „Ja do pana Romana Pytla.” Wprowadziłem go do pokoju. Otworzył teczkę i wyciągnął z niej plik maszynopisu. Z kieszeni wyjął złożoną kartkę i wręczył Romkowi, prosząc o potwierdzenie podpisem odbioru maszynopisu. Były to złożony przez Romka i zatwierdzony do druku w Wydawnictwie Literackim tom przekładów Samuela Józefa Agnona, który z portretu, który Roman miał nad maszyną do pisania na biurku, przyglądał się nam od dawna. Miał też drugą, z hebrajskimi czcionkami, ale tę używał rzadko i zazwyczaj była pod jednym z trzech łóżek.

Reklama

1 KOMENTARZ

Pozostaw odpowiedź adam lizakowski Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko