Michał Kaczmarek – wiersze

1
944


kot wobec

pierwsza umiera Jadwiga z drugiego piętra
Henryk z parteru
tyle wiadomo że jest huk i grzmot
a martwe ciało człowieka jest jak martwe ciało myszy

stolica opanowana
ale trzeba przeżyć
napić się wody z kałuży
spać w ciepłej piwnicy

kiedy się skończy
o ile w ogóle się skończy
nic się nie zmieni
droga do domu dawno zapomniana
bezdomne dzieci nie są w niczym lepsze
od oficera który wziął na ręce
wystraszył strzałem w tył jakiejś tam głowy
wynagrodził kosteczką

błąka się po ulicach
nie widzi różnicy
boi się flagi którą macha chłopak
dziewczyna rzuca kwiaty
brak kotu odwagi by łapać płatki

tłum oklaskuje zwycięstwo
odgłos tupania taki sam jak wcześniej
dym się unosi nad przełykiem broni

wykroczenie

w autobusie na fotelu jest napis
Ruda lipiec 2007
uczennica technikum albo liceum
lubiąca pończochy czarno-białe filmy
postanowiła poinformować o swoim istnieniu
pana Jerzego który jedzie do pracy
panią Weronikę która wiezie matkę do szpitala

nie składa liter w wyrazy
wyrazów w wersy
wersów w poematy
nie maluje nie lepi w glinie
dziewczyna z drugiej B albo trzeciej A

podpis wystarczy
by mówić o oczach osadzonych w głowie
szyi wzmocnionej tułowiem i dwiema nogami

wszystko tak dobrze obleczone skórą
przenosi wnętrzności z miejsca na miejsce
żebraczka dzwoni monetą

dziecko niszczy skarbonkę

który pojawił się jako ostatni
wojownik ulepiony z tworzyw sztucznych
był najsłabszy ze wszystkich
przymocowane do barków za pomocą śrubek
ramiona opadały bezwładnie
nie równał do innych
których blizny i zakrzepy
podkreślały fioletowe flamastry

trzynastoletni podnosił głowę
rozglądał się wokół
dolin wypełnionych drzewami
jabłek okrytych przez osy

słabło mieszkające w ustach dziecko
czas przyszły jak kielnia
lub
faktura korygująca
wysłana za potwierdzeniem odbioru
wzmagały napięcie
odczuwasz je
w katatonicznym skurczu
z ręką wyciągniętą
po skarbonkę
nagą kobietę z gliny
pamiętasz
zrzucona z wieży 
jak słowo którego nie ma

arytmetyka

pierwszy pogrzeb był smutny
matka płakała że to za wcześnie
ci którzy nie przyszli obojętni
wygrażali pięściami Bogu
wilgotniało powietrze
wychodziliśmy z cmentarza
jak resztka tych którzy przeżyli
na złość pożegnanemu

drugi pogrzeb był dziwny
dziadek umierał powoli
pozwalał się przygotować
wiadomość to chłodne i poważne
odszedł
uroczystość wydawała się krótka
mury nie wrogie
gdzieś można było usłyszeć śmiech dziecka

trzeci pogrzeb był jak wypełnianie dokumentu
tu proszę podbić tam podpisać
wysłać niekoniecznie listem poleconym
nie martwić się odpowiedzią
wódka się chłodzi
goście czekają
wszystko będzie dobrze była siostra
nie ma siostry

czwarty pogrzeb
skryty w rękawach płaszcza
zawiązuje ciało ze snem

południe

z krwi utajonej
którą oddychają płuca

z wybroczyn
podskórnych wylewów
krwi jawnej

z nadżerek jelit
niepokoju włosów
słabnących paznokci

powstaje kropla
która nawilża oczy
w oddziale patologii poranka
wkłuwa się w nadgarstek
przetacza słońce

talerz biel zatopioną w piasku piętę
ułożył na wyparzonym szkielecie
szafki

oszlifowany przez prądy zmienne
wychodzi z ciała
przerywa wędrówkę u wrót
pola na którym za dużo światła
ostatniego wersu wygładzony kamień

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko